4. Bal i pierwszy raz

Beta: Zi

Ostrzeżenia: sporo non kanonowych wstawek:P

Gomen&Enjoy

Ostre światło poranka wyrwało go ze snu. Łóżko, na którym leżał, było zaścielone plątaniną prześcieradeł, poduszek i kołdry. Podniósł głowę przecierając oczy i rozejrzał się dookoła. Cedric spał jeszcze w pozycji, w jakiej go wczoraj zastał, sala szpitalna była pusta, a pora jeszcze zbyt wczesna, by pielęgniarka mogła tu wejść. Na palcach dostał się do łazienki, pokonując zwykłe dla niego o tej porze otępienie.

Stanął w sterylnie czystej szpitalnej łazience, nie wiedząc, co ze sobą zrobić najpierw.

Czuł się brudny, skalany.

Musiał się umyć.

Włączył natrysk i wszedł do środka w pidżamie, całkowicie zapominając o jej zdjęciu. Materiał prawie natychmiast przylgnął do jego ciała, oblepiając je ściśle niczym druga skóra. Podniósł dłonie do twarzy, niejasno zdając sobie sprawę, że nie ma na nich szponów ani pazurów. Jego oczy, odbijające się w niedalekim lustrze, nadal były zielone. Zielone, nie czerwone.

— Chłopak jest opętany.

Tak, był opętany, kochał Cedrica całym ciałem i całą duszą. Jeśli to nie było opętaniem, to nie wiedział, co nim jest.

— Nie, to wciąż nasz uczeń... To wciąż człowiek...

Czy wciąż był człowiekiem?

Nie mógł znaleźć w sobie niczego, co byłoby podobne do innych ludzi, mimo że musiał wśród nich żyć. Kochał i tęsknił jak inni ludzie, cierpiał i marzył jak oni.

Ale nie tak samo.

— Harry?

Głos Cedrica dotarł do niego zza kotary, chłopak brzmiał na szczerze zmartwionego. Po chwili Gryfon wyszedł spod prysznica, ociekając wodą na kafelki.

— Na miłość boską Harry, co ty robisz? Biegasz po całym skrzydle szpitalnym na bosaka, wchodzisz w ubraniu pod prysznic...

Puchon ściągnął z niego mokrą pidżamę i chwycił kilka złożonych w równy stos puchatych ręczników. Zaczął go energicznie nimi wycierać. Po chwili zaniósł go na rękach na inne łóżko, Harry opierał się na początku, jako że był całkiem nagi, ale w końcu zgodził się zasłonięty jedynie jednym z ręczników.

— Powiesz mi teraz, co się stało?

Chłopak siedział na łóżku owinięty kocem, z którego wystawały jedynie jego stopy i głowa. Drżał jeszcze wstrząsany chłodem i tym, co wczoraj usłyszał. Nie mógł być opętany, po prostu nie mógł...

Chcą nas zniszczyć, wyplenić niczym zarazę.

Tak, tak musimy milczeć, musimy być cicho...

— Harry?

— Co?

— Jesteś tam?

Jesteśmy.

— Jestem.

— Czemu chodziłeś bez butów?

— Nie wiem... A co?

Cedric spojrzał na niego z troską, kładąc dłoń na jego stopie.

— Lodowata. Nie było ci zimno?

— Nie. Czemu jestem mokry?

— Harry wskoczyłeś pod prysznic.

Chłopak zmarszczył brwi.

— W ubraniu?

— Nie pamiętasz?

— N...nie

— Co się z tobą dzieje?

Znasz zaklęcie, Harry. On nie może pamiętać...

Gryfon wsunął rękę od poduszkę, gdzie zwykle odkładano mu różdżkę, wysuwając ją bezszelestnie. Wyciągnął ramię, w kierunku Puchona.

— Harry, co ty...?

— Obliviate.

— Cedric!

— Mhm?

— Obudź się!

— Sosięstało?

— W zasadzie to... Leżysz na mnie.

— Co?

Chłopak poruszył się niespokojnie podnosząc głowę, która po chwili opadła z powrotem na to samo miejsce.

Całe ciało pulsowało mu bólem, jak gdyby ktoś go skonfundował.

— No właśnie... W zasadzie nie przeszkadza mi to, ale... Nie mam nic na sobie i... To trochę... krępujące.

Puchon podniósł się i usiadł na przystawionym do łóżka krześle.

— Spałem na twoim brzuchu?

— Mhm.

Cedric zarumienił się wściekle, odwracając twarz. Nawet jego uszy płonęły czerwienią, w tej chwili mógłby śmiało konkurować z Ronem.

— Czy ja... Czy my?

Harry roześmiał się, zasłaniając usta dłońmi.

— Nie, nic nie zrobiliśmy.

— Na pewno?

— Przecież pamiętałbym.

