roz.4 - Możliwe niemożliwe
Liczni ludzie wiele wiedzą, wszystkiego nie wie nikt
przysłowie łacińskie
Śniło mu się, że jedzie z karawaną przez ogromną, spaloną słońcem pustynię. Dookoła rozciągały się łachy parzącego piachu, a każdy krok wielbłąda przyprawia Q o coraz większy ból głowy.
Chciał spytać wielbłąda, czy nie może iść ostrożniej, na co wielbłąd spojrzał na niego niebieskimi oczyma, i z rozmysłem zakołysał Q tak, aż ten się obudził.
"Mnsooo...? "
Przebudzenia z pustynnego snu pożałował natychmiast, gdy tylko odkrył, że znajduje się w maleńkim pokoiku bez okien. Sam. Z dość luźno skrępowanymi nadgarstkami i kostkami, i bólem głowy, który chciał mu od środka rozsadzić czaszkę. Q poruszył się ostrożnie. Był usadzony na całkiem zwykłym krześle przy całkiem zwykłym stole, bez ładunków wybuchowych, kajdanek i przyczajonych w schowku wygłodniałych aligatorów.
No chociaż tyle.
Poruszył się, testując więzy, psyknął urażając obolałe z jakiegoś powodu ramię. Nie było mowy o wstaniu z tego piekielnego krzesła, nie było mowy o rekonesansie. Każdy większy wysiłek groził zawrotem głowy i wymiotami. Q zacisnął powieki, opanowując oddech. Spokojnie, będzie dobrze, jeszcze nie ucięli mu żadnego palca jak w filmach o yakuza z lat pięćdziesiątych.
Na stole przed Q stał laptop. Pozbawiony plakietek, numeracji i złowieszczo wyłączony.
Wtedy spłynęła na Q cała groza sytuacji. Napaść, porwanie, alarmowy sms, Schrodingera i kod - i, cholera, kiedy to wszystko było? Wczoraj wrócił do mieszkania... a może jeszcze dzisiaj...
Nie miał rozeznania czasowego i przyprawiło go to o kolejną, tym razem żałośnie nerwową falę mdłości. To było tak, jakby jego mózg założył trzy pary wełnianych skarpet i zaległ w bezruchu, nieczynny, słaby, bezużyteczny. Q oparł głowę o blat stołu i jęknął, napinając więzy na nadgarstkach. Jaki był dziś dzień? Która godzina?
Czy jeszcze w ogóle był w Anglii?
Nie dali mu na siebie czekać. Musieli monitorować pokój, ponieważ gdy tylko zauważyli, że się ocknął, przyszli się przedstawić. Trzech zamaskowanych, ubranych w czarne stroje militarne facetów. Dwóch żołnierzy podobnych do prężących się byków, gotujących się na korridę, i jeden szczuplejszy, drobniejszy. W czarnej podkoszulce z napisem „Im Tech Support". No pięknie, dwóch siłowniowych karków i informatyk. Q odrobił swoje lekcje i znał się na rodzajach porwań. Mieli go zastraszyć, ukazać jego bezradność wobec sytuacji, a potem wydusić z niego wszystko co mogli oraz część rzeczy, których nie mogli, ale i tak spróbują.
Być może wystraszyłby się już teraz, już tutaj, bez pokazów siły, w nieznanym pokoju w nieznanym kraju. Ale nie mógł. Nie był w stanie. Za bardzo bolała go głowa.
Pytali go o to, gdzie trzyma kod. Nie wiedział o jaki kod im chodzi, a oni za brak współpracy jeszcze parę razy uderzyli go w głowę, twarz, plecy... Używali kijów, z rzadka rąk. To coś znaczyło, ale Q nie mógł zebrać myśli. Powiedzieli, że wiedzą, że zawsze trzyma zapasową kopię swoich kodów ukrytą w sieci, że ma im ją pokazać. Rozwiązali mu ręce, żeby mógł użyć laptopa. W pierwszym odruchu chciał uciec, rzucić się ku drzwiom. Wykonał nawet jakiś żenujący podskok w swoich więzach, ale był śmiesznie spowolniony i nie słuchały się go nogi.
Wiedzieli to. Widzieli to. Nie chcieli go bardziej ogłuszać, więc tylko posadzili go na nowo przed laptopem i kazali wskazać, gdzie trzyma kopię zapasową kodu. Tłuste, spocone łapy dwóch porywaczy spoczęły mu na ramionach i karku. Facet z Tech Support tylko stał i przyglądał się. Czekał.
Q oznajmił im z wyższością, że byłby głupi zostawiając gdziekolwiek jakąkolwiek kopię kodu, ponieważ jeżeli coś znajduje się w sieci, można się do tego włamać. Niezależnie od programów strzegących, osłon ochronnych i haseł. Za to otrzymał jedynie policzek. Nie chcieli go zanadto uszkodzić (o wiele za późno), nie chcieli go ogłuszyć (odrobinę za późno). Chcieli, żeby napisał im resztę wyrwanego z kontekstu fragmentu kodu, który jakimś cudem trafił w ich ręce.
