AN: Zapraszam do komentowania, naprawdę chciałabym dowiedzieć się, co sądzicie o tej historii, nawet jeśli się wam nie podoba.

Siedzę w bibliotece z lewą ręką wyciągniętą na stole, a Hermiona rzuca na nią najróżniejsze zaklęcia. Niektóre bolą i szczypią, ale jeśli tylko mogę w ten sposób pomóc pokonać Czarnego Pana, jestem gotów to znieść. Jestem zdeterminowany, a nie znam nawet szczegółów moich wspomnień.

Powoli przyzwyczajam się do nowej sytuacji, jest mi ona nawet na rękę –podobno w moich czasach nie żyję.

Hermiona opowiada mi o tym świecie. Harry jest Wybrańcem, Chłopcem-Który-Przeżył, jako roczne dziecko przeżył Avadę Kedavrę i pokonał Voldemorta. Wciąż nie rozumiem, jak mógł dokonać tego syn Jamesa Pottera. Voldemort zniknął na trzynaście lat, choć w tym czasie spotkali się z nim już dwa razy –najpierw ukrył się pod turbanem nauczyciela Obrony przed Czarną Magią, potem w formie dziennika opętał zaginioną Ginny i otworzył legendarną Komnatę Tajemnic. Myśl o dzienniku pobudza wspomnienia, nie potrafię jednak zrozumieć ich tak logicznie, jak pozostałych –wciąż jedynie blade, trupie ręce i tonięcie w ciemności.

W każdym razie, Voldemort zniknął na trzynaście lat i odrodził się po skończeniu Turnieju Trójmagicznego –dlaczego za moich czasów tego nie organizowali?! –z pomocą Petera Pettigrew, jednego z najlepszych przyjaciół mojego brata.

W tą historię jest mi uwierzyć trudniej nawet od tej o Wybrańcu –mimo wszystko Harry nie jest jednak Jamesem, ale Peter wciąż pozostaje Peterem –najbardziej żałosną osobą, jaką Syriusz mógł wybrać na przyjaciela, a przecież naprawdę całym sercem nienawidzę Jamesa.

Hermiona przestaje opowiadać, ale przedramię piecze mnie strasznie. Chcę by mówiła dalej, oderwała mnie od tego bólu, poza tym jestem też zwyczajnie ciekawy, co się wydarzyło przez ostatnie dziewiętnaście lat.

-A co z moimi kuzynkami? –pytam, przypominając sobie mojego brata śliniącego się przed Narcyzą. –Bellatrix, Narcyzą?

-Andromedą? –dodaje Syriusz, wchodząc do biblioteki. –Wyszła za mugola, tego samego, przez którego mamuśka wykreśliła ją z gobelinu. Mają córkę, Nimfadorę, jest metamorfomagiem. Poznasz ją dzisiaj.

Patrzę jak siada okrakiem na krześle przy stoliku. Wzdycham.

-Odkąd skończyłem dziewięć lat nikt w tym domu nie wypowiedział jej imienia, a przynajmniej sobie nie przypominam –tłumaczę. –Poza tym wyszła za mugola. Musisz mi wybaczyć, że o niej zapomniałem. –dodaję kpiąco.

Syriusz już chce coś warknąć, ale wtrąca się Hermiona.

-Co jest takiego złego w mugolach? –pyta, siląc się na spokój, ale widzę w ruchach jej różdżki nerwowość. –Moi rodzice to mugole i nie czuję się przez to gorsza.

Oho, myślę, rozmowa o poglądach. Sadowię się wygodniej i odgarniam włosy z czoła.

-Nie jestem tak radykalny jak matka –zaczynam, na co Syriusz prycha. Piorunuję go wzrokiem, choć dziwnie się czuję robiąc to, biorąc pod uwagę, o ile jest w tym momencie starszy. –Nie mam nic do mugoli i szlam jako takich –urywam, widząc zaciśniętą szczękę Hermiony. –Przepraszam. Trudno wykorzenić siedemnaście lat wychowania. –uśmiecham się lekko, na co ona trochę się uspakaja. –Nie mam więc nic do mugoli i mugolaków, o ile nie łączą się bezpośrednio z naszą rodziną. –Hermiona patrzy na mnie pytająco, a Syriusz przewraca oczami. - Toujours pur, zawsze czyści. Wszystkie czystokrwiste rody już dawno się wymieszały, nasza wciąż, przynajmniej w większości, ma nieskazitelną krew. Nie powinniśmy łączyć się z takimi osobami. Brudzą krew. Auu! –piszczę, kiedy Hermiona wbija mi różdżkę w Znak. –To bolało.

