Rozdział 3 — Rysy
"All of these years when we were here are ending but I'll always remember" — Tyrone Wells (Time Of Our Lives)
Wyobraźcie sobie, że w jednej chwili tracicie wszystko to, co kochaliście najbardziej, że przepada wasza szansa na normalne życie, że odchodzi osoba, którą kochaliście. Widzicie to? Świetnie. Teraz wyobraźcie sobie, że słyszycie głos tej osoby co noc, że jej wspomnienie towarzyszy wam wszędzie, że już nie jesteście w stanie odróżnić rzeczywistości od fikcji. Widzicie to? Świetnie. I jak się czujecie? Załamani? Opuszczeni? Dodajcie do tego, że jesteście symbolem nadziei i sensu walki w imię lepszego jutra. Nie możecie się złamać, bo wtedy zrobią to też inni, a ta wojna nie może zostać przegrana, wtedy upadnie wszystko to, o co tak walczymy.
Więc gdybyście znaleźli się w takiej sytuacji, co byście zrobili? Skorupa. Pusta skorupa - tyle ze mnie zostało. Z resztą, nie tylko ze mnie. Hermiona wciąż zalewa się łzami, Ron pogrążył się w swojej żałobie po śmierci siostry. A ja? Ja jestem zagubiony. Obejmuję nogi ramionami i staram się ignorować październikowy chłód. Przyglądam się gładkiej tafli niebieskiego jeziora. Słońce chyli się ku zachodowi i niedługo zapadnie zmrok.
- To naprawdę piękne miejsce. - Słyszę za sobą głos Luny, która siada obok mnie i niespodziewanie ściska mocno moją dłoń.
Spoglądam na nią obojętnie, ale ona jest zbyt zajęta przypatrywaniu się zachodzącemu słońcu, by móc to zauważyć.
- Masz rację - odpowiadam w końcu, spoglądając w tę samą stronę - jest naprawdę piękne.
- Wiesz, mama lubiła mówić, że jeśli naprawdę coś kochamy, to wszystko zależy od nas. Tylko musimy mieć odwagę, by zawalczyć.
- Twoja mama musiała być mądrą kobietą - mówię cicho, opierając głowę o ramię przyjaciółki.
- Taka właśnie była - odpiera Luna swoim rozmarzonym tonem. - Wyjątkowa - dodaje cicho.
Czasami zdarza się tak, że choć wszystko jest źle, za wszelką cenę próbujemy zachować pozory, że jest dobrze. Nie prosimy o pomoc, nie chcemy jej przyjąć, ale najgorsze jest to, że nikt nam jej nie oferuje. I choć chcemy, żeby dano nam święty spokój, to otrzymanie go rani nas podwójnie. Czasami utrzymywanie pozorów może doprowadzić nas do zguby, a inni zauważą dopiero, gdy będzie za późno.
Tej nocy snów śniłem o nim. Sam nie wiem, czy wolę krwawe wizje, które podsyła mi Voldemort, i które sprawiają, że mogę wymiotować i płakać całymi godzinami, czy sny o nim, o jego głosie, który tak rozpaczliwie mnie wzywa. Sny o Nim, wcale nie rozdrapują starych ran, bo przecież one nigdy nie miały szansy się zagoić.
Pogrzeb Ginny jest mały i skromny, czyli dokładnie taki, jaka była sama dziewczyna. Pani Weasley siedzi w pierwszym rzędzie, płacząc w ramię pana Weasleya. Każdy z braci mówi coś o siostrze, a w końcu przychodzi kolej na mnie. Wychodzę na środek i nagle zapominam o przemowie, którą ułożyła mi Hermiona.
- Ginny Weasley - zaczynam cicho - była jedną z najsilniejszych osób, jakie w życiu spotkałem. Już w wieku jedenastu lat spotkało ją coś strasznego, lecz ona się nie poddała. To właśnie miała do siebie nasza Ginny, nie poddawała się, walczyła do samego końca. Wiem, że gdyby była tu dzisiaj, byłaby dumna ze swojego czynu... - przerywam na na chwilę i zamykam oczy. W umyśle miga mi obraz Ginny, która zasłoniła swoim ciałem matkę, trzymającą w rękach roczne dzieciątko.
- Straciliśmy Ginny - kontynuuje cicho. - Straciliśmy ją, ale ona wciąż jest tu z nami. Jeśli tylko zamkniecie oczy i wsłuchacie się w dźwięki, które nas otaczają, pewnego dnia będziecie mogli usłyszeć w szumie wiatru jej radosny śmiech, w kroplach deszczu usłyszycie jej kroki. Przypatrując się czerwonym liściom, wspomnicie kolor jej włosów. Może pewnego dnia poczujecie jej kwiatowy zapach. To będzie znak. Znak, że Ginny wciąż jest przy nas, strzeże nas. Jeśli zamkniecie oczy, uświadomicie sobie, że jakaś część Ginny wciąż żyje w nas. Ktoś mądry powiedział mi kiedy, że ludzie, których kochamy, nigdy nas nie opuszczają, że zawsze możemy ich znaleźć tutaj. - Pod koniec przemowy, dotykam miejsca, w którym bije moje serce.
