Rozdział trzeci
Rachunki do wyrównania
Poppy usiadła tuż przy chłopcu i drżącym z gniewu głosem zrelacjonowała Albusowi dramatyczną sytuację.
– Poza doskonałymi umiejętnościami Severusa w uzdrawianiu, chłopca ocaliły jego własne zdolności magiczne, Albusie i sprawiły, że organizm wytrzymał tak wiele i tak długo. Jeszcze parę godzin, a nawet magia nie mogłaby mu pomóc. Stracilibyśmy go. Jego organizm jest skrajnie wyczerpany, podobnie jak rdzeń jego magii. Najlepiej będzie, jeśli nałożymy na niego czar Głębokiego, Uzdrawiającego Snu na najbliższy czas, przynajmniej parę tygodni. Zaklęcie nie pozbawi go snów, ale uniemożliwi mu śnić koszmary. Długi, głęboki i spokojny sen to teraz dla niego najlepsze lekarstwo. Jeśli Severus się zgodzi, wolałabym nie ruszać chłopca i przenosić go do skrzydła szpitalnego.
- Oczywiście, Poppy. Potter może tu zostać, jak długo będzie to potrzebne. Jutro osobiście przeniosę chłopca do komnaty gościnnej, tuż obok moich prywatnych pokoi. Jeśli jego stan nie będzie się pogarszał w ciągu najbliższych dni, zabiorę go ze sobą do rezydencji Prince. Dyrektorze, mam nadzieję, że to rozwiąże trudną kwestię letniego pobytu chłopca – Severus dodał kwaśno. Następnie pochylił lekko głowę i westchnął. – Mam prośbę, Poppy, mogłabyś zostać z nim jeszcze przez jakiś czas? Zamierzam na parę chwil wrócić na Privet Drive.
- Severusie, bądź ostrożny – poprosiła cicho uzdrowicielka. – Nie chcę uczestniczyć w twoim kolejnym, bezpodstawnym procesie.
- Moja droga – wtrącił dyrektor uspokajająco – Severus na pewno nie zniży się do ich poziomu, prawda? Pozwól, że będę ci towarzyszył, mój drogi chłopcze.
- Oczywiście, dyrektorze. Poppy, chcę jedynie sprawić, by sami poczuli smak strachu i nigdy więcej nie czerpali przyjemności z krzywdy innych. – Snape skłonił się dyrektorowi i spojrzał raz jeszcze na Harry'ego.
Potter zawsze przypominał mu Jamesa, drażnił go i irytował, ale… to potwornie skrzywdzone, chude, zaniedbane, zmaltretowane dziecko wzbudzało w nim uczucia, jakich Severus nie pozwalał sobie odczuwać od bardzo dawna w stosunku do nikogo. Opiekuńczość, współczucie, troska i silny wewnętrzny nakaz ukarania tych, którzy skrzywdzili to dziecko paliły jego umysł i serce żywym ogniem.
Oczywiście, jako nauczyciel, miał obowiązek dbać o dobro wszystkich uczniów Hogwartu i chronić ich, jednak jednocześnie dbał o swój wizerunek bezwzględnego, surowego nauczyciela. Jedynie Ślizgoni mieli szansę na ujrzenie jego łagodniejszej strony.
Harry był przedziwnym wyjątkiem. Snape, mimo ogromnej niechęci do niego, czuł jeszcze silniejszy wewnętrzny nakaz, by go chronić. To uczucie przerażało go bardziej, niż chciał przyznać, nawet przed samym sobą.
Westchnął ciężko. Ten wieczór nie skończy się szybko. Znów musi stanąć raz jeszcze twarzą w twarz z Dursleyami. Świadomość, że nie będzie ich jedynym sędzią, podnosiła go nieco na duchu. Nie ufał sobie na tyle...
Tym razem obaj skorzystali z gościnności Arabelli Figg i jej kominka, zanim pod osłoną nocy przeszli pod Privet Drive numer cztery, wracając do unieruchomionych magicznymi więzami Dursleyów. Państwo domu zostali przeniesieni do jednego pokoju na górze, a tłusty jak wieloryb, młody Dursley ogłuszony i zostawiony w bezpiecznej pozycji na kanapie w salonie na dole. Severus za zgodą Dumbledore'a zdjął zaklęcie uciszające z Vernona. Stając przed nim i Petunią, mistrz eliksirów z trudem powstrzymał przemożną chęć rozerwania ich obojga gołymi rękoma.