"Mamy czas." mówili. "Będziesz tutaj siedział, póki nie skończysz kodu."
Nie mówili, że go zabiją. Nie musieli.
Laptop miał połączenie internetowe i był częścią większej sieci, prywatnej i dość dobrze zabezpieczonej. Sygnał sieciowy był słaby, ale widać było, że w pobliżu znajdują się inne komputery. Porwali Q, ale nie zamierzali się ujawnić, a to znaczyło, że ukrywają coś bardzo ciekawego...
W laptopie nie było nic poza wyszukiwarką i programem, w którym tkwił fragment kodu. Q rozpoznał swój zabawny, zwyczajny, pisany w czasie wolnym kod i roześmiał się na głos. Histerycznie - tak, aż go coś w brzuchu zakłuło. Uderzyli go za to po nerkach. Z bólu chciał wyskoczyć ze skóry. Krzyknął, zwinął się, szarpnął i nagła panika złapała go za gardło. Do tej pory to wszystko było jak sen, ale ból szybko rozwiał tę iluzję, pozostawiając brzydką rzeczywistość, w której najmłodszy kwatermistrz MI6 umrze, ponieważ napisał dla relaksu głupiutki kodzik, który jakaś organizacja uznała za istotny...
"To jest... tylko... zabawka..."
"Pisz!"
Usiłował się opanować, ale wciąż miał problemy z hiperwentylacją i drżał tak, że nie był w stanie używać klawiatury. Dali mu plastikową butelkę z letnią, zalatującą chlorem kranówką. Nie wypił, wyprostował się, odkaszlnął. Gdy pochylił się nad laptopem, pan Tech Support odchrząknął z zadowoleniem, ale Q nie zwracał na niego uwagi. Wziąć się w garść, wystarczyło wziąć się w garść i grać dalej, aż ktoś w końcu namierzy zaginionego kwatermistrza. Był ważny, w końcu MI6 go znajdzie. Póki co musi improwizować i przetrwać. Cholera, jak to robili agenci?
Rozpisał jedną gałąź kodu, a im dłużej pisał, tym bardziej podobał mu się jego złowieszczy plan.
Informatyk porywaczy, pan Tech Support był dobry, ale nie był geniuszem. Zanim zauważono podstęp, Q zdołał napisać dwie gałęzie kodu, z których pierwsza wyssała dane z wszystkich komputerów w promieniu ośmiu mil, a druga wysłała je bezpośrednio na serwery MI6. Cały pieprzony network porywaczy i ich tajnej organizacji poleciał do Londynu. Te pionki przyodziane w żołnierskie ubranka na pewno nie działały same. Ktoś poza tym małym pokoikiem skrupulatnie monitorował ich poczynania. No to już sobie nie pomonitoruje, pomyślał ponuro Q i spalił płyty główne trzech centralnych komputerów całego networku. Jeden w Algierii, jeden w Waszyngtonie, jeden w Tokio.
Zdążył akurat, zanim wyrwano mu laptopa.
"Ty mały...!"
Pamiętał pierwsze parę minut bicia, potem wszystko rozmyło się i odsunęło się od niego, jak nieco nudny film, na którym w połowie zasypiasz i budzisz się dopiero pod koniec. Nogi, plecy, barki. Oszczędzali jego głowę i ramiona. Trzymali go i bili, nie miał jak uciec. Był słaby i skołowany a oni mieli czas i energię. Chcieli wyciągnąć z niego jego zwykły, zabawny kod, ale do pisania kodu nie potrzebował ud, ani stóp.
Nie nadawał się do tego. Nie potrafił znosić bólu, tak jak agenci. Nawet nie usiłował powstrzymać krzyku. Krzyczał bezwstydnie i na całego. Na szkoleniach powiadali, że to przynosi ulgę. Kłamali.
Bili go tak, aby czuł ból ale nie stracił przytomności i byli w tym niezwykle dobrzy. Q przeszedł trening w tym zakresie, wiedział co robić, jakich odpowiedzi udzielać, co rozluźnić, a co spiąć, ale trening zbladł w porównaniu z ogłupiającym, paraliżującym bólem.
Nie wiedział ile czasu trwał ten pokaz siły. Może parę minut, może parę godzin. W końcu zgodził się napisać im ten przeklęty kod. Dali mu za to wody, batonika czekoladowo-miętowego i nowego laptopa. Tym razem bez sieci, bo przecież ich network spalił, a byli chyba zbyt daleko cywilizacji, by sięgnąć nadajników zwykłych operatorów.
