Za betę dziękuję Gayi i Arwenien!

Rozdział 4

Szczur, pies i Francuz

Tom uważał, że potężne zaklęcia obronne przeważnie mają jedną, choć znaczącą wadę. Rzucają je geniusze. Geniusze zaś – co odkrył z pewnym zaskoczeniem – zwykle nie rozumieją, jak głupi są normalni ludzie.

Zazwyczaj nie trzeba więc było przebijać się przez magiczne mury. Wystarczyło zapukać.

– Olivier Mallettre – przedstawił się budce telefonicznej. – Szukam pracy.

Po chwili automat wypluł z siebie odpowiednią plakietkę, a Tom spokojnie przyczepił ją do szaty na wysokości piersi. Żeński głos poinformował go o konieczności rejestracji różdżki, po czym podłoga budki zaczęła wolno opadać, zanurzając się w ciemności.

Właściwie Riddle chciał przedstawić się anagramem swojego nazwiska, ale gdy zaczął nad nim pracować, napotkał pewien drobny problem. Postać, w którą pragnął się wcielić, miała być mugolakiem – dlatego musiał wybrać dla niej nudne, nierzucające się w oczy imię. Najbardziej spodobał mu się Olivier, jednak słowa Tom Marvolo Riddle zawierały tylko jedno i.

Nazwisko było wyrazem jego irytacji.

Budka mknęła w dół, wprost w trzewia Ministerstwa Magii, a Tom powtarzał w myślach gramatykę.

W jego czasach uważano, że dżentelmen powinien posługiwać się swobodnie przynajmniej dwoma językami obcymi: francuskim i łacińskim. Dobrze widziana była również greka, choć kładziono na nią zdecydowanie mniejszy nacisk. Tom poczuł niemałe zaskoczenie, gdy odkrył, że w Hogwarcie zrezygnowano z wykładania tych przedmiotów w 1946 roku. Tylko łacina utrzymała się dłużej, do 48 – prawdopodobnie dyrektor nie miał serca zwolnić profesora McKennita tuż przed emeryturą. Tom natknął się w archiwalnym Proroku na krótkie oświadczenie, które zamieściła Rada Nadzorcza. Wynikało z niego, że okrojenie planu zajęć było odpowiedzią na pojawienie się zaklęć tłumaczących – przewidywano, że w ciągu dekady staną się całkowicie funkcjonalne – ale między wierszami łatwo było wyczytać, że chodziło o ograniczenie kosztów. W 1947 roku szkołę zamknięto na trzy tygodnie, ponieważ Hogwart nie był w stanie wyżywić uczniów – tym razem dyrektor sam podpisał się pod apelem o pomoc. Riddle podejrzewał, że było to równoznaczne ze zrzeczeniem się suwerenności. Nie zdziwił się więc, gdy porównał nazwiska darczyńców sprzed lat i osób zasiadających w obecnym zarządzie szkoły – czarodzieje ze szlachetnych rodów bardzo dbali o to, aby ich dobre uczynki nie zostały zapomniane zbyt szybko.

Powojenny kryzys ekonomiczny sprawił więc, że Harry Potter był ignorantem. Takie drobiazgi naprawdę irytowały Toma – nie lubił otaczać się głupimi ludźmi.

Chłopak zmrużył oczy, gdy budka wreszcie się zatrzymała – oślepiło go światło w holu. Z trudem rozluźnił dłonie zaciśnięte na rękawach szaty i rozkrzyżował ramiona.

Kobiecy głos zażyczył mu przyjemnego dnia, więc powiedział:

– Wzajemnie, madame.

Budka przez chwilę milczała, jakby skonsternowana, zanim dodała nieco opryskliwym tonem:

– Powinieneś się pospieszyć, za dwadzieścia minut większość departamentów skończy pracę.

– Dziękuję – powiedział, wychodząc.

Z jednej strony potrzebował chwili, aby uspokoić swoje ciało, z drugiej – Olivier był człowiekiem miłym i otwartym na nowe znajomości, w przeciwieństwie do Toma, który preferował chłodną uprzejmość i pewnego rodzaju zdystansowanie. Dla Riddle'a nie miało znaczenia, którą postawę przyjmuje – obie wymagały tej samej dyscypliny w ukrywaniu prawdziwych odczuć i reakcji.