— Dzięki Merlinowi. Przypominam sobie, że przyszliśmy tutaj wczoraj i że spałem na krześle. Nie wiem, co...

— Pewnie było ci zimno, chciałeś położyć się obok mnie i zasnąłeś.

— Chyba masz rację...

Cedric uśmiechnął się promiennie i nachylił się nad leżącym rekonwalescentem.

Pocałował go w zagłębienie szyi, odnawiając kilkoma ugryzieniami bladą już malinkę. Jego usta zsunęły się na klatkę piersiową chłopaka, odświeżając znajomość z jego sutkami. Wilgotny język Puchona obrysował jeden z nich, wyrywając ciche westchnienie z ust Harry'ego. Polizał powolnym trzepnięciem jego zaróżowiony czubek i niepomny jęków młodszego chłopaka ruszył dalej.

— Panie Potter, chyba ma pan mały problem — syknął w ucho Gryfona, czując jego erekcję wbijającą mu się w brzuch.

Kontynuował jednak metodycznie ścieżkę wzdłuż ciała chłopaka. Pomiędzy pocałunkami lizał, delikatnie przygryzał i pieścił rozpaloną skórę chłopaka. Na wysokości mostka, zanim ruszył dalej, powołał do życia kilka nowych malinek. Harry wiercił się pod nim niecierpliwie, mrucząc i jęcząc za każdym razem, gdy był całowany. Jego wpółprzymknięte z przyjemności oczy zaszły mgłą, a błyszczące wargi wyglądały jak gdyby, co chwilę je oblizywał.

W końcu resztką sił, doprowadzony do ostateczności, zdołał jedynie wychrypieć:

— Więcej.

— Jeszcze nie...

Na twarzy Cedrica wykwitł łobuzerski uśmiech, który ukrył całując miękką skórę Harry'ego o cal od jego bokserek.

Tak, wystarczyłby teraz jeden ruch, a Gryfon eksplodowałby.

— I co my z tym zrobimy? — mruknął muskając palcem ciasno opięty materiał ręcznika, skrywający pobudzony członek chłopaka.

W końcu, nie namyślając się długo, zsunął ręcznik z chłopaka zębami, unosząc go lekko.

Sycił oczy widokiem ukochanego w całej okazałości i to szczupłe ciało, ta rozgrzana oliwkowa skóra wprawiała go w ekstazę..

Harry, czując jego wzrok na sobie, zarumienił się ogniście, przysłaniając dłońmi swe nagie, uległe ciało. Cedric odsunął cierpliwie jego ręce i, nachyliwszy się nad sączącym się już penisem swego chłopaka, pochłonął go w całości. /polizał go wzdłuż całego trzonu.

Gryfon jęknął i opadł bez sił na materac, wstrząsany falami nieznanej mu jeszcze przyjemności. Czuł na sobie wzrok kochanka, jednocześnie liżącego jego erekcję. Podniecała go świadomość, że jest oglądany, że ktoś, z kim się kocha, czerpie przyjemność z oglądania jego reakcji. Chwycił Puchona za włosy, dostosowując rytm do swoich potrzeb. Nie chciał dojść zbyt wcześnie, do czego przyczyniał się juz sam widok jego członka znikającego w ustach Cedrica.

Język Puchona zsunął się z jego członka na mosznę, co doprowadziło młodszego chłopaka do urywanego szlochu, po czym zanurzył się w jego wejściu. Harry zacisnął usta, by nie krzyczeć, to było takie... Dobre... Lepsze niż cokolwiek, czego w życiu doświadczył. Poczuł, że chwila spełnienia nadchodzi, chciał odsunąć Cedrica, ale ten chwycił go za nadgarstki i znowu wziął go do ust, a palcem drażniąc wąskie wejście. Chłopak jęknął i zadrżał raz za razem, zraszając usta swojego kochanka spermą. Po chwili usłyszał odgłos przełykania i Cedrick położył się obok niego. Harry przykrył siebie i Puchona kocem i tak wtuleni w siebie zasnęli.

Niektórzy mówią, że w czasie orgazmu ludzki mózg dopuszcza podświadomość do swoich najgłębiej skrywanych zasobów. Inni twierdzą, że to podświadomość odkrywa przed mózgiem cuda i potworności swej natury. Dla Harry'ego była to chwila wyjątkowa, dziś po raz pierwszy zrobił to ze swoim chłopakiem. Efektu tych słów nie mogło zepsuć nawet to, że wiedział o Tomie.

