Ok, skoro wróciłam już do fanfikowania tutaj, to przywrócę życie kolejnej opowieści. Mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba, bo w końcu zaczyna się coś dziać. No i przede wszystkim ktoś tu odkrywa karty.

Dla Selassii, która przypędziła do mnie wenę. Jesteś kochana!


Wyciągnęła ze mnie wszystko. Co do słowa, co do gestu. Zdziwiło mnie nieco, że bardziej z dziedziców fortuny Gardnerów zainteresowana była starszym i o wiele mniej według mnie zajmującym bratem, ale niewiele byłam jej w stanie o nim opowiedzieć, bo całą moją uwagę przykuwał Loki.

Spoglądałam wciąż na godzinę, odliczając czas do siedemnastej. Jane chyba wyczuwała moje zniecierpliwienie, bo starała się oderwać mnie od ciągłego zerkania na zegarek. Próbowała mnie wyciągnąć na zakupy do pobliskiego centrum handlowego, ale odmówiłam, bo bałam się, że kiedy nas nie będzie w domu zjawi się tam młodszy z Gardnerów i rozczarowany tym, że mnie nie zastał odjedzie. Bałam się, mimo że Jane zaproponowała mi to około drugiej po południu.

Kiedy plan wyskoczenia do centrum handlowego spalił na panewce, moja droga wspołlokatorka zmusiła mnie, żebym pomogła jej w pieczeniu ulubionych babeczek. W przeciwieństwie do mnie uwielbiała gotować i twierdziła, co uważałam za śmieszne, że w gotowaniu odnajduje coś na podobieństwo fizyki kwantowej. Tak, jak wspominałam, to twierdzenie zawsze wydawało mi się zabawne, ale w końcu to ona się znała na fizyce kwantowej, nie ja, więc równie dobrze mogło być i w tym ziarno prawdy.

Babeczki jagodowe wyszły nam wyśmienicie, ale zjadłam tylko jedną, bo żołądek miałam ściśnięty z nerwów. Siedziałyśmy z Jane w kuchni, ona starała się mnie rozbawić i odciągnąć moje myśli od zbliżającego się spotkania, jednak nie słuchałam jej uważnie, z nosem zatopionym w tablecie, przeglądając pobieżnie kolejne strony poświęcone tematyce BDSM. Nie zagłębiałam się jednak w treść, najczęściej przeglądając tylko zdjęcia. Muszę przyznać, że część mnie przerażała, ale jednocześnie niesamowicie fascynowała.

-...tej – dotarł do mnie głos Jane.

Byłam tak pochłonięta kolejnymi zdjęciami, że nie dosłyszałam początku.

- Czy możesz powtórzyć? – zapytałam wreszcie podnosząc wzrok.

- Jest dwadzieścia pięć po szesnastej, Ginnie, chyba powinnaś się przygotować. Chyba, że chcesz iść na randkę w fartuszku uwalanym mąką.

- Jezu, tak późno?! – zawołałam i wystrzeliłam z kuchni, porywając w ostatnim momencie tablet z blatu.

Wpadłam do pokoju, tablet rzuciłam w kąt, po czym rzuciłam się w stronę szafy, by znaleźć coś odpowiedniego na obiad z taką osobistością, jak Loki Gardner. Nie stanowiło to zbytniego problemu, bo moja praca dziennikarki wymagała schludnego ubioru. Odrzuciłam w pierwszym odruchu grafitową, rozkloszowaną spódnicę, w której nazbyt często można było mnie zobaczyć w pracy, stawiając na ołówkową, szarą, która choć wyszła już z mody, świetnie się na mnie prezentowała. Do zestawu dobrałam kremową koszulę, świetnie dopasowaną do mojej sylwetki z głębokim, aczkolwiek wciąż przyzwoitym dekoltem. Całość stroi uzupełniły wygodne szpilki i delikatna aksamitna wstążka zapięta ciasno wokół mojej szyi. Ozdabiała ją pojedyncza perła. Uznałam, że młodemu Gardnerowi się spodoba, skoro wczorajsza ozdoba przypadła mu do gustu.

Spojrzałam na siebie krytycznie, po czym upięłam włosy w luźny kok na karku, pozwoliłam nawet by część kosmyków wystawała z niego i wyglądała na niesforne, choć nieład był zaplanowany i świetnie komponował się z moim strojem.

