Rozdział III

W którym profesor Langdon uczy Obrony Przed Czarną Magią, wymawia imię Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać i odkrywa, że coś jeszcze się czai w Komnacie Tajemnic.

— Witam państwa — powiedział profesor Langdon. — na Obronie Przed Czarną Magią.

Położył swoje książki na biurku i uśmiechnął się rozglądając się po klasie. Tylko niewielu uczniów odpowiedziało mu uśmiechem.

Gryfoni i Ślizgoni... Ach, więc to musi być ten niesławny pan Malfoy siedzący z tyłu, przystojny blondyn zdający się kierować każdym ruchem Ślizgonów. Zabawne, jak wszyscy z nich zerkali na jego twarz, by zobaczyć, jak powinni na niego zareagować. A teraz oni wszyscy przybrali identyczny wyraz wyniosłej pogardy. Musi pochodzić z nadzwyczaj bogatej rodziny, ów młody pan Malfoy, Langdon widywał tego typu paniczyków wystarczająco często na Harvardzie. Uczeń z rodowodem... Lada chwila, a zacznie kwestionować mój autorytet jako nauczyciela i opowie mi o swoich słynnych przodkach, pomyślał Langdon. No dobrze, zaczynajmy...

— Przepraszam, profesorze Langdon. — Powiedział Draco Malfoy. — Ale mam do pana kilka pytań.

Reszta Ślizgonów usiadła i próbowała wyglądać tak, jakby i oni też mieli zadawać mu pytania.

Langdon uśmiechnął się do siebie. — Tak, panie Malfoy?

Chłopiec spojrzał na niego swoimi zimnymi, szarymi oczami. — Jest kilka rzeczy, które wydają mi się nieco dziwne. Wysłałem sowę do mojego ojca tej nocy i opowiedział mu o panu, a on stanowczo stwierdził, że jeszcze nigdy nie słyszał pańskiego nazwiska. Najwyraźniej nigdy nie poszedł pan do Hogwartu. A jednak jesteś tutaj, nauczając Obrony Przed Czarną Magią... Jak to możliwe, proszę pana?

Langdon spoglądał na niego przez dłuższą chwilę. Wyczuwał uczniów powstrzymujących oddech, którzy czekali na jego odpowiedź.

— Pochodzę ze starożytnego rodu czarodziejów czystej krwi. — Kontynuował Draco. Ach! Wiedziałem! — A moja rodzina wysłała mnie do Hogwartu, abym odebrał najlepsze wykształcenie od w pełni wykwalifikowanych nauczycieli. Jakie są twoje kwalifikacje, panie profesorze?

W klasie zapadła martwa cisza. Wszystkie oczy utkwione były w Langdonie.

— Moje kwalifikacje? — Patrzył nieustannie na Ślizgona. — Pokażę panu, czym są moje kwalifikacje, panie Malfoy.

Wyciągnął różdżkę z kieszeni szaty. To była głogowa różdżka z jego własnej domowej kolekcji; Septima zasugerowała mu, że może jej użyć jako rekwizytu.

Langdon wskazał różdżką na płową głowę Draco Malfoya. — Teraz dowiemy się od pana o Zaklęciach Niewybaczalnych, dobrze? — Powiedział cicho.

Nagle w oczach Draco pojawił się błysk strachu.

— Profesorze, pan nie może... — Wyszeptała Hermiona.

Langdon trzymał różdżkę w ręce i powiedział cicho. — Crucio.

Oczy Draco rozszerzyły się w szoku i wszyscy w klasie wstrzymali oddech. Minęło kilka sekund zanim uczniowie zorientowali się, że nic się nie stało. Draco nie skręcał się z bólu na posadzce, tylko siedział na krześle, zmrożony w nagłym strachu.

