Rozdział 4
Harry ocknął się, leżąc na brzuchu w wiadomej sali, w jeszcze bardziej wiadomym łóżku. Plecy szczypały go dosyć intensywnie, ale dało się z tym wytrzymać. Cały tors miał ciasno obandażowany, więc bardzo powoli i ostrożnie spróbował się podnieść. Jednak, kiedy tylko się poruszył, zakręciło mu się w głowie na tyle mocno, że złapał się krawędzi łóżka. Domyślał się, że utrata krwi miała z tym coś wspólnego, ale w końcu zdołał usiąść i przeczekać niedogodności. Na krześle przy jego łóżku siedział Snape ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Harry rozejrzał się z nadzieją, nikogo poza mężczyzną jednak nie zauważając.
— Jest pora obiadowa. Piątek. Tak dla pańskiej informacji, Potter. Straciłeś przytomność po wypadku na eliksirach.
Ten właśnie moment wybrał sobie żołądek Pottera, zawiadamiając o braku paliwa. Severus uniósł jedną brew, nic jednak nie mówiąc, wezwał skrzata. Chwilę później chłopak zajadał powoli dosyć obfity, jak dla niego, posiłek. Gdy już prawie kończył, Snape zabrał głos:
— Musimy porozmawiać, Potter.
Harry przerwał posiłek, podnosząc głowę i patrząc niepewnie na mistrza eliksirów. Sztućce bardzo powoli zostały odłożone na tacę.
— Chciałbym wiedzieć, czy jesteś świadom, że przebywasz w skrzydle szpitalnym średnio raz na dwa tygodnie? — Chłopak prychnął rozdrażniony. Sam zastanawiał się, kiedy ktoś to zauważy. — Rozumiem. Jesteś tego świadom. To naprawdę wielka oznaka, że coś tam jeszcze jest pod tą burzą włosów — zadrwił sarkastycznie mężczyzna. — Czy wiesz, z jakiego powodu te wizyty są tak częste? — zapytał wprost.
Reakcja Gryfona trochę zdziwiła Severusa, przypuszczał jednak od pewnego czasu, że te ciągłe zranienia mają jakiś cel lub powód. Lekko pobladła twarz chłopaka mówiła sporo. Albo znał adwersarza, który zapewniał mu te częste pobyty pod opiekuńczymi skrzydłami Poppy, albo wiedział skąd się one biorą. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim wypadku chłopak znał niebezpieczeństwo.
Snape wstał i skierował się w stronę wyjścia. Jednak zanim odszedł, zatrzymał się nagle i położył dłoń na ramie łóżka, patrząc w oczy nastolatka, choć teraz tylko jedno z nich było tak cudownie zielone jak u Lily.
— Czy panna Granger szuka czegoś ważnego dla pana w bibliotece? Czy ma to jakiś związek z pańskimi wizytami tutaj?
Te dwa pytania jeszcze bardziej wytrąciły Harry'ego z równowagi. Snape nie wypytywał o szczegóły. Chciał tylko wiedzieć, czy szuka rozwiązania problemu. Tak, jakby już coś wiedział.
Potter wzruszył ramionami jakby nie rozumiał, o co mu chodzi. Nawet teraz nie chciał podawać zbyt wielu informacji profesorowi.
— Będę pana obserwował, panie Potter. — Zabrzmiało to prawie jak groźba. — Szczególnie za dwa tygodnie. Wie pan przecież, co wtedy będzie.
Chłopak patrzył na odchodzącego Nietoperza, nie bardzo rozumiejąc. Nagle coś sobie przypomniał. Mecz. Gryffindor kontra Ravenclaw. Za dwa tygodnie. O tak, to będzie niezła zabawa dla jego „fatum". Sporo możliwości do wykorzystania.
— O! Widzę, że się w końcu obudziłeś! — zawołała pani Pomfrey, podchodząc do Gryfona z uśmiechem na twarzy i rozglądając się po sali. — Profesor Snape już wyszedł?
Harry nie potrafił się powstrzymać i wywołał ulubioną iluzję małego nietoperza, który w momencie zetknięcia się z promieniami słońca, zaczął się kurczyć aż zniknął.
— Och, lepiej żeby tego nie widział. — Pielęgniarka zachichotała na ten widok. — Ale zgadzam się z tobą, że na słońce to on jest dosyć poważnie uczulony. Ostatnio jedna z Puchonek chciała mu podarować jakiś mugolski krem. Nazwała to „sztuczną opalenizną". Prawie dwie godziny ją potem uspokajałam, tak ją zrugał i jeszcze dorzucił szlaban z panem Filchem.
Harry uniósł brwi rozbawiony. Przed oczami stanął mu Snape używający samoopalacza. Widok wydawał mu się wręcz niesamowicie ironiczny. Według niego Snape musiał być blady. To do niego pasuje i kropka. Blady, mroczny, nieprzystępny jak starożytny wampir.
— A teraz zajmiemy się tobą, kochaneczku.
Gdyby tylko mógł, to by jęknął z rozpaczy.