Przeszedł parę kroków i przystanął. Rozejrzał się zafascynowany, tym razem niczego nie udając. Nigdy jeszcze nie był w Ministerstwie, a fotografie w Przewodniku po magicznych zabytkach Londynu nie oddawały nawet ułamka splendoru tego miejsca. Czuł zapach magicznie zakonserwowanego drewna, choć od jego ścięcia minęło ponad trzysta lat, mieszający się z niemal nieuchwytnym aromatem spalającego się proszka Fiuu – a gdy zadarł głowę, zobaczył sufit inkrustowany symbolami, które zdawały się tańczyć, co chwila zmieniając kształt i położenie. Z Przewodnika Tom wiedział, że ta sala jest dużo starsza niż reszta pomieszczeń – została odkryta w 1666 roku, tuż po tym, jak pożar wywołany przez Szatańską Pożogę doszczętnie zniszczył siedzibę ówczesnej Rady Magicznej przy Pudding Lane, przy okazji pochłaniając też większą część miasta. Karol II po tym incydencie zakazał stawiania magicznych budowli na angielskiej ziemi, co czarodzieje potraktowali bardzo dosłownie. Rozporządzenie cofnięto po siedemdziesięciu latach, jednak dzięki niemu świat poznał parę sekretów, wcześniej, jakby nie patrzeć, pogrzebanych.

Dotąd nie udało się odszyfrować tekstu na sklepieniu – podejrzewano, że zapisano go nieznaną, magiczną odmianą pisma ogamicznego, ale teoria ta miała tylu samo zwolenników, co przeciwników – i chyba to najbardziej fascynowało Toma. Być może ze względu na nazwisko, jakie nosił, naprawdę lubił zagadki. Żałował tylko, że symbole zostały pozłocone w zeszłym stuleciu – nawet jeśli wyglądało to ładnie, w pewien sposób wydawało się niewłaściwe.

Nagle kolejny czarodziej wypadł z budki i potrącił chłopaka, wyrywając go z zamyślenia.

– Nie stój w przejściu – wymamrotał mężczyzna gniewnie, biegnąc w stronę stanowiska ochrony.

Tom odprowadził go zimnym spojrzeniem, wyobrażając sobie, że rzuca na niego klątwę, która sprawia, że zęby zaczynają wrastać wgłąb czaszki. Następnie raźnym krokiem ruszył w to samo miejsce, omijając fontannę.

Musiał poczekać, aż znudzony ochroniarz skończy sprawdzać gościa, który pospieszał go gniewnymi fuknięciami. Prócz nich w holu prawie nikogo nie było – tylko paru urzędników zdecydowało się wcześniej wymknąć z pracy. Riddle stał cierpliwie, co chwila zerkając na sufit.

Wreszcie gość rzucił swoją różdżkę na mosiężną szalkę i pobiegł w stronę bramek, nie czekając na pokwitowanie.

– Raaany – powiedział Tom przeciągle. – Mógł po prostu przyjść wcześniej – dodał, próbując nadać głosowi odpowiedni akcent.

Ochroniarz skrzywił się.

– Ciągle mu to powtarzam.

– Stały gość?

– Od miesiąca lata wte i wewte jak hipogryf z podpalonym ogonem. Przedsiębiorca zakichany... – Wyglądało na to, że czarodziej ma w zanadrzu jeszcze parę obelg, ale w końcu spojrzał na Toma i umilkł. Na jego twarzy pojawił się zabawny wyraz skonsternowania.

Riddle pozwolił mu oswoić się z intensywnie różowymi, rozczochranymi włosami, zanim zagadnął:

– Słyszałem, że szukacie kogoś do sprzątania. Chciałbym dopytać się o szczegóły, jeśli to możliwe.

Ochroniarz jakby się otrząsnął i wrócił na swoje miejsce za biurkiem.

– Musisz spytać panią Holdy, ona rządzi tym bajzlem – powiedział. – Powinna zaraz przyjść. Zawołam cię, jak ją zobaczę.

– Dziękuję, panie…?

– Bailey.

– Ja jestem Olivier Mallettre – rzucił, wyciągając rękę. Czarodziej uścisnął ją ponad blatem. – Poczekam przy fontannie – dodał z uśmiechem, a Bailey odwzajemnił się tym samym. Choć wygląd Oliviera wyraźnie go zaskoczył, nie wydawał się nim szczególnie zgorszony.

Właściwie Tom wiele ryzykował, decydując się na przefarbowanie włosów – w jego czasach zostałby wyproszony, gdyby choć odważył się w takim stanie zajrzeć do Ministerstwa – ale zdążył się zorientować, że obecnie konwenanse uległy znacznemu rozluźnieniu. Zależało mu zaś na czymś prostym, charakterystycznym, co przyciągałoby wzrok. Odpadały wszelkie iluzje, bo Ministerstwo było przed nimi dobrze zabezpieczone – dlatego zdecydował się na użycie mugolskiej farby zamiast zaklęcia, które mogłoby zostać zdjęte przez czary ochronne. Nie chciał też tworzyć zbyt skomplikowanej charakteryzacji.

Właściwie nie chodziło mu o zmianę wyglądu. Chciał tylko, aby ludzie, którzy jakimś cudem mogliby go rozpoznać po tych pięćdziesięciu latach, pomyśleli: ten chłopak kogoś mi przypomina. I uznali, że to zabawny – bądź nie – przypadek.

