Pojawia się Yamcha! Jeszcze długa droga przed Vegetą i Bulmą, ale postaram się, by było warto. Czekam na Wasze opinie!


– Dobra, teraz przynieś panel, który stoi przy drzwiach i postaw go tutaj – Ziemianka otarła czoło wierzchem dłoni.

– Nie jestem twoim niewolnikiem, kobieto – warknął krzyżując ręce na piersiach i patrząc na nią z góry. Siedziała odwrócona twarzą do ściany i zawzięcie lutowała wystające z niej kable.

– Vegeta, przerabialiśmy już to setki razy – Bulma westchnęła zrezygnowana nawet na niego nie patrząc. – Błagam, nie zaczynaj znowu. – Saiyanin wydał z siebie pomruk niezadowolenia i, połykając dumę, zrobił to o co prosiła – a raczej to, co kazała.

Sto dwadzieścia dziewięć. Tyle dni minęło od jego przybycia na tę żałosną planetę. Minęło już STO DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ stanowczo za długich dni, a jego pokój grawitacyjny nie był nawet w połowie ukończony. Zwabili go do tego domu obietnicą specjalnego miejsca do ćwiczeń, z której do tej pory się nie wywiązali. Za każdym razem gdy Vegeta żądał wyjaśnień, Ziemianka karmiła go jakimiś tanimi, marnymi wymówkami, jak na przykład: „Prowadzimy dalsze badania nad surowcami, z których zbudowane są wasze statki", albo: „Pracujemy nad zwiększeniem wytrzymałości i bezpieczeństwa – w końcu będziesz trenował na naszym podwórku". Innym razem albo brakowało jakichś części, albo twierdziła, że korporacja ma wiele zamówień i jej ojciec jest zbyt zajęty aby zajmować się jego, jak to ujęła, „egoistycznymi zachciankami".

– Och, do jasnej cholery! – krzyknęła, gdy pewnego wieczoru pojawił się niespodziewanie pomiędzy nią a gigantycznym telewizorem, który stał w salonie. – Mam ogromną nadzieję, że nie przyszedłeś truć mi dupy o ten głupi pokój grawitacyjny w trakcie mojego serialu! – Vegeta musiał przyznać, że mało kto miał na tyle odwagi by spojrzeć mu prosto w oczy, zwłaszcza jeśli spojrzenie to skrzyło nienawiścią.

– Gdybyś się tak nie obijała, nie musiałbym się w ogóle do ciebie odzywać – powiedział odwzajemniając jej wzrok.

Kobieta siedziała na kanapie zawinięta ciasno kocem. W rękach trzymała pękaty kubek gorącej herbaty a na jej kolanach spoczywało duże, choć w połowie puste, pudełko truskawek w czekoladzie. Saiyanin zauważył, że o wiele łatwiej było z nią rozmawiać gdy wyglądała tak okropnie jak dziś. Sińce pod jej oczami wyraźnie kontrastowały z blado-szarą cerą, a zebrane gumką niebieskie włosy bardziej przypominały kołtun, niż jakąkolwiek fryzurę. Jednak, mimo iż w tym momencie nie była dla niego w najmniejszym stopniu atrakcyjna, Ziemianka promieniowała jakąś dziwną aurą, której nie był w stanie z niczym powiązać.

– Nie wiem czy ktoś ci to już uświadomił, ale jesteś niewdzięcznym dupkiem, Książę Vegeta – wycedziła łapiąc się jedną ręką za brzuch i zginając się w pół. Słabe stworzenie – pomyślał wnioskując, że kobieta musiała na coś zachorować. – Mój tata każdą wolną chwile poświęca na pracę nad generatorem i dobrze wiesz, że ostatnio nie robiłam nic innego, tylko spełniałam twoje żądania. Chciałeś strój? – masz. Chciałeś zbroję? – masz. Czy usłyszałam chociaż jedno głupie dziękuję? Nie! Oczywiście, że nie!

Przy słowie „dziękuję" jej głos załamał się i zaczęła chlipać. Saiyanin patrzył na nią niepewnie nie rozumiejąc, co się właśnie stało. Bulma wyciągnęła papierową chusteczkę by osuszyć sobie oczy.

