Nagle coś głośno zgrzytnęło za zakrętem korytarza i Allison poderwała się z podłogi, a zaraz za nią John i druga kobieta, gasząc latarkę.
- Al? – Usłyszeli; błysnęło światło, ale zanim zza zakrętu wyszli ludzie, Arnie nadbiegł i zaczął się głośno łasić i skakać do Mishy. Kobieta przytuliła psa.
- Kyle! – krzyknęła Allison, padając mężczyźnie w ramiona. Wymienili szybki pocałunek. – Wszyscy są?
- Wszyscy. – Objął ją mocno, posyłając uśmiech Johnowi.
- Ktoś do szycia? – zapytała przez łzy.
- Nie, na szczęście. Szczękacze byli dla nich większym zagrożeniem. Dla nas już nigdy nie będą.
- Oby – mruknął Derek, podchodząc bliżej. – Jak dzieciak?
- Dzięki, dobrze – odparł John.
- Ma gorączkę. Jeśli do jutra nie spadnie, pójdę z nim na Wzgórze. – Allison odsunęła się od Kyle'a łagodnie. Mężczyzna przyjrzał się chłopakowi uważnie, po czym kiwnął głową.
Godzinę później znowu zajadali się fasolą, a John myślał tylko o tym, że mieli wielkie szczęście, wychodząc z podwójnej potyczki cało. Przysiągł sobie, że nigdy więcej nie pozwoli strachowi przejąć nad sobą władzy. Poprawił pod szyją szal Allison i otulił się ciaśniej kurtką.
- Jak się czujesz? – Kyle spojrzał na niego znad bluzy, którą łatała siedząca obok niego sanitariuszka.
- Chyba lepiej. – Wzruszył ramionami. – Tak, lepiej. Następnym razem wam pomogę. – Poklepał swój karabin. – Obiecuję.
Gdzieś w tle Derek prychnął krótkim śmiechem.
- Jesteś, dzieciaku, z innej bajki – rzucił.
- Ale też w niej strzelają. I mają problemy z blaszakami – odparł spokojnie.
- Poznamy tą bajkę? – zapytał całkiem poważnie Luke.
- Na pewno – wtrąciła Allison – ale nie dziś, bo chcę się przespać.
- Dobry pomysł – mruknął Tyler, który dzielił śpiwór z Arniem.
Chen i Derek wzięli pierwszą wartę; reszta niemal od razu zapadła w sen, John również.
Kiedy otworzył oczy, zdał sobie sprawę z tego, że nie czuje już bólu głowy ani gorączki. Na wszelki wypadek sprawdził swoje czoło; było chłodne. Nie wiedział, ile godzin spał, ale zrozumiał, że sen pomógł mu i postawił na nogi. Może musiał się po prostu zaaklimatyzować w tym czasie? Uśmiechnął się na tą myśl.
- Miły sen, dzieciaku? – Usłyszał; podniósł oczy; oparty o ścianę Derek trzymał rozjarzonego papierosa.
- Przecież ty nie palisz – mruknął zdziwiony John, zanim zdążył ugryźć się w język.
- Bo nie palę. – Starszy Reese podał peta Chenowi, który właśnie nadszedł z bocznego korytarza. – A ciebie mam na oku. Cały czas, dzieciaku.
- Jak się czujesz? – Allison przesunęła dłonią po czole chłopaka. – Nie masz gorączki.
- Wszystko okej. – Posłał jej uśmiech.
- To dobrze. Bardzo chcę już być w bazie.
- Wszyscy chcą – dodała Misha, przeciągając się.
Kiedy znowu ruszyli korytarzami, John dogonił Allison i oddał jej szalik.
- Dzięki, chyba mi pomógł.
- To świetnie. – Uśmiechnęła się, biorąc Kyle'a pod ramię.
John zrównał krok z Tylerem, który prowadził Arniego. Wilczur szedł jak zwykle czujny.
- Inaczej szczeka na ludzi, inaczej na blaszaki – wyjaśnił młody żołnierz. – Nie raz uratował nam tyłki. To mądre zwierzę. Miałeś kiedyś psa?
- Nie, nawet chomika nie miałem. Dużo... podróżowałem.
Szli, rozmawiając, aż wreszcie pod sufitem korytarza pojawiły się rozświetlone jarzeniówki.
- Jesteśmy blisko, panowie i panie – powiedział radośnie Kyle.
- To świetnie, bo głodny jestem – mruknął Chen.
Tyler poklepał wilczura.
- Głos – rzucił. Pies zaszczekał, a odgłos ten odbił się echem po pustych korytarzach.
- Chyba jesteśmy za daleko – mruknął Luke, ale wtedy doszło ich odległe, przytłumione szczekanie.
- Nie! Blisko! – wykrzyknęła Misha. – Bliziutko!
Po niecałym kwadransie korytarz rozwidlił się. Przy jednym z wejść stało dwóch żołnierzy. Psy znowu wymieniły pojedyncze szczeknięcia.
