Niewłaściwa osoba

Rozdział 4

Harry nie miał innego wyboru, jak tylko pogodzić się z tym, że będzie musiał spędzić u Toma jeszcze jedną noc. Chociaż przyjął lekarstwa od mężczyzny, wciąż czuł się wyjątkowo słabo. Poprzedniego dnia nawet nie zastanawiał się nad tym, że bieg w samej bluzie i w środku marcowego wieczoru może odbić się w szczególny sposób na jego zdrowiu; wtedy naprawdę nie w głowie było mu zastanawianie się nad podobnymi rzeczami.

Za oknami eleganckiego domu na Orchard Street 44 nieustannie padało. Poczuł się dziwnie nieswojo, kiedy zauważył, że pokaźne okna w salonie wyglądają wprost na drzewo z jego snów. Patrząc na potężną, ciemną korę mimowolnie przypomniał sobie, jak stał obok tamtego chłopca. „Tu zawsze pada" dźwięczało mu w uszach niczym wers jakiejś smutnej piosenki. Wątpił, aby nad Londynem rzeczywiście wciąż padało, jednak musiał przyznać, że schludny ogród Toma prezentował się tego dnia nadzwyczaj dołująco.

Kiedy Tom pomógł mu wybrać jedną z jego książek (z trudem przemógł się, aby poprosić go o wybranie dla niego czegoś odpowiedniego), przez dłuższą chwilę wpatrywał się w przednią i tylną obwolutę, próbując wychwycić z nich jak najwięcej szczegółów.

Musiała być to pierwsza część powieści o Voldemorcie, mordercy w najlepsze igrającym z policją, o której mężczyzna wcześniej mu wspominał. Okładka prezentowała się całkiem zwyczajnie, nie wspominając o tytule (identycznym jak pseudonim mordercy). Sądząc po ilustracji, fabuła musiała mieć najwyraźniej jakiś bezpośredni związek z Tamizą. Choć jego największą uwagę przyciągnęło coś innego. Tom nie podpisywał się jako autor pełnym imieniem, a zaledwie krótkim „T" („T. Riddle"). Miał trzydzieści trzy lata, skończył uniwersytet w Exeter i nigdzie nie można było znaleźć jego zdjęcia.

Harry spojrzał na Toma. Myślenie o dzielącej ich różnicy wieku blisko dwudziestu lat ściskało mu żołądek. Zdał sobie sprawę z tego, jak niewiele musi według niego wiedzieć o czymkolwiek.

– Dlaczego nie podpisujesz się pełnym imieniem? – zapytał, patrząc na obserwującego go Toma.

– Ze względu na pracę na uniwersytecie. Wolałem, aby nie kojarzono mnie z moją twórczością.

– Aha – odpowiedział Harry, zerkając jeszcze raz na tylną obwolutę. – Gdyby goście z wydawnictwa zamieścili gdzieś na obwolucie twoje zdjęcie, sprzedaż na pewno byłaby nieporównywalnie większa – zażartował.

Gdy zdał sobie sprawę z tego, co powiedział, nieomal nie zapadł się pod ziemię. Tom jednak nie wydawał się ani podejrzliwy, ani tym bardziej zły za podobną uwagę, równie dobrze mogącą stanowić flirt. Uśmiechnął się jedynie w dobrze znany już Harry'emu sposób, uniesionymi kącikami ust.

– Tak uważasz?

– Jestem pewien – przyznał z trudem Harry. Niezależnie od tego, czy Tom właśnie żartował z niego w duchu, bowiem żaden „normalny" nastolatek nie komplementuje urody drugiego mężczyzny, nawet subtelnie, było już za późno, aby cofnąć tamte słowa; zresztą wymigiwanie się od nich przyniosło by tylko znacznie gorszy skutek. – A może właśnie dlatego nie chciałeś, aby gdzieś znajdowało się twoje zdjęcie? Nie miałbyś pewności, że ludzie czytają cię przede wszystkim dla tego, co piszesz – dodał bardziej sam do siebie.