Bez internetu, bez pomocy, w nieznanym kraju, z nerkami obitymi tak, że na bank będzie potrzebował transplantacji. Q starał się o tym nie myśleć, starał się skoncentrować na kodzie i nie widzieć czujnych spojrzeń oprawców. Litery i cyfry skakały mu przed oczami, zamazując się i zawijając w ozdobne arabeski, w głowie huczało od powolnych, wyblakłych myśli, które niespodziewanie ułożyły się w zaskakującą całość. Ten kod... nigdy w ten sposób na niego nie spojrzał, ale ten kod był rzeczywiście fantastyczny. Gdyby rozwinąć gałęzie logarytmów, gdyby pogmerać w składni i semantyce, ten kod mógłby zmienić losy świata. Pewnie, zajęłoby to trochę czasu, ale potem przez co najmniej parę dni na całym globie nie byłoby systemu, odpornego na ten kod, nie byłoby sieci, do której nie można by się włamać i sejfu, którego nie można by otworzyć!
A Q był zbyt zapracowany, zbyt zagoniony, by spostrzec, że w swoim czasie wolnym tworzy potężniejszą broń, niż w czasie pracy. Ślepy, był do diabła ślepy, a teraz porwali go przez jego ślepotę i wyzionie tutaj ducha - chyba że najpierw obiją go tak, że zgubi nerki... Q opanował znowu przyspieszający niebezpiecznie oddech. Myśl o czymś innym. Oby nic się nie stało kotu, w końcu Schrodingera też zaatakowano. Oby MI6 wysłała kogoś szybko na pomoc, oby nie wywieziono go z Londynu na jakąś pustynię, tylko gdzieś bliżej, chwila, czy nie uszkodził czasem serwerów wydziału, wlewając w nie niespodziewaną a ogromną zawartość komputerów porywaczy? Jeszcze tego mu brakowało, żeby sparaliżować systemy MI6. I w ogóle to kto teraz pilotuje Bonda? O rany, teraz przydałby się Bond, ze swoją bronią, uśmiechem i piękną, lśniącą nowością karetką pogotowia...
Nie wiedział, ile minęło czasu. Nie wiedział, czy jest noc czy dzień. Kiwał się monotonnie nad laptopem i pisał powolutku, marszcząc się, gdy linijki kodu zaczynały się niebezpiecznie zawijać i zlewać. Musiał wyglądać żałośnie, bo dali mu kubek okropnej kawopodobnej lury i zostawili z nim jedynie informatyka.
Teraz wiadomo już było, że osiłki nie są potrzebne. Schwytany nie będzie stawiał już zbyt wielkiego oporu, już jest złamany. Nie powinienem się tak szybko łamać, rozmyślał z żalem Q, nie powinienem się poddawać. Rany, jak mnie bolą plecy.
"Napisałeś taki piękny kawałek kodu. Bardzo przydatny i bardzo genialny." gadał informatyk, zaglądając przez ramię Q. "Ale ty sam jesteś nieadekwatny. Spodziewałem się kogoś lepszego niż ty."
Q sarknął słabo, zakaszlał, a potem skasował połowę kodu, który właśnie pisał. Z rozmysłem. Dostał za to parę ciosów pod żebra i na moment stracił oddech, zwijając się w obronną kulkę. Następnie do pokoju wpadło dwóch znajomych osiłków, a gdzieś na zewnątrz świat zaczął strzelać, dymić i wybuchać tak, aż ziemia się trzęsła. Q poznał dźwięk tych wybuchów. Sam zaprojektował te mini bomby, na misję Bonda w Rosji.
Zaczął się chaos, bieganina i wrzask. Porywacze przegrupowywali siły, wyszczekując rozkazy w niezrozumiałym języku. Zabrali Q laptopa, zaczęli rozwiązywać mu nogi, kląć.
Ktoś zamierzył się i uderzył Q pałką w skroń, aż zadzwoniły mu zęby. Nie jęknął nawet, po prostu obwisł bezwładnie, szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w swoje własne, wleczone po podłodze nogi. Rzeczywistość dookoła niego zwinęła się w rulon i powoli odsunęła, jak składana, nie potrzebna już mapa, odkładana do szuflady.
/
Bond był zbyt stylowy, aby przyjechać karetką, więc przyjechał jedynie dwuosobowym, zakurzonym strasznie bugiem. A więc jednak byli na pustyni.
Q ocknął się z jękiem i w osłupieniu obserwował mijane krajobrazy, złożone z rozległych płaskowyżów i zdradliwych wydm. Był przykryty po uszy grubym, zalatującym nieprzyjemnie, kłującym kocem, a gorące powietrze smagało go po czole. Obok siedział Bond i jechał tak szybko, jakby go sam diabeł gonił.
"Spóźniłeś się." odezwał się Q z wyrzutem i rozkaszlał pod wpływem gorącego, pustynnego powietrza. Kaszel poruszył jego obolałe żebra tak, że z oczu pociekły mu mimowolne łzy.
