Ymir

Przez cały wspólnie spędzony wieczór udało mi się na tyle zgrabnie kierować rozmową, by omijała ona szerokim łukiem powód mojego wstąpienia do wojska. Widziałam, że kilka razy pytanie to samo pchało się na usta Christy, ale za każdym razem je powstrzymywała, za co byłam jej niezmiernie wdzięczna.

Cieszyłam się, że za cel spaceru obrałyśmy sobie jezioro. Zdążyłyśmy je zobaczyć po raz ostatni przed dalszą drogą, a ja zostałam uraczona niewielkim pokazem, gdy Christa niemal bezwiednie bawiła się wodą.

Następnego dnia przed świtem ruszyliśmy całym oddziałem w dalszą drogę wzdłuż granicy. W przybliżeniu setka ludzi, a mi trafiło się podróżować w nowej formacji Erwina w sąsiedztwie Christy. Czy był to przypadek? Nie miałam pojęcia, za to na pewno nie miałam zamiaru narzekać. Dzięki temu specjalnemu towarzystwu czerpałam jeszcze większą przyjemność z otwartych przestrzeni i wiatru we włosach. Całkiem przyjemnie było tak pędzić przy niewielkim wysiłku własnym. Niekiedy jednak wysiłku trzeba było włożyć troszkę więcej. Koń szkolony czy nie, po godzinach takiego biegu nawet ja rzuciłabym się na tę soczystą trawę.

- Hej! – zaprotestowałam, równocześnie dając sygnał łydkami by przywrócić mojego rumaka do porządku, gdy ten znowu uległ pokusie zieleniącej się kępy trawy, zupełnie jakby ta szeptała mu do ucha magiczne zaklęcia.

Christa dla odmiany zdawała się nie mieć takich problemów.

Nic dziwnego, że Armin, jej nauczyciel jeszcze na zamku, zdawałoby się w innym życiu, tak bezproblemowo odpuścił Historii jazdy. Mała trzymała się w siodle jak zawodowiec. Lepiej niż większość kadetów, ba!, nawet lepiej niż komendanci, którzy pół życia spędzili w siodle na rozmaitych misjach.

'Ma talent.' - pomyślałam, gdy patrzyłam jak znakomicie kontroluje swojego wierzchowca i bez najmniejszych problemów trzyma się w siodle. Gdyby tylko poświęciła treningowi więcej czasu, mogłaby zostać ekspertką w tej dziedzinie i zajść naprawdę daleko. Jednak podczas jazdy nie widziałam w jej oczach tego błysku, który niezmiennie towarzyszył jej podczas posługiwania się darem oraz w trakcie występu z fontanną, kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy. Bez wątpienia jazda nie sprawiała jej nawet połowy tej przyjemności. A może nudziła ją, ponieważ nie stanowiła wyzwania? W każdym razie, Christa była idealnym przykładem na to, że w życiu nie trzeba koniecznie robić tego w czym jest się dobrym. Zamiast tego wystarczyło mieć pasję.

I wtedy to usłyszałam. Świst z jakim wiatr przemknął obok mojego ucha w ten spokojny ciepły dzień, jak wyrwał mi włosy z naprędce związanego luźnego kucyka. Udałam, że uśmiecham się zachwycona i całkowicie pochłonięta widokiem towarzyszącej mi Christy, co nie było specjalnie trudnym wyzwaniem.

A następnie zgrabnie uniknęłam nadlatującej strzały, niesionej podmuchem nienaturalnie silnego zefiru. W kierunku, z którego nadleciała posłałam smugę światła, która miałam nadzieję oślepi przeciwnika i da nam czas na przemyślenie kolejnego ruchu.

Christa błyskawicznie zorientowała się w sytuacji i bez wahania posłała w niebo czerwoną flarę – ustalony uprzednio znak dla reszty, że zbliża się niebezpieczeństwo.