– Jesteś nieczuły i okrutny! Nawet dziś nie możesz dać mi odrobiny spokoju i przychodzisz mnie nękać o ten głupi… – ból spowodował, że chwilowo wstrzymała oddech i znowu zgięła się w pół – pokój.

Kolejny skurcz wywołał także następną zmianę nastroju, bo kobieta momentalnie pozbierała się i z powrotem spojrzała na niego niezawistnie.

– Jeśli tak ci na nim zależy, to może byś pomógł? Korona ci z głowy nie spadnie – dodała gorzko ironizując.

Więc Vegeta pomagał. Na początku uznał uwagę Bulmy albo za słaby dowcip, albo za końcowy argument w tej dyskusji (bo trzeba przyznać, że zaraz po tym komentarzu oddalił się z prychnięciem – nie miał zamiaru kłócić się z rozstrojoną nerwowo kobietą), ale najwidoczniej nie mógł liczyć na to, że prace posuną się choć odrobinę bez jego bezpośredniego nadzoru. Od miesiąca trenował jedynie w godzinach porannych, popołudnia i wieczory spędzając na przenoszeniu różnych ciężkich elementów, topieniu metali za pomocą ki i (na czym chyba schodziło mu się najdłużej) ustalaniu swojej pozycji względem niebieskowłosej Ziemianki, jako przedstawicielki całej tej zapchlonej rasy. Bulma niejednokrotnie żartowała, że już dawno by skończyli, gdyby po prostu robił to, o co go prosi, zamiast unosić się dumą za każdym razem, gdy źle sformułuje polecenie.

Przynajmniej jej ojciec zrobił już to, co do niego należało, choć trzeba przyznać, że starzec również się nie pospieszył. Generator, serce pokoju grawitacyjnego, czekał gotowy od ponad dwóch tygodni, ale nie było gdzie go zamontować. Nowa kopuła, co prawda, została wreszcie dobudowana do domu naukowca (co Vegeta przypisywał swojemu zaangażowaniu w projekt), jednak prace wykończeniowe nadal trwały.

Sto dwadzieścia dziewięć zmarnowanych dni – pomyślał sfrustrowany. Jutro mają wskrzesić Kakarotto, a ja stoję tutaj usługując kobiecie. Bulma podłączała teraz panel kontrolny do wystających ze ściany kabli. Miała na sobie szary kombinezon roboczy z logiem „Capsule Corp.". Vegeta był pod wrażeniem, że nawet w tak bezkształtnym worku zdołała zachować wygląd małej kurewki. Użyła paska by zaznaczyć wąziutką talię, podkreślając tym samym swoje biodra. Włosy, które niesamowicie urosły przez te cztery miesiące, zebrała w wysoki kucyk, a jako że górną część stroju zostawiła nieprzyzwoicie rozpiętą, Saiyanin miał dobry widok na jej wyeksponowany dekolt.

Mimo iż Vegeta zerwał z celibatem i dzięki temu nie dostawał erekcji za każdym razem gdy niebieskowłosa Ziemianka wypięła się w jego stronę, czasami miał niewyobrażalną ochotę by przyprzeć ją do ściany niedokończonego pokoju grawitacyjnego. Wiedział, że nie mogłaby mu się oprzeć – żadnej do tej pory się to nie udało. Jednak zawsze jego fantazje zostawały doszczętnie niszczone przez jej impertynencję, bezczelność, arogancję i całkowity brak szacunku.

– Hej, Książę! Ogłuchłeś? – dotarło do niego wołanie kobiety. – Nie wiem co tam się dzieje w tej twojej spiczastej głowie, ale gdybyś tylko mógł łaskawie przesunąć swoją królewską stopę, mogłabym wyjąć spod niej klucz, którego potrzebuję.

Nie mógł uwierzyć, że jeszcze przed chwilą pożądał kogoś tak działającego mu na nerwy, jak ona.


Kakarotto… żyje? – Vegeta miał problem z przetrawieniem tej wiadomości. Zresztą nie tylko on – chyba nikt nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Kakarotto żył i w dodatku nie chciał wrócić na Ziemię. Co za dupek.