Bond nie raczył mu odpowiedzieć, tylko docisnął gaz. Bug zawył. Mocna, duża, ciepła dłoń wylądowała na czole Q, ciężko i upewniająco.
"Śpij, szczeniaku. Zaraz będziemy na miejscu."
Q miał chęć zaprotestować, oznajmić, że nie życzy sobie samolotów, że woli zostać w pojazdach kołowych dziękuję bardzo żadnego latania. Ale duża, ciepła dłoń zsunęła mu się z czoła na oczy i nagle był tak zmęczony, obolały i senny, że nie miał energii dosłownie na nic. Oklapnięty i nieszczęśliwy zsunął się głębiej w szorstki, śmierdzący wielbłądem koc. Bolało go już wszystko, nawet końcówki włosów i jak każda ratowana dama w opresji, teraz powinien chyba stracić przytomność.
Tak też zrobił.
/
Obite nerki, krew w moczu, pęknięte trzy żebra, jeden obojczyk, poobijane plecy i stopy. Wstrząśnienie mózgu i nadwerężenie mięśnia kapturowego.
Bardzo przyjemny pan doktor, Jenkins, obwieścił diagnozę, ze spokojem konfrontując się z groźnymi, nieruchomymi spojrzeniami Bonda, Moneypenny, M, Elly i przyczajonego w koszyku Schrodingera. Q leżał w swoim czyściutkim, chrzęszczącym od wykrochmalonych pościeli łóżku szpitalnym, w swojej piżamie w Daleków, i przyglądał się z rozrzewnieniem wiszącym nad nim lampom.
Lampy przekazywały Q kodem Morse'a wiadomość od wszechświata. Bardzo pozytywną, radosną wiadomość o tym, że życie jest piękne, że wszystko będzie dobrze, że są jeszcze ludzcy ludzie na świecie i nieważne, jak jest się wyobcowanym, zdystansowanym i sfrustrowanym samotnikiem, w końcu znajdzie się kogoś, do uprawiania regularnego, satysfakcjonującego seksu, nawet, jeżeli ma się dość znikomą muskulaturę i za chude łydki. Lampy zapewniały o swoich racjach, a Q nie mógł nie wierzyć im chybotliwym, świetlnym zapewnieniom, że praca ponad siły przydaje się i jest ważna, nawet jeżeli pracujący nie ma swojego życia, że świat ma sens, nawet jeżeli ktoś porywa kogoś na pustynię, żeby przemocą wydusić z niego interesujący, całkiem przypadkowy kod. Lampy mrugały powolutku, aby Q nadążył z odczytywaniem - i nadążał, z uśmiechem przyglądając się wahnięciom napięcia w żarówkach.
"Całkiem odpłynął. Napakowali go lekami przeciwbólowymi do pełna." zauważył współczująco głos Moneypenny, na co wtrącił się głos Bonda, chrapliwy i niezadowolony.
"Dobrze, że przeżył. Tego nie było w umowie, Mallory. Szczeniak miał być porządnie wytrenowany."
"I został wytrenowany, Bond. Q przeszedł wszystkie możliwe szkolenia na taką okazję. Ale nie jest agentem, nigdy nie będzie agentem. Przecież nie zamkniemy go w piwnicach na całe życie, żeby czasem ktoś go nie porwał!"
"Albo, żeby czasem nie napisał znowu jakiegoś genialnego kodu." wymamrotał miękko głos Moneypenny. "O nie, koniec z tym. Znam to spojrzenie, James. Jak się chcecie znowu kłócić to na korytarz z tym. Q potrzebuje odpoczynku."
"Nie napisał im kodu, ale też wciąż jeszcze może go..."
"Wynocha, powiedziałam! Ale już! Biedak bredzi coś o ukrytym sensie lamp, a wy go jeszcze denerwujecie!"
Q powiódł rozmarzonym wzrokiem od pochylonej nad nim Moneypenny po Bonda, M, Elly oraz doktora Jenkinsa. Po co te nerwy? Przecież lampy mówiły wyraźnie: pokój ludziom dobrej woli.
"Nerki wymagają dalszej obserwacji, podobnie jak wstrząśnienie mózgu. Co do reszty obrażeń sugeruję pobyt w szpitalu i dłuższy odpoczynek od napięć i stresów." oznajmił łagodny głos doktora, na co lodowaty głos Bonda sarknął:
"Jak długi odpoczynek?"
To był właśnie moment, w którym Q zaczęła bardzo, bardzo boleć głowa i dół pleców. Nie pamiętał co powiedział, ale pokój nagle zamilkł i opustoszał. Pozostała jedynie niezwykle uprzejma pielęgniarka z kroplówkami oraz bzyczące kojąco lampy.
/
Gdy potem o tym myślał, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że całe to jego porwanie było jedynie snem. Majakiem zrodzonym ze zmęczenia, braku snu i zbyt dużej przerwy pomiędzy marnym śniadaniem i niemal nieistniejącą kolacją. Naprawdę. Pustynia, prostacki, zabawny kod, którego pożądali międzynarodowi terroryści, Bond a bugu, pędzącym po prażących się w słońcu równinach. Śmieszne, niedorzeczne.