Wkrótce powietrze nad równiną przecinały liczne flary. Zbyt liczne. Na domiar złego wszystkie, co do jednej, intensywnie czerwone. Zdobiły niebo niczym potworne rany, które już zdołał zadać nam wróg, mimo że prawdziwa potyczka miała dopiero się zacząć. Na koniec tego szokującego dowodu naszej porażki – nie było wątpliwości, że wpadliśmy w pułapkę, gdybym nie była tak pochłonięta walką o życie moje i Christy zapewne miałabym już gotową mowę, którą uraczę przywódców za to w co nas wciągnęli – żółta flara jak ropa sącząca się z zadanych nam ran nakazała zebrać się w środku formacji.

Bez namysłu popędziłyśmy z Christą w kierunku źródła żółtego dymu. Moja towarzyszka otoczyła nas szczelnie kulą wody, która poza zapewnieniem bezpieczeństwa miała oczywistą wadę – ograniczała widoczność.

Niecierpliwie poganiałam swojego rumaka, teraz już bezpardonowo wbijając pięty w jego boki. Szybciej, szybciej, szybciej… Nie groziły nam strzały, a mimo to…

Poczułam potężne szarpnięcie wiatru, które uderzyło w wodną bańkę. Dzięki bogom, losowi czy co to za inna magiczna siła kieruje tu naszym życiem, że byłam na tyle blisko, że przytrzymałam w siodle chyboczącą się od siły uderzenia Christę. Nawet nasze konie zrozumiały powagę sytuacji i postanowiły się wzajemnie nie pokopać. Hurra!

Gnałyśmy dalej przed siebie, zwierzęta brutalnie orały kopytami soczystą trawę, a chwilę potem… leśne poszycie… Że co?

- Opuść barierę, Christa! – wydarłam się do ucha mojej towarzyszce. Widziałam jak przewraca oczami, że niby po co ja się tak drę, przecież jesteśmy blisko. Sytuacja wydawała mi się jednak odpowiednia, ten pęd porywający słowa i tak dalej. Poza tym, byłyśmy biegającą wodną bańką – tak czy inaczej przyciągałyśmy spojrzenia i byłyśmy głównym celem.

Ostatecznie bez gadania mnie posłuchała. I całe szczęście, ponieważ w chwili, gdy woda zniknęła naszym oczom ukazało się potężne drzewo… Z którym poznałybyśmy się bliżej niż nakazuje instynkt przetrwania, gdyby nie refleks i umiejętności Christy – drobna blondynka zawróciła półtonowe zwierzę w miejscu, ciągnąc równocześnie za wodze mojego kasztanka.

Uff… Poczułam jak kamień spada mi z serca. Ale kolejne jego uderzenie zostało prawie zatrzymane przez głaz wielkości Mount Everest, który pojawił się w mojej klatce piersiowej, gdy dostrzegłam grupkę jeźdźców tuż przed nami. Cztery postacie, w mundurach niepozostawiających wątpliwości, że nie zamierzają zaprosić nas na integracyjną międzynarodową herbatkę.

Popędziłyśmy konie, w nadziei, że wyminiemy wrogich żołnierzy zanim dosięgną nas ich miecze (miecz, ot, broń uniwersalna, tak samo jak strzały czy sztylety, odpowiednio użyta poradzi sobie z większością ludzi niezależnie od ich darów), kiedy jeden z nich, blondyn maksymalnie w moim wieku, uniósł dłonie. Zderzyłyśmy się z powietrzną ścianą. Próbowałam krzyknąć, lecz powietrze zostało brutalnie wyrwane z moich płuc. Christa chwyciła się za gardło, przepełnione paniką konie rzucały się pod nami.

Jak ja nienawidziłam darów powietrza. Wspominałam już? Uczepiłam się tej myśli, by nie pozwolić się sparaliżować przez dławiący strach, że tak oto tutaj zginę, a razem ze mną moja Historia.

Pozwoliłam czystej nienawiści, chęci przetrwania oraz uczuciu troski i odpowiedzialności za księżniczkę płynąć w moich żyłach silnym strumieniem, bez zahamowań i dotrzeć do każdej najmniejszej komórki mojego ciała. Nożem nie będę w stanie przebić się przez ścianę powietrza, na Historię i jej moc nie mogłam też liczyć.

