Podczas wbijania symboli, ktoś inny spróbował połączyć się z wotami. Jednak nie jest to mój szczęśliwy dzień pomyślała Sam. Zaczęła wzrokiem szukać najbliższej kryjówki. Schowała się za głazem w ostatnim momencie, na szczęście.

Z wrót wyszedł ośmioosobowy patrol Jaffa. Na szczęście Sam znalazła kryjówkę blisko wrót więc słyszała rozmowę wrogów. Pierwszy jaffa który wydawał się ich przywódcą rozkazał dwóm żołnierzom zostać przy wrotach a pozostali poszli w kierunku wioski. Kiedy przechodzili blisko kryjówki Sam. Pani Major przywarła jeszcze bliżej skały, wręcz oparła się policzkiem do skały. Obawiała się, że jeżeli spojrzą w lewo to ją zobaczą, jednak jej kryjówka bardzo dobrze ją chroniła. Ponadto patrol nie spodziewał się żadnych niespodzianek, wydawali się trochę rozluźnieni Carter usłyszała skrawek ich rozmowy

- Ciekawe, ile będziemy musieli zabić mieszkańców. Poprzedni patrol dał im jedną naszą noc namysłu, aby wyjawili nam co ci cholerni Taurii zostawili tutaj. Powiedział przywódca, drugi się uśmiechnął i powiedział

- Mam nadzieje, że dadzą nam się wykazać. Mam ochotę trochę się zabawić. I przy przede wszystkim przysłużyć się naszemu Lordowi Balowi. Powiedział pospiesznie żołnierz gdyż zauważył nie zadowolony wyraz twarzy swojego dowódcy.

- Motloc zważ swoje słowa. powiedział srogo dowódca.

- Tak jest. Przepraszam nie chciałem obrazić naszego Boga. Po tych słowach już więcej się nie odezwali.

Pani Major cały czas jak słyszała rozmowę i widziała patrol bała się poruszyć, Jej obecna kryjówka bardzo dobrze ją ukrywa ale niestety w obecnej sytuacji nie mogła się poruszyć ponieważ każda próba opuszczenia obecnej kryjówki spowoduje, że dwóch żołnierzy bez trudy by ją zauważyli. Pomimo tego, że nie byli zbyt skupieni na swoim zadaniu. Jedynie co pozostało Sam to czekać na rozwój sytuacji.

Ziemia

Jack O'Neil był na skraju wytrzymania nerwowego, dowiedzieli się, że wszystkie kontakty jakie nawiązali do tej pory na nic się nie zdadzą. Kiedy my potrzebujemy pomocy nikt nam nie może pomóc. Pomyślał Jack.

Nawet Tokra, pomimo tego że w jej szeregach jest ojciec Sam, nie może pomóc. Statek który chcieli pożyczyć, będzie dopiero dostępny za tydzień.

Kiedy się tego dowiedzieli Jack wybuchnął - Chryste, my chcemy tylko pożyczyć statek na jeden tydzień. Kiedy oni coś potrzebują musimy prawie wszystko rzucić. Nawet nie dzielą się z nami swoimi informacjami.

Podczas trwania tej triady nikt nie starał się mu przeszkodzić. Wszyscy byli sfrustrowani. Ale nic innego im nie pozostało.

W tym czasie na Planecie

Sam zbyt długo nie musiała czekać. Po pół godzinie wściekły oddział wrócił do wrót, ale zupełnie z innej strony. Pewnie szukali mieszkańców wioski. Pomimo tego, że oddział tym razem przechodził bardzo daleko od jej kryjówki, to Sam usłyszała wkurzonego dowódcę

- Ci cholerni mieszkańcy podpalili swoją wioskę i ukryli się w lasach. Myśleli, że nasz Bóg ich nie odnajdzie. Bardzo się mylą. Damy im nauczkę. Motloc...

- Tak

- Odpal shire.