Przesunął wzrokiem po tytułach innych książek Toma. Wszystkich było razem cztery. Dla kogoś, kto jak dotąd rozpoczął zaledwie dwa opowiadania, z czego nie skończył żadnego, ukończenie czterech długich i najwyraźniej dobrych książek wydawało się czymś niesamowitym. Znowu miał ochotę spytać Toma o tak wiele, o kreację bohaterów i fabułę, ale nie chciał, aby ten wiedział, że próbuje pisać. (Wyobrażał sobie swój wyraz twarzy, gdy Tom zachęca go do pokazania mu któregoś ze swoich tekstów – to samo w sobie wystarczało, żeby zamknąć mu usta).

– Nie, to również wiązało się z moją pracą na uniwersytecie – powiedział Tom. Wyglądał na wyraźnie rozbawionego. – Ale skoro tak twierdzisz, być może przemyślę jednak to zdjęcie. Nowe samochody mają w zwyczaju mocno nadszarpywać domowy budżet.

Harry posłał mu w odpowiedzi lekki uśmiech. Poczuł ulgę, widząc, że mężczyzna nie gniewa się za komplement i nie doszukuje w nim czegoś niewłaściwego. Być może naprawdę był przyzwyczajony do tego, że nie onieśmiela wyłącznie kobiet.

– Będziesz czytał tutaj czy w swoim pokoju? – zapytał Tom. – Jeżeli zostaniesz w salonie, mogę rozpalić w kominku. Nie chcę, żebyś jeszcze bardziej się przeziębił.

– Nie, dziękuję. Będę czytał w łóżku – odpowiedział pośpiesznie Harry. Uprzejmość Toma ponownie wprawiła go w zakłopotanie i wdzięczność. Choć podczas śniadania odczuwał wobec niego cień złości za jego niespodziewaną dociekliwość, po tej nie było już ani śladu. Zerknął na potężne drzewo tuż za oknem. – W nocy śniły mi się koszmary – dodał. – Bez przerwy w którymś z nich widziałem to drzewo.

Tom spojrzał za okno.

– To wierzba płacząca – wyjaśnił. – Nie wiem dlaczego, ale każdego roku kwitnie inaczej. Tak samo nie każdej zimy zrzuca wszystkie liście. Interesujące, prawda?

Harry skinął głową, patrząc na wierzbę.

– Na pewno latem wygląda pięknie. – Mimowolnie przypomniał sobie o tym, że wierzby według dawnych wierzeń były albo święte, albo przeklęte. Ciekawe, jaką byłaby według przodków ta tutaj, pomyślał.

Voldemorta czytał aż do obiadu. Gdyby ktoś spytał go o pierwsze wrażenie po jego lekturze, sam nie wiedziałby, co odpowiedzieć – i nie dlatego, że uważał go za źle napisaną książkę.

Nigdy wcześniej nie czytał kryminałów, ale nie mógł nie zauważyć tego, że Tom jest naprawdę dobrym pisarzem. Miał wartki, rzeczowy styl, pozbawiony zbędnych ozdobników; ten w pewien sposób kojarzył mu się z samym mężczyzną. Fabuła wydawała się zaplanowana co do najdrobniejszego szczegółu od pierwszych stron i aż strach było pomyśleć, ile Tom spędził nad nią czasu, tym bardziej, że seria doczekała się dwóch obszernych tomów.

Tytułowym mordercą był niejaki Tom Gaunt, młody, szanowany policjant pochodzący ze współczesnego Londynu. Pierwsze z jego zabójstw wcale nie było morderstwem, tylko następstwem strzelaniny w dzielnicy biedy – aby obronić swojego partnera, musiał zastrzelić młodego handlarza narkotyków grożącego mu nożem. Czy to z powodu jego ukrytych skłonności psychopatycznych, czy problemów związanych z niepoprawnym politycznie zabójstwem czarnoskórego imigranta, budzącego w nim poczucie niesprawiedliwości policyjnego systemu, pierwsze odebranie życia (choć nie bezzasadne) zapoczątkowało całą machinę jego późniejszych morderstw.

