Biblioteka
McGonagall miała sadystyczne zacięcie, którego Draco się u niej nie spodziewał. Szlaban spędzany na pomaganiu w nauce to już wystarczało, ale pomaganie we Wróżbiarstwie trzecioklasistom, którzy wykazali słabe zdolności... Przyjrzał im się. Wszyscy siedzieli przy stole w kącie, gdzie zostali zagnani przez Madam Pince, spoglądając na niego albo odwracając od niego wzrok z przerażeniem wypisanym na twarzach. Dwóch Ślizgonów, trzech Puchonów, jeden Krukon i dwoje Gryfonów. Prawie obnażał zęby na czerwono-złote bachory. Zrobiłby to na pewno, gdyby tylko odważyli się spojrzeć mu śmiało w twarz. Ponieważ jednak się kulili ze strachu, wszystko było w porządku.
- Może powinni... eee... wyjąć pracę domową? – zasugerował Puchon z piątej klasy, który został wyznaczony, żeby odbyć z nim ten szlaban. Draco wiedział dlaczego. Najwidoczniej uważano, że nie można mu powierzyć małych dzieci. W głębi duszy był zachwycony, że nauczyciele uważali go za zagrożenie. Z drugiej strony te mażące się półgłówki przestraszyłyby się własnego cienia, więc nie był to zbyt wielki komplement.
Spojrzał z wściekłością na swojego puchońskiego "partnera", aż ten wyglądający jak ciepłe kluchy chłopak w końcu pojął aluzję i odwrócił się, żeby odrabiać swoją własną pracę domową. Draco może i nie chciał być tutaj, ale nie miał zamiaru dzielić się dowództwem nad grupą. Skierował różdżkę na małą dziewczynkę, która podkradła się do stołu i czaiła się tam bez żadnego powodu.
- Wyjdź – powiedział. Musiał tu zostać dopóki uczniowie nie zrobią ostatniego zadania, niezależnie od tego, jak długo miałoby to potrwać. Nie pozwoli sobie przeszkadzać.
Dziewczynka nie miała swojego mundurowego swetra ani krawatu, więc nie wiedział, z jakiego jest Domu. Zachowywała się, jakby go nie usłyszała. Z niesłychanym zaciekawieniem zaglądała do książki do Wróżbiarstwa Krukonki. Gdy się pochyliła, szata opadła jej do przodu i zobaczył jej godło: Ravenclaw. Oczywiście. Być może była siostrą tej niekompetentnej Krukonki z trzeciej klasy. Nieważne. Draco postanowił ją na razie ignorować.
- Macie przygotować wykres przedstawiający porównanie położeń planet w momencie waszych urodzin i dzisiaj. Sześć cali pergaminu. To jest bardzo proste.
Pamiętał to zadanie. Zajęło mu całe 10 minut. Tylko że zmyślił wszystkie dane, wiedząc, że Trelawney nie jest prawdziwym nauczycielem. Nigdy nie marnował czasu na profesorów, którzy nie wymagali prawdziwego wysiłku. Przewrócił oczami, widząc w jakim skupieniu wyjmowali pergamin z teczek i jak zagryzając wargi zasiedli nad książkami.
- Magda, odsuń się – wyszeptała głupia Krukonka, odpychając małą dziewczynkę.
- Nie mogę popatrzeć?
- Nie.
- Dlaczego?
Draco obszedł stół dookoła i stanął za jej plecami.
- Kazałem ci wyjść – powiedział lodowato.
- Wiem, przepraszam – powiedziała głupia Krukonka, przybierając dostatecznie pokorny wygląd. – Staram się jej wytłumaczyć...
- Wracaj do pracy – warknął Draco, nie mając zamiaru zostać w bibliotece ani sekundy dłużej niż to było potrzebne. Dziewczynka stała przed nim, głucha na jego słowa. Musiała być tak samo durna jak jej siostra, żeby zignorować jego komendę. Być może nie była w Hogwarcie wystarczająco długo, aby zrozumieć kim był, a Draco nie mógł się zdobyć na to, żeby po raz trzeci kazać jej wyjść. To by zrujnowało jego wizerunek. Minął ją, podszedł do końca stołu i prychnął z niesmakiem nad wykresem jednego z Puchonów.
- Mój Boże, czy ty jesteś głupi? To się tak robi – powiedział, wyrywając pióro z ręki chłopca. Chłopiec odchylił się bardzo, bardzo daleko, gdy Draco pochylił się nad jego pergaminem, by szybko i z furią narysować wykres. Skończył, rzucił pióro na stół i przeczesał włosy ręką. – O, tak – powiedział. – Popraw to. – Zrobiłby pracę domową za nich wszystkich, gdyby tylko mógł dzięki temu zakończyć ten koszmarny szlaban.
