Widział Steve'a już z oddali. McGarrett czekał na niego przed wejściem do magistratu i to było trochę głupie, że Kono nalegała, żeby ostatnią noc przed ślubem spędzili osobno. Grace i tak siedziała ze Stevem na telefonie ponad godzinę, zanim zdecydowała się iść spać. Ich łóżko było piekielnie puste, kiedy alfa nie zajmował całej tej powierzchni, którą okupował przeważnie.
Spojrzał na córkę, która siedziała z tyłu wraz z jego matką. Jego ojciec prowadził i może tak było lepiej, bo jego dłonie pociły się ze zdenerwowania. Miał sześć lat, żeby oswoić się z tą myślą i przez cały ten czas zerkał na zwykłą obrączkę, na której wyryto litery alfa i omega nachodzące na siebie. Nie do końca wiedział, czy to oznacza wieczność i czy to chciał mu przekazać Steve, zakładając tego samego dnia większą kopię jego własnego pierścionka zaręczynowego, ale nie mógł tego wyrzucić ze swojej głowy.
Grace spoglądała na niego z szerokim uśmiechem, jakby to był jej najwspanialszy dzień w życiu. I faktycznie była w centrum uwagi. Wybierały sukienkę z Kono i mamą ponad cztery dni. Nie wierzył, że ubrania dla sześciolatek potrafią tyle kosztować, dopóki Kalakaua nie przyniosła mu rachunku, który prawie przyprawił go o zawał. Nie mieli problemów finansowych, ale mogli zacząć je mieć w każdej chwili, gdyby któryś z nich stwierdził, że może kolejny ślub nie byłby tak okropnym pomysłem. Sukienki Grace mogły ich wykończyć z łatwością.
- Kto ma obrączki? – spytała jego matka.
- Chin. Dennis ma kwiatki dla Grace. Przypilnujesz, żeby Sara się nigdzie nie zapodziała? – rzucił do Grace z nadzieją, że instynkt jego córki znowu zaskoczy.
Spojrzała na niego tak, jakby chciała spytać, czy żartował w tej chwili. Na próbach nie było problemu, ale córka Dennisa miała cztery lata. Pamiętał Grace z tego okresu i po prostu nie dało się przewidzieć, co mała zrobi.
Samochód zatrzymał się i Danny miał ochotę warknąć do Steve'a, żeby nawet tego nie planował, ale McGarrett otworzył dla niego drzwi z rozbrajającym uśmiechem. Nie był pieprzoną panną młodą i obaj mieli na sobie garnitury. Z tym, że Steve wyglądał jak model, a on bardziej jak kelner. Alfa był za wysoki, to wszystko przez to.
Nie wiedział jakim sposobem, ale wyczuwał nerwowość McGarretta niemal na swojej skórze.
- Wszystko w porządku? – spytał niemal od razu i zamarł, kiedy dostrzegł u szczytu schodów pieprzonego gubernatora.
Smoking Denninga nie pozostawiał złudzeń co do tego, co mężczyzna tutaj robił.
- Jak się dowiedział? – jęknął, nie mogąc w to uwierzyć. – Nie zaprosiliśmy go.
Nie był pewien, skąd zaczął dochodzić dźwięk bębnów, ale poznał kuzyna Kono nawet z tej odległości. Pojęcia nie miał, jak mógł nie zauważyć tych wszystkich ludzi, ale Grace wydawała się zafascynowana kwiatami, które rzucano do góry. Steve wpatrywał się w niego z jakimś takim błaganiem w oczach, żeby mu wybaczył, chociaż Danny był pewien, że to była robota Johna. Chciał publicznego ślubu dla swojego syna, zamiast niewielkiej ceremonii tylko dla nich dwóch.
Pieprzona prasa zwęszyła ich jakiś czas wcześniej.
Flesze błyskały z każdej strony, a Steve patrzył na niego, jakby był całym światem.
- Kocham cię – powiedział alfa.
ooo
Danny obudził się zlany potem, dysząc ciężko. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak przerażony. Zapewne podczas porodu. Namacał dłonią komórkę i wybrał numer Steve'a, ale McGarrett nie odebrał. Telefon do Johna był następny i ten McGarrett najwyraźniej trzymał komórkę przy tyłku.
- Danny? – rozległo się w słuchawce.
John brzmiał na zaspanego, ale była trzecia nad ranem. Miał prawo.