Początkowo można było podciągnąć je pod coś szlachetnego, nawet jeżeli sprawiały mu przyjemność; jego ofiary nie były przypadkowe, byli to wyłącznie bezkarni mordercy i gwałciciele, a więc bez dwóch zdań „oczyszczał" (jak sam wielokrotnie twierdził) świat ze zła. Nie trudno się domyśleć, że tajemniczy morderca innych morderców wkrótce został uznany za jedną i tą samą osobę, po czym – z mocnym podzieleniem opinii publicznym na ten temat, bowiem niektórzy uważali go za bohatera – ścigany tak samo jak oni. Choć Tom Gaunt był inteligentnym psychopatą, a każde z jego działań było skrupulatnie zaplanowane, wcześniej czy później, i tak gdzieś musiała podwinąć mu się noga. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jego praca policjanta polegała na prowadzeniu własnej sprawy.

Jeżeli ktoś do tego momentu uważał go za pozytywnego bohatera, wreszcie musiał zdać sobie sprawę z tego, że Tom Gaunt nie ma z nim nic wspólnego. Był znacznie bardziej niebezpieczny, niż likwidowani przez niego ludzie, w rzeczywistości nie posiadał jakiejkolwiek moralności, a co więcej – uważał się za kogoś równie istotnego co bóg. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że gdy tylko któryś z jego policyjnych partnerów wpadnie na trop prawdziwej tożsamości Voldemorta, podzieli los jego innych ofiar.

Książka naprawdę wciągnęła Harry'ego, ale i tak sam nie wiedział, co o niej myśleć. Było w niej coś niesamowicie niepokojącego – być może uczucia towarzyszące śledzeniu morderstw Toma Gaunta. Dzięki żywym i dokładnym opisom ich przebiegu, jak i samych procesów myślowych Voldemorta, które im towarzyszyły, można było poczuć jego władzę i niemal go zrozumieć, nawet jeżeli tak dobrze wiedziało się, że jest na wskroś zły. Harry podejrzewał, że właśnie tą niejednoznaczność i niepokój najbardziej pokochali czytelnicy.

Harry oczywiście zwrócił uwagę na prawdziwe imię Voldemorta, nie mogąc przestać zastanawiać się nad tym, dlaczego „prawdziwy" Tom, mając do dyspozycji tak wiele różnorakich imion, nazwał mordercę z pisanej przez siebie powieści swoim własnym. Pomyślał, że mogła być to pewna prowokacja, choć ta teoria kłóciła się z faktem, iż ten i tak podpisywał się zaledwie krótkim „T".

Jednak to, co najbardziej zafascynowało Harry'ego, było czymś zupełnie innym: Tom Gaunt, na pozór wydający się całkowitym heteroseksualistą, z czarującą narzeczoną u boku, zapowiadał się na rozwiązłego biseksualistę, w pewnym rozdziale uprawiając seks z jedną ze swoich ofiar, młodym, przystojnym mężczyzną.

Rzecz jasna, Tom nie posunął się do żadnych bezpośrednich scen, ale krótkie wzmianki, pojawiające się to tu, to tam – warto zaznaczyć, uczciwe, niewymuszone wzmianki – sprawiły, że Harry mimowolnie zaczął zastanawiać się nad jego orientacją. Wątpił, aby rzeczywiście interesował się mężczyznami, o czym myślenie było nieco dołujące same w sobie. Coś podpowiadało mu, że takie osoby jak Tom nigdy nie są zainteresowane osobami tej samej płci.

W czasie pory obiadowej, kiedy podpatrywał krzątającego się po kuchni Toma, zostając stanowczo oddelegowanym od jakiejkolwiek pomocy, ten zapytał go:

– Jak pierwsze wrażenia po lekturze „Voldemorta"? – Harry podejrzewał, że gdyby zadał komuś podobne pytanie jako autor, w jego głosie pobrzmiewałoby podenerwowanie lub entuzjazm. Z kolei w głosie Toma nie dało się posłyszeć żadnej z tych rzeczy, jakby wypowiadał je z grzeczności lub z niewielkim zainteresowaniem.

