4.
W piekle wcale nie jest gorąco.
Piekło jest zimne jak szyba, do której przyciska się czoło, patrząc w nieprzebłaganą ciemność za oknem. Jak ściana odarta z tapety w wybuchu nagłej złości i jak ostrze noża, które nerwowo uderza w blat stołu, krojąc ostatnie zapasy warzyw na cienką, mało pożywną zupę. Jest zimne jak moneta wciskana w niewielką dłoń, o którą później toczy się wielka awantura tylko dlatego, że została wydana na książkę. Jest zimne jak jezioro, którego kolor zapożyczyły oczy jego ojca. Zimne i puste jak oczy obcego, pijanego człowieka.
Severus przez większość życia czerpał pociechę z prostego faktu, że odziedziczył po matce czarne tęczówki.
One były też teraz przyczyną jego bezsenności.
Potter łudząco przypominał swego ojca, jednak jego oczy miały ten wyjątkowy odcień zieleni, który Severus łączył ze wspomnieniami o Lily. I to one, być może przez wspomnienie własnych lęków o podobieństwo, kazały mu szukać w Harrym czegoś więcej niż tylko prostej imitacji Jamesa.
W korytarzu w Malfoy Manor Potter wydawał mu się opętany. Zastanawiał się, czy być może Voldemort nie zdołał już posiąść w całości jego umysłu. Jednak gdy zajrzał mu głębiej w oczy — zobaczył ciemnozieloną rozpacz i strach należące wyłącznie do chłopaka. Ludzki, oczywisty lęk przed swoim losem.
Przeklął gryfońską emocjonalność, zły, że tej zieleni udało się wzruszyć coś, co — Severus był pewien — dawno zniknęło z jego duszy.
Mistrz Eliksirów nie zobaczył odartego ze złudzeń, nazbyt wierzącego w sens świata młodzieńca — bo Potter nie miał takich złudzeń, nie po tym, co przeszedł — ale ciemne przypuszczenie, że być może nie ma na tym świecie nic pewnego, że przyjaciele mogą odejść, zdradzić albo umrzeć, a zdrowy rozsądek czy odwaga nie muszą wcale pomóc w pokonaniu zła. Jeśli w ogóle będzie można je wskazać.
Coś w środku Severusa chciało uchronić go przed przedwczesną dojrzałością, gorzką i niemożliwą do wymazania z pamięci. Ty chcesz to zrobić, głupcze? Jak chcesz go przed tym obronić? Jesteś chyba ostatnią osobą powołaną do tego zadania.
Wiedział, że nie jest dobrym człowiekiem, to nie ulegało wątpliwości. Był nieprzystępny, bezkompromisowy i przyznawał się przed sobą do tej niewielkiej części siebie, którą zapewne ma każdy, gdzie chował gorsze uczucia — okrucieństwo, mściwość, bezwzględność czy pychę.
Ludzie, których życie nigdy nie zwiodło na manowce, nie myślą o tym, że są źli. Żyją zawinięci w ciepłą bawełnę pewności, że w trudnej sytuacji na pewno wykażą się przyzwoitością. Gratulują sobie z tego powodu. Mówią: ja nigdy bym na to nie pozwolił.
Może właśnie dlatego Snape nie znosił domu Godryka Griffindora? W jego mniemaniu był domem dla takich ludzi. Zadufanych w sobie w ciepły, uroczy sposób, który nie pozwala innym ich nie lubić. Z ideami, w które wierzą, choć żadnej z nich nie można zaszczepić na wyjałowionym gruncie rzeczywistości.
A jednak Severus zazdrościł im, zazdrościł poczucia bezpieczeństwa i akceptacji, którą potrafili sobie wzajemnie dawać, wsparcia przyjaciół i zapalczywości, z jaką ich bronili.
Jego rodzinny dom stanowiący dla niego synonim piekła był właśnie teraz wypełniony gryfońską troską, miłością, przyjaźnią i zapalczywością. Zastanawiał się, czy jeśli budynek mógłby czuć lub myśleć, byłby — podobnie jak on — zdziwiony takim natężeniem całkowicie obcych emocji.
Przewrócił się na drugi bok i westchnął ciężko. Zbyt długie rozmyślanie nigdy mu nie służyło. Dużo łatwiej było po prostu pracować aż do momentu, kiedy ciało zaprotestuje i zacznie domagać się snu. Ufać Albusowi, który lepiej niż on wiedział, co trzeba zrobić, by jeszcze raz wymknąć się złu. Severus nie polegał na sobie w tej kwestii.
Jednak Albus zginął z jego ręki — nie z twojej ręki, z własnego wyboru— jakiś cichy głos w jego głowie, chyba ten odpowiedzialny za zdrowie psychiczne, poprawiał go uparcie — i teraz był skazany na siebie i garstkę głupców, którzy wyżej cenili akty odwagi niż przemyślany plan.
