A/N: Po pierwsze, wielkie podziękowania i dedykacja dla mojej kochanej Anyuh, dzięki której dostałam mega weny, chęci i motywacji do pisania. W zasadzie bez niej ten chapter gniłby nietknięty jeszcze przez długi, długi czas. Po drugie, przepraszam, że tak długo musieliście czekać, choć obawiam się, że z rozdziałem V będą mega problemy – uprzedzam z góry. Po trzecie, mam szaloną nadzieję, że się Wam spodoba, bo naprawdę sporo pracowałam nad tą częścią... I wierzcie mi, to był koszmar. No i oczywiście wielkie przepraszam za wszelkie błędy, które mogą wystąpić. Ideałem nie jestem ;)

Dicodin, skarbie, dziękuję za jakże pozytywny komentarz! Uwielbiam czytać Twoje opinie, naprawdę :) I super, że się podoba, staram się jak mogę! Jeśli chodzi o kuka, to trochę wcześniej też się z tym inteligentnie ogarnęłam, ale skoro już tutaj zaczęłam z tym „Cookiem", to skończę. Najwyżej od następnych pisadeł (o ile takowe będą) zacznę stosować to przepiękne spolszczenie :)

Kaczko, Kaczko, moja najdroższa i najmilsza i najbardziej puchowa Kaczuszko, dziękuję za komentarz! Za każdym razem, gdy wyrażasz opinię na temat moich „cosiów" to mnie pozytywnie rozbrajasz ;) Zawsze walniesz coś, przy czym parsknę śmiechem, no. I za to Cię kocham, Madziu :*

I w ogóle dziękuję ślicznie za wszystkie komentarze, one naprawdę mnie wspierają i dodają pozytywnej energii. Dzięki nim chce mi się pisać dalej! Jesteście wspaniali! *przytula wszystkich, którzy to czytają i komentują*

Tylko, powiedzcie mi, dlaczego polski cudzysłów tu tak gównianie wygląda? Dlaczego? TT_TT


Chapter IV

Zatrudnienie Zoro było jednym wielkim sukcesem.

Nie, żeby ktokolwiek zamierzał się do tego głośno przyznawać, ale gdyby ktoś zapytał czy warto było, nikt nie powiedziałby że „nie".

Wyuczenie go wszystkiego w stopniu perfekcyjnym zajęło sporo – około półtora miesiąca. By tego dokonać, Sanji włożył w to mnóstwo swojego prywatnego czasu (który normalnie spędziłby zupełnie na czymś innym), cierpliwości i przede wszystkim zdrowia psychicznego. Bo kto jak kto, ale Roronoa naprawdę umiał je nadwyrężyć. Czasami rozumował tak wolno i opornie, że Black miał ochotę go zastrzelić, a momentami nawet i siebie. Nie wspominając już o tym, jak mylił i źle wymawiał nazwy potraw oraz składniki. To chyba bolało i załamywało najbardziej.

Ale opłaciło się, naprawdę się opłaciło.

Do Baratie nagle zaczęło schodzić się coraz więcej ludzi. Niektórzy dlatego, bo byli zaciekawieni nietypowym kolorem włosów Zoro. Inni, ponieważ był naprawdę przystojny i po prostu chcieli się na niego bezkarnie pogapić – to się tyczyło głównie nastolatek i młodych dam, przez co zresztą Sanji dostawał białej gorączki i zżerała go zazdrość. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego na niego kobiety nie reagowały takim zachwytem, jak na tego durnego glona.

Doszło nawet do tego, że parę stałych klientów przychodziło tylko wtedy, gdy Roronoa był na swojej zmianie. I nie wolno zapomnieć o dzieciach. Niewiadomo dlaczego, dzieciaki wręcz uwielbiały zielonowłosego szermierza. Szczerzyły się do niego, cieszyły i zaczepiały, zadając różne pytania i skłaniając do rozmowy. On zaś nie wydawał się być zbyt niezadowolony z tego powodu i bez problemu pozwalał się czochrać po włosach lub dotykać swoich trzech złotych kolczyków, a czasem nawet brał maluchy na barana czy też robił im tak zwany „samolocik". W takich momentach kucharz śmiał się, że Roronoa byłby świetnym ojcem, na co drugi mężczyzna reagował delikatnym rumieńcem i warknięciem.