W akcie desperacji rzuciłam w czteroosobową grupkę wężami światła. Dla niego powietrze czy nawet jego brak nie było najmniejszą przeszkodą. Zyskałam kilka sekund ich dezorientacji, widziałam strach w ich oczach i maksymalnie rozszerzonych źrenicach. Instynktownie cofnęli się na widok pełznących w ich stronę świecących wężowych kształtów przenikających jak duchy przez ich szczelną barierę ochronną.

Moje zwycięstwo było jednak chwilowe, a satysfakcja wyparowała, kiedy zadałam sobie sprawę, że to cała moja nagroda. Nigdy nie będzie mi dane zobaczyć ich ginących w męczarniach, czego z całego serca im życzyłam, bo wcześniej sama zdążę przejść przez tę cienką barierę między 'tu' i owianym wieczną tajemnicą 'po drugiej stronie'.

Poruszałam ustami jak ryba wyrzucona na brzeg. Przez mroczki rozmnażające się w zastraszającym tempie w moim polu widzenia dostrzegłam Historię drapiącą z przerażeniem swoje gardło, paznokcie pozostawiające krwawe ślady na jej gładkiej jasnej skórze.

Nawet w ostatnich chwilach, kiedy nie miałam już nic do stracenia nie mogłam powiedzieć Historii, tego co powinna wiedzieć. Jaka silna i niesamowita była, jak bardzo zasługuje na to by któregoś dnia zasiąść na tronie. Jak bardzo chciałabym odwiedzać ją w jej królewskich komnatach, z ogromnym łożem i podobnej wielkości wanną.

Poczułam jak ziemia usuwa się spode mnie… Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to mój kasztanek padł jak długi.

Ile już wytrzymałam bez powietrza? Straciłam rachubę czasu. Wiedziałam tylko, że dotarłam do kresu mojej wytrzymałości.

I wtedy – rozpłaszczona na ziemi, obok leżącego jak martwy kasztanka, zdana na łaskę, a raczej niełaskę, naszych oprawców – zobaczyłam jak moje życie przelatuje mi przed oczami. A konkretnie jego najgorszy moment. Tylko dlaczego ta blondwłosa suka, która swego czasu była odpowiedzialna za ogrom cierpienia jaki na mnie spadł, za najgorszą rzecz jaką można zrobić drugiemu człowiekowi, pojawiła się między drzewami z łukiem wycelowanym gdzieś nad moją głową? Czyżbym już traciła zmysły?

Zanim zdążyłam sobie odpowiedzieć na to, jak się obawiałam, ostatnie pytanie w moim życiu, powietrze siłą wdarło się do moich płuc, prawie się nim zachłysnęłam. Zanosząc się kaszlem usiadłam gwałtownie i rozejrzałam dookoła. Dopiero po zlokalizowaniu Historii pozwoliłam sobie wziąć dłuższy spokojniejszy oddech. W moich załzawionych oczach jej złote włosy zdawały się płonąć w mocnym popołudniowym słońcu, które było równocześnie reflektorem dla naszej sztuki zwanej życiem jak i jej niewzruszonym świadkiem.

Potrząsnęłam nerwowo głową. Fakt, że imały się mnie 'wzniosłe' metafory był niezbitym dowodem na to jak potrafi człowiekowi zaszkodzić brak powietrza. Cholera, mam nadzieję, że to odwracalne.

Cały świat jednak zdawał się blednąć w blasku tych włosów, tworzących aureolę wokół głowy Historii. Z nową energią nieznanego pochodzenia doczołgałam się do mojej księżniczki i objęłam mocno jej drobne drżące ciało, zatopiłam twarz w tych lśniących włosach i przez tę krótką chwilę nic poza nami nie miało znaczenia.

Jak na mój gust ten moment minął zbyt szybko. Ale jak na mój gust wieczność to też byłoby zbyt krótko.

Gdy podniosłam wzrok i zobaczyłam zaczesane w luźnego kucyka krótkie blond włosy, w tym charakterystycznym płowym odcieniu, dodatkowo poplamione krwią, stare wspomnienia uderzyły we mnie z pełną siłą i skuteczniej niż brak powietrza ścisnęły moje płuca.