Jedynym wyjątkiem, za który Severus był wdzięczny niebiosom, była Minerwa — ale Głowa Gryffindoru objęła stanowisko dyrektora i ilość własnych obowiązków nie pozwalała jej na pełne zaangażowanie w walkę z Czarnym Panem. Dla wszystkich było zagadką, jak Dumbeldore łączył obie te funkcje — może działo się tak właśnie dzięki McGonagall?
Snape nie doczekał świtu, który rozproszyłby ciemne myśli. Niedługo po trzeciej w nocy jego ramię zaczęło boleć, jakby Mroczny Znak chciał wyrwać się z ciała. Gdyby mógł, pozwoliłby mu na to. Zaciskając szczęki, przeklinał nocne nawyki Voldemorta i, starając się jak najmniej używać lewej ręki, ubrał się i cicho zszedł na dół.
W salonie, choć według Severusa była to zbyt łaskawa nazwa dla tego pomieszczenia, na starej, wytartej kanapie spał Potter, z jedną nogą zahaczoną o oparcie, rozrzuconymi rękami i lekko przechyloną głową. Snape utkwił w nim spojrzenie, zastanawiając się, czy nie jest to ostatni widok z normalnego, zdrowego świata — miał dziwne przeczucie, że Voldemort nie wypuści go dziś ze swoich szponów zbyt łatwo. Najciszej jak się dało podszedł do kominka i chwycił pełną garść proszku.
— Profesorze? — A jednak smarkacz nie spał. Snape obrócił się i zerknął raz jeszcze.
— Śpij, Potter.
— Gdzie pan idzie?
— Voldemort wzywa, a jako grzeczny śmierciożerca nie mogę sobie odmówić przyjemności spełniania jego rozkazów. — Mężczyzna nie potrafił powstrzymać złośliwości, nawet się nie starał. Chłopak spuścił głowę.
— Ok, należało mi się.
Severus westchnął.
Chłopak spojrzał na niego tak, jakby go o coś prosił. Ale o co? Wyciągnął rękę, lecz za chwilę ją cofnął, zawstydzony idiotycznym gestem. Harry patrzył na niego i Severus mimo mroku miał wrażenie, że chłopak widzi go lepiej niż ktokolwiek inny. Zażenowanie stało się świadomie bolesne i Snape poczuł nagłą złość.
— Śpij, Potter — powtórzył, warcząc. Nie patrzył na ledwie zarysowaną postać. — Powiedz Lupinowi, że mnie wezwał. — Odwrócił się i znikł w zielonych płomieniach.
Harry stał, bez końca wpatrując się w czarną przestrzeń kominka i zastanawiał się, skąd pochodziło nagłe odrętwienie i trzeźwość oraz ten silny ucisk w żołądku. Po chwili położył się z powrotem na kanapie i szczelniej okrył kocem.
Jest taki rodzaj zimna, którego nie rozproszy żadne zaklęcie rozgrzewające ani magiczny ogień. Wiedział, że powinien zasnąć, że jest śpiący, ale oczy ciągle się otwierały i Harry czuwał — czekając na moment, gdy noc w końcu minie, a świt przyniesie światło.
— Harry! — Głos Rona, znów wyższy przez panikę, skutecznie go zbudził. Zbyt gwałtownie próbował wstać z kanapy i oczywiście wylądował na ziemi, zaplątany w koc i nogawki własnych spodni. Mimo to po kilku sekundach był w ukrytym pokoju, przy łóżku Hermiony, spoconymi ze strachu rękami próbując uspokoić jej drżące ciało.
— Co się z nią dzieje? — Harry nie wiedział, dlaczego Ron oczekuje od niego odpowiedzi. Dziewczyną wstrząsała febra, biały nalot z zaschniętej śliny pokrywał połowę bladego policzka. Prześcieradło przesiąkało już krwią i Harry postarał się delikatnie je ściągnąć, odsłaniając jasny brzuch.
Harry Potter wyssie moją duszę.
Czerwony napis nikł na skórze. Ron tylko jęknął i zakrył rękami oczy w dziecięcym przekonaniu, że to, czego nie widzi, nie istnieje. Rana na brzuchu była gorąca, a krew stale się z niej sączyła.
— Snape mówił, że trzeba powtórzyć zabieg i, nasmarować ją tą pastą.
— Może lepiej niech on to zrobi, co? — zapytał niepewnie Ron.
— Voldemort go wezwał w nocy. Nie możemy czekać. To nic trudnego, poradzę sobie. Musisz tylko mi pomóc ją przytrzymać, kiedy będę zakładał opatrunek. — Ron zrobił się zielony.
— Zawołaj Lupina — zdecydował Harry, gdy spojrzał w końcu na twarz przyjaciela.
Ciemnozielona pasta była szorstka, gdy roztarł ją w dłoni. Powąchał jeszcze raz, jakby chcąc węchem przypomnieć sobie to wszystko, co wczoraj mówił nauczyciel. Powoli nałożył ją na pulsujące tkanki. Ciało zdawało się chciwie spijać ją z palców. Ponura wiadomość Voldemorta całkowicie zniknęła.
— Co mam zrobić, Harry? — spytał Lupin stojący w drzwiach.
— Unieś jej bok, zakryję ranę.