Zoro był po prostu lubiany. Miał swoje wzloty i upadki, często robił jakieś gafy, ale wszyscy darzyli go sympatią. Nie tylko klienci, ale również cała rodzina z Baratie. Pomimo jego cichego sposobu bycia, zamkniętości w sobie i małomówności – Roronoy w dziwny, niezrozumiały sposób po prostu nie dało się nie lubić. Sam Zeff bardzo szybko zaczął go traktować niemalże jak własnego syna. Zdarzały się momenty, kiedy na niego wrzeszczał, wyzywał od głupich sałat i kapust oraz kopał drewnianą nogą w kostkę, ale potrafił też położyć dłoń na zielonych kosmykach, poczochrać je i powiedzieć: „Dobra robota, Zoro". Ten się na to tylko lekko uśmiechał, może i nawet trochę nieśmiało, i kiwał głową, po czym wracał do pracy.

Wszyscy czuli się tak, jakby szermierz mieszkał i pracował w restauracji od niewiadomo jak długiego czasu. Jakby należał do ich rodziny od zawsze.


– Gdzie idziesz, Cook? – spytał Zoro, patrząc na Sanjiego przebierającego się w dresy i zakładającego adidasy, czyli coś, czego blondyn nigdy normalnie by nie założył.

Było półtorej godziny po wspólnej kolacji. Zielonowłosy siedział na łóżku kucharza i czytał jakąś książkę, kiedy to nagle jego kompan wstał zza biurka i zaczął zmieniać ubranie, w ogóle nie krępując się obecnością drugiego mężczyzny. Jeszcze jakieś dwa, trzy tygodnie temu wywaliłby go za drzwi, gdyby chciał się przebrać, ale teraz nie przejmował się Zoro ani trochę. Ciało miał ładne i zgrabne, idealne wręcz, a szermierz w końcu też był mężczyzną, więc koniec końców stwierdził, że wstyd nie ma tu żadnego rozsądnego wyjaśnienia.

– Idę pobiegać – powiedział w końcu Black, kończąc wiązać sznurówki.

– Biegasz? – zdziwił się Roronoa.

– Tak, codziennie – zerknął na niego i odpowiedział z uprzedzeniem na kolejne pytanie formujące się w zielonym łbie. – I nie wiedziałeś o tym, bo biegam wtedy, kiedy ty smacznie sobie chrapiesz w łóżku.

– Aha – mruknął, zamknął książkę i wstał. – To ja idę do siebie. Do jutra.


Siedział po ciemku na parapecie ubrany tylko w spodnie od piżamy; letni wiatr wpadał przez otwarte okno, bawił się jego włosami i kolczykami, które brzdąkały cicho, uderzając delikatnie o siebie nawzajem. Zoro patrzył z lekko przymrużonymi oczami na świat za oknem, który od mniej więcej godziny był już pogrążony we śnie, ale mimo to z oddali wyraźnie dobiegał go szum samochodów oraz stłumione, wymieszane ze sobą pojedyncze głosy ludzi. Ale przede wszystkim świat ten był spokojny.

Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem czuł się tak wyciszony, zrelaksowany, kiedy nie myślał o tych, którzy go ścigali, chcąc dorwać za wszelką cenę. W Baratie było mu dobrze, cudownie wręcz – wreszcie miał poczucie przynależności do jakiegoś miejsca, a nie wyobcowania i odizolowania od wszystkiego, co go otaczało. Często zastanawiał się czy to nie piękny, surrealistyczny sen. A może marzenie nie do spełnienia o spokojnym, normalnym życiu?

Westchnął i podrapał się po głowie. Nigdy nie był optymistą. Pesymistą też nie. Nie modlił się o lepsze jutro, bo nie wierzył w żadnego boga. Nie żył marzeniami. Zawsze wszystko stawiał na przeznaczenie i racjonalnie patrzył na świat; działał głównie na podstawie swoich instynktów i przeczuć. I coś mu mówiło, że niedługo jego życie niczym w bajce się skończy. I wtedy znów będzie musiał szukać jakiegoś rozwiązania. Ale jakiego? Znów będzie się chować? Chętnie by walczył, ale ich było za dużo, o wiele za dużo. Wiedział, że jest silny, że miał talent i zdolności, ale o wygranej nie było mowy, bo zawsze na miejscu pokonanych trzech pojawiało się pięciu następnych. Któregoś dnia w końcu udałoby im się go dorwać. A wtedy... Wtedy czekała go śmierć.