Bardzo prawdopodobne. Zwłaszcza, jeżeli piastowało się stanowisko kwatermistrza w MI6.
"Pamiętam, jak kiedyś starego Boothroyda porwali i wywieźli na Long Island." wspominała z melancholią Moneypenny, zmuszając Q do zjedzenia czekoladki z rumem.
Q spędził dwa tygodnie na oddziale szpitalnym MI6. Ku uciesze wydziału medycznego i niezadowoleniu agentów, tłumnie nawiedzali kwatermistrza jego współpracownicy z wydziału: Tanner, M, a także Eve. Moneypenny zaopiekowała się Schrodingerem, tymczasowo instalując kota w swojej kawalerce, oraz regularnie odwiedzała Q, systematycznie i bezlitośnie wpychając w niego czekoladki, pomarańcze i migdały w miodzie.
Bond nie przyszedł. Ani razu.
"Obili biednego Boothroyda strasznie, jak pamiętam. Nawiedzona grupa młodych anarchistów." kontynuowała wspominki Eve, wyjadając z pudełka czekoladki z marcepanem. "Ale stary nie pozostał im dłużny. Za pomocą jednego komputera pozbawił cały Nowy Jork i okolice prądu. Dał czadu wtedy, daliśmy Amerykanom popalić. To była świetna akcja ratownicza."
"Hmpf. Moja akcja ratownicza wcale nie była taka świetna." odpowiedział Q, obracając w dłoniach kudłatą zabawkę. Pluszowy psiak był do mdłości słodki i kiczowaty, a dookoła swojej puchatej szyi posiadał makabrycznie różową wstążkę. Z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Nikt nie przyznawał się do pluszowego szkaradzieństwa, które pewnego ranka pojawiło się u Q na stoliku, ale kwatermistrz i tak obiecał sobie w duchu, że na następną misję wyposaży Bonda w tylko częściowo sprawny pistolet. Jeden. Bardzo stary. Zacinający się pistolet.
Eve uśmiechnęła się wyrozumiale i pomimo protestów utknęła w ustach Q kolejną czekoladkę.
"Nie widziałeś po prostu, co się tutaj u nas działo. Zniknąłeś z radaru, została jedynie ta twoja magiczna strona z zawołaniem o pomoc. Znasz procedury. M kazał czekać na rozwój sytuacji a Bond wrócił z misji, przyszedł i złapał go za frak tak, że myślałam, że wyrzuci go przez okno. Powiadam ci, telefony i faksy fruwały tutaj u nas. No a twoi przejęci współpracownicy z wydziału też nie pomagali. "
"Są do mnie przywiązani." skonstatował z dumą Q, koncentrując się uparcie na przeżuwaniu miętowej czekoladki i nie pozwalając poczęstować się kolejną. "I mają wspaniałe możliwości. Tylko dlatego nasz serwer wytrzymał wszystkie dane, które przechwyciłem od tych, pożal się Boże, terrorystów."
Moneypenny skinęła głową w zamyśleniu, po czym zdjęła szpilki i położyła stopy na łóżku Q, rozprostowując się z westchnieniem.
"Co by o nich nie mówić, to świetnie się przygotowali do wywiezienia cię z Anglii. Amerykańscy i palestyńscy terroryści, kto by pomyślał. Ale coś czuję, że musimy cię lepiej przeszkolić w kwestii przesłuchań i porwań."
"Nieee... Moneypenny, ja nie jestem od tego..."
"Z chęcią pomogę ci w ponownym szkoleniu, Q."
Q i Moneypenny odwrócili się w stronę drzwi. Bond opierał się o framugę, patrząc na nich ciężkim, przenikliwym wzrokiem drapieżnika zbyt leniwego, żeby zaatakować, ale gotowego na taką ewentualność. 007 wyglądał jakby nie spał tydzień, wygnieciony w swoim zwykle eleganckim garniturze, zarośnięty na policzkach, z lekko zgarbionymi plecami. I tylko jego oczy wciąż pozostawały wściekle błękitne i jasne.
Q zacisnął dłonie na kudłatej ohydzie i odczuł nagle przemożną falę niepokoju, przetaczającą mu się przez dół brzucha. Mogła to być także paląca potrzeba udania się do toalety. Żeby tych przeklętych porywaczy pogięło i uszkodziło im nerki.
Bond odlepił się od swojej framugi i zbliżył się do łóżka Q, nie spuszczając z niego wzroku.
"Masz ten kod wyrzucić, Q. Zniszczyć i pozbyć się go, raz na zawsze. Nie odtwarzać, nie spisywać ponownie, zapomnieć."