Nikt, kto znał Toma Riddle'a nie uwierzyłby, że przefarbuje włosy na różowo i zapała nagłym afektem do miotły i ścierki. Tym bardziej nikt, kto wiedział, że Tom w pewnym momencie stał się Voldemortem. A żeby coś zauważyć, trzeba najpierw uwierzyć, że jest to możliwe.

Jedynym zagrożeniem był Dumbledore.

Chłopak usiadł na ocembrowaniu fontanny i przyjrzał się figurom, aby zabić czas, najpierw niezbyt uważnie – szybko jednak zorientował się, że jest w nich coś niepokojącego.

Ślepe uwielbienie w oczach skrzata przypominało mu, że istoty te są w stanie zrobić wszystko na rozkaz swych panów. We wzroku goblina czaiła się chciwość i Tom miał wrażenie, że to pokraczne stworzenie wycenia stojącego w środku czarodzieja na swój złowrogi, nieludzki sposób. Centaur jako jedyny spoglądał na czarownicę, a na jego twarzy malowało się pożądanie – ślad dawnych czasów, o których milczeli czarodzieje dla dobra sprawy, ale o których nie milczeli mugole. Okrucieństwo, jakim centaury wykazywały się wobec ludzkich branek, przesiąkło do mitologii. Sama czarownica, zbyt piękna, by mogła w jej żyłach płynąć wyłącznie ludzka krew, wydawała się kpić z mężczyzny. Twarz miała pogodną, uśmiech jasny, ale sposób w jaki trzymała różdżkę – zgięcie nadgarstka, chwyt palców – sugerował, że jest w trakcie rzucania Obliviate.

Tabliczka obok fontanny jasno pokazywała, że osoby, które ją zamówiły, naprawdę nie przyjrzały się końcowemu efektowi.

Fontanna Magicznego Braterstwa, przeczytał Tom rozbawiony.

Powoli atrium wypełniało się czarodziejami i czarownicami spieszącymi do domów. Parę osób rzuciło mu zaciekawione spojrzenie, ale większość zbyt była zajęta własnymi myślami. Tom zauważył, że wielu ludzi trzyma w rękach wieczorne wydanie Proroka i zastanowił się, w jaki sposób gazety są dostarczane. Nie zauważył, żeby ktoś wnosił je za bramki, wykluczył również sowy – to znaczyło, że albo przegapił gazeciarza, albo istniało bezpośrednie połączenie z wnętrzem budynku, które omijało zabezpieczenia holu. Brzmiało to idiotycznie i niebezpiecznie, więc jak coś, na co czarodzieje na pewno pozwolili.

Bailey rozwiązywał krzyżówki, co jakiś czas mechanicznie odpowiadając na pożegnania. Tom patrzył w górę, próbując rozszyfrować to, co doprowadziło do rozpaczy parę pokoleń archeologów. Czuł lekką irytację, bo mu się nie udawało.

– Hej, Olivier – usłyszał Riddle w końcu. Bailey machnął na niego ręką, jakby przywoływał psa. Obok niego, wyraźnie zniecierpliwiona, stała wysoka, szczupła kobieta. Tom ukrył grymas niechęci i podszedł do nich.

– Pani Holdy, jak mniemam? – spytał, na wszelki wypadek kłaniając się. – Olivier Mallettre, do usług.

Czarownica zmierzyła go spojrzeniem pełnym dezaprobaty, które ostatecznie skupiło się na jego czuprynie.

– Czy spotkał pana przykry wypadek, panie Mallettre? – spytała chłodno.

– Skądże. Jestem tylko spóźnionym hipisem.

Na czole kobiety pojawiła się niemal idealnie pionowa zmarszczka.

– Więc proszę następnym razem używać rękawiczek – powiedziała, dołączając tym samym do nielicznego grona ludzi, których umysły pozostały dla Toma niezgłębione. Odkaszlnął.

– Przyszedłem, bo słyszałem, że szukacie…

– Kto tak powiedział? – przerwała mu.

– Peter – zaryzykował.

Zmarszczka pogłębiła się.

– Więc się pomylił. Nikogo nie szukamy.

– Madame – zaczął, starając się wyglądać możliwie najżałośniej – czeka mnie śmierć głodowa.

– Chloë, daj mu szansę. Siedzi tu już z godzinę – wstawił się za nim Bailey, nie odrywając wzroku od krzyżówki.

Pani Holdy znów przyjrzała się Tomowi uważnie, zaciskając przy tym usta w wąską linię. Riddle nie potrafił zgadnąć, w jakim była wieku – wyglądała na osobę, która nie aprobuje starości i nie zamierza zmieniać zdania z tak błahego powodu, jak mijające lata. Równocześnie jednak sprawiała wrażenie człowieka, który młodość uznaje za dokuczliwą chorobę.