Wyczuwał jego obecność w swoim umyśle, ale póki nie znalazł sposobu, jak się go pozbyć, musiał go znosić. Po tym, jak Riddle rzucił zaklęcie zapomnienia na Cedrica, w jego umyśle odbyła się brzemienna w skutki rozmowa. Ustalili, że nie będą sobie wchodzić w drogę o ile nie okaże się to niezbędne dla ratowania sytuacji. Tom obiecał, że nie będzie atakować przyjaciół Harry'ego, z kolei Potter przysiągł nie ujawniać prawdy o swoim "współlokatorze" . Kwestią sporną był Cedric. Tom pragnął uczestniczyć w orgazmach Harry'ego, z kolei ten ostatni nie chciał i nie mógł się na to zgodzić. W końcu stanęło na tym, że Tom może przejąć od czasu do czasu kontrolę nad Harry'm jednak pod jego władzą.

— Panie Potter?

Harry zamamrotał coś przez sen i jeszcze bardziej przylgnął do ciepłego ciała, leżącego obok niego. Oparł głowę na ramieniu ukochanego, wzdychając ciężko.

— Panie Potter, na miłość boską. Co pan robi?

Gryfon nieporadnie usiadł na łóżku przecierając oczy. Stała przed nim wyraźnie zbulwersowana pani Pomfrey.

— Ja… My...

— Nigdy w całej mojej długiej karierze nie spotkałam się z czymś takim...

— Przepraszam...

Surowy wzrok kobiety stajał nieco, ale wciąż widać było, że jest zła na niego. Nabrała gwałtownie powietrza, po czym wypuściła je ze świstem z płuc.

— Powie mi pan, dlaczego pan Diggory śpi na pańskim łóżku?

Chłopak odwrócił twarz, nie mogac wydusic z siebie słowa.

— No dobrze, w każdym razie wrócę za kwadrans i jeśli do tej pory... nie będzie pan ubrany i pański... przyjaciel nie pójdzie na śniadanie... W każdym razie proszę go obudzić.

Pielęgniarka ruszyła drobnymi kroczkami w stronę swojego biura, podczas gdy Harry zaczął budzić Cedrica. Puchon drzemał w najlepsze, za nic mając zawstydzenie, jakie jego obecność wywołała u Gryfona.

— Cedric!

Chłopak potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego kochanka. Ten zamamrotał coś niewyraźnie, na nowo kładąc głowę na poduszce.

— Cedric, nie zasypiaj!

W końcu, gdy nic nie pomogło Harry rzucił zaklęcie poduszkujące na podłogę i z niemałym wysiłkiem zdołał zepchnąć Puchona z łóżka. Po chwili usłyszał głośne tąpnięcie, coś jak gdyby na ziemię spadł worek pełen kamieni. Nieśmiało zerknął na posadzkę, na której leżał jego chłopak, rozcierając obolałe miejsca.

— Co się stało?— zapytał, rozglądając się dookoła, w końcu dojrzał siedzącego na łóżku Harry'ego. Gryfon zatykał usta, by się nie roześmiać. Puchon wstał i usiadł obok niego, mówiąc z przekąsem:

— Bardzo zabawne, naprawdę.

Młodszy chłopak wzruszył bezradnie ramionami z wyrazem mocno wątpliwej niewinności.

— Nie mogłem inaczej cię obudzić. Wiesz, jakoś to tak wyszło.

— No dobrze... Jak się czujesz z tym... No wiesz...

— Że uprawialiśmy seks?

Cedric zarumienił się po czubek nosa po czym skinął głową.

— Cieszę się, że to zrobiliśmy, teraz jesteś mój.

— I vice versa.

W ich stronę zmierzała pani Pomfrey, mina kobiety świadczyła o tym, co myśli o takich sytuacjach.

— Panie Diggory, proszę się doprowadzić do porządku i może pan jeszcze zdąży na śniadanie. Z kolei pan Potter się ubierze i za dziesięć minut nie chcę widzieć tu żadnego z was.

Chłopcy pobiegli do łazienki, gdzie Cedric zaczął myć zęby, a Harry wskoczył pod prysznic. Po kilku minutach byli już gotowi do wyjścia.

W szkole wrzało, wszyscy chcieli się dowiedzieć, gdzie nagle podział się Harry Potter. Część uczniów była zdania, że maczał w tym ręce Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Inni, że zaszył się gdzieś ze swoim chłopakiem. Z kolei reszta doszła do wniosku, że coś musiało się stać podczas zajęć nauki tańca. Jego przyjaciele milczeli jak zaklęci. Widywano jedynie Hermionę i Rona, włóczących się po zamkowych korytarzach w nadziei że znajdą Harry'ego. Kilku uczniów próbowało dostać się w nocy do skrzydła szpitalnego, ale bariera nałożona w celu udaremnienia zbyt późnych odwiedzin nie przepuściła ich. W końcu Hermiona doszła do wniosku, że Harry jest w infimerii i nic mu nie grozi.