Oparł się o framugę, zamknął oczy i przypomniał sobie słowa Blacka: „Nieważne, w jakie gówno jesteś zamieszany, mam to w dupie. Po prostu masz zawsze pamiętać, że nie jesteś już sam. My ci pomożemy. Ja ci pomogę".

On mi pomoże, przemknęło Zoro bezwiednie przez myśl i na moment znów poczuł błogi spokój, będąc podświadomie zupełnie pewnym, że tak by się stało. Ale gdy uzmysłowił sobie znaczenie tych słów – przeraził się. Sanji nie mógł mu pomóc. Nie mógł. Gdyby to zrobił, wtedy i on byłby w niebezpieczeństwie. Ostatnia osoba, która starała się w jakikolwiek sposób wesprzeć Roronoę, wiedząc o jego wrogach, trafiła do szpitala w tak ciężkim stanie, że zapadła w końcu w śpiączkę. Szermierz nie mógł narazić tego kretyna, skończonego idioty, palanta, pięknisia z kretyńsko zakręconą brwią; jedynej osoby, która cały czas go wspierała i w niego wierzyła, która...

Która była jego przyjacielem. Która była w jakiś sposób również jego oparciem.

– Kurwa – szepnął do siebie i zakrył twarz dłonią. – Jesteś idiotą, Roronoa. Kompletnym idiotą!

Miałeś się już nie przywiązywać.


Wszedł do Baratie przez tylne drzwi od strony śmietników i od razu skierował się do kuchni. Wyciągnął z lodówki butelkę z wodą i nalał sobie pełną szklankę. Wypił płyn duszkiem i odetchnął głęboko. Bieganie zawsze mu pomagało, odkąd był dzieckiem. Uspakajało, oczyszczało umysł oraz dawało jakiekolwiek pojęcie, jak źle jest z jego płucami przez nałogowe palenie.

Przetarł spocone czoło przedramieniem i skierował się do swojego pokoju, a potem od razu do łazienki, jak zawsze zostawiając drzwi otwarte na oścież. Taki już miał nawyk, że gdy znajdował się w jakimś mniejszym pomieszczeniu, to w miarę możliwości nigdy się nie zamykał. Ludzie nazywali to klaustrofobią. On ich nie poprawiał, choć wiedział, że to nie klaustrofobia, a coś zupełnie innego. Coś gorszego.

Stanął przed prysznicem, zrzucił z siebie ubranie, odsuwając je niedbale nogą pod ścianę, i wszedł do kabiny. Długi, letni prysznic – tego mu było trzeba.

Gdy skończył po jakiejś pół godzinie, usłyszał podejrzane dźwięki dobiegające z pokoju Zoro. Niezbyt głośne, ale wystarczająco wyraźne, by go zaciekawić i zaniepokoić jednocześnie. Osuszył się pobieżnie i założył bokserki do spania, po czym wszedł do pokoju drugiego mężczyzny.

Zielonowłosy mamrotał coś przez sen, kręcąc się gwałtownie w łóżku, i jedynym słowem, które Blackowi udało się zrozumieć było czyjeś imię: Kuina. Szermierz wyglądał, jakby był w stanie agonii – spocony, zaciskający oczy, zaś na jego zazwyczaj spokojnej twarzy raz po raz pojawiały się impulsy bólu. Widocznie miał jakiś potworny koszmar, z którego nie mógł się obudzić. Sanji wiedział, jakie to uczucie, bo codziennie takowe miał i przez nie właśnie tak mało sypiał. Bał się zasnąć. Bał się, że zmory przeszłości znów wrócą i znów będzie musiał przeżywać piekło, przez które kiedyś przeszedł. Dlatego właśnie widok Roronoy w tym stanie wstrząsnął nim, a nawet przestraszył. Chciał jak najszybciej pomóc Zoro, uspokoić go, zapewnić, że wszystko jest w porządku...