Langdon zaśmiał się, a Draco przez chwilę spoglądał na niego w całkowitym niezrozumieniem. Potem zadrżał, a wyniosły wyraz na nowo zagościł w oczach chłopca, choć jego głos był nieco ochrypły, kiedy wyszeptał. — Co to ma znaczyć do cholery? Dlaczego Cruciatus nie zadziałał? Jakim rodzajem czarodzieja jesteś?

— Odpowiedź na to pytanie powinna być oczywista, panie Malfoy. — Opowiedział Langdon lekko. — Jestem charłakiem. — Obrócił głogową różdżkę w rękach. — A to, co trzymam w dłoni jest zwykłym patykiem.

Trzeba było kilku chwil, aż do Draco dotarł sens tego, co powiedział Langdon, ale potem wyraźnie nieprzyjemny uśmiech wykwitł na jego bladej twarzy. — Ch... charłakiem? Chyba żartujesz. Poczekaj tylko, aż mój ojciec się o tym dowie! Mieliśmy już niewykwalifikowany profesorów w tej szkole, charłaka! I ty masz nas uczyć Obrony Przed Czarną Magią?

— Tak. — Powiedział Langdon. — To, że jestem charłakiem sprawia, że mam wyjątkowe kwalifikacje do tej pracy.

Mógł powiedzieć, że jego pewność siebie zaczęła denerwować Draco Malfoya, widział rosnące zmieszanie w wzroku chłopca.

— Ale jak do cholery charłak zdobył stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarna Magią? — Draco mruknął ponuro, a chłopcy obok niego powiedzieli. — Jak coś takiego jak ty zdobyło tu pracę?

— Cieszę się, że pytasz. — Langdon uśmiechnął się uprzejmie. Uczniowie patrzył na niego jak zahipnotyzowani. Są coraz bardziej zainteresowani...

Langdon podniósł książkę ze stosu leżącego na biurku. — Czy wszyscy z was mają po egzemplarzu tego podręcznika? Ciemne moce: Poradnik samoobrony autorstwa Quentina Trimble i Teoria obrony magicznej napisana przez Wilberta Slinkharda. I cała reszta książek przydzielonych wam przez poprzedniego profesora.

Kilka osób pokiwało głową.

— No cóż, powiem wam coś - Wszystkie te książki są całkowicie bezużyteczne.

— Co? — Hermiona spojrzała na niego w całkowitym szoku. Langdon nie potrafił powiedzieć, czy udawała czy nie.

— Dlaczego pan tak mówi, sir? — Zapytała ładna indyjska dziewczyna z długim warkoczem na ramieniu. Langdon mentalnie przeszukał listę uczniów, którą ubiegłego wieczora starał się zapamiętać. To musi być Parvati Patil, która ma siostrę bliźniaczkę w Ravenclawie.

— Ponieważ, panno Patil, popełniono fatalny błąd w waszym programie nauczania Obrony Przed Czarną Magią. Jestem zaskoczony, że nigdy nie zauważyliście go. Kiedy twoje podręczniki były publikowane?

Parvati wyglądała na zmieszanego. — Moje książki są nowe w tym roku, proszę pana.

— Wiem, panno Patil, ale wszystkie twoje książki są przedrukami dawno temu napisanych prac, prawda? Kiedy napisano Konfrontacje z bezimiennymi?

W całej klasie słychać było gorączkowy szelest przewracanych stron.

— Została napisana w 1938 roku, sir. — Odpowiedziała Hermiona.

— Zgadza się, panno Granger. I to nie zostało zmienione od lat. A w którym roku Tom Riddle, lepiej znany jako Czarny Pan, Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać uczęszczał do Hogwartu?

— Eee... w 1940? — Powiedział z namysłem Harry.

Langdon uśmiechnął się do niego. — To prawda, panie Potter. A jak myślicie, jakiego podręcznika do Obrony Przed Czarną Magią używał Tom Riddle, kiedy uczęszczał do Hogwartu?

— Tego? — Wysoki czarny chłopiec spojrzał na Langdona z wyraźnie zmartwioną miną.