Tymczasem w drodze na śniadanie Cedric zapytał, czy Harry mógłby poczekać przed wejściem do Domu, bo pilnie potrzebuje czegoś w nich schowanego. Po kilku minutach wyszedł z nich niosąc coś za sobą. Gryfona zżerała ciekawość, ale powstrzymał się przed wypytywaniem. Po jakimś czasie weszli do rzadko uczęszczanego korytarza, gdzie Cedric zatrzymał się.

— Harry? Wiesz, jaki dzisiaj mamy dzień?

— Dwudziesty czwarty grudnia... Tak myślę

— To było wczoraj, dzisiaj jest dwudziesty piąty... Wiesz, co to oznacza?

Harry pacnął się otwartą dłonią w czoło, kątem oka zauważając, że jego chłopak wyjmuje zza pleców spory pakunek, obłożony białym, eleganckim papierem.

Wyciągnął prezent w jego stronę.

— To dla ciebie... No wiesz, z okazji Gwiazdki.

Gryfon przyjął podarunek rumieniąc się niewinnie.

— Dziękuję... Nie musiałeś, naprawdę...

Cedric położył mu rękę na ramieniu, uśmiechając się łagodnie.

— Musiałem. Nie zobaczysz?

Harry zaczął rozpakowywać prezent z niepewną miną, po chwili po odsłonięciu ozdobnego papieru jego oczom ukazała się spora, oprawiona w czerwoną skórę księga, dwie zaadresowane do niego koperty i niewielki bukiecik stokrotek. Puchon wyjął księgę oraz kwiatki i podając mu je, pocałował go w policzek.

— Za co to... wszystko?

— Księga zawiera genealogię mojego rodu. Zazwyczaj, kiedy w czystokrwistych rodzinach prosi się kogoś o rękę, jako dowód stałości uczuć wręcza się taką księgę. Harry?

— Co?

Starszy chłopak ukląkł na kamiennej posadzce, podając swojemu wybrankowi bukiet.

— Wyjdziesz za mnie?

Oczy Gryfona rozszerzyły się ze zdziwienia, jednocześnie jego dolna warga opadła na jego pierś.

— Co?!

Puchon zmieszał się lekko, ale mimo to wolno i wyraźnie powtórzył pytanie.

— Harry, czy uczynisz mi ten zaszczyt i gdy przyjdzie na to pora, wyjdziesz za mnie?

— Ja... no wiesz... Tak.

Starszy chłopak porwał go na ręce zataczając koła i śmiejąc się jak szalony. Harry całował go co chwilę, chichocząc jak najęty.

— Ced, wariacie kochany. Puść mnie... Ale co na to twoi rodzice?

— Mama od początku była szczęśliwa moim szczęściem, z kolei tata z trudem dał się przekonać.

— Jak myślę te listy są od nich?

Wskazał na dwie koperty leżące w skrawkach białego papieru.

— Tak, od nich. Wiesz, że cię kocham?

— Wiem, ja ciebie też.

Gryfon namyślił się przez chwilę, po czym wyszeptał czerwieniąc się ze wstydu.

— Ja też coś dla ciebie mam...

— Co?

— Dostaniesz to dzisiaj po Balu...

Cedrick wyglądał na zdrowo zaciekawionego.

— Ale co takiego?

Harry stanął na palcach i wyszeptał mu coś do ucha. Teraz to Puchon zarumienił się zawstydzony, pośpiesznie rozglądając się na boki.

— Podaj mi hasło do twoich komnat.

— "Harry"

— Co?

— Tak brzmi hasło.

— Jesteś kochany. W każdym razie... Wymkniesz się z Balu po północy. Będę na ciebie czekał.

Puchon zarumienił się zawstydzony i, skinąwszy głową, uśmiechnął się.

Po śniadaniu Harry wraz z przyjaciółmi zabawiał się grając w czarodziejskie szachy, gargulki i mini quidditcha. Wszyscy Gryfoni wyczekiwali dzisiejszego Balu, chodziły plotki, że Dumbledore nie liczył się z kosztami i zamówił niezwykle popularny czarodziejski zespół rockowy. Po obiedzie uczniom zakazano wstępu do Wielkiej Sali, chcąc zachować jej wystrój w tajemnicy. Bliźniakom udało sie dostarczyć trochę wiktuałów z kuchni, a Cedric przyniósł skrzynkę piwa kremowego o wywołało szczególny aplauz Domu Lwa. Harry z niedowierzaniem patrzył na swojego narzeczonego, zdecydowanie Cedric urósł w jego oczach. Starając się o niego, próbuje zdobyć sympatię jego Domu. Mimochodem rzucił okiem na niektóre z dziewcząt z młodszych roczników, wpatrujących się w jego Cedrica niczym w wielkie puchońskie ciacho.

Kilka z nich zdobyło się na odwagę, by do niego podejść ale, spojrzenia jakie rzucał im Harry szybko je odstręczyły. Jedna z nich położyła rękę na ramieniu Puchona, ale bezróżdżkowy Confundus załatwił sprawę.