Dotknął bardzo delikatnie ramienia szermierza i powiedział cicho:

– Zoro, obudź się...

W tym momencie wszystko potoczyło się w zastraszająco szybkim tempie, w przeciągu paru sekund, mgnieniu oka. Tak gwałtownie, błyskawicznie i niespodziewanie, że blondyn prawie niczego nie zarejestrował.

Zoro nagle otworzył oczy; były odległe, obce, przyćmione jakąś mgiełką i wyglądały niemalże jak oczy osaczonego drapieżnika, szykującego się do ataku w samoobronie. Z wręcz nadludzką prędkością i siłą chwycił Sanjiego, przewalił na łóżko, po chwili zaś znajdował się nad nim z wyciągniętą z pochwy kataną, która błysnęła złowieszczo w nikłym świetle ulicznych latarni. I wtedy Black poczuł istne przerażenie. Był sparaliżowany strachem. Nie mógł ruszyć żadną częścią ciała, głos zamarł mu w gardle i jedyne do czego był zdolny, to patrzenie prosto w te obce oczy człowieka, którego uważał za najlepszego przyjaciela, jakiegokolwiek miał. Jedynego przyjaciela.

Dopiero ostrze miecza zamierzającego wbić się w sam środek jego twarzy przywrócił mu zdolność mówienia.

– Zoro! To ja, Sanji! – krzyknął, zaciskając powieki. – Zoro!

W ułamku sekundy Roronoa odzyskał zmysły, ale nie był w stanie powstrzymać nadchodzącego pchnięcia. Jedyne, co mógł zrobić, to w ostatniej chwili zmienić jego trajektorię, przez co katana tylko drasnęła blady policzek Blacka i wbiła się cała w materac łóżka.

Dopiero wtedy Sanji wypuścił powietrze, które nieświadomie wstrzymał w płucach. Drżał. Naprawdę myślał, że Zoro go zabije, tu i teraz, w mgnieniu oka, a on nic nie będzie mógł z tym zrobić; nie będzie mógł nawet kiwnąć palcem.

Zielonowłosy odskoczył od drugiego mężczyzny i cofnął się do tyłu, przylegając mocno plecami do ściany. Oddychał ciężko, szybko. Podniósł rękę do góry i wbił w nią spojrzenie. Boże. Boże. Prawie zabił Blacka. Gdyby ten nie krzyknął, zabiłby jedynego człowieka, któremu naprawdę zaczynał ufać. Ukrył twarz w dłoniach, próbując się uspokoić choć w minimalnym stopniu.

Zapanowała ciężka, pełna napięcia cisza.

Przerwał ją kucharz, siadając naprzeciw Zoro. Niepewnie położył mu dłoń na ramieniu i spytał:

– Wszystko w porządku, marimo?

– Czy wszystko w porządku? – odpowiedział pytaniem na pytanie Roronoa. – Ja cię przed chwilą o mało nie posiatkowałem, a ty się pytasz mnie czy wszystko w porządku? – nie mógł uwierzyć. Ten idiota przed chwilą o mało nie zginął z jego ręki i jeszcze się o niego martwił?

– O mało – powtórzył jego własne słowa. – Ale tego nie zrobiłeś. Nic mi nie jest, choć szczerze ci powiem, że prawie przyprawiłeś mnie o zawał, dupku jeden – mruknął. Zabrał rękę i usiadł koło szermierza, przeklinając w duchu brak kieszeni w bokserkach. Cholernie przydałby mu się teraz papieros. – I to była moja wina. Nie powinienem próbować cię budzić na siłę – wbił spojrzenie w kołdrę. – Ale wyglądałeś tak, jakbyś okropnie cierpiał i...

– Ja pierdolę, Cook... – przerwał mu zielonowłosy łamiącym się głosem. – O mało cię nie zabiłem. O mało nie przebiłem na wylot. A ty jeszcze żartujesz, opierniczasz mnie i obwiniasz sam siebie jednocześnie! Czy ciebie posrało? – dopiero teraz odważył się na niego spojrzeć i od razu zauważył dość głębokie nacięcie na policzku Blacka. – Zraniłem cię – stwierdził głucho.