- Uciekaj! – rzuciłam w przestrzeń. Samo mi się wyrwało. Było właściwie skierowane bardziej do mnie samej niż do Historii.

Ta jednak ku mojemu zdziwieniu szybciej niż ja zorientowała się w sytuacji i stanęła pomiędzy mną a koszmarem mojej przeszłości. Nie widziałam jej wyrazu twarzy, ale sądząc po reakcji Annie Leonhart nie był to jej zwykły topiący lodowce uśmiech.

Czułam jak z każdym krokiem naszej nowej przeciwniczki moje oczy otwierają się coraz szerzej. Miło mi bardzo Historio, że polubiłaś mnie do tego stopnia, ale może dałoby się obejść bez śmiertelnych poświęceń? Wymierzony w nas – – łuk przeciwko ostrzu, które blondynka trzymała pewnie przed sobą. Po jej pozycji na szeroko rozstawionych nogach i lekko ugiętym tułowiem szykując się do skoku wiedziałam że muszę działać.

Ale nie mogłam, durne ciało jakby nagle wrosło w ziemię. A byłam pewna, że nasza przeciwniczka nie dysponowała mocą zwiększania grawitacji.

Dopiero wariacki śmiech Annie przywrócił mi jasność myślenia.

To ja byłam jej celem, nie Historia.

Nie miałam wyboru. Ściąganie niebezpieczeństwa na całe wojsko i niczemu niewinną Historię było poniżej mojej godności. Co innego ucieczka. Moja odwieczna ulubiona opcjo – nadchodzę!

Historia

Ostatecznie udało nam się przełamać szyki wroga i uciec. Szkoda tylko, że przypłaciliśmy to stratą jednej czwartej ludzi. Humory w obozowisku były wisielcze.

Na domiar złego nigdzie nie mogłam znaleźć Ymir. Od dwóch dni wypytywałam o nią każdego kogo mijałam. A z każdym ponurym zaprzeczeniem lub wzruszeniem ramion poczucie winy coraz bardziej sączyło się do moich wnętrzności i przeżerało je jak kwas.

Wydawało mi się, że przywykłam już do obozowej rzeczywistości. Z dnia na dzień czułam się tutaj coraz swobodniej i bardziej 'na miejscu'. Dopiero teraz uświadomiłam sobie ile z tego zawdzięczałam Ymir. Brakowało mi jej podnoszącej na duchu obecności. Do teraz czułam ciepło rozlewające się po moim ciele gdy pozwalałam myślom dryfować do tych wspólnych momentów kiedy wieczorami zaplatała mi włosy i całowała każde skaleczenie…

Samotność w tak dużej grupie zakrawała na ironię. Bądź co bądź walczyliśmy ramię w ramię, przez co nie brak nam było wzajemnego zaufania. Towarzyszył mi nawet nasz wodny Korpus Zwiadowczy, ale… to nie było to samo. Tylko przy owej tajemniczej brunetce mogłam być w pełni sobą, ponieważ ona jako jedyna znała i akceptowała mój sekret.

Właściwie dlaczego ja się wtedy rzuciłam między nią i tę dziwną nieznajomą? Erwin zobaczył to z oddali… I ta nieostrożność z mojej strony kosztowała mnie jego zaufanie. Chociaż, myślałam po raz enty przeczesując obóz, było to równocześnie jedynym źródłem mojej nadziei. To przecież wcale nie takie nieprawdopodobne, że Erwin ukrywał przede mną obecność Ymir. Albo rozkazał jej opuścić naszą jednostkę. Coraz to nowe teorie pojawiał się w mojej głowie jak grzyby po deszczu.

Bo scena której Erwin był świadkiem była równoznaczna ze swego rodzaju zdradą królestwa. Obrona kogoś własnym ciałem stawiała mnie-księżniczkę w niebezpieczeństwie, a od tego do wypowiedzenia tych trzech magicznych słów, które zniszczyłyby moją wartość było już całkiem niedaleko.

Nocami, kiedy budziłam się z jednego koszmaru tylko po to by obudzić się w drugim krzyczałam te słowa w duchu. I z każdym 'Kocham Cię, Ymir!' coraz bardziej zastanawiałam się czy wypowiedzenie ich na głos nie pomogłoby mi wyczuć jej obecności.

