Dobrze wie, że lepiej nie patrzeć pod nogi. Łatwiej wtedy łudzić się, że zryta kopytami ziemia bywa tak miękka, każda twardość to tylko kamienie, a pod butem zachrzęścić mogą jedynie suche gałęzie. Jeśli ma się cel, trzeba jednak iść pewnie, obserwując drogę. Należy uważać, gdzie się stąpa i bardzo szybko zapominać. Dopiero potem, w zbyt ciemne noce pamięć ostrożnie sączyć będzie nieskładne, porozdzierane obrazy, podobne do wszystkiego i niczego zarazem.
Można patrzeć wokół, chociaż niewiele widać wśród tumanów dymu. Dźwięki wybuchają gdzieś dalej. Ale gdzie dokładnie? Nie wiadomo. Czuć tylko, jak obok pulsuje ostre, obce przerażenie, gęste i splątane, gdy ścierają się ze sobą ludzie, którzy chcieliby żyć, a muszą zabijać i muszą być zabijani.
Nie ma sensu patrzeć w niebo zasnute smrodliwymi dymami. Czerwieniejąca, wysoka kopuła jest daleka i nieskończenie w tej dalekości nieczuła. Wpatrywanie się w nią nie da absolutnie nic.
Jednak mimo wszystko oczy trzeba mieć szeroko otwarte, a umysł skupiony, jak wtedy, gdy napina się cięciwę łuku. I trzeba być w tym swobodnym, naturalnym. To musi być w samej krwi, wewnątrz, bo tylko wtedy zadziała.
Anglia doskonale wie, jak celować, by trafić. Francję zna przecież tak dobrze, jak to możliwe tylko między serdecznymi wrogami. Jeśli się z kimś walczy - trzeba dobrze wiedzieć, gdzie uderzyć. Dzięki temu Arthur wyczuwa Francisa poprzez dym, poprzez ziemię, poprzez nie-swój strach. Czasem nawet miga mu gdzieś obraz Francuza, widziany cudzymi, pełnymi lęku oczami.
Jest między nimi nić, cienka, ale trwała, nasączona krwią. Ona prowadzi Anglię przez koszmarne pole pod Waterloo. Ona domaga się rozstrzygnięcia. Ona śpiewa wysokim, strasznym głosem, że to już, już, już.
Ta pieśń nicuje ciało kawałek po kawałku, każdy mięsień, każdą żyłkę, każdą kość. Rozdziera, rozcina, wgryza się w umysł. Potem dzwoni wyżej, czyściej, przeraźliwiej. I wtedy zostaje już tylko ona na całym świecie. Nie ma zapomnienia, nie ma dymu, nie ma nieba. Wszystko dźwięczy, bieleje, błyska, zamyka się w krótkim oddechu i jednym, jedynym celu.
Anglia depcze pobojowisko, nie bacząc już na nic niemal. Jakże lotne skrzydła ma nienawiść! Jakże silne…
Nie znajduje Francji - historia kocha się w drobnych psikusach.
- Uciekał, szuja, gdy go złapałem. – Głos Prus dźwięczy satysfakcją. Obute stopy opiera o zydel. Nogawki munduru znaczą ciemne smugi i plamy, jak dotknięcia pędzla. – Spierniczał, aż miło.
- Oczywiście. – Anglia może to sobie z łatwością wyobrazić. Miła wizja sprawia, że jego twarz wykrzywia półuśmiech jak grymas bólu.
- No tak – chichocze Gilbert – faktycznie – to Francis po prostu. Teraz już tylko obijamy mu raz jeszcze mordę i odstawiamy do Wiednia.
- Oczywiście – powtarza Anglia. Pieśń nie huczy już tak bardzo w jego głowie. Teraz szepcze i Arthur musi bardzo uważnie się wsłuchiwać, by zrozumieć słowa.
Kiedy nareszcie je pojmuje - uśmiecha się ponownie - tylko do siebie.
Potem rusza w noc, rozjaśnioną miodowo przez świętujący zwycięstwo obóz.
Jest tutaj. Ręce i nogi ma skrępowane, ciało wygięte wedle słupa podtrzymującego namiot. I nie śpi, nie. Jego oczy są otwarte, lśnią w blasku latarni.
- Z daleka było cię czuć, Angleterre. – Francja unosi głowę, by spojrzeć na Anglika spoza posklejanych kosmków jasnych włosów. – Czuć, że tak bardzo pragniesz mnie zabić.
Latarnia stuka lekko, odstawiona na stolik. Krąg światła nie sięga Francisa w całości. Obejmuje tylko jego pierś, twarz oraz zgięte kolana. Resztę połyka duszna ciemność. Anglia wkracza w nią z ciszą na ustach i okrutną pieśnią w uszach.
- Nie mniej niż ty mnie – odpowiada po chwili. Mrok pozbawia go twarzy, bogatej mimiki, z całą jej komicznością i powagą. Arthur ogranicza się do samego tylko głosu. Stąd blisko już do pieśni. Do jej ciemnych, dojrzewających tonów.
- Ależ oczywiście.