- Major Kyle Reese z oddziałem – zaanonsował ich Kyle. Mężczyźni wymienili uścisk dłoni. Luke i jeden ze strażników padli sobie w objęcia, zaczynając rozmowę po niemiecku.
- Witamy w bazie – rzucił drugi. – Coś wolno ludziska się schodzą w tym roku.
- To przez pogodę. – Derek poprawił karabin na ramieniu. – Nadal jest ciepło.
- Możliwe. Przed wami ostatnie metry i home, sweet home. Do zobaczenia w bazie.
- Jasne. – Młodszy Reese zasalutował.
Po drodze trafili jeszcze na dwa posterunki, za każdym razem witając się serdecznie z żołnierzami. John miał wrażenie, że wszyscy się tutaj znają, a na niego patrzą podejrzliwie, ale kiedy Misha objęła go w pasie, a Arnie otarł dużą głowę o jego biodro, poczuł się częścią oddziału.
Korytarz tymczasem robił się coraz większy, aż wreszcie doszli pod metalowe wrota pilnowane przez sześciu żołnierzy. Nie zostali przeszukani, ale Allison odbyła krótką rozmowę ze starszą kobietą, żeby ta po chwili obejrzała Johna. Błysnęła mu w oczy latarką i sprawdziła jego migdałki zimną, kościstą ręką, po czym poklepała go po ramieniu.
- Witamy w bazie – powiedziała.
- Dziękuję – rzucił, kiedy Misha pociągnęła go w stronę otwartego przejścia.
Chłopaka od razu uderzył gwar rozmów i mnogość głosów. Szedł obok kobiety, rozglądając się uważnie. Otaczali ich ludzie, dziwacznie poubieraniu, uzbrojeni, wychudzeni, niektórzy brudni. Ruch Oporu.
- Widzimy się wieczorem na stołówce! – krzyknęła Misha, po czym skręciła w boczny korytarz. John zawahał się, ale Derek pchnął go lekko do przodu.
- Ty trzymasz się nas – mruknął do niego.
Po chwili został tylko z braćmi Reese i Allison. Dziewczyna jednak wreszcie pożegnała się, mówiąc, że zobaczą się w stołówce, bo musi skoczyć do szpitala. Chłopak został więc z ojcem i wujem.
Wreszcie weszli do niedużego pomieszczenia magazynowego wypełnionego pryczami i piętrowymi łóżkami. Ruszyli między nimi, witani przez zgromadzonych w sali ludzi.
- Mam nadzieję, że nie ukradli mi znowu koca – mruknął Derek; Kyle roześmiał się.
Po chwili doszli do ostatniego piętrowego łóżka i Kyle rzucił na górne swój plecak. Obejrzał się przez ramię na posłanie obok, po czym zapytał siedzącego niżej mężczyznę:
- Buzz?
- Nie żyje.
- Przykro mi. – Młodszy Reese spojrzał na Johna, po czym ruchem głowy wskazał wolną pryczę. – Jest twoje. Potem znajdziemy ci jakiś koc.
- Dzięki. – Chłopak cisnął swój plecak na łóżko, wdrapał się na nie i spojrzał z góry na pomieszczenie.
Zupełnie jak w więzieniu, pomyślał. Wyjątkowo obskurnym.
- Chyba skoczę pod prysznic – rzucił Kyle, ściągając z siebie kurtkę.
- Ja wolę się przekimać – mruknął jego brat.
- Tak myślałem. John? Idziesz?
- Idę. – Chłopak zeskoczył z łóżka.
- Może nawet trafimy na ciepłą wodę. Jak będziemy mieli szczęście.
Kyle był w dobrym humorze i John czuł, że jego ojciec bardzo cieszy się z powrotu do bazy. Kiedy szli korytarzami, młodszy Reese co chwili witał się z kimś, bądź zagadywał.
- Gdzie Allison i Misha? – zapytał wreszcie chłopak.
- Misha u siostry, Al pewnie przekima się na ostrym dyżurze, no wiesz, w szpitalu, ale zjemy razem kolację. Marzę o ziemniakach, mięsie, jakimkolwiek!... i piwie. Trzeba uczcić kolejny przeżyty rok, kolejny powrót do bazy.
- Jestem za. – John uśmiechnął się szeroko. Czuł głód i pragnienie.
Tymczasem weszli w wyłożony kafelkami korytarz, żeby po chwili znaleźć się w pomieszczeniu pełnym obtłuczonych umywalek i metalowych szafek. Na ich widok kilka stojących nieopodal kobiet uniosło wzrok.
- Lepiej zajrzyjcie za godzinę – mruknęła jedna z nich.
Kyle zrobił zbolałą minę.
- Nie brałem prysznica od tygodnia – jęknął.
- Więc godzina cię nie zbawi. – Usłyszeli za swoimi plecami ostry, kobiecy głos z zawadiacką nutką.
Reese roześmiał się, odwracając.
- Hej, Weaver – powiedział wesoło. – Stęskniłaś się?
- Jak za bandą T-800 z podwójnym zapasem amunicji! Ale witaj w domu, Reese.
C.D.N.
KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