- Daj mi Steve'a – poprosił.
- Coś się stało? – zaniepokoił się John.
- Nie, nie wiem – przyznał. – Nie, raczej nie. Ale daj Steve'a – zdecydował.
John zaśmiał się lekko.
- Koszmary? Steve też miał koszmarny sen jakąś godzinę temu. To normalna trema przed ślubem – uspokoił go McGarrett. – Kiedy miałem się ożenić z Doris, cały ranek wymiotowałem z nerwów – dodał z jakąś dziwną melancholią w głosie, którą Danny dobrze znał z innych opowiadań.
Sam też wyraźnie czuł mdłości, więc miał nadzieję, że nerwy nie doprowadzą go aż tak daleko.
Miał ochotę poprosić jeszcze raz, ale usłyszał w tle, jak John się porusza, wstając najpierw ze swojego łóżka, a potem wychodząc zapewne na korytarz. Steve obudził się w chwilę później, mamrocząc coś niewyraźnie. Danny nie był w stanie rozróżnić słów, ale pewnie pytał, co jest grane i prawie żałował, że jednak obudził ich obu. Słyszał, jak alfa przeszedł w ciągu paru sekund w tryb bojowy. Nocowali osobno po raz pierwszy od sześciu lat.
- Danny? – spytał spanikowany Steve.
- Wszystko jest okej, powiedz mi tylko, że na naszym ślubie nie będzie połowy wyspy z bębnami i płatkami hibiskusów – poprosił.
Steve zaśmiał się z wyraźną ulgą.
- Koszmar? – upewnił się alfa.
- Koszmar, który ma szansę się ziścić. Denning nie będzie udzielał nam ślubu. Nie obchodzi mnie, jak dobrze zrobiłoby to jego karierze – dodał.
Poprzednia gubernator chciała wykorzystać ich w swojej kampanii i wystarczyło słówko Johna McGarretta, aby cały archipelag obrócił się przeciwko niej. Przerażały go tutejsze wierzenia. Nie byli ze Stevem cudem zesłanym im przez bogów. Nie byli też bogami. McGarrett pasował na strażnika wysp ze swoim wariackim podejściem do prawa, ale Danny wolał je reprezentować niż stanowić. Nie był nieokrzesanym świrem w spódniczce z liści palmowych, składającym cześć tutejszemu wulkanowi. On nawet nie lubił tego wulkanu.
Rozumiał to, że Steve był mocno złączony z tą społecznością, ale ta presja społeczna doprowadzała go do szaleństwa.
- Oni musieli się w końcu domyślić – westchnął Steve.
Nie bardzo ukrywali to, że są razem. To by było trudne, bo za każdym razem, kiedy ryzykowali życie, któryś z nich zostawał ranny, nie mogli utrzymać dłoni przy sobie. Zrobiono im dziesiątki zdjęć, gdy trzymali się za ręce, kiedy jeden z nich był pakowany do karetki, umorusani w pyle z wybuchów czy mokrzy od zwykłego potu.
Piekło otworzyło swoje bramy, kiedy zostali uwięzieni w zawalonym budynku i ktoś dostrzegł, jak John przyprowadził Grace na miejsce wypadku. Zabrał ją ze szkoły jak zawsze, ale mała zobaczyła gdzieś w telewizji, jak Kono wrzeszczała na strażaków i dostała ataku paniki. Uspokoiła się dopiero, kiedy porozmawiała z nimi przez komórkę. Cath udało się jakoś wzmocnić sygnał, pomimo kilku ton gruzu, które znajdowały się nad nimi.
Przeczołgali się ze Stevem dobre trzydzieści metrów, starając się nie naruszyć rumowiska. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, nawet bardzo nie zwracał uwagi na kamery, kiedy Grace rzuciła się im w ramiona. Gdzieś po drodze zdjął rękawiczki, które przeważnie nosił podczas akcji i zrobiono zbliżenie na jego obrączkę z charakterystycznymi symbolami spiętymi razem. McGarrettowie nigdy nie potwierdzili swojego statusu, podobnie jak on. To nie była tajemnica. Po prostu nie mówili o tym. Wszyscy i tak jakoś o tym wiedzieli, ale teraz ludzie mieli dowód, na który czekali od lat. Prześwietlono wszystkie ich wspólne akcje. Lokelani ukrył akt urodzenia Grace w aktach szpitalnych, ale dokopano się i do nich.
