Czerwcowe zakończenie nauki powitało wszystkich ciepłą pogodą i lekkim wiosennym wietrzykiem. Uczniowie z brytyjskich szkół wracali z wzorowymi świadectwami do domów, ciesząc się na czekające ich dwa miesiące słodkiego lenistwa. Wstępowali do cukierni na lody, ustalali jak się spotkają i chwalili się ocenami końcowo rocznymi.

Pewien mężczyzna zmierzał piaszczystą drogą do domu, ubrany w cienki czarny płaszcz, na uszach miał słuchawki, a w lewej dłoni trzymał plik dokumentów. Wszedł do domu, dając dwa susy na schodkach i trzaskając przy okazji drzwiami. Mycrofta w domu nie było, matka robiła zupę jarzynową, a ojciec znów coś robił w garażu - wszędzie był pył spod jego butów.

- Jak tam koniec roku? - spytała matka, kiedy Sherlock usiadł z gazetą i kawą przy stole

- Wreszcie koniec z idiotami o mało wydajnych móżdżkach - odparł zdawkowo chłopak, zaciągając się brunatną cieczą.

- Składasz papiery na studia? - drążyła matka

- Po co? To jest bezsensowne. Umiem wiele rzeczy bez nich - odparł chłopak nie odrywając oczu znad artykułu o jakimś ciekawym morderstwie

- Będzie to lepiej wyglądało w twoich papierach.

Chłopak nic nie odpowiedział i dalej przeglądał gazety, kobieta westchnęła dalej przygotowując posiłek. Koło piętnastej w drzwiach pojawił się pan Holmes, połknął jedzenie w expresowym tempie i wrócił do garażu, kręcił coś przy samochodzie, znowu coś zepsuje i będzie. Sherlock wszedł na górę, zabrał z pokoju zapakowany plecak i powrócił do kuchni.

- Jadę na wakacje. Nie będzie mnie kilka dni - oznajmił

- A ty gdzie znowu się wybierasz? - spytała matka znad herbaty

- Na Florydę

- Jakaś sprawa, co? - kobieta od razu wywnioskowała to z postury syna. Oczy mu iskrzyły z radości, cała postura drżała od tłumionej energii.

- Wczoraj przyszła do mnie kobieta, która mieszka w Londynie na Baker Street. Prześladują ją duchy przeszłości - mąż i jego przestępcze czyny. Haracze, morderstwa, hodowla narkotyków, handel żywym towarem, nielegalne przeszczepy, lincze i wiele innych.

- I co, chcesz go uniewinnić? - spytała wstając znad stołu, chcąc włożyć filiżankę do zmywarki.

- Wręcz przeciwnie - skazać - odpowiedział i wypadł z domu. Kobieta stała wciąż na środku kuchni ze zdziwioną miną, kiedy pięć minut później usłyszała dźwięk silnika motocykla najmłodszego syna.


Lot z Londynu, a potem przesiadka w Nowym Yorku zajęły mu równo siedemnaście godzin i czterdzieści dwie minuty. Z Orlando do pani Hudson trafił z łatwością, wśród miejscowych z pewnością wyglądał dziwnie w długim płaszczu i takich samych spodniach. Na skraju ulicy czekała na niego starsza kobieta, ucałowała go serdecznie w oba poliki i zaprosiła do mieszkania.

Po raz kolejny przejrzeli wszystkie dowody na pana Hudson'a, Sherlock został zmuszony do zjedzenia dwóch kawałków szarlotki. Z powodu godziny rozprawy oboje poszli wcześnie spać, jeszcze zanim zasnął dostał SMS.

Powodzenia w sprawie

MH

Uśmiechnął się, bardzo lubił tę dziewczynę - Molly Hooper była jedyna w swoim rodzaju. Wiedział, że rozwiążę tą sprawę, była banalnie prosta i z tego powodu nie odczuwał żadnego strachu. Zaintrygowała go za to ta kobieta, w domu przy Baker Street 221 nie zauważył żadnych istotnych szczegółów, jedynie te mało istotne. Przeleciała pierwszym samolotem z Nowego Yorku, zjadła posiłek w knajpce obok i zadzowniła do niego. Wywiesiła ogłoszenie o możliwości wynajmu górnego piętra, spotkała się z Sherlockiem i zapewne wróciła do rozpakowywania pudeł ze swojego mieszkania w Ameryce.