Motloc i reszta oddziału spojrzeli na dowódce. Nikt nie odważył się odezwać w końcu jeden żołnierz odważył się powiedzieć - Ale Belusie... nie zdążył dokończyć, dowódca go zastrzelił.

Belus spojrzał na resztę swoich żołnierzy, można było widzieć ogień w jego oczach, kiedy przemówił nikt mu się nie sprzeciwił - Motloc odpal shire, ale tylko niewielką ilość, nie chcemy ich wszystkich zabić. Artu ty w tym czasie odtwórz wrota. Wrócimy tu za jakiś czas.

- Tak jest. odpowiedzieli razem żołnierze.

Sam nic nie mogła zrobić z przerażeniem widziałam jak jaffa otwiera jakiś dziwny pojemnik, w tym samym czasie drugi jaffa otwierał wrota kiedy pierwszy skończył, szybko przeszli przez wrota.

Sam nic nie czuła ale wiedziała w duchu, że na pewno nic dobrego w tym pojemniku nie było. Jedyne nad czym się teraz zastanawiała, czy powinna szukać mieszkańców tej planety aby ich ostrzec, w końcu byli sprzymierzeńcami, ale jeżeli tutaj umrze to i tak im nie pomoże a jak dotrze na Ziemie to może zdążą im pomóc, miała przynajmniej taką nadzieje.

W końcu wiedziała co ma zrobić. Wstała, poczuła jak się jej niedobrze zrobiło, pomyślała że to z powodu nerwów. Ruszyła w kierunku wrót

Ziemia

Po kilku godzinach bez owocnego czekania na odpowiedz sprzymierzeńców, Gen. Hammond odprawił SG1 do swoich kwater na odpoczynek. Wiedział, że nie pójdą do domu, nie kiedy Sam gdzieś tam jest.

Walter - Nieautoryzowany aktywacja wrót!

Generał szybko wyszedł ze swojego gabinetu, wiedział, że wszystkie drużyna są w domu. Miał nadzieje, że to ktoś z ich sprzymierzeńców.

Hammond - Zamknij przesłone. Czy masz kod.

Walter - Jeszcze nie. Zaraz mam kod z planety PXR 325.

W tym czasie do pokoju przybiegli panowie z SG1. Słyszeli końcową wypowiedz Waltera - To Sam. Otwórzcie przesłone. powiedział Jack.

Hammond kiwnął głową i ruszył do interkomu - Zespół medyczny do pokoju wrót. Powtarzam zespół medyczny do pokoju wrót. przecisnął ponownie guzik tym razem inny - Oddział obronny w gotowości.

Daniel, Tealc i Jack spojrzeli na Hammonda z niedowierzaniem - Przecież to na pewno Sam, nie mamy innych zespołów na misjach, to musi być Sam. Powiedział Daniel

Hammond spojrzał na swój najlepszy zespół i powiedział - Musimy by c przygotowani na wszysko.

JAck O'Neil kiwnął głową - Wiemy Generale.

W tym czasie przybył zespół medyczny. Jack spojrzała na Janet. Widział, że i ona jest pełna nadziei, że zaraz przez bramę przybędzie jej najlepsza przyjaciółka.

Hammond powtórzył - Otwórzcie przesłone. iI tak się stało. Teraz wszyscy oczekiwali kto przybędzie.

Wszyscy przez parę sekund wstrzymali oddech w końcu przez wrota przeszła osoba. NA początku nie widzieli kto to jest, kiedy podniosła głowę... to była Sam, cała i zdrowa.

Wszyscy odetchnęli z ulgą to była ich Sam. Teraz wszyscy są w domu. Wszyscy zaczęli wiwatować. Nikt nie wrócił uwagi, że Sam i Jack patrzyli tylko na siebie. w końcu Jack się uśmiechnął, ale Sam mu tym samym nie odpowiedziała, zamiast tego upadła na podłogę. Wszyscy zamarli.