— Zgadza się, panie... Thomas, mam racje? Powiedziano mi, że Tom Riddle był wzorowym uczniem. Dostał W ze wszystkich owutemów, podobnie jak większość jego zwolenników. Voldemort zna na pamięć te książki, które masz przed sobą, tak jak i jego śmierciożercy. Ale nie tylko zna je na pamięć... miał pięćdziesiąt lat, by myśleć o sposobach przeciwdziałania każdemu z zaklęć obronnych opisanych w nim.

Szmer szoku przebiegł przez klasę. Najwyraźniej nie było to coś, co przyszło im wcześniej do głowy.

Te książki. — Powiedział Langdon cicho. — Są zupełnie, ale to zupełnie bezwartościowe.

Podszedł do okna, otworzył je i wyrzucił przez nie wszystkie swoje książki. Potem odwrócił się do klasy. Patrzyli na niego milczący, z szeroko otwartymi oczami.

— Teraz, gdy Voldemort... Tak, panno Granger, mam zamiar używać jego imienia... zna już całą magię, jaką tradycyjnie nauczano w Hogwarcie od dziesięcioleci, jak możemy mieć najmniejszą nadzieję, że obronimy się przed nim i jego śmierciożercami? — Langdon spojrzał nad morzem bladych twarzy. W końcu skupiłem na sobie całą ich uwagę, pomyślał.

Uśmiechnął się do nich. — Voldemort zna tradycyjną magię przekazywaną wam w Hogwarcie, tak jak czarną magię, której nigdy nie będzie się tutaj nauczać. Ale nie wie, o magicznej tradycji, która przetrwała wśród mugoli, ukrytej w starożytnych tekstach, badanej przez mugolskich naukowców, którzy nie mają pojęcia, że zaklęcia, jakie przepisują są prawdziwe. Jestem tutaj, aby nauczyć was magii, o której czarodziejski świat całkowicie zapomniał. Jestem tutaj, aby nauczyć was czarów i magii, jakiej nawet sam Czarny Pan nie zna. Jestem tutaj, by nauczyć was rzeczy, o jakich wasi rodzice nigdy nie słyszeli, kiedy uczęszczali do Hogwartu, rzeczy, których nawet wasi profesorowie nie znają.

Uczniowie patrzyli na niego z podziwem. Nawet Ślizgoni patrzyli na niego teraz z czymś przypominającym szacunek teraz. Draco skinął lekko głową.

— To stek bzdur!

Uczniowie okazało, przerażony i spojrzał na Harry'ego . Wstał, a jego czarne włosy były w całkowitym nieładzie i spojrzał na Langdona.

— Słucham?

— Słyszałeś, panie profesorze. — Harry rzucił mu wrogie spojrzenie. — Wiem, że to prawdopodobnie wygląda dobrze, ale to absurdalne, nie musimy uczyć się tajemniczych zaklęć ze starożytnego Egiptu czy coś. Musimy praktykować magię z naszymi różdżkami. Nie znasz Voldemorta. Ja znam. Stanąłem z nim twarzą w twarz i zdołałem mu się oprzeć dzięki mocy mojej różdżki. Wszyscy uczniowie powinni ćwiczyć tradycyjne zaklęcia obronne, zaklęcia tarczy, patronusa. A nie jakieś nonsensowne babilońskie nonsensy.

Harry! — Hermiona szturchnęła go mocno w bok.

Ale Harry ciągnął zawzięcie. — Wiem, jak to jest stawić czoło Czarnemu Panowi, mam doświadczenie, którego nigdy nie miałeś i mówię ci...

— Mówisz mi, że jesteś Wybrańcem?

Harry spojrzał na niego wyzywająco. — Tak, jestem panie profesorze.

Kątem oka Langdon zauważył Draco Malfoya obserwującego go z wielkim zainteresowaniem. Langdon zbliżył się do Harry'ego.

