Słodycz i Puchatość

Cz.4

Od kilku dni Severus był mocno zaniepokojony.

Zresztą nie tylko on, Syriusz i Remus z takim samym lękiem obserwowali malca. Cały ich niepokój był związany właśnie z chłopcem. Zaczęło się tydzień wcześniej.

Harry, z płaczem wręcz na granicy histerii, obudził ich w środku nocy. Wyrwał ich ze snu nie tylko krzykiem, ale także falą dzikiej magii, która przetoczyła się przez dom.

Gdy wpadli do pokoju dziecięcego, Harry, zasmarkany i zapłakany, wyciągał do nich rączki. Najdziwniejsze było to, że chciał objąć ich wszystkich na raz. Nie wystarczyło mu, że Lupin tulił go w ramionach, chciał pozostałą dwójkę trzymać za ręce, jakby w każdej chwili mogli zniknąć mu z oczu.

— Już dobrze, mały. To tylko zły sen — pocieszał go Syriusz, głaszcząc po głowie.

Chłopiec dosyć długo nie dawał się uspokoić, jednak zmęczenie i późna pora zrobiły swoje i w końcu znów zasnął.

— Severusie, myślisz, że on coś pamięta z tamtej nocy? — zapytał cicho Remus, zamykając drzwi za sobą.

Mistrz Eliksirów stał oparty o przeciwległą ścianę ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami. Czekał tam aż mężczyzna uśpi do końca dziecko. Nie chciał rozpraszać małego swoją osobą.

— Wszystko możliwe. Może to strach przed utratą kolejnych dorosłych, do których się przywiązał. Chodźmy już spać. Rano powinien zapomnieć.

Harry jednak nie zapomniał. Na dodatek zaczął się dziwnie zachowywać. Kiedy tylko słyszał, że pojawia się Severus, wracający ze szkoły, robił wszystko, by być blisko niego.

Cała trójka podejrzewała, że nadal pamięta przynajmniej część tego, co wydarzyło się w dniu śmierci jego rodziców. Potem Snape zaczął mieć i inne podejrzenie, jednak bardzo – ale to bardzo – chciał, aby się nie sprawdziło. Niestety, z każdym gestem Harry'ego miał coraz większą pewność. Najwyraźniej mały Potter odziedziczył po Lily nie tylko zielone oczy. Jego magiczny spadek objął dar Evansówny. Dar do jasnowidzenia.

Gdy chłopiec po raz kolejny zatrzymał się w pół gestu i patrzył zamglonym wzrokiem w dal, mężczyzna był już stuprocentowo pewien. Harry coś widział i to było związane z nimi. Lily też potrafiła dostrzec tylko to, co było powiązane z bezpieczeństwem rodziny. Czyżby dlatego związała ich tym zaklęciem? Bo wiedziała, że dar będzie i w dziecku? Stworzyła rodzinną więź pomiędzy trzema ojcami chrzestnymi a chrześniakiem.

Severus obserwował chłopca, bawiącego się na dywanie w salonie obok pozostałej dwójki opiekunów. Budowali wieżę z klocków, a Harry namiętnie ją psuł. Po kilkunastu minutach zabawa znudziła mu się i się sięgnął po samochodziki.

— Skoro Harry jest zajęty, to pójdziemy z Remusem przygotować obiad — poinformował go Black, wychodząc.

Snape kiwnął w odpowiedzi głową. Nadal patrzył na Harry'ego ponad testami, które sprawdzał. Zmrużył oczy, gdy ten zatrzymał dłoń z samochodem i zapatrzył się w dywan. Zauważył, jak zaczął drżeć, prawie niezauważalnie ściskając zabawkę.

Odłożył pióro i wstał, cicho zbliżając się do pogrążonego w wizji dziecka. Ciężkie westchnięcie i ruch oznaczał, że malec wrócił do siebie. Uniósł głowę, patrząc przerażony na Severusa.

— Źli panowie tu idą. — Wyciągnął w jego stronę ręce, wręcz błagalnie.

Snape podniósł go, usadawiając na jednej ręce, a drugą wyciągnął różdżkę.

Huk od strony drzwi na pewno nie był pukaniem, chyba że przy użyciu tarana. Gorący podmuch od strony korytarza mógł oznaczać tylko jedno. Przełamano bariery ochronne domu.

— Trzymaj się mocno, Harry — szepnął do dziecka.

Harry wtulił się w jego koszulę z panicznym strachem. Kilka zaklęć uderzyło w ścianę na korytarzu. Bardzo zielonych zaklęć.

Hol został zablokowany. Jedynym wyjściem było tajne przejście do piwnicy za jedną z szaf i, w ostateczności, okna. Severus nie wiedział jednak, czy ogród i okolica nie są obstawione. Ruszył szybko w stronę szafy. Uruchomił mechanizm otwierający dzięki ukrytej zapadce w dekoracyjnej ramie najbliższego obrazu.