-Miało boleć –warczy. –I myślicie, że przez waszą „czystą krew" jesteście lepsi?

-Większość z nas tak myśli –zerkam na Syriusza. –Też tak kiedyś myślałem.

-Kiedyś? –pyta mój brat, zaciekawiony. –Co się zmieniło?

-Nie pamiętam –wzruszam ramionami. Podejrzewam, że miało to związek ze zmianą poglądu na Voldemorta, ale nie mam zamiaru mu tego mówić. Nie chcę kolejnej dyskusji. –Wiem tylko, że już tak nie myślę.

-A co teraz myślisz? –pyta cicho Hermiona, delikatność wraca do jej ruchów.

-Jest mi wszystko jedno –zastanawiam się. –Chociaż wolałbym nie zostać wykreślonym z drzewa.

Spodziewam się nieprzyjemnej reakcji Syriusza, ale ten jedynie się śmieje.

-Nie ma kto cię stamtąd wykreślić. Nikt upoważniony nie żyje, poza mną, a ja nie mam zamiaru tego robić, chyba że mi podpadniesz –po chwili poważnieje. –Pytałeś co się stało z Bellatrix i Narcyzą.

Potakuję.

-Bellatrix wyszła za Rudolpha Lestrange'a i oboje przesiadują w Azkabanie. Narcyza… -zamyśla się. –Cyzia wyszła za Lucjusza Malfoya.

-Tego snoba? –marszczę nos. –Nawet ja go nie lubiłem.

Syriusz śmieje się.

-Ciesz się, że nie znasz ich syna, Dracona. Jest większym snobem niż ojciec, a po Cyzi odziedziczył tylko próżność i rumieńce. Choć rumieńce miała urocze.

Śmieję się, chyba po raz pierwszy od lat razem z bratem. Dochodzi do mnie tragizm tej sytuacji –musiałem stracić pamięć, żeby dogadać się z Syriuszem, dodatkowo wiele starszym.

Nagle słyszę gdzieś z dołu bardzo znajomy głos.

-Szlamy! Szumowiny! Zdrajcy krwi! Jak śmiecie plugawić dom moich przodków! –krzyczy matka. Zerkam pytająco na Syriusza.

-Mówiłeś, że matka nie żyje.

-Przecież nie ży… -chwilę zajmuje mu zrozumienie, o co mi chodzi. –To jej portret. Musiała powiesić go przed śmiercią jakimś skomplikowanym zaklęciem. Udało nam się jedynie zakryć go zasłonkami, ale kiedy się ją obudzi, rozsuwa je i krzyczy. Irytujące. –uśmiecha się. –Ale to znaczy, że przyszła Nimfadora.

Nimfadora okazuje się być niewiele starsza ode mnie. Ma twarz Andromedy, ale wściekle różowe włosy muszą być zasługą jej metamorfomagii. Jest wyższa ode mnie, ale to nic dziwnego –nigdy nie byłem specjalnie wysoki.

Kiedy już udaje się Syriuszowi zasunąć zasłony portretu, a dziewczyna po tysięcznym razie przestaje go przepraszać, zwracają na mnie uwagę.

-To właśnie jest Nimfadora –mówi Syriusz, za co dostaje od niej kuksańca.

-Hej, mów mi Tonks –wyciąga do mnie rękę, a ja ją ściskam. –Kolejny kolega Harry'ego.

-Właściwie… -zaczyna Syriusz, ale mu przerywam.

-Regulus Black II –przedstawiam się i przypominam sobie mój sen, w którym przedstawiałem się tak samo rudowłosej dziewczynie.

-Myślałam, że jesteś ostatni z Blacków, Syriuszu –Tonks wydaje się zagubiona.

-To skomplikowana historia –zaczyna mój brat z ociąganiem. –I nie chciałbym opowiadać jej w holu. Zapraszam do kuchni, Molly upiekła ciasto.

Znikają za rogiem, ja jednak zostaję w ciemnym korytarzu. Biorę głęboki oddech i podchodzę do szkarłatnych zasłon. Powoli ciągnę za sznurek i…

-Szlamy! Szumowiny! ZDRAJCY KRWI!