I tak przez kilka dni. Dopóki moje roztargnienie na obowiązkowych ćwiczeniach nie doprowadziło do złamania żebra.

- Dla…? Czemu…? – wychrypiałam trzymając się za bok. Nogi się pode mną ugięły i bardzo nie po królewsku padłam na ziemię. W chmurze wzbitego kurzu zobaczyłam twarz kapitana Levi'ego.

- Dlaczego co? – spojrzał na mnie z góry. Jego sroga pozbawiona emocji twarz, była całkowitym przeciwieństwem mojej. Idealnie obrazowało to również różnice w naszym charakterze. Nigdy nie wróżyłam nam dobrej współpracy, a teraz to!

I cóż za idiotyczne pytanie?! Nie mogłam przecież zapytać wprost jak śmiał uderzyć tak mocno mnie, księżniczkę, podczas ćwiczeń imitujących prawdziwą walkę…

- Miałaś być pożyteczna, a póki co tylko przeszkadzasz. – kapitan Levi należał do tych osób, które nie muszą podnosić głosu by brzmieć złowieszczo. I jakby nie zawahał się zamachnąć ponownie, jeśli moja odpowiedź go nie usatysfakcjonuje.

- Ona uciekła, Historio. Zostawiła cię. – dodał, gdy nie doczekał się mojej reakcji. – Czas wziąć się w garść.

Chrzanić to. Byłam zbyt zajęta powstrzymywaniem łez tworzących bajora w kącikach moich oczu, by wdawać się w konwersacje. Chwiejnie ruszyłam w stronę namiotu szpitalnego.

Historia

To nie była zwykła potyczka, mogłam to stwierdzić chociażby po nastawieniu naszych przeciwników. Zbytnia pewność siebie, większa niż poprzednio brawura – widoczne na pierwszy rzut oka.

Poszłam za radą Levi'ego. Kreatywność podczas występów to jedno i nie może się równać z tym, nad czym głowiłam się przez ostatnie dni. Odbyłam wiele konsultacji z naszą dawną grupką Korpusu Zwiadowczego. Pogaduszki o przeszłości i wspólne wspominki nie zajęły nam dużo czasu, znacznie bardziej interesujące było to, co mogliśmy - musieliśmy - zrobić teraz. Od Mikasy nauczyłam się jak zatrzymywać krew w żyłach przeciwnika i zwiększyć ciśnienie w gałkach ocznych, od Sashy podkradłam technikę zamieniania podłoża w błoto pod stopami przeciwnika.

Teraz, na zaśmieconym trupami trawiastym polu, bezlitośnie korzystałam z nich wszystkich. Z tych, które mi podpowiedziano, w równym stopniu jak z moich własnych oryginalnych technik.

Właśnie kończyłam kąpać w błocie moja przeciwniczkę, kiedy odwracając się zauważyłam szeroki cień za moimi plecami. Nie dam się złapać w tę pułapkę, mowy nie ma! Wykonałam niezbyt zgrabny, za to bardzo efektywny odskok w prawo, wyćwiczony na licznych treningach. Następnie zrobiłam to, co pierwsze przyszło mi do głowy, co przychodziło mi najprościej i najnaturalniej, prawie instynktownie. Poszukałam wody w ciele dziewczyny kontrolującej cień, usiłującej mnie złapać w swoja pułapkę. Niewiele brakowało. Znalazłam życiodajny płyn i sięgnęłam po niego bez skrupułów.

Jeden ruch ręki wystarczył - naprawdę, nie było to nawet w połowie tak skomplikowane jak niektóre w figur, które rutynowo przedstawiałam przy fontannach. Za to o wiele bardziej szokujące. Patrzyłam, z lekkim przerażeniem jak usta mojej przeciwniczki wypełniały się wodą. Jak wpatrywała się we mnie już nie z nienawiścią, a z niemym błaganiem o pomoc... Ale już było za późno, obie to wiedziałyśmy, kiedy piana wokół jej ust zabulgotała po raz ostatni.

