Lekcja czwarta – Emil, Oral i Różowa Zemsta

- Hej, a wy gdzie? – warknął Michele.

- No właśnie! – dodał oburzony Emil. – Nie widzicie, że jest kolejka?!

Między gabinetem Dyrektora, a korytarzem znajdowało się oddzielne pomieszczenie będące czymś na kształt poczekalni. Na fotelach siedziały aktualnie trzy osoby – brat Sary, jego najlepszy kumpel, Emil oraz Leo z jakimś dziwnym okrągłym obiektem na kolanach.

Jurij wyciągnął różdżkę. Prawdopodobnie zafundowałby temu miejscu Powtórkę z Totalnej Demolki, gdyby Otabek nie położył mu dłoni na ramieniu. Przeobrażony centaur skinął w stronę czerwonej kanapy. Dokładnie w tej chwili Włoch i Czech przyuważyli jego przyodziewek.

- O kurde, co ty masz na sobie? – rycząc ze śmiechu, Michele pokazał palcem dzwony w kwiatki.

- Powiedział ten, co od kilku lat biega w kiecce – zgrzytając zębami, wycedził Jurij.

Powtórka z Totalnej Demolki znowu zawisła w powietrzu.

- Ej, Miki, patrz! – pisnął zachwycony Emil. – On nadal ma te swoje kocie uszy! Ale numer, nie? Chłopiec Który Się Wkurwił… pfft! Bardziej pasowałoby do niego Chłopiec Który się Okocił!

Ci dwaj ewidentnie nie wiedzieli, czym był „instynkt samozachowawczy". Juraczka wyglądał, jakby miał za chwilę wysadzić połowę zamku. Na szczęście ktoś zareagował przed nim.

- Kto się jeszcze raz zaśmieje, ten niech wnet zaróżowieje! – Chris zamachał różdżką jak dyrygent batutą.

Na czubku eleganckiego patyka pojawił się różowy płomyczek. Wszyscy obecni zamarli w bezruchu.

- Hę? – Leo wyciągnął słuchawki w uszu. – Co się dzieje?

- W-właśnie! – Michele wycelował trzęsący się palec w Giacomettiego. – C-co to miało być?

- To moje autorskie Zaklęcie Różowej Zemsty – Chris ucałował czubek swojej różdżki (zrobił to w tak nieprzyzwoity sposób, że połowa towarzystwa wydała przerażony jęk). – Każdy, kto się teraz zaśmieje, skończy z różowymi ciuchami. Dlatego radzę powstrzymać się od zaczepek.

- B-blefujesz! – jęknął Emil. – T-to nawet nie jest prawdziwe zaklęcie! Zaklęć nie rzuca się w ten sposób!

To właśnie próbował im wmówić, ale jego mina mówiła coś wprost przeciwnego. Zarówno Włoch jak i jego czeski przyjaciel wiedzieli, że nie należało drażnić Chrisa. Zdarzało się, że Szwajcar wypowiadał łacińską formułkę w myślach, a potem recytował jakiś durny wierszyk celem zmylenia przeciwnika.

Wszyscy wpatrywali się w różowe światełko jak zahipnotyzowani. Nikt nie miał odwagi przekonać się, czy zaklęcie rzeczywiście było prawdziwe. Nikt, poza Otabkiem, który nieoczekiwanie wypalił:

- Przychodzi baba do lekarza z różdżką w…

- NIE! – Jurij panicznie zamachał rękami. – Co ty, Beka, ocipiałeś?! Nie opowiadaj teraz dowcipów!

- No, no, Otabku! – zacmokał Chris. – Tego bym się po tobie NIE spodziewał! Ty napalony ogierze, kto by pomyślał, że znasz kawały analne… I jeszcze chciałeś go opowiedzieć z taką niewzruszoną miną? No, naprawdę szacun, chłopie!

- Kiedy to nie miał być kawał analny – powiedział Otabek, tym samym powstrzymując Plisetsky'ego przed odgryzieniem Giacomettiemu tętnicy szyjnej. – To miał być ten znany dowcip o mugolskiej szczoteczce do zębów.