– Czy jest pan pełnoletni? – spytała wreszcie. – I czy ma pan na to jakikolwiek dowód?

– We francuskim Ministerstwie pewnie jest kopia moich SUMów z datą. Musiałbym chyba do nich napisać… Różdżkę wymieniałem dwa lata temu niestety. – Rozłożył ręce, jakby w geście bezradności.

Wzrok kobiety pozostawał nieugięty.

– Obcokrajowiec? – spytała. – Z której części kraju?

– Z Akwitani, z Arcachon.

– Wychował się pan nad morzem – zauważyła, nieco mu imponując.

– Parę kroków od przystani.

– Nie lubię osób, które wychowały się nad morzem. Mają niewłaściwą perspektywę.

Tom pomyślał, że mógłby po prostu wyjąć różdżkę i rzucić na tę dwójkę Imperio. Byli sami, a wątpił, żeby mężczyzna zdążył zareagować. Nawet jeśli Bailey przeszedł jakiekolwiek sensowne przeszkolenie bojowe, nie potrafił zachować czujności. Jego ruchy były ospałe, a reakcje powolne. Różdżkę położył na blacie i Tom mógłby ją strącić jednym ruchem.

Z drugiej strony sięgnięcie po magię byłoby równoznaczne z przyznaniem się do porażki. Nie chciał wracać do domu z myślą, że pokonała go osoba, której królestwem był schowek na miotły. Po czymś takim nie mógłby podbijać świata z czystym sumieniem.

– Moja perspektywa to trzy sykle w kieszeni, madame – powiedział znużonym głosem.

– A czy zna pan przynajmniej podstawowe zaklęcia gospodarcze?

– Nie, ale jestem geniuszem. Szybko się nauczę.

– Nie lubię geniuszy – powiedziała pani Holdy chłodno. – Mają naprawdę niewłaściwą perspektywę.

Tom pomyślał nagle, że ta kobieta jest niebezpieczna.

xxx

Black leżał skulony na pryczy i próbował zasnąć. Ostatnio było to niemal niemożliwe – jeśli nie przesłuchiwali go czarodzieje, w pobliżu celi krążyli dementorzy, wymuszając na nim przeżywanie od nowa najgorszych wspomnień. Nie wiedział, czy przyciąga ich świeży ból, czy współpracują z ludzkimi strażnikami, i właściwie go to nie obchodziło. Czuł tylko, że niedługo się złamie – oszaleje albo przyzna, że wszystko zmyślił, byleby wreszcie zostawili go w spokoju.

Jedyne, co go powstrzymywało, to myśl, że Harry może być w jeszcze gorszym położeniu.

– Wstawaj, Black – usłyszał obojętny głos Eshera.

Syriusz spróbował się podnieść, ale zakręciło mu się w głowie. Usiadł, zaciskając dłonie na krawędzi pryczy i pochylając się. W uszach dudniła mu krew.

Strażnik przeciągnął różdżką po kratach ze zniecierpliwieniem, więc Black zmusił się do wstania. Chciał podejść do mężczyzny, ale zatoczył się na ścianę. Mimo tego wyciągnął przed siebie ręce, mając nadzieję, że Esher jest w dobrym humorze. Nie był.

– Plecami do krat – rzucił, odpinając kajdany od paska.

Black poczuł, że nagle przygniata go poczucie beznadziejności. Odwrócił się i czekał w milczeniu, aż mężczyzna go skuje.

Gdyby Esherowi towarzyszył Edwards, Syriusz spróbowałby zaprotestować, ale tym razem przyszedł – chyba – Hastings. Black nie był pewien, słabo widział twarz mężczyzny – na ostatnim przesłuchaniu coś zrobili mu z lewym okiem. W każdym razie Hastings by się za nim nie wstawił.

Esher pociągnął łańcuch, upewniając się, że bransolety są dobrze zatrzaśnięte. Dopiero wtedy otworzył celę i złapał więźnia za ramię, wyciągając go na korytarz. Drugi strażnik stanął kilka kroków za nimi z różdżką wycelowaną w plecy Blacka.

W pewien sposób te środki ostrożności śmieszyły Syriusza. Był w takim stanie, że nawet gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie – on uzbrojony, oni skuci – i tak nic nie potrafiłby zrobić. Chyba kiedyś to powiedział, wcześniej, gdy jeszcze chciał się odzywać – miał wrażenie, że minęły wieki od tamtego czasu.

Najbardziej martwiły go wykute w skale schody – strome, nierówne i wiecznie wilgotne, a co najgorsze zbyt wąskie, żeby Esher mógł iść z boku i go podtrzymywać. Gdyby skuli go z przodu, asekurowałby się sznurem, który zastępował poręcz, ale w tej chwili był zupełnie bezradny.