— Rozumiem. No cóż, powiem coś teraz panu, panie Potter. Poza szkołą możesz równie dobrze być Wybrańcem. Ale kiedy już raz przeszedłeś przez te drzwi, nie ma już znaczenia, kim jesteś w świecie zewnętrznym. Nie ma znaczenia, czy jesteś Wybrańcem, Ministrem Magii czy samym Czarnym Panem, skoro przeszedłeś przez te drzwi, to znaczy, że jesteś w mojej klasie. Jestem twoim profesorem, a ty jesteś moim uczniem. I mamy tylko jedną zasadę w tej klasie - jesteś tutaj, aby dowiedzieć się, czego mam zamiar cię na uczyć. Czy to jasne, panie Potter?

Harry spojrzał na niego przez chwilę, po czym skinął głową i opadł z powrotem na swoje miejsce.

— Doskonałe. Cieszę się, że się rozumiemy, panie Potter. Jeśli masz jakiekolwiek pytania na temat moich metod nauczania, będziesz miał możliwość zadawania mi ich podczas szlabanu dzisiaj wieczorem. Mój gabinet, punkt ósma.

Kilkoro Ślizgonów uśmiechnęło się do niego z zadowoleniem. Dobry Boże, jakie te dzieciaki są łatwowierne!

— A teraz. — Powiedział Langdon łagodnie. — Zajmiemy się mało znanym demotycznym zaklęciem. Anach abareir...

-oOo-

Reszta dnia w szkole poszła dość gładko. Demotyczne zaklęcie okazało się być bardzo Czar Demotycznej okazał się być bardzo realnym, a fantastyczne opowieści o ciemnych cieniach zawartych w świetle słonecznym i odpowiadającym na pytania o przyszłość rozeszły się lotem błyskawicy po całej szkole. Oczywiście sam Langdon nie był w stanie zobaczyć ani usłyszeć ich odpowiedzi, ale sądząc po reakcjach oszołomionych uczniów po tym, jak wyczarowali cienie, musiało to być dość imponujące. Draco Malfoy otworzył mu drzwi po zajęciach.

Po południu Langdon miał zajęcia z szóstorocznymi Krukonami i Puchonami, było jasne, że stał się szkolną gwiazdą. Musiał nawet wyprowadzić z klasy kilku uczniów piątego roku, którzy próbowali wejść na jego zajęcia i przypomnieć im, że będzie miał z nimi lekcje jutro. Szóstoroczni byli bardziej niż szczęśliwi mogąc wskazać mu intruzów, nie chcąc widocznie dzielić się wiedzą o potężnych nowych czarach, o których miel się dowiedzieć dopiero za rok.

Uczniowie z Ravenclawu okazali się być szczególnie utalentowani w zapamiętywaniu skomplikowanych ludowych zaklęć, co Puchonom zajęło nieco dłużej. Dwoje z nich było dość wybitnych - ciemnowłosy chłopak o imieniu Anthony Goldstein i Padma Patil, siostra bliźniaczka Parvati.

— Dlaczego nigdy nie uczono nas tego wszystkiego wcześniej? — Dyszał Anthony, kiedy lekcja zbliżała się do końca, a wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. — Ja nigdy nawet nie słyszałem o żadnym z tych zaklęć. Wszystkie uroki, jakie poznaliśmy w Hogwarcie pochodziły z łaciny.

— Lacina to przy tym nic. — Mruknęła Padma Patil. Wyglądała niemal identycznie jak jej piękna siostry, ale Padma rozsiewała wokół siebie atmosferę powagi, której Parvati brakowało.

Langdon uśmiechnął się. — Prawda. Większość zaklęć w waszych podręcznikach są rażąco źle tłumaczona łaciną, choć zauważyłem jedno lub dwa z greki, kilka prostych w staroangielskim i oczywiście aramejska Avada Kedavra. Och, proszę, panie Goldstein, nie ma potrzeby tak podskakiwać. Jestem charłakiem. Nawet gdybym wypowiedział inkantację Klątwy Uśmiercajacej sto razy pod rząd, nic by się panu nie stało.