- Och, jejciu, znam to! – ucieszył się Emil. – Miki, tylko posłuchaj, to… nieeeee! Zaraz, NIE! Nie mogę ci tego opowiedzieć! Iiiiik! O nie, zaczynam sobie przypominać! To takie śmieszne! Nie, nie, nie mogę się śmiać, nie mogę, już zapominam, na na na na na na…

Z dłońmi przyciśniętymi do uszu, Czech ukrył głowę między kolanami i zaczął tupać nogami o podłogę. Obserwujący to Michele i Leo nerwowo przełknęli ślinę.

- Ano, na waszym miejscu nie myślałbym o kawałach – Szwajcar uśmiechnął się złośliwie.

Po tym incydencie w poczekalni ogłoszono rozejm. Grupa Phichita zarekwirowała czerwoną kanapę.

- Dzięki – Otabek zwrócił się do Chrisa. – Fajnie, że ich pogoniłeś. Nie rozumiem, dlaczego moje spodnie tak bardzo ich śmieszą.

- Jasne. Nie ma sprawy.

Giacometti wyczekująco spojrzał na Jurija. Usta młodego Rosjanina drżały, jakby ich właściciel zamierzał się odezwać, ale sama myśl o wypowiedzeniu pewnych słów przyprawiała go o wymioty.

- Ależ nie ma za co! – Chris zaśmiał się serdecznie.

- WCALE ci nie podziękowałem, Gołodupcu! – syknął Plisetsky.

Makkachin zaszczekał radośnie. Trzy głowy zwróciły się w stronę Phichita, który od wejścia do poczekalni był nienaturalnie cichy.

- A tobie co? – Chłopiec Który Się Wkurwił uniósł brew.

- Rozkminiam – konspiracyjnym tonem odparł Taj.

- Hę? Ale co rozkminiasz?

- Ach! – Chris załapał jako pierwszy. – Martwisz się, że gdzieś w pobliżu kręci się twoja druga połówka, tak?

Chulanont niepewnie przytaknął.

O matko. Wcześniej podchodził do całej sprawy na luzie, ale teraz był jednym wielkim kłębkiem nerwów. Odkąd stanęli przed Gabinetem Dyrektora, zaczął mieć w głowie same czarne myśli.

Jezu, a jeśli to pan Feltsman? Żonaty, wulgarny i stary? Cholera, tylko nie to!

O Buddo, a jeśli to Michele? Świr i crossdresser z manią na punkcie siostry? Cholera, tylko nie to!

Bogowie Shinto, a jeśli to Emil? Bez pamięci zakochany w najlepszym kumplu, chociaż prędzej zmieni sobie płeć, niż się do tego przyzna? Cholera, tylko nie to!

A jeśli to Leo? No dobra, jego to przynajmniej Phichit lubił, ale nie do tego stopnia, żeby robić z nim to samo, co Viktor z Yuu…

- Spokojnie – głos Szwajcara rozproszył pesymistyczne myśli. – Nie martw się. Przecież twoje puszki nie wybrałyby ci nikogo okropnego! A poza tym, to na pewno nikt z poczekalni, bo Makkachin zaraz by do niego podbiegł.

Rzeczywiście. Pudel Niuchacz leżał pod drzwiami do gabinetu i niecierpliwie przebierał łapkami, jakby próbował wykopać dziurę w podłodze.

- A… a jeśli to pan Feltsman? – z niepokojem wybąkał Phichit.

- Yakov?! – Jurij przewrócił oczami. – Proszę cię…

- Pomyśl o tym w ten sposób – rzeczowym tonem odezwał się Otabek. – Pupilek Nikiforova najpierw zabrał nas do lochów. Potem zaciągnął nas do toalety, a teraz przywlókł tutaj. Innymi słowy: on po prostu idzie śladem osoby, do której przyczepiły się twoje puszki.

- To ma sens – zgodził się Chris. – Rano mieliśmy eliksiry. Pewnie wtedy twoi puszyści przyjaciele postanowili dać nogę.