Teraz w tym starym, zakurzonym pokoju na poddaszu w którym kobieta go ugościła widział o wiele więcej. Do licznych zbrodni czysto mafijnych, należało dodać znęcanie się nad rodziną. Sherlock nie był głupi, zauważył małe zdjęcie na lodówce, przykryte najróżniejszymi kartkami z zapiskami o zakupach. Czarno-białe zdjęcie małego chłopca, był podobny do pani Hudson. Jednak dostrzegł też inne rzeczy - zażywanie marihuany, pomoc w niektórych przykrych rzeczach, wykonana szantażem, siniaki w ukrytych miejscach i blizny na nadgarstkach. Wszystko w jego umyśle zlewało się w dwa słowa, dwa piękne słowa, które uwielbiał: dożywocie i wygrana.

O tak! Sherlock Holmes uwielbiał wygrywać i nie miał z tym problemu, robił to nawet się nie wysilając - nie miał nic do stracenia, a rodzice nie wnikali w jego prywatne sprawy, Mycroft już dawno utknął w świcie władzy, ochroniarzy i papierkowej roboty dla kraju. Nawet gdyby ktoś chciał go zniszczyć, musiał by zmierzyć się z armią brytyjskiej armii.

- Nie wiem jak ci dziękować! - pani Hudson kolejny raz wyrażała swoją wdzięczność Sherlockowi

- Naprawdę nie ma za co - odpowiedział Sherlock czując się niezręcznie, nie umiał wyrażać uczuć tak jak inni ludzie, ani na nie odpowiadać. Widocznie pani Hudson to nie przeszkadzało, miała jednak wobec niego dług wdzięczności.

- Może mogłabym coś dla ciebie zrobić? Cokolwiek, Richard zostawił mi trochę pieniędzy, chcesz trochę?

- Nie naprawdę nic nie potrzebuję. To była przyjemność, obiecuję jednak, że jeśli będę czegoś potrzebował, zgłoszę się na Baker Street - mężczyzna spojrzał na tablicę odlotów - Muszę iść, miło było.

Pani Hudson jeszcze długo stała na lotnisko i zastanawiała się nad tym dziwnym chłopcem w czarnym płaszczu - chłopiec w czarnym płaszczu, który ją uratował.


Lata mijały, a tymczasem po kolejnej kłótni braci Holmes'ów na bliżej nieokreślony temat w rezydencji trzasnęły drzwi, a na korytarzach zapanowała cisza i spokój. Nie było już biegającego Sherlocka z wycinkami gazet, z książkami na studia lub z drepczącym mu po piętach Lestrade'm lub Johnem. Najmłodszy Holmes po kilku nieudanych próbach zamieszkania i męczących właścicielach - a to się denerwowali o skrzypce, albo o wybuchy, albo o policjantów i ich wozy. Przypomniał sobie o pani Hudson, a ta powitała go jak własnego syna. Tolerowała jego eksperymenty, trzaskające drzwi, kiedy przelatywał przez nie on sam albo policjant. Najtrudniej jednak było znosić samotność Sherlocka, najwyraźniej żarty o tym jakoby John i Sherlock byli w związku poszły w zapomnienie.

- Sherlock? Znowu gdzieś się wybierasz? - pani Hudson w gumowych rękawiczkach i z wilgotnym talerzem w ręku wyszła na korytarz.

- Potrzebuję pomocy od pewnych ludzi z miasta, lepszych niż policja. Jak to wygląda, jak bezdomny?

Kobieta zmierzyła go od góry do dołu surowym spojrzeniem, ulizane włosy, przyprószone kurzem, stare wytarte spodnie, podziurawiona kurtka i trampki, które wydawały by się należeć do dziadka Sherlocka.

- Jest... Dobrze - oceniła i wróciła do przerwanej czynności.

Nie pokazywał się na Baker Street przez następne dwa tygodnie. Spał z bezdomnymi, zyskiwał ich zaufanie, zbierał informacje i czekał, aż coś się ruszy w sprawie Osmona. Dwa tygodnie wyjadania ze śmietnika, spania w burdelu i innych okropnych rzeczy. Właśnie udało mu się podkraść jabłko ze stoiska, kiedy na jego drodze stanął mężczyzna - dwadzieścia siedem lat, narkoman, kokaina, morfina. Jedno słowo, które do niego powróciło w oszałamiającym tempie - narkotyki.

- Cześć, Sherlock - głos mężczyzny był cichy i miły, ale jednocześnie nafaszerowany jadem - Kupę lat

- Witaj Jason

Wiedział, że to koniec, znów wpadł tak jak wtedy, tylko teraz nikt nie wyciągnie do niego ręki. Nie pojawi się żadna pani Hudson z piękną sprawą, teraz był tylko Sherlock i narkotyki i nikt więcej.


W następnym rozdziale:

- co porabiali John i Molly

- skutki spotkania dawnych "przyjaciół"