Gdy szli, któryś z więźniów rzucił za nim wiązankę przekleństw, ale Esher uciszył go jednym słowem. Mało osób w Azkabanie było dość szalonych, aby go denerwować. Strażnik zaczął pracować w więzieniu jakieś siedem lat temu i szybko zyskał reputację człowieka dużo bardziej przerażającego niż dementorzy.

Zeszli na niższe piętro i Syriusz odruchowo zrobił krok w stronę kotrytarza, ale Esher popchnął go do przodu.

– Idziemy na parter, Black.

Skinął głową, nie próbując nawet zastanawiać się, skąd ta zmiana. Gdyby myślał o tym, co go czeka, dawno wpadłby w histerię.

Korytarze na dole nie przypominały tych z górnych pięter. Podłogi wyłożono ciemnym drewnem, ściany otynkowano, lampy gazowe dawały mocne, ciepłe światło. Syriusz poczuł, że pieką go oczy – możliwe że z powodu zbyt długiego przebywania w półmroku, ale równie prawdopodobne było to, że gardło ścisnęło mu wzruszenie. Od lat nie widział niczego, co choćby przypominało cywilizację. Wyższe piętra Azkabanu wyglądały jak kompleks jaskiń i tuneli wykutych w górze, a nie jak budowla wzniesiona ludzką ręką.

Hastings – zdążył upewnić się, że to naprawdę on – zapukał do drzwi oznaczonych emblematem różdżki skrzyżowanej z kością. Po chwili zostali zaproszeni do środka.

Koścista czarownica w beżowej szacie siedziała za biurkiem, starannie wypełniając dokumenty. Nawet nie uniosła wzroku, gdy weszli.

– Umyjcie go najpierw – rozkazała, czubkiem pióra wskazując na drugie drzwi.

Black czuł się coraz bardziej skonsternowany. Miał wrażenie, że coś mu umyka. Pomieszczenie do złudzenia przypominało Skrzydło Szpitalne w Hogwarcie, choć było chyba trochę profesjonalniej urządzone.

Esher znów go pociągnął, tym razem do małej, sterylnie czystej łazienki.

– Rozkuję cię, a wtedy się rozbierzesz, złożysz ubranie i staniesz pod prysznicem z rękami na ścianie, tak żebym je widział – powiedział.

– Tak jest, sir – wymamrotał Black, gdy uświadomił sobie, że oczekuje się od niego odpowiedzi.

Próbował zrozumieć, co się dzieje, ale bezsenność i choroba sprawiły, że myślenie przychodziło mu z trudem.

Jeśli spróbują dzisiaj wejść mi do umysłu, to będzie koniec, uświadomił sobie ponuro.

Hastings stanął w otwartych drzwiach i obserwował go czujnie.

Dopiero gdy Black ściągnął więzienną szatę, uświadomił sobie, jak bardzo jest brudna i cuchnąca. Sztywny materiał nie chciał się składać, więc dłuższą chwilę się z nim męczył, zanim wreszcie odłożył na szafkę w miarę równą kostkę. Zaraz dołożył do niej spodnie i bieliznę. Butów nie miał – strażnicy zabrali je parę dni temu, z powodu złego sprawowania.

Esher przyglądał się mu w milczeniu z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Black w końcu położył ręce na wykafelkowanej ścianie, starając się na nie nie patrzeć. I tak wiedział, że jest cały posiniaczony – czuł to przy każdym ruchu.

Po prysznicu strażnik znów skuł go z tyłu i nagiego przeprowadził do gabinetu lekarskiego. Black usiadł na stołku pośrodku pomieszczenia, zbyt znużony, aby czuć skrępowanie. Czarownica odłożyła pergaminy i spojrzała na niego z głęboką odrazą.

– Rzucaliście w niego czymś, o czym powinnam wiedzieć? – spytała, wstając zza biurka.

Black czujnie obserwował dłoń, w której trzymała różdżkę. Mimowolnie napiął mięśnie.

– Nic niestandardowego – stwierdził Esher. – Ale wczoraj stracił przytomność, choć nie powinien.

– Hm. – Czarownica zmrużyła oczy i rzuciła zaklęcie sondujące. Black poczuł znajome uczucie mrowienia. – Rozumiem – dodała sama do siebie.

Podeszła do przeszklonej gabloty i wyłowiła z niej fiolkę z jasnoniebieskim eliksirem.

– To załatwi sprawę – powiedziała.

Syriusz odruchowo zacisnął szczęki. Już dwukrotnie zmusili go do wypicia Veritaserum zmieszanego z wodą, więc – choć był na tyle przytomny, żeby zdawać sobie sprawę, jak absurdalnie się zachowuje – nie potrafił zapanować nad reakcjami swojego ciała. W tej chwili wolał zginąć, niż przełknąć cokolwiek, co przypominało eliksir.