— Przepraszam, zapomniałem. — Krótki uśmiech przemknął po ciemnej, poważnej twarzy Anthony'ego.

— Czy zna pan zaklęcia pochodzące z sanskrytu, sir? — Zapytała Padma. — Mój dziadek zawsze mówił, że sanskryt jest najpotężniejszym językiem na świecie. Mógłby pan nauczyć nas kilku zaklęć w sanskrycie?

Sanskryt? — Langdon pomyślał przez chwilę. — Tak, oczywiście. Zobaczmy... Istnieje kilka przydatnych inkantacji w atharwawedzie - Zaklęcie Usidlające Serce Kochanka... Nie, jesteście przecież szesnastolatkami, lepiej nie uczyć was tego. Zaklęcie Miłości Silniejszej Niż Śmierć... nie, też raczej nie... Ach, mam coś przydatnego - Zaklęcie Odpychające Trujące Węże, które przydaje się przy małych dzieciach. O ile wiem działa też na bazyliszki.

-oOo-

Harry zgłosił się na szlaban z szerokim uśmiechem na twarzy.

— To był świetne, panie profesorze. "Kiedy już raz przejdziesz przez te drzwi, to nie ma już znaczenia, kim jesteś..." To było naprawdę niezłe.

— Dziękuję, Harry. — Langdon uśmiechnął się. — Używałem tej przemowy dosyć często na Harvardzie przez te wszystkie lata. Dzieci Rockefellerów, sam rozumiesz. Działa to na nich prawie jak magia. Muszę powiedzieć, że uważam ten twój mały pokaz za dość przekonujący, tak jak to o Wybrańcu, jesteś nim?

Harry wzruszył ramionami. — Cóż, pewnie jestem. Istnieje proroctwo o mnie i Voldemorcie, według którego, jeden z nas musi w końcu zabić drugiego.

Uśmiech Langdona zbladł. — Tak, Septima wspominała mi o tym. To dość duża presja dla szesnastoletniego chłopca, Harry.

Harry zmarszczył brwi. — Trochę tak, ale jestem już do tego przyzwyczajony.

— Jestem pewien, że jesteś, Harry. — Langdon spojrzał na niego z zaciekawieniem. — A teraz, Harry, tak sobie myślę - czy nie uważasz, że jest szansa na to, że to sam Voldemort może stać za morderstwem tych trzech nieszczęsnych dziewczyn?

— Voldemort? — Harry rozważał tą możliwość, ale niezbyt długo. — Nie, to niemożliwe. Musiałbym o tym wiedzieć. Posiadam... swego rodzaju mentalne połączenie z Voldemortem. Czuję, to, co on czuje, kiedy jest szczęśliwy lub zdenerwowany, widzę niektóre z obrazów, które przechodzą przez jego umysł... Jestem pewna, że wiedziałbym, jeżeli popełniłby trzy makabryczne morderstwa w Hogwarcie. Poczułbym to.

— Jesteś w stanie czytać myśli Voldemorta? — Langdon spojrzał zaintrygowany na zielonookiego chłopca.

Harry pokiwał głową. — Wolę o tym nie rozmawiać z niektórymi ludźmi. Zachowują się czasem jakbym zwariował.

Langdon uśmiechnął się do niego. — Tak, rozumiem, że tak mogą to odbierać. Czy wszyscy czarodzieje posiadają zdolności telepatyczne?

— Nie wydaje mi się. Nie mogę wchodzić do niczyjego umysłu, poza tym Voldemorta i to tylko wtedy, gdy targają nim silne emocje. Nie jestem legimentą jak Snape.

Oj.

Langdon odchrząknął. — Eee... profesor Snape jest w stanie czytać w myślach? Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś, Harry. Będę musiał na niego uważać.

Harry roześmiał się. — Dobry pomysł, panie profesorze. On chyba nie chce czytać pańskich myśli o profesor Vector.