- Chyba macie rację – Taj odetchnął z ulgą. – Dzięki, chłopaki!

- Zgubiłeś puszki? – zainteresował się Leo. – A więc o to chodziło w tamtym dziwnym poście na Facebooku!

- Taa, dokładnie o to. Ej, a w ogóle to widziałeś, by ktoś ciekawy wychodził wcześniej z gabinetu?

- Hę? Ciekawy? W jakim sensie?

- No wiesz, że dziwnie się zachowywał, albo coś w ten deseń – mruknął Jurij. – Na przykład cały czas się drapał, czy coś w tym stylu. Ponoć małe paskudy włażą pod ubrania.

- A nawet do gaci! – radośnie dorzucił Chris.

- Eee… nie, nie widziałem, by ktoś ciągle się drapał – ze smutkiem stwierdził Amerykanin. – Ale mogłem coś przegapić, bo kręciło się tutaj całkiem sporo osób. Wszyscy przyszli, by naskarżyć na Viktora. Przez nich tkwię tutaj prawie pół dnia. Nie spodziewałem się, że zastanę takie tłumy. Znaczy… nie przychodzę tutaj jakoś szczególnie często, ale zwykle jest mało osób.

- Co racja, to racja – Phichit rozejrzał się wokół. – Ja też nie byłem tu od jakiegoś czasu. Chociaż przez pierwsze lata nauki non stop lądowałem na dywaniku. Dyrektor darł się na mnie, że wrzucam za dużo magicznych rzeczy do mediów społecznościowych i narażam Świat Czarodziei na ujawnienie.

- Mugole to tępaki! – prychnął Jurij. – Moglibyśmy trzaskać zaklęcia na ich oczach, a i tak by się pokapowali!

- Ano, gdy po sieci fruwały zdjęcia twoich uszątek, wszyscy pisali, że to genialny fotomontaż – westchnął Chris. – Za to, gdy ja nakręciłem film dokumentalny, na którym sam robię sobie loda, ludzie stwierdzili, że to prawdziwa magia! A ja przecież nawet nie użyłem czarów…

- Ej, ale sporo się tutaj pozmieniało! – widząc, że Plisetsky znowu morduje Giacomettiego wzrokiem, Phichit szybko skierował rozmowę na inny temat. – Chyba po Wielkiej Demolce pan Feltsman zrobił remont. Och, raaaaju, jakie słodziutkie zdjęcia!

Jedna ze ścian była niemal w całości pokryta różnymi fotografiami. Jak to w Świecie Czarodziejów, postacie na obrazkach ruszały się.

Szczególnie urocze było zdjęcie w złotej ramce, przedstawiające Dyrektora w towarzystwie żony i dwóch adoptowanych synów. Pod spodem widniał podpis: „Feltsman-Baranowska-Nikiforov-Plisetksy Family"! Dłonie Yakova spoczywały na ramionach dziewięcioletniego Viktora, a dłonie Lilii na ramionach siedmioletniego Jurija. Obu chłopców przymusowo ubrano w berety, białe koszule, krótkie czarne spodenki, szare podkolanówki i urocze trzewiczki. Plisetsky ze zdjęcia mamrotał pod nosem „Kurwa, co za obciach, zabierzcie mnie stąd".

- O, a tamto jest z Halloween! – Chris wskazał palcem inną fotografię.

Rzeczone zdjęcie przedstawiało jedenastoletniego Viktora i dziewięcioletniego Jurija. Plisetsky miał kostium tygryska, zaś Nikiforov był przebrany za księżniczkę.

Właściwie to, ci dwaj znajdowali się w większości ramek w pomieszczeniu. Na jednym byli nawet w słynnym Ogrodzie Smokologicznym! Z zaróżowionymi z ekscytacji policzkami mały Jurij karmił butelką nowonarodzonego Ogniomiota Tygrysiego, a równie zachwycony Viktor głaskał Skrzydłaka Pudlowatego.

- Macie wiele wspaniałych wspomnień – z uśmiechem zauważył Otabek.