– Hastings, pomóż Margaret – rozkazał Esher, lepiej ujmując różdżkę.

Hastings swoją schował i podszedł do Blacka, jak zwykle bez słowa. Wsunął palce we włosy i brodę więźnia, unieruchamiając jego głowę w stalowym uścisku. To sprawiło, że Syriusz wpadł w panikę. Spróbował się wyrwać, potrącając przy tym stołek, ale jedyne, co uzyskał, to ukłucie bólu w szyi. Niewiele słyszał i widział – szumiało mu w uszach, a wzrok przesłoniły barwne plamy – ale poczuł, że ktoś wpycha mu w usta metalową linijkę, żeby podważyć szczęki. Hastings odchylił jego głowę do tyłu i po języku Blacka spłynął gorzkawy płyn. Przełknął, żeby się nie udusić.

Wtedy go puścili. Upadł na podłogę, bezskutecznie próbując zapanować nad drgawkami.

– Zajmij się też resztą – rzucił Esher, ale nie do niego.

– Najpierw musi się uspokoić.

Syriusz nie wiedział, ile czasu minęło, zanim ponownie posadzili go na stołku. Kobieta zajęła się leczeniem – była dokładna i profesjonalna, choć nie ukrywała, że nie sprawia jej to przyjemności. Black nie był pewien, czy zachowuje się w ten sposób wobec wszystkich więźniów, czy też jego darzy szczególną niechęcią. Nie zdziwiłby się jednak, gdyby prawdziwa była druga opcja. Przywykł do tego, że w Azkabanie równie mocno nienawidzą go i strażnicy, i więźniowie – czasami z różnych, czasami z tych samych powodów.

– Złamałeś dwa tabu, Black – powiedział Moore dawno temu, gdy Syriusz jeszcze wierzył, że idiotyczne nieporozumienie zostanie wyjaśnione w ciągu paru dni. – Zdradziłeś przyjaciół i wydałeś na śmierć dziecko. Jesteś zwyrodnialcem nawet dla czarnoksiężników. Dlatego, Black, nie możemy cię wsadzić do podwójnej celi. Za szybko nam zginiesz.

– Jestem niewinny – wymamrotał Syriusz. Powtarzał to zdanie jak mantrę przez ostatnie jedenaście lat.

Odraza we wzroku czarownicy tylko się pogłębiła.

– Więcej nie mogę zrobić – stwierdziła, wycierając dłonie w chusteczkę, choć prawie go nie dotykała. – Dajcie mu coś lekkiego do zjedzenia. Trochę snu też nie zaszkodzi.

– Ogolisz go? – spytał strażnik.

– Nie jestem cyrulikiem, Esher. Sam to zrób. I nie rozkuwaj go w moim gabinecie.

Dopiero na korytarzu, gdy Black przebierał się w czyste ubranie, zrozumiał, co się dzieje. Bardzo rzadko ktoś odwiedzał więźniów w Azkabanie. Aurorzy i wyżsi urzędnicy z paru wybranych departamentów mieli niemal swobodny dostęp do wszystkich pięter, ale traktowano ich raczej jak pracowników niż gości w pełnym tego słowa znaczeniu. Dla zwykłych ludzi uzyskanie zgody na widzenie graniczyło z cudem. Zresztą, w jego przypadku – z tego, co wiedział – nikt nawet o nią się nie starał. Jeśli więc przygotowywano go do odwiedzin, znaczyło to, że wygrał.

Zaraz po tym, jak zobaczył Glizdogona w gazecie, powiedział Edwardsowi, że wie, kto porwał Harry'ego. Zaznaczył, że wyjawi to wyłącznie Dumbledore'owi, osobiście.

Niedługo później przyszedł do niego Esher i stwierdził, że go wysłucha.

– Jeśli teraz tego nie powiesz, przez resztę życia będziesz tego żałować – zauważył. – Wiesz, w jaki sposób funkcjonuje Azkaban.

Właściwie nie była to groźba, a zwykłe stwierdzenie faktu.

Wtedy Black tylko wzruszył ramionami, bo był pewien, że jest przygotowany na to, co go czeka. Myślał, że podręczą go chwilę, aby upewnić się, że nie próbuje wykorzystać zamieszania dla własnej korzyści, i po prostu wezwą dyrektora.

Tak naprawdę nie wiedział, w jaki sposób funkcjonuje Azkaban.

Prawie wszyscy więźniowie bali się Eshera i Black też w końcu nauczył się go bać.