— Co? — Langdon poczuł rumieniec. — Myślałem, że powiedziałeś o twojej niezdolności do czytania w myślach? Skąd wiesz o...?

— O panu i pani profesor Vector? Och, wszyscy już o tym wiedzą.

— Naprawdę? — Langdon jęknął. — To, dlatego jej były mąż nie może na mnie patrzeć.

— Jej co? — W oczach Harry'ego zaświtał błysk zrozumienia. — Nie ma mowy! Snape był żonaty? Z profesor Vector? — Wyglądał na przerażonego tą myślą.

Langdon postanowił zmienić temat. — A teraz, Harry, co możesz mi powiedzieć o tych trzech Krukonkach? Czy byłeś w stanie dowiedzieć się o nich czegoś więcej?

— Tak. — Harry wyciągnął kawałek pergaminu z kieszeni. — Hermiona napisała to dla pana, oczywiście może to pan przeczytać później. Ponieważ wszystkie były w Ravenclawie, nie znaliśmy ich za dobrze. Ale Hermiona była w stanie zdobyć... całkiem sporo informacji.

Robert Langdon przejrzał pergamin podany mu przez Harry'ego. Morag i Mandy były buntowniczkami, a Sally Anne wydawała się raczej bardziej spokojna i nieśmiała. Morag i Mandy byli najlepszymi przyjaciółkami od pierwszego roku, a Sally Anne, która była kiedyś przyjaciółką Padmy niedawno zaczęła spędzać więcej czasu z tymi dwoma dziewczynami. Mandy była dziewczyną Anthony'ego Goldsteina przez kilka miesięcy, podczas gdy było powszechnie wiadomo, że Morag była zauroczona Draconem Malfoyem. Sally Anne, trzecia dziewczyna, nie wydawała się być związana z kimkolwiek. Morag była czystej krwi, a dwie inne dziewczyny były półkrwi. Żadna z dziewczyn nie miała rodzeństwa w Hogwarcie.

Dlaczego właśnie te trzy? Langdon przypomniał sobie fotografię, którą zrobiono tym trzem dziewczynom po ich śmierci. Trzy dziewczyny - rudowłosa Morag, złotowłosa Mandy i ciemnowłosa Sally Anne. Trzy córki Domu Roweny Ravenclaw.

— Czy one były lubiane, te trzy dziewczyny? Czy były dobrymi uczennicami?

Harry wzruszył ramionami. — Morag i Mandy były dość popularne, a Sally Anne też była lubiana, chociaż wydawała się bardziej nieśmiała niż te dwie pozostałe. I tak, one wszystkie były dobrymi uczennicami. Nie tak dobre rzecz jasna, jak Hermiona, ale spędzały okropne dużo czasu w bibliotece. Hermiona widziała je kiedyś w Dziale Zakazanym.

— Dział Zakazany?

— To miejsce, gdzie przechowuje się książki o czarnej magii i tego typu rzeczach. Uczniowie mogą tam bywać tylko i wyłącznie za pisemną zgodą nauczyciela. Profesorowie mogą tam przebywać, kiedy tylko chcą.

— Naprawdę? — Langdon wstał. — W tym przypadku myślę, że będę musiał odwiedzić Dział Zakazany jeszcze tego wieczoru. Pański szlaban jest oficjalnie zakończony, panie Potter.

-oOo-

Langdon szedł przez labirynt korytarzy starożytnego zamku kierując się w stronę Biblioteki. Bez mapy Hogwartu utrwalonej w jego fotograficznej pamięci, byłby już zgubiony. Jakim cudem uczniowie pierwszego roku byli w stanie dowiedzieć się jak dostać się do swoich klas w tej szkole?

Szkolne korytarze były puste o tej porze, uczniowie powinni być teraz w swoich dormitoriach.

Coś poruszyło się bezgłośnie w cieniu, ale zanim Langdon zdążył wydobyć z siebie jakiś dźwięk, nieznajomy mu głos szepnął. — Imperio.