Zajrzał przez ramię reszcie uczniów, dając wszystkim podobną radę, doszedł do wniosku, że wszyscy są imbecylami i klapnął na wyściełane krzesło kilka metrów od stołu, skrzyżował ramiona na piersi i skrzywił się.
Dokładnie w momencie, gdy się wygodnie rozsiadł, ciemnowłosy chłopiec, jeden z Gryfonów, uniósł rękę. Puchoński korepetytor podszedł do niego. Draco się nie wtrącił. Niech go szlag trafi, jeśli ruszy się z krzesła i da choćby jedną radę któremukolwiek z tych Gryfonów. Niech obleją.
Biblioteczna cisza nie pomagała uspokoić jego myśli. Minęły prawie cztery dni, od kiedy ostatni raz rozmawiali, a ona ciągle na niego nie spojrzała. Złowiła jego spojrzenie przy obiedzie – dwa razy – ale nie spojrzała na niego. Za każdym razem momentalnie odwracała wzrok, na jej policzki wypływał rumieniec. I dalej rozmawiała z Gryfonami z tym swoim uniesionym nie do zniesienia podbródkiem. Jak gdyby uważała się za królową czegoś, co nie mogło być dalsze od prawdy, biorąc pod uwagę jej sytuację. Nie miała żadnego prawa. Żadnego prawa.
Draco osunął się niżej na krześle i posłał pełne złości spojrzenie w kierunku długiego, wygiętego biurka Madam Pince. Przed tym samym biurkiem zderzył się z całej siły z Ginny. Przez sekundę poczuł całe jej ciało. Przewrócił na ziemię. Przeklął siebie za to, że pamiętał to tak dokładnie. A ona teraz nie raczyła na niego spojrzeć, bez wątpienia obraziła się za Pottera. Lamentowała, że jej książę został oszpecony.
Draco uśmiechnął się złośliwie pod nosem. Opuchnięta twarz i podbite oko Pottera w czwartek na Eliksirach - to był dopiero widok. Nawet Pomfrey nie była w stanie doprowadzić go do porządku i Potter musiał cierpieć. Nawet ból, który pojawiał się w dłoni Draco przez dwa dni, za każdym razem, gdy rozprostowywał palce, nie był w stanie przyćmić jego zadowolenia z całego tego zajścia.
- Panie... eee... Malfoy? - powiedziała nieśmiało ta głupia Krukonka, wyrywając Draco z zamyślenia. 'Panie Malfoy'. Zadrżał. Wypowiedziane przez dziecko, zabrzmiało to... dziwnie, jak gdyby ktoś zwracał się do jego ojca.
- Czego? - warknął.
- Mój wykres mówi, że... Mars... znajduje się w ósmym domu. Co to znaczy?
- Sprawdź w indeksie – powiedział protekcjonalnie. - Czy ty niczego nie potrafisz zrobić?
- Potrafię... Już sprawdziłam – odpowiedziała cicho - ale nie mogę twego znaleźć.
Draco westchnął.
- Mars w ósmym domu oznacza – powiedział na tyle głośno, żeby wszyscy go usłyszeli - że o północy wyrośnie ci druga głowa.
Wszyscy uczniowie wydali zduszony krzyk przestrachu. Draco zauważył, że mała dziewczynka, która wcześniej go nie posłuchała, wciąż tam stała. Oczy miała otwarte szeroko ze strachu. Uśmiechnął się do niej szyderczo, odpłacając jej za nadszarpnięcie jego autorytetu.
- Podobnie jak wszystkim nieszczęśnikom, którzy stali obok ciebie, kiedy to przewidziałaś – zakończył z zadowoleniem, widząc, że twarz małej zbladła, a jej usta zaczęły się trząść. Przytrzymała się oparcia krzesła swojej siostry i zaczerpnęła drżącego oddechu.
- O, NIE! - krzyknęła, a dwie łzy popłynęły jej z oczu. - C-co powie moja mama, kiedy przyjadę na święta z drugą głową? - zaszlochała i rzuciła się na stół, chowając głowę w ramionach.
Nie spodziewał się, że zacznie płakać. Ale to nie oznaczało, że miał zamiar skończyć to przedstawienie. Wręcz przeciwnie. Draco wydał poirytowany dźwięk, wstał i podszedł do dobrze znanej półki, gdzie stały wszystkie książki na temat Przeciwzaklęć. Znalazł tytuł, którego szukał – Niechciane członki i co z nimi zrobić - wziął książkę do ręki i zaczął kartkować. - Jestem pewien, że gdzieś tutaj jest Zaklęcie Odcinające – wymamrotał. - Po prostu pozbędziesz się tej głowy.