Delikatnie podkreśliłam oczy kredką, przeczesałam rzęsy, zaś usta pociągnęłam lekko błyszczykiem. Byłam gotowa. Spojrzałam na zegarek – dochodziła piąta. Do małej torebki wrzuciłam smartfona i plik banknotów, by nie zmuszać Gardnera do płacenia za mnie, gdyby okazało się, że każdy płaci za siebie. Pozostało tylko czekać.

Podskakiwałam na dźwięk każdego samochodu zwalniającego przed naszym domem, aż wreszcie zobaczyłam ciemnozielone audi wjeżdżające na podjazd. Mimo to nie drgnęłam, nie chciałam jak dziewczynka wystawać przed drzwiami w oczekiwaniu na swojego chłopaka. Nie, ani Gardner nie był moim chłopakiem, ani nie byłam już nastolatką.

Ruszyłam do drzwi dopiero, kiedy usłyszałam dzwonek. Otworzyłam i tak, za nimi stał on, jeden z dziedziców Valhalla Co., w koszuli, pod krawatem, z ciemną marynarką przerzuconą zawadiacko przez bark. Wyglądał niesamowicie, elegancko i uwodzicielsko jednocześnie.

- Czy robisz to specjalnie? – usłyszałam zamiast powitania.

Stałam oniemiała i nie wiedziałam co odpowiedzieć. A Loki stał naprzeciw mnie i wpatrywał się we mnie intensywnie swoimi szarymi oczami.

- Przepraszam, ale co robię? – zapytałam, kiedy już odzyskałam zdolność mówienia.

- Nosisz taka biżuterię – odparł z błyskiem w oku, unosząc dłoń, by dotknąć perełki ozdabiającej aksamitną tasiemkę, ale opanował się w połowie drogi i opuścił dłoń nieco zafrapowany swoim zachowaniem. Opuścił na moment wzrok, a kiedy ponownie na mnie spojrzał jego oczy przybrały tajemniczy wyraz. – Przepraszam – uśmiechnął się lekko – miło mi cię widzieć, Ginnie. Wyglądasz olśniewająco.

Zarumieniłam się, jestem pewna, że zrobiłam się czerwona jak burak. Nigdy do tej pory jeszcze żaden facet nie sprawił, że się zarumieniłam. Aż do dzisiaj. Nie oznacza, że straciłam rezon, bo rzuciłam szybko:

- A czy ty też robisz to specjalnie? – nie pozwoliłam jednak mu dojść do słowa i od razu wyjaśniłam, co mam na myśli. – Starasz się już na starcie onieśmielić kobietę?

- Może – odpowiedział tajemniczo.

- A ja może założyłam specjalnie taką biżuterię – stwierdziłam już w aucie. Skoro chciał grać w takie gierki, nie chciałam być mu dłużna. Jednak naszła mnie refleksja, że to nie była dobra odpowiedź, więc dodałam: - wczorajsza ozdoba bardzo ci się podobała, więc nie mogłam się dzisiaj oprzeć i założyłam to.

- Wygląda idealnie na twojej szyi – i urwał, choć chyba chciał dodać coś jeszcze. Nie powiedział jednak już nic i resztę trasy spędziliśmy w milczeniu.

Tak jak mogłam się spodziewać zabrał mnie do bardzo eleganckiej restauracji. Nie mogłam się spodziewać, że będzie to akurat Chez Valentine, znany lokal podający dania kuchni francuskiej, o którym kilka lat wcześniej było głośno z powodu afery, która wynikła z powodu wyjątkowo ostrej recenzji szanowanego krytyka kulinarnego i równie ostrej odpowiedzi szefowej kuchni. Dziś mało kto o tym pamięta, a Chez Valentine cieszy się renomą najlepszej restauracji w całym mieście. Ceny też ma najlepsze.

Poprowadzono nas do stolika dla dwojga w głębi sali. Nie byłam zaskoczona, widząc przy stolikach kilka znanych mi twarzy – miejsce niemal na samym środku sali zajmował znany dobrze mediom senator w towarzystwie trzech zgrabnych blondynek, z których żadna nie była jego córką ani żoną; zauważyłam kilku liczących się bardziej lub mniej biznesmenów i co ciekawe redaktora konkurencyjnego dziennika. Widząc tego ostatniego poczułam się niezbyt pewnie, ale był zbyt pogrążony w rozmowie ze śliczną brunetką (w której rozpoznałam rzeczniczkę prasową policji), by mnie zauważyć.

Kiedy podano nam kartę dań spojrzałam na nią przelotnie i przeraziłam się – żadnej nazwy po angielsku, a mój francuski ograniczał się do kilku zwrotów grzecznościowych, w tym „przepraszam, nie mówię po francusku". Zamknęłam ją i odłożyłam, co spotkało się z pytającym spojrzeniem Lokiego.