- Ta, dorastanie z Yakovem, Lilią i Zboczeńcem nie było takie złe – Jurij próbował zabrzmieć szorstko, ale nie zdołał całkowicie wyeliminować czułości, która sama wkradła się do jego głosu. – Z dziadkiem też mi się fajnie żyło, ale zawsze mieliśmy problemy z kasą. Kiedy Yakov zaproponował, że mnie adoptuje i da dziadkowi pracę, na początku nie chciałem się zgodzić, ale potem przekonałem się, że to dobry układ. Teraz mam prawdziwą popapraną rodzinkę. A dziadek wciąż jest w pobliżu i mogę go odwiedzać, kiedy tylko zechcę!

- Hej, czy to zdjęcie z podróży poślubnej pana Feltsmana i pani Lilii?! – krzyknął podekscytowany Phichit. – Nie miałem pojęcia, że pojechali na Hawaje latającym różowym kabrioletem! Myślisz, że się obrażą, jeśli wrzucę to na Instagram?

- Obrazić, to się raczej nie obrażą – Plisetsky wzruszył ramionami. – Prędzej cię zabiją.

- Okej, to wrzucam!

- Eeeeee, to chyba nie jest dobry pomysł! – Leo wskazał palcem drzwi do gabinetu. Wisiała na nich złota tabliczka z napisem:

Yakov Feltsman

Ojciec Dyrektor Ice-Wartu

Zanim wleziesz do gabinetu, zapoznaj się z instrukcją:

Drogi uczniu,

Jeżeli masz jakiś problem, bądź tak miły i poproś o pomoc kolegę.

Jeżeli kolega nie może ci pomóc, poproś o pomoc Prefekta.

Jeżeli Prefekt nie może ci pomóc, poproś o pomoc Opiekuna Domu.

Jeżeli Opiekun Domu nie może ci pomóc, poproś o pomoc Szkolną Psycholog.

Jeżeli Szkolna Psycholog nie może ci pomóc, poproś o pomoc kogokolwiek.

Dopiero, gdy uznasz, że nikt w całym cholernym zamku nie jest w stanie ci pomóc, możesz przyjść do MNIE. Ale najpierw upewnij się, że na pewno tego chcesz, bo jak okaże się, że niepotrzebnie zawracasz mi dupy, wkurwię się, a wtedy będzie niewesoło!

Nie jestem pieprzoną niańką i nie zamierzam wysłuchiwać durnych zażaleń!

Osobna adnotacja dla Viktora: Vitya, drzwi służą do pukania.

Osobna adnotacja dla Jurija: Juraczka, instrukcja obsługi drzwi zakłada użycie klamki. Nie wbijaj do mnie do gabinetu przy pomocy cholernego kopniaka!

Osobna adnotacja dla Giacomettiego: W tym gabinecie obowiązuje bezwzględny zakaz używania czasownika „dochodzić"!

Osobna adnotacja dla Chulanonta: Jak chociaż jedno zdjęcie z udziałem mojej osoby wyląduje w sieci, wyłączę wi-fi!

Przerażony, Phichit natychmiast wykasował wszystkie zdjęcia Dyrektora, jakie tylko miał w komórce. Obietnicami niechybnej śmierci się specjalnie nie przejmował, ale żeby w zamku miało nie być INTERNETU?! Ugh, Papa Yakov jednak nie miał serca… Jak mógł straszyć uczniów czymś takim?! Przecież to czysta podłość!

Drzwi skrzypnęły i z gabinetu wyszedł zapłakany Georgi.

- Następny! – padło wkurzone burknięcie.

- No dobra, chłopaki, teraz ja! – Leo wstał z fotela. – Trzymajcie kciuki!

- A za co dokładnie? – padło zbiorowe pytanie.

- Za moje Latające Czarodziejskie Radyjko!

- Chodzi o tę dziwną kulkę, którą trzymasz? – Phichit pochylił się, żeby lepiej widzieć. – Wygląda jak dron.

- No, wiem, ale to radio. Tylko posłuchajcie: Viva Musica!