Ale tak naprawdę nie miał wyboru. Wiedział, że strażnicy nie uwierzą mu, jeśli powie, że Pettigrew przeżył – nie wierzyli w to przez ostatnią dekadę i nie było powodu, żeby zmienili zdanie. Jedynym rozwiązaniem była rozmowa z Dumbledore'em, ale żeby naczelnik się na nią zgodził, Black musiał przekonać Eshera, że naprawdę ma istotną informację. Mógł to zrobić tylko w jeden sposób: milcząc.

Gdy Hastings golił jego brodę i przycinał włosy, Black po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślał, że wszystko jakoś się ułoży.

xxx

Biuro Aurorów było jedynym miejscem w Ministerstwie równie zatłoczonym o trzeciej po południu i o trzeciej nad ranem. Z tego powodu Tom musiał poświęcić parę dni na dopracowanie szczegółów planu i – przede wszystkim – nauczenie się, jak tworzyć szczegółowe iluzje. Podręcznik, z którego korzystał, zakładał, że opanowanie tej umiejętności do perfekcji powinno zająć od sześciu do ośmiu miesięcy, w zależności od intensywności nauki. Tom stwierdził, że tym razem nie potrzebuje perfekcji – wystarczy, że stworzy iluzję, która oszuka bandę przemęczonych, zestresowanych Aurorów – więc poświęcił na to trzy dni.

Resztę czasu spędził na poznawaniu planu budynku, przyzwyczajaniu ludzi do obecności Oliviera i ukradkowym testowaniu zabezpieczeń. Odkrył więc, że wszystkie zaklęcia zdejmujące iluzje skoncentrowane są w bramkach w atrium – co znaczyło, że po ich przejściu, w zasadzie może przestać się nimi przejmować. Dowiedział się, że wydawnictwo Proroka faktycznie uzyskało zgodę na umieszczenie na paru piętrach specjalnych stanowisk, do których nowy nakład był dostarczany bezpośrednio – zaskoczyło go tylko, że mimo jego podejrzeń połączenie zostało dobrze zabezpieczone i działało tylko w jedną stronę. Raz w tygodniu pieniądze odbierał przysyłany przez gazetę pracownik. Oznaczało to, że żeby skorzystać z tej luki, Tom musiałby umieścić w wydawnictwie swojego człowieka – było to niezbyt trudne, choć nieco kłopotliwe. Zwłaszcza że chwilowo jego jedyny człowiek miał dwanaście lat.

Zauważył też, że cokolwiek by nie robił, dopóki w jego pobliżu kręciła się miotła, ludzie nie zwracali na to uwagi. Pani Holdy powiedziała mu, że jego praca zostanie zauważona tylko wtedy, gdy jej nie wykona, i prawdopodobnie miała rację – nie ostrzegła go jednak, że niektórzy będą się z nim witali tylko po to, aby poczuć się lepszymi ludźmi. Przypominali mu tych dziwnych Ślizgonów, którzy używali zwrotów grzecznościowych, gdy zwracali się do skrzatów, choć poza tym traktowali je tak samo jak reszta uczniów.

Dla chłopaka ta sytuacja była trochę niepojęta, trochę zabawna, a trochę drażniąca.

Tom Riddle był wzorowym uczniem, prefektem, osobą, którą nauczyciele stawiali za wzór do naśladowania. Profesor Slughorn wróżył mu świetlaną przyszłość. McKennit sam wypraszał u dyrektora zezwolenia na wspólne wypady do teatru, zachwycony, że choć jeden z uczniów podziela jego pasję. A Binns… Cóż, Binns od czasu do czasu pamiętał jego imię.

Na Oliviera Mallettre niektórzy gwizdali, gdy mieli ochotę na kawę.

Choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą, czuł się trochę, jakby wrócił do sierocińca.

Przecież się nie zmieniłem, pomyślał Tom ponuro, potrącając aurora, który właśnie wychodził z biura. Zaczął przepraszać po francusku, a mężczyzna burknął coś w odpowiedzi.

Jestem najpotężniejszym czarnoksiężnikiem tego stulecia, stwierdził Riddle, gdy zmieniał swój wygląd w łazience.

– A przynajmniej będę – dodał i chwilę kombinował z czarami, aby zmienić głos na taki, jaki przed chwilę usłyszał. Schował różdżkę do kieszeni szaty, sprawdził, czy ma na przedramieniu pusty futerał i ukrył w rękawie sfałszowane pióro. Odczekał jeszcze parę minut, upewniając się, że oryginalny auror nie wróci, i poszedł do biura.

Moody'ego nie było, wyszedł do domu godzinę wcześniej – Riddle śledził jego ruchy bardzo uważnie, bo magiczne oko mężczyzny mogło go bez trudu zdemaskować – ale wciąż przy biurkach siedziało parę uważnych osób.

– Zapomniałeś czegoś, Henry? – spytał Shacklebolt, przyczepiający do wielkiej mapy Anglii kolejne ruchome zdjęcia.