Dumbledore spojrzał na mugoli z uwagą, jego twarz nie zdradzała jego gniewu, wręcz przeciwnie, stwarzał bardzo przyjazne wrażenie. Severus zauważył jednak niepokojące spojrzenie lodowato błękitnych oczu. Dursleyowie nie zdawali sobie sprawy, że mają przed sobą jednego z najpotężniejszych czarodziejów na świecie... Czarodzieja, który w gniewie jest zdolny do wszystkiego. On sam nigdy, przenigdy nie chciałby mieć rozjuszonego Albusa Dumbledore'a za przeciwnika.
- Petunio Evans-Dursley, czternaście lat temu poprosiłem panią i pani rodzinę o opiekę nad dzieckiem, któremu zagrażało i nadal zagraża wielkie niebezpieczeństwo – zaczął Dumbledore bardzo spokojnie, przewiercając wzrokiem chudą, nieprzyjemną kobietę. – Tym dzieckiem był pani siostrzeniec. Nie oczekiwałem, że przyjmiecie go jak drugiego syna, ale liczyłem na odrobinę sympatii i serdeczności…
- Wobec tego świra? – zaskrzeczała Petunia i wybuchła paskudnym śmiechem. – Nic nie wartego śmiecia? Też mi coś! Podrzuciliście go nam jak zepsute jajko. Przez lata musieliśmy znosić jego dziwactwa i pilnować, by nasz kochany Dudziaczek był bezpieczny. Mogliśmy posłuchać Marge i utopić go jak szczeniaka.
Severus spojrzał na nią z niesmakiem, a potem zerknął na stojącego obok Albusa. Dyrektor jedynie skinął głową, jakby rozumiał jej punkt widzenia, choć Severus zauważył groźny błysk w jego oku. On sam jedynie zaciął usta, powstrzymując się od wypowiedzenia na głos paru bardzo bolesnych słów.
- Tak, rozumiem – przyznał uprzejmie dyrektor z przepraszającym uśmiechem. – Trudno jest wychować dziecko, a co dopiero obdarzone magią.
- Nie wymawiaj tego słowa w moim domu, stary dziadu! – ryknął Vernon, zupełnie zapominając o tym, że ma przed sobą dwóch potężnych czarodziejów, a on sam jest w pozycji co najmniej zagrażającej jego zdrowiu. – Świr nam zagrażał. Chciałem wytłuc z niego to pieprzone dziwactwo raz na zawsze. Marge miała rację, szczeniak jest nic nie wartym śmieciem. Powinniśmy byli się go pozbyć raz na zawsze zaraz na początku. Utopić, wyrzucić na śmietnik albo udusić. – Grubas urwał i nagle jego twarz rozpromienił paskudny, lubieżny uśmiech. - Ale gówniarz przynajmniej się do czegoś przydał, jest lepszy niż niejedna kurwa…
- Dursley! – warknął Severus lodowato i skierował swoją różdżkę w stronę purpurowego, opasłego potwora w ludzkiej skórze. – Jeśli ci życie miłe, to zamkniesz tę tłustą jadaczkę!
Dumbledore wstał i brodaty, nieszkodliwy staruszek ustąpił miejsca potężnemu, rozgniewanemu czarodziejowi, a w jego zazwyczaj dobrodusznych niebieskich oczach można było zauważyć niebezpieczne iskry.
- Usłyszałem, ujrzałem dość i jako Najwyższy Mag, oświadczam, że żadna kara, jaka spadnie na was nie będzie dość surowa. – Do uszu Severusa doszedł głos iście godny głowy Wizengamotu. Chłodny i potężny. Głos złagodniał, kiedy Albus zwrócił się do mistrza eliksirów. - Severusie, wymierzenie kary tym żałosnym kreaturom zostawiam tobie, moje drogie dziecko. Nie powstrzymuj swojego gniewu, ale pamiętaj, że muszą żyć, kiedy pojawią się aurorzy. Dam ci trzy godziny, mój chłopcze, powinieneś mieć dość czasu. Zabiorę młodego Dursleya ze sobą.
Z tymi słowami Albus znikł niemal bezgłośnie. Severus zamknął na moment oczy, starając się powstrzymać gniew i uspokoić swoją magię, której niekontrolowany wybuch mógł przypadkowo zabić nędznych mugoli.