Potrzeba udania się do toalety stała się nieco większa, ponieważ tam właśnie Q miał zachomikowany swój tajny, malutki netbook, dzięki któremu jakoś dawał sobie radę ze szpitalną nudą i brakiem pracy.
Bond oczywiście bezbłędnie odgadł powód jego poddenerwowania.
"Twojego netbooka już tutaj nie ma." udzielił uprzejmie informacji, uśmiechając się samymi ustami. "Zanim zaczniesz protestować, powiem, że to rozkaz M. Zniszczyć kod, udowodnić wrogom, że kod był jedynie plotką, że jest niemożliwy do napisania."
"Ale on JEST możliwy do napisania."
"Tylko TY to wiesz. Chcesz być więźniem tego kodu przez następną dekadę, Q? Będą cię śledzić, tropić, w końcu więcej organizacji zapragnie położyć na nim łapę i dowiedzieć się o jego cudownych właściwościach. Nie dadzą ci spokoju."
"Ty mi nie dajesz spokoju i jakoś zawsze jest okej...!" zaczął Q, po czym zamknął z kłapnięciem usta, ponieważ tak, nagle wszystkie kawałki układanki wpadły na swoje miejsce, ukazując niezbyt przyjemny obraz.
"Wiedziałeś o kodzie, 007."
To nie było pytanie, ale Bond i tak odpowiedział na nie bez wahania, bez jednego pieprzonego drgnięcia powieki.
"Tak."
"Nie chciałeś, żebym go pisał. Stąd slipy z Gundamem i maści na pryszcze."
"Takie miałem zadanie. Skierować twoją uwagę na nieco inne tory, abyś porzucił ten projekt. Zająć cię czymś innym." Bond zawahał się, widząc Bóg wie co na twarzy Q, ale mówił dalej. "Miałem się z tobą zaprzyjaźnić. M uznał to co piszesz po godzinach za niebezpieczne i jak widać miał rację. Do tej pory nie wiemy jak udało się terrorystom dostać fragment twojego kodu. Miałem cię pilnować, nieco rozproszyć. Jesteś... niezwykle uparty i skoncentrowany, jeżeli chodzi o pisanie kodów, w pracy i poza nią."
Q słuchał tych rewelacji z pustką w głowie. Dusił i mełł w rękach kudłatą ohydę, a gdy to w końcu spostrzegł, rzucił psiaka w nogi łóżka. Czuł się zdradzony i oszukany, a jeszcze bardziej czuł się rozdrażniony, że ze zwykłej sytuacji, ze zwykłej misji Bonda wyczytywał niestworzone rzeczy. W zasadzie w MI6 pracowali szpiedzy i każdy każdemu patrzył na ręce. W zasadzie to czego on się spodziewał? Że nagle jakiś wypróbowany w bojach terenowych i łóżkowych agent zaprzyjaźni się z nim bezinteresownie? Że będą sobie dogryzać przez interkom i przynosić prezenty i zapomną o pracy?
Q powoli potaknął głową, udzielając odpowiedzi na nie zadane pytanie Bonda. Rozumiem. Pewnie. Tak. Rozumiem. Jestem śpiący i ogłupiały od leków, zostaw mnie teraz na chwilę. Za parę dni wrócę do normy i wszystko będzie jak dawniej.
Moneypenny patrzyła na 007, jakby miała chęć skoczyć mu do gardła i wydrapać oczy swoimi pomalowanymi na czerwień strażacką pazurami. Q powstrzymał ją, kładąc jej dłoń na nodze, którą wciąż trzymała opartą na jego łóżku.
"W porządku. Nic wielkiego. Chociaż lubię... lubiłem ten kod, rozumiem, że lepiej, żeby pozostał niemożliwy." oznajmił równym, płaskim głosem, rozprostowując się pod przykryciami. "To była ładnie przeprowadzona misja wewnętrzna, 007. Dziękuję za tak efektywne... przypilnowanie mnie i ratunek. To była urocza przejażdżka bugiem. A teraz chciałbym odpocząć."
Tym razem Bond skinął potakująco głową, po czym sztywnym, marszowym krokiem ruszył ku drzwiom. Moneypenny nie wytrzymała i rzuciła w niego pustym pudełkiem po czekoladkach. Nie trafiła. Bond zerknął na Eve z wyrzutem, po czym odrobinę za mocno zamknął za sobą drzwi.
"Dupek." wysyczała Moneypenny, opuszczając nogi na podłogę i po omacku szukając stopami swoich szpilek.
Q uśmiechnął się i zakopał głębiej pod przykrycia.
"Wykonywał tylko swoją pracę."
"A ty tylko podczas jego pracy zostałeś porwany, pobity i zabrali ci twój niemożliwy kod."
Moneypenny pożegnała się szybko i opuściła pokój szpitalny, najwyraźniej chcąc dogonić Bonda i wygarnąć mu od serca. Q został sam, ze smętnie porzuconym u jego stóp kudłatym pluszakiem, pudłem migdałów w miodzie i narastającym, tętniącym okropnie bólem głowy.