Wracam do ławki i siadam między Ronem a Hermioną, która płacze rozpaczliwie. Przygarniam ją i Rona do ciasnego uścisku. Wtedy dzieje się rzecz niezwykła. Pękają między nami wszystkie tamy i wiem, że przez jedną, cudowną chwilę, nasza trójka rozumie się tak doskonale, jak nikt na świecie. Po policzkach każdego z nas płyną łzy.
W końcu trumna Ginny spoczywa w grobie. Urzędnik Ministerstwa odprawia krótką uroczystość, mówi kilka słów o poświęceniu Ginny, a wtedy ziemia nakrywa trumnę, w której spoczywa ciało naszej martwej przyjaciółki. Pani Weasley pada przed grobem na kolana i niemal przytula się do nagrobka. Pan Weasley stoi nad żoną, ale albo nie umie, albo nie chce nic zrobić. Reszta z nas może jedynie współczuć.
Czwarta trzydzieści cztery. Budzę z kolejnego koszmaru. Dziś żywcem spłonęła sześcioletnia dziewczynka. Zapach palonej skóry wciąż wypełnia moje płuca, a jej krzyki nadal zdają się trwać. Niemal doczołguję się do łazienki. Wymiotuję raz, drugi i trzeci. W końcu mój żołądek uspokaja się, lecz łzy nie chcą przestać płynąć. Wracam do dormitorium, siadam na łóżku, ukrywam twarz w dłoniach i próbuje się uspokoić. To chyba jakiś napada histerii. Mój oddech jest przyśpieszony, a z gardła wyrywa się cichy szloch. Niespodziewanie ktoś przytula mnie do siebie. Nawet w ciemności rozpoznaję te rude włosy.
- Spokojnie stary, to tylko sen. - Klepie mnie po plecach i odsuwa się.
- Nie, Ron, to nie był tylko sen. To było prawdziwe.
Czas mija, nawet jeśli nie chcemy tego przyznać. Czas mija szybko i nic nie możemy na to poradzić. Czas zaciera w naszej pamięci rzeczy, które niegdyś miały dla nas ogromne znaczenie. Czas nie leczy ran.
Wszystko wkoło jest taki szare i nudne, pozbawione radości. Gdzie podziały się te wszystkie szczęśliwe dni? Nie wiem. Niczego już nie wiem. Krew powoli spływa na białą posadzkę. Boli, lecz przygryzam wargę i z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk. Myśl o rodzicach, o nim, o Cedriku, o Ginny daje mi siłę, by mocniej przyciskać fragment stłuczonego lusterka do skóry. Na początku nie było łatwo zrobić pierwszego cięcia. Moja dłoń drżała mocno i nie miałem odwagi, by przycisnąć fragment szkła dostatecznie mocno. Na początku to były jedynie zadrapania, dopiero z czasem zaczęła płynąć krew. Jakaś część mnie chce, by ktoś to zauważył, by ktoś mnie powstrzymał, lecz świadomość, że nikt się nie zjawia, sprawia, że przyciskam szkło mocniej.
Jednocześnie chciałbym przycisnąć lusterko mocniej, zakończyć to już definitywnie, lecz coś mnie przed tym powstrzymuje. Życie, które tętni we mnie, broni się zażarcie i nawet ja - ten sławny bohater - nie potrafię z nim wygrać. Myślę jednak, że jeśli nic się nie zmieni, pewnego dnia wygram ten pojedynek i wtedy nawet wyobrażenie sobie zranionych twarzy Rona, Hermiony i Remusa nic nie da. Będzie za późno.
Remus tłumaczy coś z wymuszonym - jestem tego pewien - uśmiechem. Nawet on, a może szczególnie on ma na sobie znamiona czasu, który tak nas wszystkich wyczerpuje. Jego śmierć zostawiła na Lupinie piętno, cierpi on na swój własny sposób, być może bardziej ode mnie. Być może on też sobie nie radzi, lecz nie okazuje tego w żaden sposób. Gdy na niego patrzę, wciąż widzę silnego człowieka, okrutnie skrzywdzonego przez los i ludzkie uprzedzenia. Dla ludzi nie liczy się jak cudownym człowiekiem jest ktoś, jeśli tylko jest zbrukany czymś niebezpiecznym. Ciekawe jak zareagowaliby, gdyby dowiedzieli się, że osoba, którą mają za bohatera, nosi w sobie część potwora, odpowiedzialnego za tak wiele nieszczęść. Choćby się starał, nie potrafię zrozumieć tej ludzkiej ignorancji. Czasem wstydzę się bycia człowiekiem. Mówimy, że to centary, olbrzymy czy trolle są prymitywnymi stworzeniami. Niestety sami nie jesteśmy lepsi.