Matka wygląda tak samo, jak ją zapamiętałem. Dobrze zbudowana, ale nie gruba kobieta z długimi kruczoczarnymi włosami związała w gruby warkocz, na głowę założony czarny czepek. Ma pożółkłą skórę i długie, szponiaste paznokcie. Różnią się jedynie jej oczy –choć wciąż stalowo szare, jak moje i Syriusza, są matowe i wytrzeszczone, szaleńczo rozglądając się na wszystkie strony.

-To ja, matko –zaczynam cicho. Nie bardzo wiem, dlaczego właściwie chcę z nią rozmawiać. –To ja.

Chwilę zajmuje jej skupienie na mnie wzroku, ale gdy już to robi, jej pełne czerwone usta układają się w zdziwieniu w kształt litery „o".

-Regulus? –szepcze, co kontrastuje z jej wcześniejszymi krzykami. –To… to niemożliwe.

-To naprawdę ja –uśmiecham się. –Jestem tutaj.

-Przecież ty nie żyjesz… -jąka. –Czy… czy portret może zwariować? Czy widzę zmarłych? Jesteś duchem, Regulusie?

-Nie, matko, ja żyję –odpowiadam smutno, widząc różnicę między kobietą z portretu, a tą, którą pamiętam. Moja matka nigdy nie wątpiłaby w siebie i swoją poczytalność. Właściwie, matka nigdy by nie krzyczała tak głośno i szaleńczo, nawet gdyby szlamy i zdrajcy krwi przychodzili do jej domu tuzinami, prędzej rzuciłaby na nich parę bolesnych klątw. –Dobrze cię znów zobaczyć.

-Ciebie również –na jej twarz wraca opanowanie i wydaje mi się bardziej znajoma. –Choć wciąż nie mam pojęcia, jakim cudem tu jesteś. Może to ten zdrajca, hańba mego łona, Syriusz –wypluwa to imię z widoczną odrazą. –Przemienił się w ciebie dzięki eliksirowi i chce czegoś ode mnie –podnosi głos. –Nic z tego, zdrajco! Niczego ode mnie nie otrzymasz!

-To naprawdę ja –powtarzam, odrobinę zirytowany. –Syriusza tu nie ma.

Nagle czuję ponownie ten potworny ból głowy i padam na ziemię.

Nie wiem, czy to nie moja wyobraźnia, ale zanim pochłania mnie ciemność, słyszę matkę.

-Mój syn! –krzyczy. –Mój syn! RATUJCIE MOJEGO SYNA!

Mam piętnaście lat i schodzę po schodach. Jest środek nocy, ale obudziły mnie krzyki z holu. Wychylam się zza poręczy, chcąc pozostać niezauważonym.
Przy drzwiach stoi Syriusz z rozwichrzonymi włosami, obok niego leży wielki kufer. Na środku korytarza stoi matka, w jedwabnej koszuli nocnej, jej grube czarne włosy opadają falami na plecy. Ojca nie ma –został pewnie dłużej w Ministerstwie.
-Mam już dosyć! –krzyczy Syriusz. Jest wściekły jak nigdy dotąd. –Nie będziesz mi mówić co mam myśleć! Nie wmówisz mi jak się czuję! Nie zatrzymasz mnie tu!
-Syriuszu Orionie Blacku –matka nie krzyczy, tylko syczy, co oznacza, że jest wyjątkowo wściekła. –Jeśli teraz przekroczysz ten próg, będzie tak, jak gdybyś nigdy nie istniał. Dość już znosiłam twoją głupotę: przydzielenie do Gryffindoru, twoich brudnych przyjaciół, zafascynowanie mugolami. Ale jeśli teraz wyjdziesz, nie pozwolę ci tu wrócić. Wykreślę twoje imię z gobelinu, tak jak Andromedę, i każdego, kto by ci pomógł. Uczynię spadkobiercą Regulusa. Jest o wiele lepszym synem od ciebie.
-Tylko ci się wydaje, że kochasz! –krzyczy Syriusz, ale widzę w jego oczach łzy. Patrząc na tę scenę też mam ochotę płakać, ale nie przystoi to Black'owi. –Ale tak naprawdę kochasz w nim odbicie siebie! Gdyby nie był taki słaby i nie święcił każdego słowa, które padło z twoich ust, nie traktowałabyś go lepiej ode mnie!
I wtedy chcę krzyczeć, chcę płakać, nie dlatego, że brat mnie obraża, ale dlatego, że ma rację.
-Wyjdź –syczy matka. –Wyjdź i nigdy nie wracaj.
Syriusz wychodzi, trzaskając drzwiami. Chcę za nim pobiec, odejść razem z nim, nie żeby wyrzucić mu, jak potraktował matkę, ale dlatego, że go kocham i nie chcę, żeby mnie zostawiał. Bo wciąż pamiętam chłopca, który cztery lata temu podał mi rękę, uratował mnie, obiecał, że nie pozwoli mnie skrzywdzić.
Idę jednak za matką, bo wiem, że powinienem.
Stoi w salonie przed gobelinem, w koszuli nocnej i z całej siły ściskając różdżkę wypala nią imię Syriusza z gobelinu.
Wtedy zaczynam płakać.
I wiem, że Syriusz jest egoistą. Nie pozwalał innym mnie krzywdzić, bo zawsze sam chciał tego dokonać.