Dziwne uczucie przebiegło przez umysł Langdona, przyjemne wrażenie słodkiej pustki, czegoś czarownego, pełnego znaczenia i przeznaczonego mu. Zakazany Dział? Dlaczego miałby iść do Zakazanego Działu? Niewiadomo, dlaczego ten pomysł nagle wydał mu się absurdalny. Wiedział, co musiał zrobić, całą jego wolę dławiła przemożna, rozpaczliwa potrzeba napisania listu do Septimy. Oczywiście. Dlaczego nie zdał sobie sprawy, jak bardzo ważne jest to, by napisać do niej od razu? Zobaczył kawałek pergaminu leżący na posadzce korytarza, a tuż obok niego pióro. Ktoś musiał je tam upuścić. Jaki to dla niego szczęśliwy zwrot okoliczności! Langdon sięgnął po pergamin i zaczął pisać. Ku jego zaskoczeniu, jego ręka zdawała się poruszać sama z siebie, nakładając piórem ciemne litery na grubym pergaminie. Jego myśli wydawały się same przelewać na papier, albo nie były to jego myśli... Nieznaczne wątpliwości rozbrzmiewały w głębi jego umysłu, ale wkrótce zostały zatracone w dziwnej, mrocznej radości czucia, że zrobił to, co miał do zrobienia.

Najdroższa Septimo.

W chwili, w której przeczytasz ten list, będę już poza Hogwartem. Przepraszam, że pozostawiam cię tak nagle. Wiem, że sprawię wam spory zawód, ale to jest po prostu zbyt bolesne to, że cię znowu widuję, skoro nie mam nadziei, że będziesz chciała odwzajemnić moje uczucia. Nie powinienem był tu przybywać. Proszę przekaż moje przeprosiny Dumbledore'owi, jestem pewien, że będzie w stanie zastąpić mnie kimś o wiele lepiej nadającym się do tej pracy. Proszę nie próbuj skontaktować się ze mną ponownie - po prostu nie będę w stanie tego znieść.

Twój na zawsze,

Robert.

Czytał ten list z dziwnym poczuciem satysfakcji. Nieuniknione. To było nieuniknione, to musiało się tak skończyć... Zastanawiał się nieco, przez ułamek sekundy, dlaczego właśnie los postanowił, że powinien napisać taki dziwny list, ale coś mrocznego i potężnego w jego głowie odrzuciło tą myśl na bok.

Wszedł do klasy numerologicznej i tam właśnie zostawił list. Septima znajdzie go jutro rano. Coś drżało dziwnie w jego sercu, kiedy położył zwinięty pergamin na biurku, ale wiedział, że ma jeszcze naprawdę ważne rzeczy do zrobienia, że nie może zwlekać.

Langdon bez wahania podszedł korytarzem na drugie piętro. Miał dziwne wrażenie, że ktoś idzie za nim, ale nie chciał oglądać się wstecz, był pochłonięty zdecydowaną chęcią poznania tego, co kryje się za ostatnimi drzwiami na korytarzu.

Łazienka. Ach, tak, to właśnie było to miejsce. Był, gdzie miał być. Biały marmur lśnił w świetle księżyca, a krany błyszczały jak srebro. Łazienka. Coś drgnęło w jego umyśle. Czy nie usłyszał gdzieś historii o łazience? Łazience na drugim piętrze? Nie mógł sobie niczego przypomnieć...

Usłyszał za sobą lekki szelest i miękki syczący dźwięk. I nagle, biała marmurowa ściana rozstąpiła się ukazując przed nim okrągły pionowy szyb prowadzący w dół. Oczywiście. Przejście przez rury. Tak bardzo chciał nią podążyć.

Podszedł ostrożnie do rury i wszedł do komory, która leżała pod nią. Zaczarowana Komnata! Jaka jest piękna z tymi wszystkimi migoczącymi pochodniami oddającymi swój miękki blask starożytnym kamiennym murom...