- Oczywiście.
Anglia stąpa miękko, niemal francusko. Na klepisku nie słychać jego kroków. Francja zna to, zbyt dobrze, by pozwolić sobie na ignorancję. Zaczyna, więc grę starą, jak ich znajomość. Grę wiecznego niedokończenia.
Bo przecież między nimi jest zawsze tamta cienka, choć mocna nić. Splatają się w niej nieśmiertelna pieśń i gra. Ta druga ma w sobie więcej subtelności, może więc dotykać strun, które pierwsza niechybnie by zerwała. Nie oznacza to jednak, że jest delikatna. O nie, ona stara się po prostu uderzać tam, gdzie trzeba.
- Ale przyznaj chociaż - zaczyna Francja - gdyby nie Gilbert, to, to… przegrałbyś.
Cisza, duszna, jak sam przedsionek piekła. Kroki, których nie słychać.
- Ach, to mi musi wystarczyć za odpowiedź, jak przypuszczam. Nic nowego, jak zwykle… Bywało tak już przecież… Raz ty, raz ja. - Francis czuje, że zdania rozpadają mu się w palcach, musi jednak w nie brnąć, jak w błoto Waterloo. - Aa… Pamiętasz może jeszcze te inne razy? Wcześniejsze, podobne?
- Jakże miałbym nie pamiętać? – Przesycona złością odpowiedź pada dopiero po chwili.
- Właśnie, właśnie, jakże? – Francis powstrzymuje się przed oblizaniem spieczonych warg. Mimo niewygody, więzów wżynających mu się w poobcieraną skórę, ciała pulsującego własnym i cudzym bólem, nie pozwala sobie na grymas inny niż podobny do uśmiechu skurcz. - A pamiętasz może ile razy mogliśmy się wzajemnie pozabijać?
- Do czego zmierzasz? – Ostro, oj, ostro, jeszcze nie zupełnie tak, jak trzeba, ale już dobrze. Najwidoczniej pieśń cichnie w Anglii. Gotowe do dobycia ostrze powoli zmienia się w cięty język. Dobrze, doskonale. Francja zna przecież ten piekielny zaśpiew, sam czasem go słyszy i ani myśli lekceważyć jego mocy. Wie, że pieśń jest jak chwast, który trudno wyplenić, bo odrasta nawet z najmniejszego kawałka korzenia. Można go jednak rozproszyć, uśpić, rozmyć zwlekaniem, albo zniszczyć szybko celnym ukłuciem.
- Ach, nic wnioskuję tylko i wybacz, lecz mam do tego podstawy, że mnie dzisiaj raczej nie zabijesz, Angleterre… - Francis pozwala sobie zawiesić na chwilę głos. - Mylę się może?
To najbardziej niebezpieczna chwila, gdy Anglia może przemienić się w samą pieśń. W samą nienawiść. Francja czuje to instynktownie, ale jest zmęczony, tak okropnie zmęczony i bardzo chce żyć, a by żyć trzeba ryzykować.
- Powód- kontynuuje Francis, wyobrażając sobie Arthura stojącego blisko, zaraz za linią światła - jest naturalnie taki sam, jak ten, który powstrzymywał zawsze moją rękę – obu nam wystarczy sama możliwość, prawda?
Anglia nie odpowiada, ale Francja jest absolutnie pewien, że ma rację. Dlatego uśmiecha się nieznacznie w przestrzeń, zastanawiając się, czy Arthur jednak nie zdecyduje się uderzyć. W sprawach pieśni nigdy nic nie jest do końca przesądzone.
- Napoleon. – Anglia wypluwa w końcu z siebie to imię, głos ma już zupełnie chłodny. Opuszcza cień, a światło nieznacznie tylko błyska na chowanym do pochwy ostrzu. – Abdykuje. Po raz drugi. Będziesz patrzył, naturalnie.
- Naturalnie.
- Przyjmiesz Burbona. – Te słowa są wręcz wycedzone przez zaciśnięte zęby. Prawie cieszą jednak Francję, bo nie ma w nich ani śladu dzikiej pieśni. Jest złość, jest uraza, ale wszystkie one są już właściwie oswojone.
- Naturalnie.
Anglia waha się chwilę.
- Ty o nic chyba nigdy tak naprawdę do końca nie walczysz? – pyta wreszcie ze wzgardą.
Francis przygląda mu się chwilę. Myśli o tym, jak blisko była i jak bliska nadal stać mu się może tej nocy zimna stal. Jak musi szarpać się, walczyć, by jej uniknąć.
- Faktycznie, chyba mi się nie zdarzyło – przyznaje w końcu.
Arthur parska w odpowiedzi śmiechem bez śladu humoru.
- Typowe.
Po tym słowie, między nimi zostaje już tylko cisza. Pieśń nie powraca. Na razie. Ona nigdy przecież nie odchodzi na zawsze.
Szeleszczą rozsuwane płachty namiotu. A tam, na zewnątrz Anglia wreszcie spogląda w niebo. Jego wysoką, czarną ciszę oprószają milczące, nieczułe gwiazdy.