Denning nie komentował początkowo, czy to jego pomysłem było utworzenie jednostki i przymknięcie oko na fraternizację w Five Oh. I tak stał się tym, który sprowadził im miejscowego bohatera z powrotem. Steve, nawet kiedy gniewnie spoglądał na paparazzich, wyglądał diabelnie przystojnie, ale właśnie ludzi chodzących za nimi Danny starał się uniknąć od samego początku.
Pary takie jak oni nadal się ukrywały. Nie bez powodu. Nie mieli teraz nawet jak pracować pod przykrywką, więc ich oddział powiększył się o kilka kolejnych osób. Teraz Steve miał możliwość planowania bardziej skomplikowanych akcji, które umożliwiały tylko większe wybuchy i fale zniszczenia. McGarrett był w swoim żywiole.
- W szkole Grace się uspokoiło – dorzucił Steve, jakby chciał go pocieszyć. – Przynajmniej nie twierdzą, że jest haole. Ma większe prawa do tych wysp niż ktokolwiek.
- Chryste – jęknął Danny. – Musicie mniej skupiać się na legendach, a więcej na rzeczywistości. Poza tym jak po sześciu latach ja dalej jestem haole? – spytał.
- Od jutra nie będziesz – obiecał mu Steve.
- Zostaję przy swoim nazwisku – przypomniał mu.
- Wiem. Kocham cię – odparł Steve. – Twoja paranoja nie ma uzasadnienia. Wszystko będzie dobrze – rzucił alfa.
I Danny zamarł, ponieważ faktycznie od paru dni mu odbijało. Sądził, że to przedślubne nerwy, ale koszmary się nasilały. Znowu miał wrażenie, jakby nic nie było pod jego kontrolą, jakby nie miał na nic wpływu. I to było całkiem znajome uczucie, ponieważ zawsze je miał, kiedy pracował ze Stevem. Tylko że teraz to osiągnęło apogeum i to nie wiązało się tylko z tym szaleństwem, gdzie wybierali smokingi i sukienki.
- Zabiję cię – warknął, orientując się nagle, że miał to przed samym nosem i po prostu znowu mu umknęło. – Następnym razem jak się do mnie zbliżysz, będziesz miał na sobie pięć prezerwatyw i płótno spadochronowe – zagroził. –Albo strój płetwonurka. Albo nie. Nie będzie następnego razu. Kończymy z seksem aż do odwołania – warknął.
- Huh? – wyrwało się Steve'owi.
- Zabiję cię, ukatrupię – groził dalej, dotykając swojego brzucha.
Nic nie uległo zmianie, ale wiedział, że to kwestia dni. Kiedy w jego umyśle pojawiła się myśl, że znowu nie jest na pokładzie sam, nagle zrozumiał, dlaczego mdliło go, kiedy Grace jadła ananasa dzisiejszego wieczora. Normalnie dostawał tylko szału, kiedy widział go na grillu albo na pizzy. Steve twierdził jednak, że mała potrzebowała witamin, a ananasy były zdrowe. Nie mógł temu zaprzeczyć, co nie znaczyło, że mu się to podobało.
- Danny? – spytał Steve.
- Jesteś tak bardzo martwy, że lepiej od razu wskocz w ten smoking – ciągnął dalej.
- Danny – rzucił ostrzej Steve. – Czy ty...? Czy my...? – spytał i ewidentnie nie mógł się wysłowić. – Zaraz będę w domu – obiecał mu, rozłączając się jak tłuk, którym był.
ooo
Grace spała, więc nie mógł nawrzeszczeć na Steve'a w drzwiach. Nie potrafił też nie dotykać swojego brzucha. Blizna po małej nie zniknęła. Była jasną szramą, której do końca nie-nienawidził. Była wspomnieniem tego wszystkiego, co łączyło się z Grace, więc nie mógł do tego czuć niechęci. Steve zresztą wydawał się jeszcze bardziej niż przedtem zafascynowany jego ciałem. To było trochę chore, ale zaczął się powoli godzić, że jednak biologia mieszała im w głowach.
Nie było to też do końca takie złe. Zawsze wiedział, gdzie znajduje się Steve, czy Grace bezpieczna i był ostrzegany przed innymi, którzy postanawiali odwiedzić ich dom.