– Co? – zdziwił się Sanji i dotknął rany. – Ach, to nic, bywało gorzej – uśmiechnął się słabo i machnął ręką. – Najwyżej skopię ci za to dupę jutro rano. Zobaczysz, będziesz latać i odbijać się od ścian i sufitu jak piłeczka kauczukowa – zaśmiał się cicho i oparł głowę o ścianę. – Zobaczysz.

Zoro patrzył na niego, nic nie rozumiejąc. Prawie go zabił. Zranił go. Przeraził. A Black? Black się martwił nie o siebie, ale o niego. Żartował. I siedział koło niego, jak gdyby nigdy nic.

Blondyn zerknął na niego i się uśmiechnął. Wstał i na chwilę zniknął w łazience, po chwili wychodząc z plastrem na policzku.

– Chodź – powiedział i skierował się do drzwi, a gdy Roronoa nie ruszył się z miejsca, westchnął cicho i podszedł do łóżka, podpierając się pod boki. – Zachowujesz się jak dzieciak, marimo. Trochę dojrzałości – chwycił go za rękę i pociągnął za sobą. Szermierza nadal zadziwiała siła, która kryła się w tym jakże na pozór wątłym i kruchym ciele.

Sanji prowadził go korytarzem pogrążonym w ciemności. Panowała zupełna cisza. Tylko w momencie, gdy przechodzili koło jednego z pokoi, dało się usłyszeć dość głośny kobiecy jęk. Zielonowłosy zawahał się na moment, najwyraźniej chcąc przystopować.

– Vivien i Jasper, nie przejmuj się nimi – rzucił blondyn szybko, nie zatrzymując się nawet na chwilę i cały czas prowadząc Zoro.

– Co? – nie zrozumiał.

– Boże, debilny glonie, ja wiem, że jest noc i nie masz środków do fotosyntezy, ale spróbuj ruszyć tym swoim algowym móżdżkiem – westchnął ciężko i pokręcił głową. – Vivien i Jasper. Są parą, jak już wiesz od dłuższego czasu. Uprawiają seks, a w ich wykonaniu nie jest to najcichsza czynność. Proste – wprowadził go do jadalni, zapalając przedtem światło, i posadził na krześle. – A teraz siedź i czekaj – poszedł do kuchni.

Roronoa siedział, analizując słowa kucharza. Przez parę sekund był wściekły za cały sznurek zniewag skierowanych w jego kierunku – i to wypowiedzianych tylko w jednym zdaniu! – a potem dotarła do niego dalsza część wypowiedzi Blacka, zarumienił się lekko i zdecydował, że lepiej skupić uwagę na czymś innym. Tykający zegarek wydawał się być do tego idealnym celem.

Nie minęło pięć minut, jak do jadalni z powrotem wkroczył blondyn, w jednej ręce trzymając tokkuri i ochoko, w drugiej zaś kubek, z którego unosiła się para.

– Masz i się ciesz, bo następnym razem mogę nie być tak łaskawy – powiedział z uśmiechem Sanji, stawiając kubek przy swoim miejscu, a resztę przed Zoro.

– Niemożliwe – nagle oczy szermierza się rozpromieniły. – Nihonshu. Wreszcie się doczekałem.

Black się wyszczerzył. Coś mu mówiło, że kiedy Zoro zobaczy sake, to od razu mu się polepszy. I miał rację. Całe zmartwienie z twarzy zielonowłosego zniknęło, ustępując glonowej radości.

Jakie to marimo jest prostolinijne, pomyślał Sanji i usiadł, biorąc kubek z herbatą w dłonie.

Karakuchi – szepnął z zadowoleniem Roronoa, wąchając alkohol.

– Stwierdziłem, że wolisz to od amakuchi – rzucił blondyn i zamilkł na moment, a później zaczął chichotać, aż wreszcie wybuchł śmiechem.

– Z czego się śmiejesz, debilu? – warknął, nalał sake do ochoko i wypił wszystko na raz. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Jak on tęsknił za tym smakiem.