– Hej, wskrzeszamy Yamchę! – wykrzyknęła Bulma dotykając palcami skroni. Łysola przywrócono już do życia i wciąż pozostawało ostatnie życzenie do wykorzystania. – Skontaktował się ze mną z Zaświatów. Mówi, że Tenshinhan i Jaozzi nie chcą zostać rozdzieleni.

Nameczański szczeniak przełożył prośbę na swój język i po chwili w łunie światła zmaterializował się długowłosy mężczyzna. Przez chwilę głupio patrzył na swoje ręce, jakby upewniając się czy na pewno zostały przeniesione razem z resztą ciała, lecz po chwili podniósł wzrok by spojrzeć na wiwatujący tłumek, który zebrał się przed siedzibą korporacji. Niebieskowłosa kurewka rzuciła mu się na szyję, a on obrócił się dookoła przytrzymując ją w pasie. Saiyanin prychnął pogardliwie i dopiero tym zwrócił na siebie uwagę Yamchy.

– Skąd on się tu wziął!? – wykrzyknął obronnym ruchem zasłaniając kobietę i stopniowo zwiększając swoją ki. Cudownie. Obicie komuś ryja dobrze mi zrobi.

– Yamcha, to nie tak! – próbowała uspokoić go Bulma – Vegeta zatrzymał się w korporacji na jakiś czas, jest naszym gościem. Wszystko w porządku!

– ... W PORZĄDKU?! Chcesz mi powiedzieć, że to jest W PORZĄDKU?!

– On nie jest AŻ TAK zły – dodał Łysol z głupią miną stając pomiędzy nimi. – Wiesz, walczył razem z nami przeciwko Frizerowi. I z tego co zrozumiałem, to on wpadł na pomysł jak mnie wskrzesić.

– Bulma, czyś ty kompletnie postradała rozum?! – kontynuował nie zwracając na niego uwagi. – Zapraszasz do swojego domu masowego mordercę, który ledwo ponad pół roku temu przyleciał z zamiarem ZLIKWIDOWANIA ŻYCIA NA TEJ PLANECIE?!

– Yamcha, kochanie, uspokój się…

– USPOKÓJ SIĘ? USPOKÓJ SIĘ?! Czy ty zapomniałaś DLACZEGO musieliście mnie wskrzeszać?! – nagle na twarzy mężczyzny zagościł wyraz przerażenia – O mój Boże… chyba mi nie powiesz, że z nim sypiasz…!

Saiyanin musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Jak na kogoś o tak niskiej mocy bojowej, cios wymierzony przez Ziemiankę był niezwykle silny. Nie miał zamiaru jednak obserwować jak rozwinie się ta walka – bez słowa wzbił się w powietrze i skierował się na swoje zwykłe miejsce ćwiczeń. Ten dupek żyje i trenuje gdzieś w kosmosie. Vegeta był jeszcze bardziej wściekły, niż poprzedniego wieczoru. Uświadomił sobie, że ta, i tak już olbrzymia, przepaść między nim a Kakarotto pogłębiała się każdego dnia, który spędził na tej zapchlonej planecie. Wiedział też, że nawet całonocna sesja treningowa, którą miał w planach, nie przyniesie żadnych rezultatów, jednak nie widział innego sposobu aby dać ujście swojej frustracji. Chyba żeby tak… zrównać z ziemią jakieś miasto…? Nie musi być duże, wystarczy nawet wioska… Vegeta pokręcił głową. Jeszcze nie teraz.


Saiyanin wrócił dopiero w porze obiadowej. Ćwiczył prawie całą dobę i nie był w stanie stwierdzić, czy był bardziej zmęczony, czy głodny. Głodny – postanowił gdy do jego nozdrzy dotarł dochodzący z kuchni zapach uczty. Odkąd zaczął spędzać popołudnia i wieczory w korporacji, większość posiłków jadał z domownikami. Na szczęście na co dzień Nameczanie nie towarzyszyli im przy stole i choć tego dnia nie miało być inaczej, Vegeta wyczuwał o jedną ki więcej, niż normalnie. Kurwa.

Mimo iż oboje mieli przed sobą pełne talerze, żadne z nich nie miało zamiaru przystąpić to konsumpcji w najbliższym czasie. Siedzieli ze splecionymi dłońmi patrząc sobie w oczy i pocierając się czubkami nosów. Gdyby nie to, że Saiyanin nie miał nic w ustach od niemalże dwudziestu czterech godzin, na ten widok zapewne odechciałoby mu się jeść.