Pod wpływem zaklęcia okrągły przedmiot uniósł się kilka centymetrów nad dłonią Amerykanina.

Czas na Magiczną Listę Przebojów! – padło z głośniczków. – A w niej między innymi takie hity jak: „To nasz Papa Feltsman" oraz „Opening Klubu Winx"!

Wszyscy byli pod wrażeniem. Nawet Georgi odrobinę poweselał.

- Chcę, by latało po zamku i umilało nam czas. Jeżeli Dyrektor wyrazi zgodę, możecie składać zamówienia na piosen…

Leo nawet nie zdążył dokończyć zdania, gdy ludzie zaczęli rzucać tytułami:

- „Welcome to the madness"! – krzyknął Jurij.

- Wszystkie piosenki z "Króla i Łyżwiarza"! – zawołał Phichit.

- Piosenki Disneya! – z pasją zaproponował Georgi.

- „Serenade for two"! – zawył Miki.

- "Tyłki do góry" – zmysłowym tonem powiedział Chris. – "Macarena", "Moulin Rouge", "Majteczki w kropeczki", "It's okay to be gay"…

- „Helping Twilight Win the Crown" – ze śmiertelnie poważną miną zaproponował Otabek. – To z filmu „Mój Mały Kucyk".

- Eeee… nie daliście mi dokończyć – Amerykanin przepraszająco potarł kark. – Możecie składać zamówienia, ale dopiero za jakiś czas. Bo widzicie, Viktor zamówił już serię ballad dla Yuuriego, więc…

- NASTĘPNY! – zza drzwi rozległ się wściekły ryk. – Wchodzisz, czy nie?!

Leo wbiegł do gabinetu, aż się zakurzyło.

- Ach, pan Dyrektor wydaje się brzmieć jakby mniej agresywnie – westchnął Emil. – Może dzisiaj wreszcie nam się uda, Miki?

- Akurat wam się uda! – mruknął Jurij.

- No wiesz? – Czech gniewnie skrzyżował ramiona. – Nawet nie wiesz, po co tu przyszliśmy!

- Nie muszę pytać. Zawsze przyłazicie tutaj w tej samej sprawie. Yakov ma was dosyć!

- Ale dzisiaj jest wyjątkowy dzień – podkreślił Michele – W końcu pozwolił Yuuriemu Katsukiemu przenieść się do Slytherinburga. Może nam też pozwoli?

- Właściwie to jeszcze nie jest potwierdzone, że Yuuri gdzieś się przeniesie – Phichit uniósł brwi. – Jego rzeczy nadal są w Gryffindroicie.

- Zresztą, nawet gdyby miał się przenieść, to Yakov pozwoli mu na to tylko po to, by mieć święty spokój z Viktorem! – prychnął Plisetsky. – Możecie łazić w kieckach, a nawet przyprawić sobie sztuczne cyce, a z punktu widzenia Yakova i tak nie będziecie aż tak upierdliwi jak Łysol. I dlatego Prosiak dostanie zgodę na przeniesienie, a wy NIE!

- Kiedy to takie niesprawiedliweeee! – zawył Emil.

- Może ich spódniczki są po prostu za mało kobiece? – głośno zastanowił się Otabek. – Może naprawdę powinni zafarbować je na różowo?

Nekola zamarł w bezruchu. A po chwili wydał triumfalny ryk i uderzył pięścią w oparcie fotela.

- Kurde, to GENIALNE! Miki, zróbmy to!

- Ale ja to powiedziałem w żartach… – westchnął Kazach.

- Ech, i znowu to samo – Chris ze zrezygnowaniem pokręcił głową. – Otabek, ty na serio musisz popracować nad swoim wyrazem twarzy! A wy dwaj jeszcze to sobie przemyślcie. To jest naprawdę wściekły róż i zmywa się dopiero po tygodniu – ostrzegawczo zamachał różdżką.

- To nie ma znaczenia – tonem szykującego się do bitwy rycerza wyszeptał Michele. – Dla Sarci wszystko!

- Właśnie, właśnie! – zawtórował mu Emil. – Otabek, opowiedz tamten dowcip o szczoteczce do zębów!