NOC DRUGA

Stoję pod śmierdzącym odrapanym barem patrząc na ciemną ulicę. Większość lamp nie działa, oświetlenie dają właściwie jedynie stojące wzdłuż niej puby i burdele. Widzę kilku obdartych, zapijaczonych mugoli i ubranych kuso dziewczyn zachęcających do skorzystania z ich usług. To jeden z powodów, przez które mugole są żałośni.

W moją stronę idzie rudowłosa dziewczyna, którą widziałem w szpitalu. Jest ubrana po mugolsku, w jeansy i koszulkę na ramiączka, włosy związane ma w kucyk. Uśmiecham się i zachodzę jej drogę.

Przesuwa po mnie oceniającym spojrzeniem.

-Śmierciożerca –mówi obojętnie. –Dlaczego nie dziwi mnie twoja obecność?

Brakuje mi słów. Prawdę mówiąc, myślałem, że rudowłosa tylko mi się przyśniła.

-A więc jesteś prawdziwa –zauważam.

-Jakiś postęp –prycha. –Przynajmniej nie twierdzisz już, że jestem twoim snem.

-Za dużo szczegółów –mówię odruchowo, na co posyła mi zdezorientowane spojrzenie. –Wtedy, w szpitalu wszystko było białe, niewiele wysiłku dla umysłu. Tutaj jest… -szukam odpowiedniego słowa. –Ciemno. A mimo wszystko widać szczegóły. Za wiele wysiłku, żeby to był tylko sen.

Patrzy na mnie z rozbawieniem.

-Nadal twierdzisz, że nie jesteś krukonem?

-Nie jestem –potwierdzam. –Mówiłem już, że lubię się uczyć. Lubię wiedzieć.

Kiwa głową, jakby na potwierdzenie moich słów.

-Skąd się w takim razie tu wziąłeś? Śledziłeś mnie? –pyta.

-Przecież zniknąłem, nie mogłem wiedzieć, że cię wypuścili – zaprzeczam.

-Zniknąłeś? –pyta z powątpiewaniem. –Nie wiem, kiedy wyszedłeś, straciłam przytomność. –wzrusza ramionami. –Wypuścili mnie jakieś dwie godziny temu. Skoro mnie nie śledziłeś, to w takim razie zaskakujący zbieg okoliczności.

-Dokładnie –zastanawiam się, dlaczego pojawiłem się akurat tu, gdzie ona, i jak się tu pojawiłem. –Ostatnie co pamiętam, to rozmowa z moją matką. Potem nic. –choć nie do końca było to nic. Poznałem przecież kolejne wspomnienie.

-Czyli pojawiłeś się tu ot tak, znikąd? –prycha.

-Tak wychodzi. –odpowiadam, wzruszając ramionami. –Dokąd idziesz?

-Znaleźć jakiś tani nocleg. Chociaż dla czternastolatki to może być trudne.

-Naprawdę masz czternaście lat? –pytam zaskoczony. Wygląda na starszą.

-Co w tym dziwnego? –wzrusza ramionami. –Sam masz pewnie z piętnaście.

-Siedemnaście –warczę. –Jestem po prostu niski.

Znowu wzrusza ramionami, a chociaż znam ją dopiero drugi dzień, już wiem, że nienawidzę u niej tego odruchu.

-W takim razie może nie powinnam z tobą rozmawiać. –mówi. –Jesteś za stary.

-I właśnie dlatego szukasz noclegu na takiej ulicy –mówię, na co wzrusza ramionami. –Taka okolica nie przystoi damie –dodaję, wiedząc, że matka byłaby dumna.

-Zapewne nie przystoi też Black'owi –odgryza się, co przypomina mi, że miałem ją o coś spytać.

-Jak masz na imię?

-Ginny.