– Widzę, że moja obecność nie jest już przyczyną dramatów – zauważył z ironicznym półuśmieszkiem.

– Wszystko Yamchy już wytłumaczyłam – powiedziała kobieta przesłodzonym głosem. – Już się pogodziliśmy, prawda, kochanie?

– Prawda! – odpowiedział równie czule szczerząc się jak idiota. Vegeta tylko przewrócił oczami. Dobrze wiedział, jak wyglądało takie „godzenie się".

Następny tydzień był istnym koszmarem. Nie było dnia aby nie natknął się na obściskującą się na każdym kroku parę. Czasami miał wrażenie, że robią to specjalnie – dom profesora był naprawdę duży, a oni pojawiali się akurat w tych kilku miejscach, do których zwykł chodzić. Saiyanin nie wytrzymywał psychicznie tego całego chichotania, tych bezsensownych zdrobnień i dziecinnych głosików. Nie mieściło mu się w głowie jak dwoje dorosłych ludzi mogło zachowywać się tak infantylnie. Jednak najgorsze było to, że od wskrzeszenia tej płotki prace nad pokojem grawitacyjnym zostały całkowicie wstrzymane. Ziemianka od tygodnia nie postawiła tam nawet stopy. Cierpliwość Vegety już dawno się skończyła, jednak nic nie mógł wskórać, nie będąc w stanie wytrzymać w ich towarzystwie dłużej, niż kilka minut. Tym razem jednak był zdeterminowany.

Kierując się ich ki wyszedł do ogrodu, gdzie, obserwowani przez grupę Nameczan, marnowali czas na jedną z żałosnych, ziemskich gier. Ta akurat polegała na wymachiwaniu krótkim, dziurawym wiosłem i odbijaniu nim zielonej piłeczki. Yamcha, mimo iż naturalnie był niesamowicie słaby, musiał obniżyć swój poziom mocy praktycznie do zera, aby Bulma miała choćby cień szansy na zauważenie lecącego w jej stronę pocisku.

– Kobieto! – zawołał zdecydowanym tonem, gdy pojawił się na środku kortu łapiąc piłeczkę jedną ręką – ta błazenada ma zakończyć się w tym momencie. Nie będę więcej tolerował twojej impertynencji. Jeśli natychmiast nie wrócisz do swoich obowiązków, poniesiesz poważne konsekwencje.

– Po pierwsze – zaczęła Ziemianka przyjmując dobrze mu znaną pozę bojową – przestań mi rozkazywać. Tutaj twoja władza nie sięga, „książę". A po drugie – odpuścił byś trochę, co? Na świecie panuje teraz pokój, nic się nie stanie jeśli poczekasz jeszcze kilka tygodni!

Idiotka. On nie stawał się silniejszy, by bronić – stawał się silniejszy, by niszczyć. To, że ta mała planetka wciąż tętniła życiem, było zasługą wyłącznie jego dobrej woli.

– Jeśli chcesz kontynuować te swoje mordercze treningi, to nikt cię nie zatrzymuje. Ja zamierzam trochę odpocząć.

Mówiąc to schyliła się po jedną z piłeczek, które leżały porozrzucane dookoła. Ziemianka uparcie odmawiała zginania kolan przy podnoszeniu czegokolwiek, a że miała na sobie bardzo krótką spódniczkę, nietrudno było zauważyć kolor jej koronkowej bielizny. Niebieskie.

Refleks Saiyanina był niezawodny. Zablokował cios przeciwnika jedną ręką równocześnie wbijając mu kolano w brzuch. Cienias upadł na ziemię krztusząc się powietrzem.

– Yamcha! – kurewka krzyknęła przerażona podbiegają do niego – co ci odwaliło?!

– On… ekhu! ekhu!... Patrzył na twoje… ekhu!... majtki!

Kurwa. Vegeta czuł, że jego twarz robi się gorąca. Wszystkie pary oczu, razem z Nameczańskimi, zwrócone były na niego. Dość tego. Wynoszę się stąd. Kopnął skręcającą się na ziemi łajzę jeszcze raz – tym razem czubkiem buta w bok – i poszedł się spakować.