- Nie dopełniliście swoich obowiązków wobec powierzonego wam osieroconego dziecka. W tej chwili wygasają wasze prawa do opieki nad Harrym Jamesem Potterem, podobnie jak wszelkie wsparcie finansowe, które wam przysługiwało z tego tytułu. – Kiedy się wreszcie odezwał, głęboki, przerażająco spokojny głos Severusa brzmiał oskarżycielsko. Czarodziej chodził po pokoju, nie spuszczając z mugoli wzroku, a jego czarna szata gniewnie łopotała przy każdym jego ruchu. - Słono zapłacicie za wyrządzoną mu krzywdę.
- Żądam adwokata! Mam prawo do obrony! – ryknął Vernon, miotając się i próbując uwolnić. – Nie masz prawa nas sądzić, świrze jeden, nie zrobiliśmy nic złego! A on zasługiwał na to! Na wszystko! Przejadał nasze pieniądze! Gówniarz musiał zapracować na swoje utrzymanie! Nie ma nic za darmo! Zresztą jemu się to podobało, błagał o więcej i jęczał jak ostatnia szmata, tania dziwka! Tylko do jednego się nad…
Rozwścieczony do żywego tymi obraźliwymi kłamstwami i absolutnym brakiem wyrzutów sumienia, Severus bez zastanowienia wymierzył grubasowi potężny cios w szczękę. To skutecznie przerwało tę obrzydliwą przemowę. Mistrz eliksirów nabrał powietrza i starał się uspokoić. W mgnieniu oka wbił końcówkę swojej różdżki w niewielką przestrzeń, gdzie się powinna znajdować szyja Vernona i wycedził przez zaciśnięte zęby, posyłając mu spojrzenie, pod wpływem którego nawet śmierciożercy poczuliby się nieswojo.
- Dursley, wyzbyłeś się prawa do obrony swoimi czynami, które napawają jedynie obrzydzeniem i gniewem. Powtórzę raz jeszcze, bo widać jedynie głupota ustępuje twojej otyłości, mugolu. Jeśli ci życie miłe, nie radzę obrażać pana Pottera, nie w mojej obecności. Nie radzę mnie prowokować, potrafię być niezwykle niebezpiecznym człowiekiem. Dopilnuję, by sprawiedliwości stało się zadość. Potraktowaliście powierzone wam dziecko z niewyobrażalnym okrucieństwem. Teraz dla odmiany sami posmakujecie życia w poniżeniu i strachu. Ponadto, z racji tego, że nie nadajecie się na opiekunów dla żadnego dziecka, wasz syn zostanie poddany magicznemu odmłodzeniu do pierwszego roku życia, a następnie umieszczony w rodzinie czarodziejów, która go wychowa na nowo i nauczy szanować drugiego człowieka.
W twarzach mugoli odbiło się niedowierzanie i całkowite zaskoczenie. Petunia jak na zawołanie zaczęła spazmatycznie szlochać. Severus stanął przed nią, patrząc z satysfakcją w jej załzawione oczy.
- W przeciwieństwie do Harry'ego, kobieto, twój syn najpewniej będzie wieść szczęśliwe życie wśród ludzi, którzy go pokochają. Jestem zimnym, podłym draniem, ale wierz mi, nie mam zwyczaju krzywdzić dzieci, jak ty. Zawsze byłaś małą, wredną jędzą i lubiłaś zadawać ból.
Odczekał kilka sekund, wpatrując się w nią ciemnymi, zimnymi oczami. Po chwili z ust kobiety wyrwał się krzyk strachu. Rozpoznała go i na jej twarzy odbiły się nienawiść, wstręt i obrzydzenie. Severus uśmiechnął się okrutnie i przez moment rozkoszował się jej przerażeniem.
- To zasmucające, Petunio, zawsze byłaś chorobliwie zazdrosna o Lily, o jej zdolności magiczne, o to, że w przeciwieństwie do ciebie umiała zjednywać sobie ludzi. Nie sądziłem, że jesteś zdolna do takich potworności i to wobec syna Lily, twojej jedynej siostry. Ty i twój mąż zostaniecie ukarani bez względu na to, ile łez wylejesz. Możesz być pewna, że nie robią na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Czuję jedynie niewymowną odrazę, że oddychamy tym samym powietrzem. Powinienem was poddać kilku długim sesjom przy użyciu potwornie bolesnej, a przy tym efektownej klątwie Cruciatus. Niestety nie zabiłoby was to, ale do końca waszego nędznego żywota odczuwalibyście skutki. – Severus urwał i skrzywił się.
Obszedł pokój i zawrócił.