– Jesteś bardzo dobrym pisarzem – odpowiedział Harry. – Najbardziej spodobała mi się postać Toma Gaunta. Jest bardzo niejednoznaczny – dodał wymownie po chwili.

– Hm. – Tom wyjął dwa talerze z wiszącej na ścianie szafki. – To prawda. Jest niejednoznaczny.

– To niesamowite, że możesz tak wiarygodnie się w niego wcielać, choć jesteś kimś zupełnie innym.

– Wszyscy pisarze to kłamcy. – Tom spojrzał na niego przelotnie i nieznacznie się do niego uśmiechnął. – Tyle że mniej lub bardziej profesjonalni.

Kąciki ust Harry'ego mimowolnie drgnęły pod wpływem przystojnego, pewnego siebie uśmiechu mężczyzny. Nie doszukiwał się w jego pierwszym zdaniu żadnego drugiego dna. Dopiero z czasem zdał sobie sprawę z tego, że takie posiadało. Mroczne, wilgotne i ciągnące się w dół przez nieskończoność.

Kłamstwa Toma miały jednak pewien paradoks. Choć jako pisarz powinien być najmniej szczery właśnie we własnych powieściach, te były najprawdopodobniej jedyną sferą, w której mówił prawdę i zwykle w nikogo szczególnie się nie wcielał. Za to w rzeczywistości był więcej niż zaledwie patologicznym kłamcą. Gdy poznało się go już bliżej, przy czym miało się dostatecznie wiele szczęścia, aby wydostać się żywym z jego sieci, zaczynało się zastanawiać nad tym, w jaki sposób wciąż udaje mu się zachować swój własny system prawdy i kłamstw, przy którym jeszcze się nie gubi.

– Czy praca trzy razy w tygodniu nie przeszkadza ci w pisaniu? – zapytał Harry. – Same przygotowania do rozpoczęcia prac nad którąś z twoich książek muszą zabierać mnóstwo czasu.

– Lubię wykładać matematykę w Greenwich – przyznał mężczyzna, w międzyczasie nakładając jedzenie na ich talerze. – To spokojna praca, nawet jeżeli czasem rzeczywiście pochłania zbyt wiele czasu. Poza tym sprzedaż moich książek nie generuje każdego miesiąca takich samych dochodów. Pensja wykładowcy, nawet jeżeli jest śmiesznie niska, jest przynajmniej pewna.

Harry podziękował, kiedy Tom postawił przed nim talerz ryżu z kurczakiem i warzywami i szklankę soku. Jedzenie pachniało i wyglądało pysznie; naprawdę nie można było nie podziwiać jego wszechstronności.

Kiedy zakaszlał i niemal poczuł, jak łzy z bólu napływają mu do oczu, Tom, uprzednio zajmujący miejsce naprzeciwko niego, spojrzał na niego sceptycznie.

– Wygląda na to, że zostaniesz u mnie dłużej – stwierdził. Nie brzmiał na rozgniewanego lub zniechęconego – raczej na zmęczonego perspektywą kolejnego wykłócania się o odejście z jego domu. Gdy Harry miał już wspominać coś o tym, że nie może u niego zostać i nie ma najmniejszego zamiaru stać się dla niego jeszcze większym ciężarem (co nie było zaledwie grą, naprawdę postanowił odejść, choćby i dostając duszności po każdym kaszlnięciu), mężczyzna go uprzedził: – Nie próbuj się ze mną spierać. O siedemnastej przebada cię mój dobry znajomy.

– Lekarz – wydusił Harry. W jednej chwili na myśl nasunęły mu się wszystkie czarne scenariusze, w których badający go lekarz staje się przyczyną jego powrotu do Św. Brutusa. (Bo w jaki sposób Tom zamierzał mu go przedstawić?).