- Uchowaj Boże – Szwajcar pokręcił głową. – Lepiej stąd uciekaj, Georgi! Jak zafarbujesz te gotyckie ciuchy na różowo, w mig utracisz status klasowego emo.

Popovich nie był głupi. Sprintem opuścił poczekalnię.

- Ma ktoś zapasowe słuchawki? – jęknął Jurij.

- Masz, możesz wziąć moje – odparł Phichit.

- Tobie nie szkoda ciuchów?

- Trochę szkoda. Ale bardzo chcę usłyszeć ten dowcip. Jak będzie dobry, wrzucę go na Fejsa. Zresztą, czytam masę memów na Tumblrze i nie tak łatwo mnie rozśmieszyć.

Plisetsky zabezpieczył się przed ewentualnymi skutkami Chrisowego zaklęcia, a Michele i jego kumpel pochylili się do przodu.

- No dobra – rzucili jednocześnie. – Wal!

Różowe światełko nie przestawało groźnie migotać. Taj trzymał telefon w pogotowiu. Z powagą godną pracownika Zakładu Pogrzebowego Otabek wyrecytował dowcip :

Przychodzi baba do lekarza z różdżką w zębach.

- Proszę pani – krzyczy lekarz. – Tyle razy mówiłem: kiedy rzucamy zaklęcie wybielające, nie wkładamy różdżki do ust!

- To nie różdżka, tylko wibrator. Przyszłam do pana, bo źle działa.

- Hę? Dlaczego pani myśli, że to wibrator?

- A skąd wziąłby się napis „Oral B"?

Chris i Phichit pozostali niewzruszeni.

- Me! – prychnął Instagramoholik. – I to jest ten mega śmieszny kawał? Słyszałem lepsze!

Ale Emil najwyraźniej nie słyszał. Nagle zsunął się z fotela. Leżąc na brzuchu, tłukł pięściami i stopami o podłogę. Odgłosy, które wydawał, brzmiały jak śmiech naćpanej hieny.

- Nie mogę – wył ze łzami w oczach. – Oral B… Oral! Hihihi… to mnie rozwala za każdym razem!

Giacometti nie żartował, gdy ostrzegał przed wściekłym różem. Przyodziewek Czecha rzeczywiście przybrał kolor, który prawdopodobnie nie był akceptowalny przez statut szkoły. Wszyscy czekali, aż Michele też się zaśmieje i pójdzie śladem kumpla. Ale tak się nie stało. Crispino tkwił w bezruchu z podejrzanie bezbarwną miną.

- Baba u lekarza? – powtórzył, groźnie zwężając oczy. – W sensie, że… Sarcia?! Że niby moja Sarcia bawi się jakimiś podejrzanymi przedmiotami?!

- Eee, nie – powiedział Otabek. – Chodziło mi o dowolną babę. Jakąkolwiek.

- Jakąkolwiek, w tym i Sarę?!

- Weź trochę wyluzj, koleś – Jurij wyciągnął słuchawki z kocich uszu. – Świat nie kręci się wokół twojej puszczalskiej siostrzyczki!

Nooooo, z tym tekstem to nieźle pojechał. Z furią spuszczonego ze smyczy dobermana, Michele zaczął machać różdżką na prawo i lewo. Zaklęcia przemykały między zgromadzonymi, trafiając w różne przedmioty i tym samym demolując świeżo odnowioną poczekalnię. Ciężko stwierdzić, co rozszalały Włoch dokładnie krzyczał, ale na pewno dotyczyło to Sarci i chyba tego, że Sarcia była planetą, wokół której orbitował Wszechświat, słoneczkiem i księżycem w jednym, tak czystą i niewinną jak woda w Dziewiczym Jeziorze, osobą zupełnie wolną od Grzechu Pierworodnego, a Jurij był i wężem, i jabłkiem, i Judaszem, i zdrajcą ludzkości, i Bóg wie, kim jeszcze…

W sam środek tego chaosu wkroczył Papa Feltsman.