Drzwi Komnaty zatrzasnęły się za nim i nagle Langdon poczuł się, jakby właśnie obudził się ze głębokiego snu. Co się stało do cholery? Gdzie ja jestem?

Jego serce zamarło, gdy zrozumiał, gdzie był - w Komnacie Tajemnic.

To właśnie tutaj Harry napotkał wspomnienie Toma Riddle'a, zanim został zaatakowany przez bazyliszka.

Langdon próbował otworzyć drzwi, ale były szczelnie zamknięte. Świetnie. Zostałem uwięziony w Komnacie Tajemnic i nikt nie wie, że tu jestem. Mój szkielet będzie leżeć w Komnacie przez wieki... Przynajmiej Harry zabił bazyliszka.

Jego wzrok padł na podartą otwartą książkę na podłodze. Kieł wielkości ramienia był weń wbity i teraz leżał zniszczony wciąż skąpany w szkarłatnym atramencie i błyszczącym jadzie. Dziennik Toma Riddle'a...

Co to było?

Serce Langdona zabiło szybciej. Coś poruszyło się i zobaczył zgniłozielone łuski błyszczące w cieniu. Bazyliszek? Nie, to nie może być bazyliszek, przecież on od dawna nie żyje...

Ale skoro bazyliszek jest martwy to, co to jest?

Monstrualna istota wyczołgała się powoli z ciemności w migotliwym świetle pochodni. Jej skóra błyszczała dziwnie zielonkawo, jak klejnoty i wpatrywała się w niego swoimi świetlistymi żółtymi oczami.

Langdon patrzył z przerażeniem na niesamowitego potwora, który czaił się przed nim. Coś ogromnego i gadziego, ale nie był to bazyliszek. Raczej krokodyl o kolosalnych rozmiarach, jego błyszczące szmaragdowe łuski przypominały zabrudzone ziemią wspaniałe klejnoty, tak samo jak białawe zęby ostre jak żyletki.

To nie był bazyliszek, ale petsuchos. Potwór ze starożytnych egipskich mitów, święty potwór służący bogu krokodylow Sobkowi.

Langdon zatoczył się do tyłu, z dala od ogromnych szczęk, ale potwór był coraz bliżej i bliżej...

Rozejrzał się rozpaczliwie poszukując czegoś, czegokolwiek, co mógłby wykorzystać w walce przeciwko przerażającemu potworowi. Coś białego błyszczało w cieniu, i kiedy dotarł do tego zobaczył, czym to było. Kły bazyliszka. Langdon wyrwał jeden z ogromnych kłów i trzymając go jak miecz przygotował się na nadchodzący atak. Potwór nadciągał powoli i bezlitośnie, a okrutny błysk w jego oczach był coraz bliżej...

Langdon wbił kieł w ciało petsuchosa z całej siły. Stwór zatrzymał się na ułamek sekundy, jakby lekko zdziwiony. Ale ku swojemu przerażeniu, Langdon zobaczył, że kieł bazyliszka pękł na pół, kiedy tylko zetknął się z gadzimi łuskami petsuchosa.

Trucizna! Nawet, jeśli ząb nie przeszyje jego skóry, to na pewno jad bazyliszka osłabi bestię.

Ale petsuchos był coraz bliżej, a jego ohydne szczęki zwinięte były w straszliwej parodii uśmiechu.

Nie! Nawet jad bazyliszka nie może przeniknąć jego skóry.

Langdon odskoczył gwałtownie na bok, kiedy gigantyczne szczęki rzuciły się na niego. Mogę unikać ich przez chwilę, ale w końcu się zmęczę. Kwestią czasu było to, kiedy zostanę złapany tymi straszliwymi szczękami... Rozejrzałem się rozpaczliwie w poszukiwaniu lepszej broni, ale niczego nie widziałem.

Krzyknął z przerażenia, ale w głębi serca wiedział, że nikt nie mógł go usłyszeć.

Trzeba by było czegoś więcej niż magia, by teraz mnie ocalić...