Utopiłam tę dziewczynę. Utopiłam. Jak wielu, wielu innych w dzisiejszej bitwie.

Starałam się nie nadużywać tej metody. Topienie we własnych płynach ustrojowych wcale nie było humanitarnym sposobem zabijania. I nie dawało szans na uratowanie, nie to co zaklinowanie w nowopowstałym bagnie.

Zdążyłam się już uodpornić na widok martwych ciał, trupy dookoła nie wzbudzały we mnie odruchów wymiotnych. Jednak zabijanie z zimną krwią budziło gwałtowny sprzeciw mojego sumienia, co z kolei wymagało nieustannego przypomnienia dlaczego to robię.

A walczyłam z krajem, który zaatakował moje królestwo. To chyba wystarczający powód? Albo wystarczająca wymówka?

Byłam tak pochłonięta walką z żołnierzami w czarnych mundurach Marley, że nie poświęciłam należytej uwagi naszym wojownikom. Tak wiem, to był błąd. Typowy błąd nowicjuszki, ale to mnie w żadnym stopniu mnie nie usprawiedliwia.

Dlatego, kiedy zieleń płaszcza mignęła mi przed oczami, byłam pewna, że to Sasha przyszła mi pomóc, ewentualnie Connie, mało prawdopodobne by była to Mikasa albo Eren, ta dwójka zawsze trzymała się razem, zawsze w centrum wydarzeń, tam gdzie działo się najwięcej - czyli aktualnie gdzieś za moimi plecami, co wnioskowałam z ilości krzyków. Tak więc kompletnie nie zwróciłam uwagi na twarz i całkowicie zlekceważyłam ewentualne zagrożenie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy właścicielka zielonego płaszcza przebiegła tuż obok mnie, przy okazji łapiąc za rękę i ciągnąc jak najdalej od ogólnego zamieszania i chaosu.

- Rusz się Historio, szybko! – moje prawdziwe imię wypowiedziane zostało z naciskiem, ale to nie było moim głównym zmartwieniem. Tak naprawdę prawie potknęłam się o własne nogi, ponieważ właścicielką głosu bez najmniejszych wątpliwości była...

- Ymir. - sapnęłam kiedy już odzyskałam głos. Nie zwalniałyśmy tempa, mijałyśmy innych walczących, a odgłosy walki z centrum potyczki, o dziwo, nie malały ani trochę. Wręcz przeciwnie, były coraz donośniejsze. - Co ty tu...?

Zanim skończyłam zadawać pytanie, padł na nas ogromny cień, gasząc blask w moich rozszerzonych z niedowierzenia oczach. Spojrzałam za siebie i już wiedziałam. Ymir odciągała mnie od centrum potyczki, gdzie znikąd pojawili się… Tytani? Giganci? Olbrzymi? Nie wiedziałam jak to nazwać. Wiedziałam jedynie, że nigdy, przenigdy nie słyszałam o ludziach obdarzonych takim darem. Nie czytałam o tym w książkach, nawet tych fantasy, nie słyszałam w baśniach, a i mojej wyobraźni nie zdarzyło się zawędrować tak daleko.

Dostrzegłam przynajmniej siódemkę na oko pięciometrowych sylwetek na linii gdzie stykały się nasze wojska. Choć ogromne stwory na pierwszy rzut oka zdawały się mieć niewiele wspólnego z istotami ludzkimi, były jednak świadome tego co robią, a konkretnie kogo zabijają. Na tle świecącego wysoko słońca bardzo wyraźnie rysował się obraz tytana odrywającego głowę jednemu z żołnierzy. Szczęście w nieszczęściu – nie widziałam twarzy biedaka. W następnej sekundzie silny wiatr uniósł zielony płaszcz w stronę nieba.

A zaraz potem widok zasłonił mi nieco mniejszy, bo około 3-metrowy tytan. Nie wiedziałam gdzie oczy podziać, nie wiedziałam co zrobić z rękami. Sięgać po sztylet czy po dar? Zanim zdołałam podjąć decyzję, w moim polu widzenia pojawiła się ogromna dłoń. Już byłam w stanie dostrzec jej wszystkie szczegóły, łącznie z kiepsko wypielęgnowanymi skórkami przy paznokciach…

Bogom niech będą dzięki, Ymir szybciej niż ja zorientowała się w sytuacji i bez wahania cięła ostrzem z wyjątkową siłą. Zupełnie jakby widok tytanów nie był dla niej niczym niesamowitym. Zastanawiałam się jakie w takim razie rzeczy przyszło jej już w życiu oglądać.