Dziewczynka pisnęła i uniosła twarz, patrząc na niego z przerażeniem. Łzy płynęły jej po policzkach. Jej siostra poklepywał ją po plecach, bezskutecznie starając się ją uspokoić.
- To będzie bolało! - płakała. - To będzie bolało!
- Oczywiście, że będzie – powiedział Draco, zły jak osa. Zabawa gwałtownie traciła swój powab. Czemuż, och, czemuż jego matka nalegała, żeby poszedł do Hogwartu? Z pewnością żaden pierwszoklasista w Durmstrangu nie byłby tak łatwowierny, ani tak emocjonalny, zwłaszcza w obecności obcych ludzi. To było odrażające.
- Wolałabym nigdy się nie dowiedzieć, ze jestem czarownicą – zaszlochała dziewczynka, odwracając się do swojej siostry i łapiąc ją za szatę. - Nienawidzę Hogwartu! Nienawidzę!
Draco zamarł. Szlamy. Oczywiście, wszystko się zgadzało – prawdopodobnie wszystkie te dzieciaki były Szlamami – z jakiego innego powodu byłyby tak głupie, bezużyteczne, tak opóźnione w najprostszych przedmiotach? Powiódł po nich wzrokiem, potem spojrzał na listę nazwisk, którą dała mu McGonagall. Nie znał żadnego z nich. Nie potrafił zrozumieć, jak mógł tego wcześniej nie zauważyć. Wykrzywił usta w obrzydzeniu, a jego oczy powędrowały od jednego dzieciaka do drugiego. A on im pomagał!
McGonagall zapłaci za to. I to natychmiast.
Draco powie prawdę, na którą zasłużyli – że byli psychicznie i magicznie ubożsi, i że zawsze będą, i że będą mieli szczęście, jeśli uda im się przebrnąć przez trzecią klasę w miejscu, do którego, jak widać, nie należeli. To był jego obowiązek. To był jego przywilej. Nie powinni w ogóle tu siedzieć. Te słowa, i parę innych, były gotowe, żeby się z niego wydostać, tonem, który byłby tak bezlitosny, jaki tylko udałoby mu się osiągnąć. Zaczerpnął tchu.
Przy biurku Madam Pince dostrzegł błysk czerwieni i złota. Słowa zamarły mu na ustach, głowa obróciła się w kierunku koloru...
To nie była Ginny. To nie był nawet nikt z jej rodziny. Jakaś inny rudy uczeń oddawał książkę.
Fałszywy alarm, ale mimo wszystko Draco miał trudności z oddychaniem. Gdyby to powiedział... A Ginny by go usłyszała...
No i co z tego, gdyby go usłyszała? Weasleyowie splamili swoje nazwisko swoim uwielbieniem dla Szlam. Całkowicie odrzucili dumę, dziedzictwo – i nie było powodu, żeby uważać, że Ginny była inna niż jej głupkowaci bracia i żałosny ojciec.
A jednak była. Musiała być inna. Z jakiego powodu czułby się tak... Z jakiego powodu wydawałaby się tak niepodobna do nich? Nie była taka, jak reszta jej rodziny. Nie mogła być. Nie bardziej niż Crabbe i Goyle mogliby być Malfoyami.
To nie powinno mieć znaczenia, gdyby usłyszała, jak pokazuje tym Szlamom należne im miejsce. To nie miało znaczenia.
Odwrócił się z powrotem do stołu pełnego Szlam, ominął wzrokiem poddenerwowanego Puchona z piątej klasy i wypuścił powietrze nosem, żeby wymówić te słowa.
Ale nie mógł wydobyć głosu.
Przywalił Potterowi w twarz – niezrażony pogardą, z jaką z pewnością jego ojciec potraktowałby całe to wulgarne zajście. A Ginny... Ginny Weasley...
Nic z tego nie miało sensu, nie więcej niż on prowadzący korepetycje dla szlamowatych trzecioklasistów. A jednak tak było. A on nie mógł wydobyć z siebie głosu, żeby im powiedzieć czym byli, bo już niczego nie był pewien. Nic nie było tak, jak powinno być.
Po prostu nie mógł zawracać sobie tym głowy. Nie powinien.
Rzucił zimne spojrzenie piątoklasiście.
- Może ty ich oświecisz.
Odwrócił się plecami do całej tej hałastry.
Usiadł z powrotem na swoim krześle, osuwając się tak nisko, że tył głowy spoczął na oparciu krzesła. Skrzyżował ramiona na piersiach, a zmrużone oczy skierował na sufit, mając nadzieję, że mieli przynajmniej tyle rozumu, żeby więcej mu nie przeszkadzać. Niech Puchon się tym zajmie, z pewnością był lepszy w niańczeniu Szlam.