Pewnie. Wszystko zaczynało się od kodu. Ale gdyby wiedział, że ten kod przysporzy mu tyle kłopotów, nie napisałby go wcale.
/
Po dwóch tygodniach Q został wypuszczony z oddziału medycznego i odtransportowany do swojego domu. Dużo lepiej zabezpieczonego, obłożonego ciasno programami strzegącymi mieszkania, w którym czekała na niego zaopatrzona przez Moneypenny lodówka i Schrodinger, zamknięty w koszyku i miauczący rozdzierająco.
Eve była nieoceniona i bardzo dbała, żeby Q po tym całym chaosie odnalazł w swoim domu odpoczynek i namiastkę normalności. Rzecz niemożliwa i nieosiągalna, ale Q doceniał wysiłek Moneypenny. Chociaż zamykać kota w koszyku na dwie godziny nie powinna.
Schrodinger, widząc, że Q wchodzi do salonu zaczął miauczeć jeszcze głośniej.
"No już, już." Q otworzył koszyk i wyjął z niego piszczącego kota. "Kto się stęsknił za panem?"
Schrodinger, zamiast okazać radość z powrotu nieobecnego właściciela, ugryzł go w palec, fukając wysunął z jego objęć i czmychnął czym prędzej do kuchni. Najpewniej schował się pod zlewem, za śmietniczką. No, tak.
Parę chwil zajęło Q stwierdzenie, że jego mieszkanie nic się nie zmieniło, a po kątach nie czają się terroryści z biletami lotniczymi do Afryki. Zdjął kurtkę, rzucił ją na kanapę, po czym usiadł w fotelu, pocierając twarz dłońmi. Nic się przecież nie stało, wszystko skończyło się dobrze...
Na biurku leżał oczyszczony ze wszystkiego, sformatowany idealnie netbook. Ten sam, który Bond zarekwirował w szpitalu. Obok netbooka leżała zaś tubka maści na pryszcze z tarczycą bajkalską. Pięknie.
/
Nie był nigdy dobry w introspekcjach, więc zamiast zastanawiać się, czemu wewnętrzna misja Bonda tak go zabolała, rzucił się w wir pracy. A pracy było sporo. Umocnienie serwerów MI6, kilka misji 003, w Afryce, aby ugłaskać zmierzwione piórka tamtejszych rządów, nie życzących sobie europejskich ingerencji na ich terenach. Ponadto należało zniwelować wieść o cudownym kodzie, plotki zdusić w zarodku, pozbawić wszystkich, zarówno wrogów jak i przyjaciół, złudzeń co do wspaniałego odkrycia kwatermistrza MI6. A to oznaczało, że Q musiał polecieć na parę bardzo kosztownych, wykwintnych konferencji informatycznych.
Polecieć. Samolotem.
"Przecież nie pojedziesz do Tokio pociągiem." żartowała Moneypenny, poklepując pocieszająco Q, gdy już wręczyła mu zaproszenie na konferencję w Japonii.
"Mogę zawsze popłynąć." zacietrzewił się Q, nadymając z urazą, ale Moneypenny tylko zaśmiała się głośno.
"I spóźnisz się na całą galę. Nie da rady w ten sposób, mój drogi. Ale, ale, sytuacja ma swoje plusy." Moneypenny usiadła na biurku Q i założyła nogę na nogę, pokazując bez fałszywego wstydu swoje kształtne uda.
"Dostajesz parę dni wolnych, wyjazd za darmo na konferencję, gdzie spotkasz najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie. Mieszkasz w The Capital Hotel Tokyu, na Boga! Baseny, sauny, gorące kąpiele! Nie czas kręcić nosem."
"Będę im musiał przeczytać jakiś żenujący wykładzik, żeby zobaczyli, że nie jestem w stanie wygenerować nic tak genialnego jak kod." pożalił się niespodziewanie dla samego siebie Q. "Mogę stworzyć coś zdecydowanie lepszego, niż to..."
Moneypenny cmoknęła go w policzek i oznajmiła, że chociaż bardzo chciałaby posłuchać jego żalów na temat niedocenionego geniuszu, musi niestety już iść.
"Faktury. Same się nie napiszą i nie roześlą! Zwłaszcza te mniej legalne. Pogrążaj się w czarnej rozpaczy sam, wyślij smsa jak skończysz, pa!"
Przez chwilę Q patrzył, jak Moneypenny wychodzi z jego oszklonego gabinetu, powiewając swoją jedwabną bluzką. Była taka zabawna, dowcipna, żwawa. Czemu mu z nią nie wyszło? Ach, no tak...
"Lepiej się od razu przyznaj, że boisz się ponownego porwania."