Cudem uniknęłyśmy zdeptania, gdy Ymir z gwałtownością godną dzikiego kota na polowaniu odciągnęła naszą dwójkę na prawo.

- Zrób z nim coś! No! Już widziałam cię w akcji, nie wymigasz się tą łagodną twarzyczką. - wrzasnęła mi wprost do ucha. Sama próbowała oślepić stwora światełkami, ale niewiele to dawało przeciwko ogromnemu potworowi - wręcz zdawało się, że jest rozbawiony, jak dziecko odpędzające się od świetlików. Aż w końcu jego wzrok padł prosto na nas. I wtedy całkowicie stracił zainteresowanie światełkami-świetlikami i zamieszaniem dookoła. Zastanawiałam się ile w tym stworze człowieka, kiedy ten nagle zamachnął się na Ymir. Natychmiast zaprzestałam formowania wodnej liny, o którą tytan mógłby się potknąć.

Zamiast tego przeszłam do mojego popisowego ataku. Zobaczyłam jak woda wypełnia usta olbrzyma i jak ten powoli zwalnia kroku, aż w końcu się przewraca, mijając nas zaledwie o metry. Ymir za pomocą swoich ostrzy cudownie zdołała pokierować naszymi ludzkimi wrogami, którzy teraz wrzeszczeli miażdżeni przez ich własną broń.

Niestety, kontrolowanie takiej ilości płynów tak wielkiego osobnika było okropnie wyczerpujące. Mądrze wyciągnęli asa z rękawa teraz, w połowie bitwy, kiedy duża część z nas była zmęczona lub ranna.

- Łał! Brawo mała! - Ymir patrzyła z ekscytacją na szkody jakie spowodowałam. Nie było w jej głosie strachu, którego się spodziewałam na wieść o moich nowych umiejętnościach.

Nie tak wyobrażałam sobie nasze ponowne spotkanie. Nie całe skąpane we krwi z dodatkiem brutalności walki.

Dlaczego mnie zostawiłaś? Co się z tobą działo kiedy cię nie było, Ymir? Te i wiele innych pytań cisnęło mi się na usta, sprawy sercowe musiały jednak zaczekać w kolejce. Najpierw byli tytani do pokonania, plus wrodzy żołnierze, a nie wszystkie dary nadawały się do walki na bliską czy daleką odległość. Wszystkie nasze szyki, całe skrupulatne rozstawienie poszło w rozsypkę. Nasi ludzie... Moi ludzie, moi żołnierze, walczący za moje, za nasze dziedzictwo...

Co powinnam zrobić?

Jakby słysząc moje myśli, Ymir zarządziła:

- Historia, tędy! Widziałam dziurę w ich obronie w zachodniej flance! Jeśli się pośpieszymy, to jeszcze zdążymy...

- Nie mogę uciec! – warknęłam w nagłym przypływie emocji. - Nawet jeśli oznacza to ponowne rozstanie... Gdzieś ty właściwie była!?

- Uciekać? Naprawdę aż tak nisko mnie cenisz? - Ymir błysnęła zębami w kocim uśmiechu i kiwnięciem wskazała wzniesienie po lewej. - Wzgórze. Zbierz po drodze grupkę wodnych przyjaciół.

Wbrew wszelkiej logice postanowiłam jej zaufać. Ruszyłam we wskazanym kierunku stawiając wszystko na jedną kartę: Ymir zdawała się mieć nieporównywalnie większe pojęcie o walce niż ja kiedykolwiek miałam.

W ogólnym rozgardiaszu zamachnięto się bezpośrednio na moje życie przynajmniej dziesięciokrotnie, a przynajmniej tyle ataków sama odparowałam. Za mną z determinacją godną lwicy broniącej swoich młodych podążała Ymir, pilnując by żaden z pozostałych zamachów się nie powiódł.