— A wujcie? — zapytał cicho chłopiec.

— Poradzą sobie. Ty jesteś teraz najważniejszy.

Zamknął drzwi i zaczął szybko schodzić na dół. Teraz wszystko zależało od ilości atakujących. Jeśli nie było ich dużo, Huncwoci mają szansę przeżyć. Gorzej, jeżeli tamci mieli przewagę. Dużą przewagę.

Z piwnicy było jeszcze jedno wyjście, wprost na ogród. Jeśli Syriusz i Remus zastosują się do planu awaryjnego, to powinni się tam za chwilę spotkać. Pole deportacyjne znajdowało się zaraz za płotem.

Ostrożnie wychylił się zza małych drzwiczek, bardziej przypominających właz na węgiel. Ogród wydawał się być pusty.

Severus zdecydował się zaryzykować. Chłopiec był najważniejszy. Przepowiednie Lily i Trelawney nakładały się zbyt wyraźnie na siebie, by można było którąś zignorować. A malec był teraz głównym celem śmierciożerców. Dwa ważne powody pchały ich do działania: zemsta i odrodzenia Lorda, nie ważne w jakiej kolejności.

Czwórkę atakujących zauważył dosłownie w ostatniej chwili. Uniósł tarczę, osłaniając siebie i dziecko przed czerwonymi smugami zaklęć oszałamiających.

Trzask rozbijanego psim ciałem okna i krzyk bólu, gdy czarny ponurak wgryzł się w gardło jednego z atakujących, towarzyszył hukowi wyważanych drzwi ciałem innego. Dla nich widok tego konkretnego psa był pechowy.

Zaraz potem w dziurze po wyjściu do ogrodu pojawił się także Remus. Doskoczyli do Severusa przez utworzoną w ten sposób wyrwę, osłaniając go z dwóch stron.

— Nic wam nie jest? — spytał Syriusz, wracając do ludzkiej postaci.

— Wszystko w porządku — rzucił chłodno Severus, obserwując podchodzących coraz bliżej śmierciożerców.

Kolejni dołączali do towarzyszy, opuszczając dom.

Harry zaczął cicho szlochać, mocząc ubranie Severusa. Ten nie mógł teraz nic zrobić, przytulił tylko mocniej drżące ciałko do piersi.

Sytuacja wydawała się naprawdę beznadziejna.

Dwunastu napastników otaczało ich z trzech stron, z czwartej chroniła ich ściana budynku. Severus nie opuszczał nawet na moment swojej tarczy, choć jednocześnie nie mógł robić nic innego. Ochrona dziecka była jego priorytetem.

— Zrobimy dla ciebie wyłom, a ty z Harrym uciekaj w bezpieczne miejsce. Spotkamy się w drugiej kryjówce — zdecydował szybko Syriusz, przygotowując się do ataku.

Snape spojrzał na niego. Gryfonizm był wrodzoną wadą u tej dwójki, ale sam nie widział teraz innego wyjścia.

— Nie, nie — szeptał malec. — Chodźmy stąd laziem.

— Cii, mały — uśmiechnął się do niego Black. — Nic nam nie będzie. Na trzy, Severusie.

Kiwnął głową i przygotował się.

— Uwaziaj na Remiego — szepnął Harry, podnosząc głowę.

Łzy spływały mu po twarzy, ale same oczy błyszczały intensywnie i zdecydowanie zbyt inteligentnie jak na dwulatka.

Napastnicy zdecydowali się w końcu na atak. Czary odbijały się od trzech tarcz. Przeciwnicy na razie powstrzymywali się przed użyciem [i]Avady[/i]. Trójka domyśliła się, że chcą schwytać dziecko żywe. Nie wróżyło to nic dobrego.

— Teraz, Severusie! — krzyknął cicho Remus, występując do przodu, a zaraz za nim Syriusz.

Mężczyzna chwycił najbliższego śmierciożercę za szatę i rzucił w następnego.

— Raz.

Wyrwa była tylko chwilowa, ale Remus już złapał kolejnego. Siła wilkołaka była w tym wypadku bardzo przydatna.

— Dwa.

Zaklęcia odbijał teraz Syriusz, idąc krok za Lupinem.

— Trzy.

Severus pobiegł na dany znak w utworzoną wolną przestrzeń. Usłyszał jeszcze krzyk Syriusza, gdy przeskakiwał płot i tak samo niespodziewanie poczuł ból w plecach, rozchodzący się po ciele powolną falą. Starał się nie zwracać na ten fakt uwagi. Pobiegł w stronę pola deportacyjnego. Aportował się ostatkiem sił. Gdy znalazł się w drugiej kryjówce, nogi ugięły się pod nim. Ostatnie co usłyszał, to krzyk chłopca.

— Sevi!