Q podskoczył na swoim fotelu, sięgając instynktownie po gaz pieprzowy. Ostatnimi czasy tak właśnie reagował na niespodzianki. Bond z krzywym uśmiechem podszedł do biurka Q i jednym, płynnym ruchem zabrał mu pojemnik z gazem.
"Otrzymałem właśnie kolejną misję. W Tokio." obwieścił niezobowiązująco 007, przyglądając się składowi gazu i krzywiąc się z niesmakiem. "Szczeniaku, tobie naprawdę potrzebny jest ponowny trening. Kto cię przepuścił przez testy z takimi marnymi umiejętnościami samoobrony?"
"A ciebie kto przepuścił po tym, jak zawaliłeś testy psychofizyczne przed Skyfall?"
Przez długą chwilę Q i Bond patrzyli na siebie z zaciśniętymi ustami, po czym odetchnęli głośno. Synchronicznie, jakby się umówili.
"Stara M."
"Stare pudło jeszcze zza grobu ujawnia swoje matactwa." Bond uśmiechnął się z zadowoleniem, zaprzeczając melancholijną miną ostrości swoich słów. "Przepuściła nas obu na wariackich papierach, wiedźma. Miała swój mały plan, jak zawsze."
"Myślisz, że wiedziała, że kiedyś napiszę kod...?" zaczął Q, ale w porę przypomniał sobie, że Bond nie jest jego przyjacielem, że w sumie to nawet nie jest jego kolegą.
"Na pewno to przewidziała." Bond nie zauważył zawahani uśmiechem mówił dalej. "Jesteś w końcu geniuszem, szczeniaku. Prędzej czy później napisałbyś jakiś niebezpieczny bełkot informatyczny, o który zaczęłyby walczyć międzynarodowe agentury. Kwestia czasu."
"A więc jestem niebezpieczny i będziecie mnie już zawsze inwigilować."
"A więc jesteś cenny i na pewno jeszcze nie raz coś cennego stworzysz." Bond pochylił się nad Q i wręczył mu z powrotem uprowadzony odebrany gaz pieprzowy. "A ja będę tutaj, żeby cię pilnować, w razie, gdyby twój geniusz stał się niebezpieczny dla ciebie i Anglii."
Bond pachniał piżmem, granatem, drewnem dębowym i Q odkrył, że owszem, to bardzo ładny zapach wody kolońskiej, i owszem, można zrozumieć powodzenie 007 u płci przeciwnej i nie tylko...
Q odsunął się na swoim fotelu, zanim Bond zauważyłby efekt, jaki na nim wywarła jego woda kolońska. Zamknął oczy, odetchnął, wrzucił z rozmachem do szuflady zbędny gaz pieprzowy.
Gdy ponownie spojrzał na Bonda, niebieskie oczy przyglądały mu się z rozbawieniem. Tak.
"Ty będziesz pilnował mnie, a ja ciebie, 007. Tak to chyba obmyśliła stara M." podjął Q swobodnym tonem uprzejmej konwersacji między dwoma współpracownikami. "Umknęła mi pierwsza część tego zadania, przyznaję. Byłem trochę... zajęty i wtedy zwykle umykają mi detale. Teraz widzę całość."
"Wspaniale." powiedział Bond z uśmiechem, po czym jego głos stał się nieco bardziej niski i intymny. "Cieszę się, że nie chowasz względem mnie urazy, Q. Nie bierz tego personalnie, pozostańmy profesjonalistami. Zwłaszcza, że będę ci dyskretnie towarzyszył podczas tej konferencji. Na pewno pojawią się jacyś chętni do porwania cię terroryści. Rozbroję ich na wstępie, pokazówka, żeby objawić światu, co się dzieje z tymi, którzy obierają sobie za cel naszego kwatermistrza."
Q poczuł, jak zaczyna go boleć głowa. Zaczynał już powoli tęsknić za rzeczywistością, w której istniała tylko praca, kody, komputery i lunche z Moneypenny, a nie przystojni, pachnący obłędnie agenci, nieustannie znajdujący się na nieokreślonej czasowo misji wewnętrznej.
"Rozumiem, że będziesz leciał ze mną tym samym samolotem i będziesz miał kwaterunek w tym samym hotelu co ja." skonstatował z rezygnacją Q, na co Bond brutalnie zmierzwił mu i tak zawsze potargane włosy.
"Na to wygląda szczeniaku. Jestem pewien, że będzie to początek pięknej przyjaźni."
end
by Homoviator 04/2013
I tak kończy się pierwsza część pierwszej części. Będą jeszcze dwie tego typu historie, znaczy wyjdzie z tego tryptyk. Przygoda wszak dopiero się rozpoczyna, więc worry not, doprowadzę panów do momentów slashowych ale ten ff jest jak rollercoaster. Zaczyna się powoli a potem przyspiesza :)
Komentarze jak zwykle mile widziane i daję znaki, że prace nad sherlockową Konkluzją trwają :) na wiosnę wen radosny :)