Alfa miał na sobie jedynie spodnie, bo najwyraźniej nie zdążył ubrać nawet butów. Przebiegł odległość pomiędzy samochodem i drzwiami w ciągu paru sekund, a potem stanął przed nim, jakby do końca nie wiedział, co teraz i doszło to do niego dopiero w tej chwili. Spojrzał na jego brzuch, gdzie Danny cały czas trzymał rękę, odsunął ją więc, pozwalając mu na obejrzenie miejsca zbrodni.
- O mój Boże – powiedział Steve w końcu, przyklękując przed nim.
Ciepłe usta przywarły do jego skóry, zanim zdążył się zorientować, co jest grane. Nie rozmawiali o kolejnych dzieciach, ale najwyraźniej Steve nie był do końca rozczarowany. Danny znał go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że pewnie alfa wyobrażał sobie już stadko ich potomstwa radośnie biegające po pieprzonej plaży. Grace prawie nie wychodziła z wody, kiedy tylko mogła.
W zasadzie życie nie było takie złe. John McGarrett okazał się dziadkiem roku. Odbierał małą na każdy telefon i zostawała u niego w niektóre weekendy. Miał zaskakujący talent do snucia opowieści i mała wracała z głową wypełnioną wspomnieniami o młodszym Stevie, ciotce, którą słabo znała i babci, która umarła na wiele lat przed jej narodzeniem.
Steve spojrzał na niego mniej pewnie, jakby czekał na jego reakcję, więc Danny westchnął.
- Nie jestem do końca wściekły – przyznał.
- Następnym razem to uzgodnimy – obiecał mu Steve, a potem zdał sobie sprawę co powiedział i jego wzrok stał się jeszcze bardziej błagalny.
Danny nie zamierzał go mordować, ponieważ teraz mieli dwoje dzieci, a one powinny wychowywać się z oboma rodzicami . A przynajmniej tak twierdzili wszyscy psychologowie, którzy zapewne nie wiedzieli, że metody wychowawcze Steve'a są dalekie od standardów wprowadzonych przez szkoły i doktora Phila.
- Nie zaczynaj ze mną, bo jedyną skuteczną metodą antykoncepcji przy tobie wydaje się podwiązanie ci nasieniowodów – ostrzegł go i Steve zmrużył niebezpiecznie oczy.
Wiedział więc, że w tej kwestii nie mieli otwartego tematu do dyskusji.
- Czekaj, skoro jesteś w ciąży… - zaczął Steve. – Chyba nie każesz mi czekać kolejnych sześciu lat? – wystraszył się.
Danny westchnął.
ooo
Grace i Sara trzymały się za ręce, kiedy szły przed nimi, sypiąc kwiaty. Danny obrócił się kilka razy, żeby upewnić się, że Chin i Dennis są tuż za nimi. John szedł wraz z Mary Ann za jego rodzicami, starając się trzymać w pionie, chociaż ewidentnie emocje zaczynały brać górę. Ratusz był obstawiony nie tak subtelnie przez klan Kalakaua-Kelly, który w połowie stanowili policjanci z HPD. I kiedy ucieszyła go myśl o podobnej akcji, pewnie powinien był się domyślić, że coś z nim ewidentnie jest nie tak.
Steve spoglądał na niego, szczerząc się jak idiota, i miał problem z utrzymaniem emocji na wodzy. Nie powiedzieli ani słowa nikomu, ale jeśli alfa miał się zachowywać w ten sposób, to nie mieli najmniejszych szans, żeby zachować to w tajemnicy. Wariował podobnie podczas ciąży z Grace, a byli otoczeni przez ludzi, których praca polegała na wychwytywaniu szczegółów i dopasowywaniu ich do schematu.
Kiedy w końcu złożyli podpisy pod dokumentami i sięgnęli po kieliszki z szampanem, Steve podał mu jeden z tych bezalkoholowych, które były przeznaczone dla dzieci. Jego matka wpatrywała się w szkło z pewną fascynacją, a potem jej oczy rozszerzyły się lekko, kiedy doszło do niej, że ten kieliszek nie był wcale dla Grace.
- O mój Boże – wyrwało się jej.
- Mamo – jęknął, ale Kono już wpatrywała się w niego niczym gepard, który zwęszył krew.
- O mój Boże – powtórzyła Kalakaua.
- Jesteś taki martwy – jęknął do Steve'a, który wyprostował się, ewidentnie dumny z siebie.