— Hej.

Cedric uśmiechnął się od ucha do ucha.

— Cześć, Harry.

— Wiesz... Nie musiałeś tego robić...

— Ale chciałem.

— Wiem, to miłe.

Harry poprowadził go do jednego z foteli, na którego podłokietniku się usadowił. Gdzieś w tłumie mignęła mu Hermiona, ale nie miał siły jej szukać. Nie, gdy jego narzeczony był przy nim.

— W co się ubierzesz? No wiesz, na Bal?

— W coś zdecydowanie czarnego, a ty Harry?

— Podobnie. Myślałem nad czarno-żółtym krawatem.

Cedric obrzucił go zdziwionym wzrokiem.

— Czemu miałbyś występować w barwach mojego Domu?

Harry poczochrał jego włosy, zdobywając kilka głębokich westchnień ze strony widowni.

— Ponieważ jestem twoim narzeczonym. To zobowiązuje.

— W takim razie ja założę coś czerwonego.

— Było by mi bardzo miło.

Przesiedzieli w ten sposób kilka godzin rozmawiając, przytulając się i całując ukradkiem. Harry dowiedział się, że ulubionym kolorem Cedrica jest zielony, w domu ma dwa szczeniaki corgie i nie znosi współczesnej muzyki. Z kolei Puchon poznał prawdę o Syriuszu, o tym jak Harry mało brakowało, by rok temu został zagryziony przez wilkołaka i jak radzi sobie z byciem "tym Harry'm Potterem". Kiedy nie mieli już o czym mówić, milczeli trzymając się jedynie za dłonie.

Na zegarze wybiła szesnasta, po czym Harry wysunął się z ramion śpiącego narzeczonego śpiesząc do swojego dormitorium. Ron, Seamus, Dean i Neville przebrali się już w szaty wyjściowe. Wyglądali na głęboko zażenowanych tą czynnością, ale u Rona przybrało to formę paniki. Jak ma się pokazać w czymś tak obrzydliwym? Harry rzucił kilka zaklęć tnących i udało mu się doprowadzić szatę przyjaciela do względnego stanu używalności, gdy Ron wypalił znienacka.

— Czy ty i Diggory...? No wiesz... Robiliście to już?

Wszystkie twarze na to pytanie zwróciły się w jego stronę.

— Jeszcze nie. A co?

— Nie, nic...

— Ron, jeśli masz z tym jakiś problem to...

Chłopak zarumienił się po końcówki uszu, usilnie starając sie nie patrzeć na przyjaciela.

— Nie mam z tym żadnego problemu!

— Skoro tak mówisz...

Ubrali się w ciszy, po czym zeszli do pokoju wspólnego. Harry nigdy nie widział w Hogwarcie takiej feerii barw jak teraz. O ile męska część domu wybrała czarne, niekiedy grafitowo-szare szaty, to dziewczęta były ubarwione niczym rajskie ptaki. Jako że z Cedricem umówił się przed Wielką Salą nie miał nic do roboty przez pół godziny. Widział Ginny z Neville'em, Rona i Padmę oraz Deana i Lavender. Wciąż wypatrywał Hermiony, która zniknęła jakieś trzy godziny temu, gdy był jeszcze zajęty rozmową ze swoim narzeczonym.

W ramie obrazu Grubej Damy pokazała się McGonagall, przynaglając ich do wyjścia. Poczekała niczym wszyscy przejdą i skinęła głową Harry'emu.

— Panie Potter.

— Pani profesor?

Opiekunka Gryfonów miała już coś powiedzieć, gdy z bocznego korytarza wyszła grupa Ślizgonów. Pomiędzy nimi Harry zauważył Malfoya, wystrojonego niczym anglikański pastor z epoki elżbietańskiej z pokorną Parkinson, uwieszona Anana jego ramieniu. Ślizgon nieoczekiwanie skinął mu głową i ruszył w stronę Wielkiej Sali.

— Panie Potter, co to miało być?

— Chyba Malfoy wreszcie nauczył się szacunku, pani profesor.

Kilkoro Gryfonów zachichotało jak żywo, mając przed oczami scenę wczorajszego obezwładnienia trójki Ślizgonów.

Uczniowie ruszyli, po drodze z uwagą komentując wystrój klatek schodowych i dziwne zachowanie dziedzica rodu Malfoyów. Stanęli wreszcie przed wielkimi, dębowymi drzwiami, które uchyliły się, wypuszczając rozedrgane światło świec z Wielkiej Sali. Tuż obok nich pojawili się Krukoni, Puchoni prowadzeni przez Cedrica i Ślizgoni.

Harry stał jak na szpilkach, czekając na nadejście narzeczonego. Wciąż nie mógł uwierzyć, że to z nim, najbardziej niesamowitym chłopakiem w szkole, przyjdzie mu tańczyć.