Nie ułatwiałam jej zadania pchając się w co większe lokalne potyczki, ale musiałam pomóc przyjaciołom. Wreszcie całą 'wodną' piętnastką, którą udało mi się znaleźć stanęliśmy na szczycie wzgórza, wszyscy bez wyjątków w krwi i błocie.

Łopotanie naszych zielonych płaszczy na wietrze zagłuszyło moje zaskoczone westchnienie.

Pozostałość naszej armii kierowała się w stronę wzniesienia, podczas gdy część żołnierzy dbała o oczyszczenie im drogi zwabiając tu tytanów, skąd pchane przeróżnymi siłami natury olbrzymy turlały się w dół drugą stroną wzniesienia, przy okazji nadzwyczaj skutecznie potrącając naszych nieprzyjaciół.

- Dlaczego wszyscy tu idą?! – wykrzyczałam. – To ma być nasz odwrót? Przecież kierujemy się prosto na chordy tytanów!

- Spójrz trochę dalej. – Ymir zachowywała spokój, jakbyśmy już byli bezpieczni.

- Jezioro graniczne. – westchnęłam, widząc co rozpościera się przed naszą armią. Ze wzgórza miałam na nie piękny widok. Gdy zmrużyłam oczy nieco na lewo dostrzegłam brzeg, na którym kiedyś stworzyłam wywernę. Teraz będę musiała postarać się znacznie bardziej byśmy zdołali ujść stąd z życiem.

- To jest ich jedyna szansa. – mruknęła potakująco Ymir podążając za moim spojrzeniem.

- Nasza. – poprawiłam odruchowo i podążyłam za byłym Korpusem Zwiadowczym oraz resztą towarzyszy z darem wody.

Zbiegliśmy w dół zbocza i dalej, prawie po kolana w wody jeziora. Ustawiliśmy się w równym rządzie, ramię przy ramieniu, gotowi dać największy popis naszych umiejętności jaki widział świat. Występ, którego z wrażenia nie zapamięta co najmniej połowa widzów. Wszyscy byliśmy gotowi o to zadbać.

- Teraz! – wrzasnął Eren na całe gardło.

Adrenalina buzowała w moich żyłach dając mi energię potrzebną do zepchnięcia mas wody na boki. Dzięki naszym połączonym wysiłkom jezioro rozstąpiło się przed naszą armią - razem utworzyliśmy suche przejście na bezpieczny brzeg.

Widziałam jak w wodnych ścianach odbijają się błyski piorunów rażących próbujących podążać za nami przeciwników, słyszałam jak z głośnymi pluśnięciami połyka ich błoto, w pewnym momencie mignęły mi nawet znajome światełka wabiące tytanów w głębokie odmęty jeziora. Przez chwilę wyglądało to tak jakby cała natura uwzięła się na naszych nieprzyjaciół i za wszelką cenę broniła wodnego tunelu.

Zaskoczeni obraną przez nas drogą ucieczki nie byli pewni jak mają zareagować. I to uratowało nam życie.

Najpierw powoli, krok za krokiem posuwaliśmy się do przodu opuszczając wody i zatapiając w nich wrogich żołnierzy oraz… tytanów! Którzy najwyraźniej w tej formie nie potrafili pływać! Z ponurą satysfakcją patrzyłam jak nabijają się na wystające skały tworząc karykaturalne szaszłyki.

Za to koniec dystansu przebiegliśmy sprintem, ledwie mogąc utrzymać potężną wodę w ryzach.

Chlupnięcie, które rozległo się gdy wodne ściany się zapadły było ostatnim dźwiękiem jaki usłyszeli odziani w czarne mundury ludzie, którzy uparcie podążali za nami aż do końca. Wzburzone fale sięgnęły brzegu, wielu z nas rzucając na kolana.

W ogólnym zamieszaniu, ledwo trzymając się na nogach jakby z wodorostów, które to zielska notabene jakimś cudem znalazły się w moich włosach, pozwoliłam Ymir odciągnąć się na bok, z dala od ciekawskich spojrzeń.