- Już wybrałaś? – zapytał uśmiechając się lekko.

- Zdaję się na ciebie. Nie przepadam zbyt za kuchnią francuską...

- ...zatem wybacz, że nie zapytałem, ale możemy zmienić lokal... – przerwał mi, ale ja pokręciłam głową i dodałam:

- ...więc wybierz, a ja postaram się nie grymasić.

Ostatecznie zdecydował się na Lotte sur salade aux fraises, do tego białe wino a w roli przystawki wystąpiły Cuisses de grenouilles en croute de sesame. Daniem głównym okazała się ryba podana na sałatce warzywnej, zaś tajemniczo brzmiące Cuisses de grenouilles były żabimi udkami w sezamowej panierce.

Jadłam raczej mało, raczej podskubywałam, bo francuska kuchnia rzeczywiście niezbyt mi leżała, ale dania okazały się nadzwyczaj dobre. Z drugiej strony żołądek miałam skurczony z niewiadomego powodu – niemożliwe, by Loki Gardner tak na mnie działał. A jednak, prawie nie mogłam niczego przełknąć.

W końcu przerwał milczenie.

- Przejdźmy zatem do tematu, który nas tutaj sprowadził – zaczął dość niezręcznie. – Chciałem porozmawiać, bo z tego co mi się wydaje, kompletnie nie masz pojęcia w co masz się zamiar zaangażować. Taka relacja jak nasza musi być budowana na wzajemnym zrozumieniu i zaufaniu, dlatego zanim się zaangażujesz, musisz wiedzieć, jak się sprawa przedstawia – umilkł, gdy kelner przyniósł zamówiony deser. – Ginewro, zacznijmy od początku. Zamierzasz zaangażować się w relację BDSM. Czy wiesz na czym taka relacja polega?

- Przeczytałam „100 oblicz Blacka", więc mam pewne pojęcie – odparłam.

Loki zachichotał.

- Skoro to czytałaś, to znaczy, że nie masz kompletnego pojęcia, Ginnie – powiedział, tłumiąc śmiech. Westchnął i powiedział: - Ta książka zrobiła mnóstwo złego i namieszała wielu ludziom w głowach. Zapomnij o trylogii Blacka, bo nie dość, że jest słabo napisanym erotycznym fanfikiem do „Świtu" to jeszcze zupełnie nie oddaje ducha BDSM i najnormalniej w świecie kłamie. To jest tak, jak za pisanie powieści erotycznych biorą się byłe zakonnice, które karmią siebie i swoje czytelniczki swoimi wykrzywionymi fantazjami – powiedział z pogardą.

A ja patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. A więc w plotkach było ziarnko prawdy. Właściwie mogłabym już zadzwonić do Odina i zakończyć zlecenie sukcesem, ale Loki tak mnie zafascynował, że nie miałam zamiaru kończyć tej znajomości. Z drugiej strony obawiałam się, czy większej krzywdy nie wyrządzę nam obojgu ciągnąć tą znajomość. Ale nie wyszłam.

Nagle zadzwonił mój telefon, więc przeprosiłam Lokiego i wyszłam do toalety odebrać. Dzwonił prezes Valhalla Co. by zapytać, jakie poczyniłam postępy.

- Witam, jestem w tym momencie na kolacji z pańskim synem – powiedziałam przyciszonym głosem – i nie chciałabym go zaniepokoić moją przeciągającą się nieobecnością. Potrzebują więcej czasu, Loki jest niesamowicie tajemniczy i muszę bliżej go poznać, bym mogła panu cokolwiek odpowiedzieć – skłamałam bezczelnie, by kupić sobie choć kilka dni spokoju. – Tymczasem mam nadzieję, że wystarczy panu wiadomość, że plotki o domniemanym homoseksualizmie pańskiego syna są całkowicie wyssane z palca.

Rozłączyłam się, wrzuciłam telefon do torebki i wróciłam na salę z przepraszającym uśmiechem na twarzy.

- Amerykański partner w interesach mojego ojca dzwonił, by zapytać, czy tata zjawi się by dopilnować transakcji, obiecałam mu, że oddzwonię – powiedziałam siadając. – Na czym stanęło? – zapytałam nieśmiało.


Następny rozdział planuję być może nawet już na za tydzień, jeśli się nie uda, to pewnie ukaże się za dwa tygodnie. I pamiętajcie - wen dobrze karmiony pozwala publikować częściej.