W chwilę potem rozległ się głos profesor McGonagall:

— Reprezentanci szkół, proszę do mnie!

Gryfon nie wiedział, co ma zrobić, przecież nie ma Cedrica. Miałby sam tańczyć na oczach gawiedzi?

Niespodziewanie poczuł, jak czyjeś ramię wślizguje pod jego łokieć i delikatnie prowadzi go w stronę drzwi, podczas gdy reszta uczniów wchodziła do sali. Kiedy wszyscy już zajęli swoje miejsca, reprezentanci wkroczyli uroczyście na parkiet. Ustawili się w wymaganej pozycji i rozpoczęli walc, zataczając powolne, eleganckie koła, niczym nie odbiegające od tego, co pokazywał im Snape. Po chwili Cedric przechylił Harrry'ego, zasłaniając go czarną peleryną i składając niewidoczny już dla nikogo pośpieszny pocałunek na szyi chłopaka. Tańczyli dalej, tak samo pięknie, mijając na parkiecie Fleur i jakiegoś siedmiorocznego Krukona wpatrzonego w nią niczym w obraz. Nieco dalej znajdował się Krum z nieznaną Harry'emu dziewczyną w błękitnej, zwiewnej sukience. Po chwili z zaskoczeniem odkrył, że to Hermiona, tyle że nie wyglądała jak Granger. Zrobiła coś z włosami, były ułożone w gustowny kok z tyłu głowy, podczas gdy nieliczne pasma wystawały spoza niego swobodnie opadając na ramiona. Wyglądała zupełnie inaczej, co początkowo go zmyliło, ale akurat właśnie skończyli tańczyć i ze wszystkich stron posypały się oklaski i gwizdy. Reprezentanci podeszli do stołu prezydialnego i zajęli swoje miejsca pośród nauczycieli. Zbiegiem okoliczności Harry zajął swe miejsce obok Hermiony. Kiedy siadał, Cedric podsunął mu krzesło i opadł obok niego.

— Cześć, Harry — powiedziała Hermiona rumieniąc się nieznacznie. — Witaj, Cedricu.

Puchon i Krum zmierzyli się wzrokiem i podali sobie dłonie.

— Miło widzieć ciebie mi, Diggory — mruknął nosowo Bułgar.

— Mi również, Wiktorze. Hermiono.

Dopiero teraz Harry miał trochę czasu, by przyjrzeć się Wielkiej Sali. Jej ściany pokrywał rozmigotany srebrny szron, a z sklepienia spadał śnieg i srebrne konfetti. Sklepienie usiane było girlandami jemioły, ostrokrzewu i bluszczu przewiązanymi czerwonymi wstęgami. W kątach sali stały ogromne choinki ozdobione piękniej niż zazwyczaj. Dumbledore mrugnął do Harry'ego. Ludo Bagman, w purpurowej szacie z żółtymi gwiazdami uścisnął rękę Cedrica, a madame Maxime pogratulowała im wspaniałego tańca. W zastępstwie Croucha piąte miejsce zajmował Percy Weasley wystrojony w popielatoszary garnitur z srebrną plakietką ministerstwa.

Chciał coś powiedzieć, ale Dumbledore wskazał na swój talerz i powiedział zdecydowanie:

— Cynaderki wieprzowe w sosie miętowym.

W chwili, gdy wymówił te słowa na jego talerzu pojawiło się półtora funta wybornych cynaderek. Reszta stołu szybko zorientowała się, o co chodzi i również złożyła zamówienia. Cedric wybrał zupę z jaskółczego gniazda, z kolei Harry zadowolił się torcikiem bezowym.

Tymczasem Krum opowiadał o zamku należącym do Drumstrangu, mile zaskoczony zainteresowaniem Hermiony.

— Nu, my też mamy zamek, całi z granit nie tak wielki jak ten i nie tak wigłodny — mruczał cicho. — Mamy tylko cztiry piętra, a w kominkach rozpala się tilko wtedy, kiedy wimłaga tego magia. Ale mamy większe tereny łowickie, tyle że w zjimie u nas dzień krótszy, więc z nich nie korzystamy. Nu, ale w lecie dzień dłułgi, więc latamy, nad jizorami i górami...

— A u nas w Beauxbottons mami wielki chateau, fontanni i wodotriski — mówiła Fleur. — Przez całi zimi mami lodowe figuri i ninfi spiewają, gdy jemi.

Roger Davies słuchał, nie odrywając oczu od swej rozmówczyni.

— Czar wili — pomyślał Harry. — Jak dobrze, że jestem na niego odporny.

Jego wzrok powędrował do Cedrica, słuchającego wynurzeń Delacour, jego chłopak co prawda słuchał jej, ale nie miał problemów z trafieniem widelcem do ust z czym miał problemy Davies. Zachichotał cicho ośmielony rozbłyszczonymi oczami dyrektora.