– Tak, pediatra – powiedział Tom. – Horacy przebada cię, zada ci kilka pytań i wypisze receptę, nic więcej. Wszystko potrwa chwilę i pozostanie pomiędzy nami trzema – dodał nieco łagodniej, najwidoczniej dobrze zdając sobie sprawę z tego, o czym myślał.

Harry upił łyk soku, czując się uspokojony zaledwie w niewielkim stopniu. Miał ochotę spytać Toma, czy było to konieczne, ale zaraz ugryzł się w język; oczywiście, że było. Mógł udawać, że ból w klatce piersiowej jest nieistotny i poradzi sobie z nim bez leków, jednak Tom dobrze słyszał jego kaszel i widział grymasy bólu przemykające po jego twarzy, ani trochę nie nabierając się na jego zapewnienia.

– Sądzisz, że już mnie szukają? – Nie potrafił wyobrazić sobie, jak ktokolwiek ze Św. Brutusa zaczyna go poszukiwać, ani tym bardziej martwi się przy tym o jego zdrowie lub życie. Być może jedyną taką osobą był Remus Lupin, ale myśli o nim wzbudzały w nim tak wiele sprzecznych uczuć i bolesnych wspomnień, że w ostateczności postanowił tego nie roztrząsać.

– Powinni to robić. – Tom spojrzał na niego, po czym go uspokoił: – Ale u mnie nigdy nie będą cię szukać. Osiedle, na którym niemal cię potrąciłem, jest oddalone od tego o blisko pół godziny jazdy samochodem. Nie mógł zobaczyć nas też żaden z moich sąsiadów. Było późno, a dwa domy obok mojego i bez tego przez większość roku stoją puste.

Harry poczuł wyraźną ulgę, nawet jeżeli obserwacje Toma wydały mu się zbyt skrupulatne. Mężczyzna brzmiał niemal tak, jakby popełniał przestępstwo, a przecież – chociaż z całą pewnością nie można tak po prostu przygarniać z ulicy zagubionych piętnastolatków, po czym mianować swoją własnością – w gruncie rzeczy nikt nie mógłby ukarać go za podobną pomoc i opiekę.

Przed wizytą lekarską znajomego Toma czuł się tak zdenerwowany, że aż poprosił go o to, aby nie wychodził z pokoju w czasie badania, zostawiając go sam na sam z lekarzem.

– Mam nie zostawiać cię sam na sam z Horacym – powtórzył Tom. Ciężko było powiedzieć, czy ta prośba bardziej go zmartwiła, rozbawiła czy może zbiła z tropu.

– Wolałbym, żebyś tego nie robił – przyznał Harry.

Ciotka Petunia jeździła z nim do lekarzy najrzadziej, jak było to możliwe. Zazwyczaj wyłącznie na szczepienia i gdy leczenie na własną rękę nie przynosiło żadnych rezultatów, a jego kuzyn, Dudley, w każdej chwili mógł się czymś od niego zarazić. Przez to i przez ostatnie wydarzenia sama myśl o osłuchującym go lekarzu, wsuwającym zimną dłoń ze stetoskopem pod jego koszulkę, sprawiała, że jego żołądek spazmatycznie się skręcał.

– Nie wyjdę – zapewnił go Tom, nie wnikając w szczegóły. – Choć możesz mi wierzyć, że pacjenci przepadają za Horacym.

Być może w innych okolicznościach Harry faktycznie przepadałby za niskim, nieco okrągłym Horacym, mężczyźnie po pięćdziesiątce, który wzbudzał zaufanie i miał powolne, przewidywalne ruchy. Wizyta przebiegła szybko i rzeczowo, a Tom przez cały czas stał w drzwiach, dotrzymując danego mu słowa.

Kiedy Harry na niego spojrzał, uświadomił sobie, że ten przez cały czas patrzy wyłącznie na jego twarz, a przynajmniej takie wrażenie sprawiało jego spojrzenie. Przez chwilę odwzajemniał je, jak na samego siebie niespotykanie pewnie, ale i wtedy Tom nie zwracał najmniejszej uwagi na Horacego lub każdą inną rzecz, ani trochę nie zakłopotany.