Chwilę zajęło, zanim kucharz się uspokoił. Otarł małą łezkę kręcącą mu się w kąciku oka, wziął parę głębokich oddechów i, próbując się nie śmiać, powiedział:

– Bo jesteś skończonym idiotą, Zoro! – znów zachichotał. – Nie rozróżniasz cholernych pieczarek od kurek i nadal masz problem, który makaron to penne, a który rigatoni, ale o alkoholu to wiesz chyba wszystko! Normalnie szkoda, że nie mamy tu baru... – ponownie parsknął śmiechem i upił łyk herbaty.

Siedzieli tak w komfortowej ciszy, każdy pogrążony w swoich myślach. W końcu Zoro zagadnął:

– Nie pijesz?

– Rzadko. Mam słabą głowę – przyznał i wzruszył ramionami. – Ty za to pewnie upić się nie potrafisz.

– Mam z tym problemy, przyznaję się. Oi, Cook – Sanji zerknął na niego. – Obudziłem cię, że przyszedłeś?

– Nie – podparł policzek dłonią. – Wróciłem jakieś czterdzieści minut wcześniej. Wychodziłem spod prysznica, usłyszałem, jak coś mamroczesz i poszedłem sprawdzić, co się dzieje, bo zazwyczaj jedyny odgłos, który wydajesz podczas spania to cholernie głośne chrapanie – uśmiechnął się wrednie.

– Akurat – prychnął szermierz, a zaraz potem zamrugał. – Chwila... Jest – spojrzał na zegarek – wpół do czwartej! Nad ranem!

– I?

– Ile ty biegasz i kiedy idziesz spać?

– Biegam około dwóch, trzech godzin – Sanji wstał i zaczął szperać po szafkach. W końcu znalazł jakąś paczkę papierosów i zapalniczkę. – Ugh, nie lubię tej marki... – ale mimo wszystko i tak zapalił, zaciągnął się i lekko skrzywił. Wrócił na swoje miejsce. – Ale wiesz, to i tak nie ma znaczenia, ile biegam i kiedy idę spać. Bo ja zasadniczo prawie nie śpię.

– Jak to? – zainteresował się Zoro. On sam nigdy nie miał problemu ze snem, tylko od czasu do czasu miał koszmary, obrazy z przeszłości, od których nie mógł się uwolnić. Ale to były naprawdę sporadyczne przypadki.

Black westchnął ciężko i odchylił się na krześle, kładąc nogi na stole. Nie lubił o tym opowiadać. Nikomu. Tylko Zeff miał jako takie pojęcie o jego problemach, choć blondyn i tak nie ze wszystkiego mu się zwierzał. Po co dziadek ma się martwić i później mówić, że jest cholernym gówniarzem, o którego ciągle trzeba się troszczyć. Nie potrzebował tego. Nie chciał przysparzać piernikowi jeszcze większej ilości kłopotów. Tyle, ile narozrabiał i ile staruszek się przez niego wycierpiał wystarczyło mu chyba do końca jego życia.

Z drugiej strony jednak było mu ciężko. Czuł się rozdarty, bo chciał się komuś zwierzyć, wygadać, wyrzucić z siebie dosłownie wszystko – ale jednak wolał dalej milczeć. A Zoro... Wiedział, że Zoro mógł zaufać. Że nikomu nic nie powie, że wszystko zachowa dla siebie. I nawet jeśli nie do końca zrozumie, to przynajmniej się postara.

Wpatrywał się długo w sufit i dopiero w połowie drugiego papierosa postanowił się odezwać.

– Mam problemy ze snem – powiedział w końcu. – Nie mogę zasnąć. A jak już śpię, to mam takie koszmary, że się od razu budzę. Codziennie. Noc w noc. Więc śpię po jakieś trzy godziny. Czasem uda mi się cztery – wyznał. – Kiedyś brałem leki. Na początku działały bardzo dobrze. Potem chodziłem przez nie strasznie przymulony i ciężko kojarzyłem. A jakiś czas później z kolei ich efekt słabł z dnia na dzień, więc brałem podwójną dawkę bez konsultacji z lekarzem. Któregoś dnia ledwo mnie dobudzili. W końcu przestały działać.