Leniwie obracał w dłoni różdżkę, jakby się zastanawiał, co zrobić. Minął jakiś czas, zanim się ponownie odezwał.
- Jednak nie mogę dać się przyłapać na torturowaniu biednych mugoli przy użyciu Zaklęć Niewybaczalnych, zależy mi na mojej karierze zawodowej i naukowej, a co ważniejsze, wolę omijać Azkaban szerokim łukiem. Znam za to bardzo wiele niemagicznych, bezkrwawych metod zadawania ogromnego bólu, który trwa w nieskończoność. – Wąskie wargi mistrza eliksirów ponownie rozciągnęły się w paskudny uśmiech. – Bądźcie pewni, że nikt nie usłyszy waszych krzyków i nikt nie przybędzie wam na ratunek. Gdy z wami skończę, będziecie skamleć, by was dobić. Ale nic z tego, będziecie żyć wystarczająco długo i bardzo nieszczęśliwie, już się o to postaram. Wpuszczę tu wtedy ekipę aurorów, odpowiedników detektywów waszej policji, którzy znajdą wam przyjemną celę i zajmą się wami ze szczególną uwagą.
Jego słowa sprawiły, że nawet Vernon wyglądał na wystraszonego i przestał się szamotać, próbując się uwolnić.
Minęło kilka godzin, zanim Severus znalazł się na powrót w swoich kwaterach. Naprzeciw kominka wisiał wielki zegar, wskazywał kilka minut po drugiej trzydzieści w nocy. Rzucił zaklęcie oczyszczające na swoje dłonie i szatę, cicho podchodząc do drzemiącej w fotelu uzdrowicielki przy prowizorycznym posłaniu Pottera i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
Kobieta w momencie uniosła głowę i Severus zauważył czerwone, opuchnięte oczy. Płakała, nawet teraz w jej oczach błyszczały łzy. Przypomniał sobie, że miała identyczne spojrzenie, gdy dowiedziała się o jednym z wielu wybuchów brutalności jego ojca, który go omal nie zabił w pijackim amoku.
- Wybacz, Poppy, nadużyłem twojej cierpliwości, moja droga, już jestem. Posiedzę przy chłopcu, a ty się połóż. Zbyt długo kazałem ci zostać.
- Rozgniotłeś ich, Severusie? – spytała cicho.
Severus nie mógł nic na to poradzić, ale to pytanie jego dawnej opiekunki przywiodło na jego twarz niezwykle rzadki, ciepły uśmiech. Wiedział, że gdyby mogła, sama rozprawiła się z Dursleyami i to nie gorzej od niego.
Jednak nie spodziewał się usłyszeć od niej takich słów. Poppy Pomfrey była uosobieniem łagodności i empatii, pełna ciepła, spokojnej stanowczości, cech przydatnych w radzeniu sobie z chorymi, cierpiącymi dziećmi. Ale z drugiej strony, jak wielu znakomitych, uzdolnionych uzdrowicieli wywodziła się z okrytego złą sławą Slytherinu, co zwykle umykało uwadze innych. Pochylił się nad nią i z czułością przycisnął usta do jej pachnących włosów, jak to robił wiele lat temu, by uspokoić swoją dawną opiekunkę.
- Na miazgę, Poppy – zapewnił ją i w jej oczach zobaczył ulgę. Niemal się uśmiechnęła. – Wracaj do siebie, to był ciężki wieczór. Dam ci znać, jakby coś się działo niepokojącego.
- Masz dobre serce, moje dziecko. Bardzo mi przykro, ale przynajmniej do przerwy bożonarodzeniowej nie będzie mnie w Hogwarcie i będziesz się musiał sam zająć chłopcem. Dasz radę, Severusie. W razie problemów wezwij Amelię Jenkins, niezależnie od sprawy, to ona będzie moją zastępczynią w skrzydle szpitalnym. Nie martw się o mnie, zajmij się Harrym. – Cichy głos czarownicy leciutko drżał, gdy podchodziła do kominka. Posłała im obu słaby uśmiech i znikła w zielonym płomieniu.
Parę chwil później Severus siedział w wygodnym fotelu tuż obok łóżka Harry'ego, trzymając w dłoni szklaneczkę Ognistej Whisky. Jednym haustem opróżnił jej zawartość i zdematerializował. Jego ciemne oczy wpatrywały się w bladą, nieruchomą, pogrążoną w głębokim, uzdrawiającym śnie sylwetkę.
Koniec rozdziału trzeciego