Draco z wściekłością wpatrywał się w belki i rzeźbienia na suficie, i starał się nie myśleć o niczym – i nikim - w ogóle.
Pochodnie zgasły i zapłonęły ponownie, sygnalizując, że uczniowie mieli pół godziny na dokończenie pracy. Draco westchnął, opuścił wzrok i zobaczył, że trzecioklasiści zbierają swojej książki z odpowiednio zgaszonym wyrazem twarzy. Wychodzili gęsiego, Krukonka zaganiała swoją ciągle mażącą się siostrę. Przynajmniej były na tyle przytomne, że się do niego nie odezwały.
- Ale ja n-nie chcę drugiej głowy – powiedział zduszony głos na wysokości jego łokcia.
Draco spojrzał na najmniejszą - i prawdopodobnie najgłupszą – Krukonkę, jaką kiedykolwiek spotkał, nabrał powietrza, żeby powiedzieć coś uszczypliwego.
- To nie ma znaczenia – powiedział zamiast tego z przygnębieniem. - Nie wyrośnie ci głowa. Wróżbiarstwo to głupota - spojrzał na swoje kolana i uświadomił sobie, że to była prawda – Niczego nie można przewidzieć.
Na twarzy pierwszoklasistki odmalowała się ulga.
Puchoński towarzysz Draco zerknął na niego przez chwilę, usta wpół otwarte, jak gdyby miał zamiar zadać pytanie. Draco zmrużył oczy na sekundę. Jeśli ten idiota się odezwie, pożałuje tego.
Chłopak zamknął usta, potrząsnął głową i wyszedł za trzecioklasistami. Świetnie.
Draco uniósł krzesło i bezczelnie uderzył nim o teraz pusty stół, wyzywając Madam Pince hałasem. Powoli zaczynał myśleć o bibliotece jako o odrażającym miejscu. Ale Madam Pince się nie pojawiła. Mimo wszystko siedzenie markotnym w bibliotece bardziej mu się uśmiechało, niż powrót do ślizgońskiego pokoju wspólnego, gdzie będzie musiał wymyślać kłamstwa i wymówki dlaczego był w takim złym humorze.
- Co się stało Draco?
- Ginny Weasley mnie nie lubi.
Wydał dźwięk, który bardziej przypominał kaszlnięcie niż śmiech, na myśl o absurdzie takiej odpowiedzi. Poza tym, może ona go polubi. Niczego nie można przewidzieć. Niczego.
Draco patrzył tępo w stół - nie chcąc przywiązywać się do tej myśli, jednocześnie nie mogąc powstrzymać faktu, że zapuściła w nim korzenie - dopóki Madam Pince ponownie nie zgasiła i zapaliła pochodni, tym razem zostawiając bibliotekę w ciemnościach na trochę dłużej.
Pięć minut do zamknięcia.
Kiedy światła ponownie się zapaliły, Draco usłyszał od strony biurka Madam Pince charakterystyczne dziamgotanie Granger, bez wątpienia w trakcie misji informacyjnej dla Pottera. Przyłożył palce do skroni, wykrzywił się i usłyszał oficjalnie brzmiące uderzenia stempla hogwarckiej biblioteki, przynajmniej dziewięć razy, zanim kroki Granger oddaliły się w kierunku wyjścia – i czy ona ciągle mówiła? Koszmar..
Odpowiedział jej inny głos, cichy i delikatny. To nie był chłopiec. Draco nie mógł sobie uświadomić, kto to mówił.
Odwrócił głowę w kierunku drzwi, kierowany nadzieją, której nie śmiał nazwać, ale zobaczył tylko jak ohydne włosy Granger falują i znikają za drzwiami, które zamknęły się, całkowicie blokując cichy głos.
Ginny. Niekoniecznie. Ale kto inny? A jeśli tam była, czy obserwowała? Ile zobaczyła? Ile... zrozumiała? Oczy Draco utkwione były w drzwiach. Lepiej niech doceni powściągliwość, z jaką potraktował tę małą oszustkę. Co wcale nie oznaczało, że powstrzymywał się z powodu Ginny. Ale mimo wszystko, może...
Madam Pince wyszła zza swojego biurka i podeszła do kącika korepetycji.
- Biblioteka jest zamknięta, panie Malfoy – powiedziała swoim suchym, papierowym głosem. Nie dając mu czasu na przygotowanie się, zgasiła wszystkie świece w tej części biblioteki.
Draco spojrzał na nią ze złością w półmroku, ale ona już poszła dalej. Zgarnął swoje książki i wymknął się z biblioteki na korytarz, gdzie przed chwilą było słychać ten cichy głos. Wytężył wzrok w poszukiwaniu kogoś, kto mógł być już teraz daleko, ale i tak można go było rozróżnić z daleka.
Ale korytarz był pusty.