– Co... ci się śni? – zawahał się, choć czuł, że zna odpowiedź.

– Przeszłość – odparł bezemocjonalnie kucharz i znów się mocno zaciągnął. – Tak jak tobie – zerknął na Zoro. – Kto to Kuina? – na twarzy drugiego mężczyzny pojawiło się zdziwienie, więc blondyn dodał szybko: – Mówiłeś jej imię przez sen. Tylko tyle zrozumiałem.

– Kuina to... Córka tego przyjaciela ojca, który mnie do siebie przygarnął po jego śmierci. Była moją najlepszą przyjaciółką, była jak moja siostra. Była moim celem – kucharz uniósł brew pytająco. – Widzisz, zawsze była ode mnie lepsza. We wszystkim. W nauce. W szermierce. Chciałem ją prześcignąć – uśmiechnął się smutno do swoich wspomnień. – Ale nie zdążyłem.

– Umarła – bardziej stwierdził niż zapytał.

– Została zamordowana – poprawił Roronoa i zamilkł, zaciskając pięści na spodniach od piżamy.

Black nie chciał już o nic więcej pytać. Wiedział, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Szermierz był zmęczony, zestresowany i zły na samego siebie – to było widać na pierwszy rzut oka. Blondyn nie miał zamiaru go jeszcze bardziej nadwyrężać trudnymi pytaniami.

– Cook – z ust Zoro nagle wydobył się stłumiony szept. – To, co się stało... Ja...

– Nie przepraszaj, nawet się nie waż – wtrącił Sanji. – Nic się nie stało. Raz Vivien mi wbiła nóż między żebra, draśnięcie na policzku od miecza to przy tym pestka – machnął lekceważąco ręką. – I nawet nie myśl o opuszczeniu tego miejsca z tak durnego powodu, marimo, wiem, że przemknęło ci to przez tę pustą glonową łepetynę – wskazał na niego ostrzegająco palcem. – Bo inaczej cię znajdę, spiorę na kwaśne jabłko i zaciągnę tu z powrotem.

Zielonowłosego wryło. Był kiedyś dźgnięty nożem przez tę punkówę? I skąd niby wiedział, że faktycznie przez chwilę chciał... Kim do cholery był ten człowiek? Niezniszczalnym telepatą?

– Widzę, że cię trochę zszokowałem – zaśmiał się. – Już wyjaśniam. Vivien była kiedyś narkomanką, taką już na skraju przepaści. Zeff pomagał jej przejść odwyk. Ale była na strasznym głodzie i któregoś dnia nie wytrzymała i dobrała się do leków. Nakryłem ją, chciałem powstrzymać i, bum, stało się. Pół godziny później leżałem w szpitalu. Mam nawet bliznę, o, tu – wskazał palcem na prawą stronę klatki piersiowej, gdzie znajdował się bardzo wyraźny ślad po dźgnięciu nożem.

Dopiero teraz Roronoa zauważył, że ciało Sanjiego jest pokryte sporą ilością bladych, ledwo widocznych blizn. Już chciał o nie zapytać, ale drugi mężczyzna zaczął znowu mówić.

– A jeśli chodzi o moją wszechwiedzę na temat twoich myśli, to... Bardzo charakterystycznie marszczysz czoło. Na różne sposoby zależnie od tego, czym zaprzątasz ten swój zielony łeb – Zoro spojrzał na niego wściekłym wzrokiem. – O, teraz właśnie mnie wyklinasz na wszystkie możliwe sposoby.

– Ty...! – chwycił butelkę, wypił końcówkę sake i rzucił ją ze złością w kucharza, który z wprawą ją złapał i włożył do kosza za sobą. – Niech cię szlag trafi, durna brewko.

– I vice versa, zmutowany glonie.

TBC. Za jakiś czas ;)


Objaśnienia: tokkuri – dzbanuszek bez ucha, w którym najczęściej podaje się sake; ochoko – czarka, w której się pije sake; nihonshu – dosłownie „japoński alkohol"; karekuchi – wytrawne sake; amakuchi – słodkie sake.

Jak zwykle wszystkie komentarze są mile widziane! Każdy przyprawia mnie o banana na twarzy :)