- Co się tutaj, do cholery, odpierdala?! – ryknął. – Czemu on się śmieje? – gniewnie wskazał palcem tarzającego się po podłodze Emila. – Czemu on się wydziera?! – skierował wzrok na zawstydzonego Michele. – Albo, wiecie, co? NIE chcę tego wiedzieć! Chuj mnie to obchodzi! Tylko się niepotrzebnie zdenerwuję… Wy dwaj, wynocha stąd! Ale już! WON! Powtarzałem wam to już z milion razy: NIE przeniosę was do Raveclony! Miarka się przebrała! Jak jeszcze raz przyjdziecie do mnie w tej sprawie, wykopię was ze szkoły, a Sara zostanie tutaj! Zrozumiano?!

Posyłając grupie Phichita nienawistne spojrzenia, Włoch skierował się do wyjścia. Towarzyszący mu Emil wciąż rył ze śmiechu.

- To wasza wina – przez łzy wycedził Michele. – To wszystko przez was!

- Ej, ale bez takich! – obruszył się Chris. – Skąd mieliśmy wiedzieć, że twoja siostra myje zęby Oralną szczoteczką?

Dobrze, że Crispino nie wychwycił ukrytego znaczenia - jeszcze mogłoby dojść do morderstwa! Za to Nekola zaczął się śmiać jeszcze głośniej.

- Oralną… nie mogę! Nie wytrzymam! Hihi… Oral B!

Kiedy za parą kumpli zatrzasnęły się drzwi, z gabinetu wyszedł zadowolony Leo.

- Pamiętasz o naszej umowie, Iglesia? – zapytał Yakov.

- Oczywiście, panie Dyrektorze! – Amerykanin zasalutował. – Puszczę piosenkę, o której rozmawialiśmy i zadedykuję ją pani Lilii w pana imieniu! Jeszcze raz dziękuję, że pan się zgodził.

- No cóż, skoro to ma latać po zamku, a nie rozbrzmiewać w każdym pomieszczeniu i przeszkadzać w lekcjach, to może nie będzie aż tak upierdliwe. Ale ostrzegam cię, Iglesia… Jeśli ten przedmiot wymknie się spod kontroli, rozwalę go w pył pierwszym zaklęciem, które przyjdzie mi do głowy!

- Niech się pan nie martwi! Muzyka niesie same pozytywne emocje. Na pewno nie będzie pan żałował!

Nucąc pod nosem „We are the champions", Leo opuścił poczekalnię. Feltsman objął wzrokiem czterech pozostałych uczniów – z całą pewnością pamiętał, że trójkę z nich regularnie wzywał w przeszłości na dywanik. Z fatalnymi skutkami zarówno dla siebie jak i dywanika.

- No dobrze - westchnął, drapiąc się po łysinie – miejmy to już za sobą!

Weszli za nim do gabinetu. Makkachin natychmiast przystąpił do energicznego obwąchiwania każdego centymetra podłogi - jakby czegoś szukał.

- Wiem, dlaczego tu przyszliście – Yakov splótł dłonie na blacie.

Na moment zapadła cisza.

- Okej – zaśmiał się Chris. – A jak doszedł pan do…

Na czole Ojca Dyrektora zapulsowała żyłka. Giacometti odchrząknął.

- Znaczy… chciałem powiedzieć… Jak sformułował pan ten interesujący wniosek?

- Chodzi o niego. Wszyscy czterej byliście wplątani w jego zniknięcie. A teraz on wrócił! Jest tutaj, w szkole.

- Eee… on, czyli kto?

Mój ukochany? – z dziko bijącym sercem pomyślał Phichit.

- Ten, Którego Imienia Nikomu Nie Chce Się Wymawiać!

Pudel Niuchacz wreszcie znalazł to, czego szukał! Wesoło merdając ogonem, oparł przednie łapy o kolana Chulanonta. W pyszczku ściskał parę czarnych rękawiczek. Patrząc na wspomnianą część garderoby, Taj miał w głowie tylko jedną myśl:

O Buddo, spraw, by nie były własnością JJ-morta!