– Różdżki – rzucił oschle. Głos był najtrudniejszy do podrobienia, więc wolał nie wypowiadać się zbyt kwieciście.

Była to jedyna rzecz, której nie dało się łatwo odnaleźć – aurorzy zabezpieczali je przed zaklęciami przywołującymi, odkąd ich przeciwnicy odkryli, że Accio jest dużo krótsze niż Expelliarmus. Poza tym nikogo nie dziwił fakt, że mężczyzna po nią wrócił. Co prawda mało kto gubił różdżkę, ale długotrwały stres i przemęczenie było dobrą wymówką dla wszystkiego.

– Pomogę – rzucił Shacklebolt, ziewając.

Tom pozwolił mu prowadzić, bo nie był pewien, który boks należy do Henry'ego. Po chwili zaczęli szukać pod biurkami, a Tom konsekwentnie, choć nie wprost, zbliżał się do stanowiska, na którym znajdował się namiar Harry'ego – czarne, gawronie pióro wiszące nieruchomo nad pergaminem – i myślodsiewnia.

Chodziło o wyczucie. Przechodząc puścił falsyfikat, zaczarowany tak, aby zawsze wracać do pozycji pionowej – nie przewrócił się więc, wyślizgując z rękawa. Tym samym ruchem Riddle zgarnął autentyczne pióro i płynnie przełożył je do drugiej ręki. Poczuł przyjemny dreszcz, gdy dotknął czegoś tak wypełnionego magią, i z trudem zapanował nad wyrazem twarzy.

Zajrzał pod biurko stojące parę jardów dalej, przy którym nikt nie siedział.

– Znalazłem – rzucił do Shacklebolta, kucając.

– O, to świetnie. – Auror znów ziewnął. – Merlinie, chyba też się zaraz urwę.

– Mhm. – Tom schował pióro do futerału i wstał. – Do jutra.

Zatrzymał się na innym piętrze, żeby zrzucić z siebie iluzję. Choć cała akcja trwała parę minut, był spocony, jakby przebieg maraton. Odświeżył się zaklęciem i wysupłał z kieszeni notatkę służbową, którą ukradł z windy. Przylepił ją nierówno do spodu podeszwy niezbyt trwałym czarem.

Tym razem na ochronie siedział Jeremy, ale nie miało to większego znaczenia – Riddle pilnował, aby ze wszystkimi ochroniarzami utrzymywać przyjazne stosunki. Nie było to zbyt trudne, większość chętnie korzystała z każdej okazji, aby urozmaicić sobie monotonny dzień, i niezbyt przeszkadzał im jego zawód. Chłopak podejrzewał, że to dlatego, ponieważ sami byli traktowani jak dużo gorszy rodzaj aurorów.

– Serwus, Jeremy – rzucił, podchodząc do bramek.

– Już po zmianie? – Mężczyzna oderwał się od magazynu miotlarskiego i zerknął na zegarek. – Długo cię dzisiaj trzymali.

– Błoroj Bagienny rozmnożył się na korytarzu – stwierdził, krzywiąc się przesadnie. – Zgadnij którym.

– Brzmi obrzydliwie. – Zmarszczył brwi, gdy bramka zabrzęczała nieprzyjemnie. Tom obejrzał się za siebie, udając zaskoczenie. – Musiałeś coś zabrać bez pozwolenia – wyjaśnił Jeremy.

Ridlle z zakłopotaniem wyciągnął z kieszeni parę monet i skasowany bilet na metro, po czym wywrócił je na lewą stronę. Ochroniarz wstał, szykując się do przeszukania, ale wtedy Tom podskoczył na jednej nodze i odkleił kartkę. Przesunął nią przez bramkę – na wszelki wypadek trzymając w ręce, na której miał futerał – i znów uzyskał drażniący, wibrujący odgłos. Rozprostował pomiętą kartkę.

– Rany – jęknął. – To z siódmego piętra.

Wzrok Jeremiego złagodniał nieco.

– Pokaż – poprosił.

Riddle podał mu notatkę skwapliwie. Mężczyzna przeleciał ją wzrokiem i machnął ręką.

– To nic ważnego, rano ją komuś wcisnę – stwierdził.

– Czyli mogę lecieć? – upewnił się.

– Możesz. Miłej nocy.

– Jesteś wielki – rzucił, wlokąc się do budki.

Bycie Olivierem miało też pewne zalety. Ludzie nie dziwili się, gdy popełniał głupie błędy i o wiele łatwiej mu je wybaczali. Tom musiałby wrócić na siódme piętro, ponieważ w jego charakterze leżało własnoręczne naprawianie pomyłek – własnych i cudzych.

W pewnych sytuacjach był zupełnie nieprzydatny.