Hermiona próbowała nauczyć Kruma poprawnej wymowy swojego imienia.

— Her-mio-na — powiedziała wolno i wyraźnie.

— Hiermi-ją-nina.

— Her-mio-na - powtórzyła raz jeszcze.

— Her-mio-nija.

— Prawie dobrze, jeszcze raz.

Kiedy już wszyscy przestali jeść, Dumbledore powstał i poprosił, by uczniowie zrobili to samo. W chwilę później stoły rozbiegły się pod ściany, odsłaniając większą część parkietu.

— Moi drodzy, tańczmy i bawmy się do rana — powiedział, po czym wziąwszy profesor McGonagall za rękę zaczął z nią tańczyć powolnego walca do akompaniamentu Fatalnych Jędz. Wkrótce potem dołączyli do nich uczniowie, leniwie się poruszając przy jakiejś powolnej, smętnej melodii.

Cedric wyciągnął rękę do Harry'ego i wyszeptawszy:

— Uczynisz mi ten zaszczyt. — Ruszył z nim do tańca, kładąc jedną rękę na jego talii, podczas gdy druga ujęła jego dłoń.

Z czarodziejskich głośników dobył się ostry, chrapliwy głos głównej wokalistki:

Obiecałeś mnie kochać.

Miałam tylko to marzenie.

Teraz kończy się noc.

Jestem ja, nie ma ciebie.

Za plecami Cedrica widział Hagrida tańczącego z madame Maxime, po prawej stronie miał Moody'ego, który niezdarnie posuwał się jakimś wyjątkowo niezgrabnym dwukrokiem, trzymając w ramionach profesor Sinistrę całkowicie pochłoniętą wystrzeganiem się jego drewnianej nogi.

— Potter, Diggory. — Moody skinął im głową.

— Panie profesorze.

Ruszyli dalej, Harry wtulił sie w pelerynę narzeczonego, wdychając jego słodki zapach, podczas gdy to na Cedricu spoczywało zadanie kierowania ich ruchami.

Melodia ucichła, opadając niezauważalnie, a jeszcze wielu poruszało się w jej niknącym takcie. Kolejna piosenka była bardziej żywiołowa, a wszyscy na parkiecie łącznie z nauczycielami zaczęli podskakiwać. Harry widział Flitwicka niesionego na rękach przez kolorową falę uczniów trzech szkół. McGonagall i Dumbledore zeszli z parkietu zawstydzeniu sprawnością młodszego pokolenia. Piosenka była raczej bardziej niż energiczna, dźwięk pulsował zmieniając natężenie bez powiązania z głosem wokalistki

.Jestem Twoją największą fanką.

Będę Cię śledzić, dopóki mnie nie pokochasz.

Będę Cię dręczyć dopóki nie będziesz mój.

Kochanie, nie ma tu innej super gwiazdy.

Wiesz, że będę nią ja.

Obiecuję, będę uprzejma,

Ale nie zatrzymam się, dopóki ten chłopak nie będzie mój.

Ale nie zapomnę dopóki nie przestanę kochać.

Kochanie ,będziesz sławny.

Będę naciskać, dopóki mnie nie pokochasz.

Nagle Harry przypomniał sobie o obietnicy jaką dał Cedricowi. Wysunął się zgrabnie z jego ramion, muskając jego wargi swoimi palcami. Wyplątał się z bezładnie skaczących uczniów i wyszedł na korytarz, stamtąd ruszył do wnęki, za którą znajdowało się wejście do kwater prefektów naczelnych Puchonów.

— Harry — mruknął nieznacznie.

Obraz przedstawiał starego mnicha, który skłonił się i ukazał wejście do komnat Cedrica.

Dominującym elementem pierwszego pokoju było wielkie łoże z baldachimem, oraz mahoniowe biurko. Jego uwagę zwróciła też sporych rozmiarów biblioteczka, zawierająca kilkanaście grubych tomów, dotyczących szczegółowej historii magii. Na biurku leżało kilka zwojów pergaminów, dwie książki i torba Puchona. Po krótkich oględzinach Harry rozebrał się do naga i nerwowo położył na łóżku narzeczonego brzuchem do dołu.

W oczekiwaniu na Cedrica zasnął na chwilę.

Obudził go delikatny dotyk, muskający jego ramię. Uniósł głowę, by napotkać płonące pożądaniem oczy kochanka, który powoli sunął wzrokiem po jego obnażonym ciele. Całe ciało Harry'ego płonęło ze wstydu, próbował się zasłonić, ale jego ręce zostały delikatnie, acz stanowczo odsunięte.

— Klęknij na łóżku i podeprzyj się rękami — Głos Puchona zdradzał desperację — Proszę.