Po chwili dziewczyna leżała zawinięta w czystą bawełnę, spokojniejsza, choć mokra od potu. Chłopak przetarł jej twarz wilgotną szmatką.
Przykrył ją szczelnie, jakby za pomocą prześcieradeł chciał zatrzymać w niej życie. Został jeszcze chwilę, mocno trzymając małą, wiotką rękę.
Było coś dobrego w tych małych czynnościach, które musiały zostać wykonane. Harry niczego bardziej nie nienawidził niż bezsilnej bezczynności. Na przykład czekanie — tak, to było coś, co zjadało go od środka, trawiło mu duszę, tak jak żar powoli obraca papier w ciemny pył. Myśli krążyły w jego głowie, nie potrafiąc zagnieździć się w niej na dłużej, a Potter wyraźnie czuł to uparte łaskotanie w żołądku, które mówiło mu, że czeka.
Przygotowywał posiłek dla Remusa i Rona, wspominając czasy, gdy żył z Dursleyami. Śmiał się z ironii całej sytuacji — gdziekolwiek by się nie znalazł, redukował się do roli pomocy kuchennej. Jeden z kubków wypadł mu z rąk i rozbił się z hukiem — dopiero to wyrwało Harry'ego z odrętwienia. To był też moment, kiedy w końcu przyznał się sam przed sobą, że czeka na Snape'a.
W tym samym czasie Mistrz Eliksirów klęczał przed swoim panem, śmiertelnie zmęczony przesłuchaniem. Starzec przesadził z entuzjazmem, gdy przekonywał go, że zabójstwo dyrektora Hogwartu zapewni mu silną pozycję w wewnętrznym kręgu i pełne zaufanie Czarnego Pana. Voldemort jako prawdziwy Ślizgon nie ufał nikomu — a szczególnie tym, o których myślał, że chcieli mu się przypodobać.
— Severusssie. Widzę, że męczy cię moja obecność. Chciałbyś już mnie opuścić?
— Nigdy, panie.
— Jaki wierny sługa. Jaki odporny na Crucio — Voldemort zaśmiał się cicho, szczerząc spiczaste zęby. — Zupełnie inaczej niż nasz drogi Dołohow, nie uważasz? Już przy drugim Obauctorum się zmoczył. Wspominał ci ktoś o tym, Severusie? Bardzo nieprzyjemny widok. I zapach! A moje nozdrza są takie wrażliwe… Wiedziałeś, że węże kierują się głównie zapachem, Mistrzu Eliksirów?
— Tak, mój panie — wyszeptał Snape, błagając w myślach samego Merlina, by zszedł na ziemię i skończył za niego tę farsę.
— Oczywiście, że wiedziałeś. Masz przecież bardzo szeroką wiedzę. Każdy ma tego świadomość, nawet twoi wrogowie. A właściwie zwłaszcza twoi wrogowie.
Severus nie był pewien, co ma odpowiedzieć na tak dziwaczny monolog. Choć posiadał dużo doświadczenia i był naprawdę dobrym szpiegiem, czasem nie potrafił przewidzieć, czego dokładnie oczekuje od niego Voldemort. Przewaga, którą zawsze będą mieli szaleńcy— zdążył pomyśleć, zanim trafiła w niego kolejna klątwa.
Ocaliła go nuda — postanowił, że następnym razem doceni jej siłę. Voldemorta zmęczyły powtarzalne czynności związane z torturami na chwilę przed tym, kiedy Snape pomyślał, że już więcej nie wytrzyma, że ma gdzieś cały czarodziejski świat, Pottera, pamięć Albusa i po prostu chce umrzeć, skoro jest to przywilej każdego — nawet największego łajdaka.
— Potrzebuję eliksiru, Snape. — Głos Voldemorta w jednym momencie stał się twardy, stalowy, niezostawiający przestrzeni do dyskusji. Severus uniósł głowę, mając nadzieję, że jego męka już się skończyła.
— Eliksiru, mój panie? — zapytał, zastanawiając się, czy nie brzmi jak jakiś tępy Gryfon.
— Chcę, żebyś rozpoczął go warzyć natychmiast. Przeprowadź badania, usiądź w księgach, przydaj się, zrób dla mnie to, co robisz najlepiej. Zagrzeb się w słoikach jak robak w ziemi. Jak szczur w stosie kości. Chcę eliksiru, Severusie.
Nauczyciel patrzył na niego spod spuszczonej głowy, próbując zmusić swoje mięśnie, by nie drżały. Czekał, aż usłyszy wyrok.
— Mam genialny plan. I postanowiłem cię w niego wtajemniczyć. Potrzebuję eliksiru Prządki. I ty go dla mnie uwarzysz. Czyż nie jesteś jednym z najlepszych Mistrzów?
Snape poczuł, że zaschło mu w gardle. Eliksir Prządki. Świetnie, Dumbledore. Masz jeszcze jakieś pomysły, prócz tego, że mam cię zabić? Bo teraz cię nie ma, a ja, do kurwy nędzy, nie mam zielonego pojęcia, co zrobić dalej.