Harry nie mógł mu się sprzeciwić, czuł się taki... odsłonięty. Teraz całe jego ciało było wystawione na dotyk i wzrok ukochanego. Ten pochylił się, ujął biodra chłopaka i rozszerzając je wsunął wewnątrz swój język. Całe ciało Gryfona było rozedrganą struną w sprawnych dłoniach kochanka. Cedric zanurzał język raz za razem od czasu do czasu wsuwając tam pośliniony palec. Jęki Harry'ego zamieniły się w niezrozumiałe słowa wyrzucane za każdym razem gdy był blisko tego tak wrażliwego punktu wewnątrz niego.

Gryfon zdołał jedynie jęknąć.

— Cedrrric... Więcej!

Oczy chłopaka zapłonęły na nowo, zrzucił z siebie elegancką, czarną szatę wyjściową pozwalając by walała się po posadzce. Chwycił swój twardy członek i zaczął nim pocierać wejście Harry'ego. Ten ostatni wił się bezradnie mrucząć coś pod nosem. Cedric nie ominął żadnego punktu na ciele Harry'ego który mógłby zwiększyć jego doznania. Pocierał stwardniałe sutki Gryfona, jednocześnie kąsając jego szyję, drugą ręką muskał pobudzony członek chłopaka.

Rzucił bezróżdżkowe zaklęcie nawilżające i wbił się w niego po nasadę członka. Harry chwycił się obiema rękami brzegów łóżka, w niepojętej i niemożliwej próbie odzielenia tego gdzie kończy się ból a zaczyna przyjemność. Puchon wyszedł z Harry'ego po czym obróciwszy go twarzą do siebie zarzucił na swoje obnażone ramiona nogi młodszego chłopaka i wbił się w niego na nowo. Ruchy Cedrica stały się szybsze, jego większe, cięższe ciało otulało Gryfona z wszystkich stron wciąż na nowo potęgując jego rozkosz. Ciepło jakie wytworzyło sie pomiędzy ich ciałami zdawało się przenikać przez skórę drażniąc i tak pobudzone już zmysły.

Harry jęknął, zadrżał i opadł na łóżko drżąc niczym liść topoli owiewany wciąż i wciąż tym samym podmuchem rozkoszy. Jego oczy powędrowały do środka głowy a z ust dobywał się krzyk pomiędzy pocałunkami. Wewnętrze mięśne Harry'ego zacisnęły się na członku Cedrica przyśpieszając jego orgazm. Puchon opadł na kochanka bez przytomności, oddychał ciężko, ale dopiero kilka porządnych szturtchnięć postawiło go na nogi. Wysunął się lekko z Harry'ego obserwując jak jego własna sperma spływa po wewnętrzej stronie uda Gryfona. Nabrał odrobinę nasienia na palec i wsunął go w usta Harry'emu który zaczął nader inspieująco mruczeć.

— To było dobre.

— Mhm.

— Spektakularne.

— Nom.

— Wracamy na Bal?

— Nie... Wszystko mnie tam boli.

Jesteśmy zadowoleni

— Masz rację... Śpijmy.

Tymczasem w biurze dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

— Spotkaliśmy się tutaj by za pomocą Czary Ognia dokonać wyboru. Zostaliśmy związani przysięgą, by żaden z nas nie mógł nic z tego, co dzisiaj tu usłyszymy i zobaczymy, przekazać komukolwiek.

Nienaturalny niebieski blask wydobywający się z Czary oświetlał pogrążone w skupieniu twarze czarodzieji. Dyrektor, McGonagall, Snape, Maxime, Karkarow i Moody z wyczekiwaniem spoglądali w stronę pradawnego artefaktu. Dumbledore wrzucił karty zgłoszeniowe reprezentantów, ogień zmienił barwę na ciemny fiolet po czym z Czary wyfrunęła pierwsza kartka.

— Panna Delacour. — Dyrektor odwrócił okrągły skrawek papieru. — Gabrielle Delacour.

Po raz kolejny ogień zmienił swą barwę, tym razem na jasno purpurowy.

— Pan Krum i panna Hermiona Granger.

Czara zapłonęła srebrno zielonym płomieniem, a w ręce dyrektora Dumbledore'a znalazła się kolejna kartka, już chciał przeczytać jej zawartość, gdy nagle zauważył, że są to dwa sklejone skrawki papieru, należące do dwóch reprezentantów jednej szkoły.

— Pan Harry Potter i pan Cedric Diggory.

W gabinecie zapadła krępująca cisza, część zgromadzonych popatrzyła po sobie nie mogąc zrozumieć tego, co właśnie stało sie ich udziałem.

— Wiecie, co to znaczy — mruknął Moody.

— Wystartuje jedynie trzech reprezentantów, nie stanowi to wątpliwości.

— Ależ, Albusie.

— Nie Minerwo, nic nie możemy dla nich zrobić.