Po blisko godzinie oględzin, zmianie opatrunków i nałożeniu kilku maści pozwolono mu odpocząć. Jednym z gorszych punktów programu był brak mikstury przeciwbólowej.
— Niestety w twoim organizmie było jej tyle, że niewiele brakowało, a uzależniłbyś się. Jest to bardzo rzadkie, ale możliwe. Staraj się nie urazić pleców, a powinno być znośnie. Nie wcześniej niż jutro będę mogła podać ci niedużą dawkę.
Czyli będzie boleć. Harry pokiwał głową, że rozumie, i westchnął ciężko. Z każdym dniem jego sytuacja wyglądała gorzej. Dobrze, że przynajmniej potrafił spać na brzuchu.
— Harry! Nareszcie się obudziłeś! — Usłyszał nagle krzyk Hermiony, która wpadła do szpitala w towarzystwie dwójki Weasleyów.
Chłopak zareagował natychmiast, rozpościerając wokół siebie tarczę i nie dopuszczając nikogo do bliższego kontaktu.
— Hej! — oburzył się takim traktowaniem Ron, odbijając od osłony.
Hermiona spojrzała na przyjaciela i wystające spod szpitalnej pidżamy bandaże.
— Harry chyba nie chce, abyśmy go przytulali. Prawda?
Potwierdził, szczęśliwy, że swoim zwyczajem szybko połączyła fakty.
— Nadal boli? — spytała Ginny, podając mu coś do pisania, gdy tylko opuścił barierę.
— Trochę. Nie mogę przez jakiś czas przyjmować przeciwbólowego. Groziło mi uzależnienie. — Hermiona czytała na głos nad jego ramieniem.
— Wcale się nie dziwię. W kociołku Neville'a było z dziesięć dawek, a ty wszystko przyjąłeś na siebie, wprost na otwartą ranę. Przeciwbólowy jest jednym z najszybciej wchłanianych eliksirów.
— Tak, tak, Hermiono. Eliksiry były w środę, daj odpocząć trochę głowie. — Ron chyba nadal nie potrafił przyzwyczaić się do wpadania dziewczyny w tryb wykładowczy o każdej możliwej porze dnia i nocy.
„Co z Neville'em?", Harry zadał pytanie, które dręczyło go od dłuższej chwili.
— Snape pozwolił mu skończyć ten rok, ale tylko pod warunkiem, że nie będzie uczęszczał na eliksiry w następnych latach. I będzie na każdych zajęciach ze mną w parze. Tak dla bezpieczeństwa — poinformowała go Hermiona.
— Chłopie, zostaliśmy sami — załamał się rudzielec. — Nie dostaniemy nikogo do pomocy.
„Nie będzie tak źle."
— Właśnie — zgodziła się z nim Ginny. — Hermiona wyszkoli was w ciągu tygodnia.
— Gin, to wcale nie jest zły pomysł! — Gryfonka, ucieszona, zatarła wymownie ręce. — Trochę nauki i …
— O nie… — Ron rzucił się na łóżko.
Dziewczęta wybuchnęły śmiechem, a Harry poklepał przyjaciela współczująco po ramieniu.
— Harry, Fred i George przesyłają ci mały prezent. — Ginny położyła nieduży, prostokątny pakunek na jego kolanach.
Powoli rozwijał papier, podejrzewając najgorsze. Spod opakowania wyłoniła się srebrno-miedziana tabliczka z napisem: „Łóżko Harry'ego Pottera – nie zajmować, ciągle w użyciu".
Harry zaśmiał się w duchu. Encore zalecał rezerwację, można więc i w ten sposób. Ginny ze śmiechem zamontowała tabliczkę i opuściła ich, tłumacząc się lekcjami.
— My już mamy wolne, więc jak chcesz, to z tobą posiedzimy — zaproponowała Hermiona.
Wolał, żeby zostali. To było o wiele lepsze niż siedzenie samemu i rozmyślanie o tępym bólu. Nadal był w stanie go znieść, ale to ciągle był ból. Jeśli o nim nie myślał, to tym lepiej.
Niestety zbliżająca się cisza nocna wygoniła ich z sali szpitalnej po kilku godzinach nauki i rozmów. Odrabianie zadań nie było zbyt wygodne z ciasnym bandażem opasującym cały tors i chłopak marzył już tylko o położeniu się.
OOOO
Syczący głos cicho rozbrzmiewał gdzieś w oddali. Skierował się w jego stronę wzdłuż mrocznego tunelu. Od razu jednak tego pożałował, rozpoznając salę audiencyjną swego wroga.
— Jeszcze trochę, Nagini. Już wkrótce go dostaniemy — zasyczał, i to naprawdę, a nie tylko w przenośni, Tom głaszcząc ogromny, łuskowaty łeb węża leżącego u jego stóp.
Krąg śmierciożerców stał nieporuszony, czy to przez strach, czy przez szacunek.
— Lucjuszu, czy potwierdziłeś opowieść Severusa? — Wężowata twarz bez nosa obróciła się w stronę jednego ze swych sług.
— Tak, mój Panie. Potter znów jest ranny. Wybuch kociołka na eliksirach dotkliwie poranił mu plecy — odparł usłużnie zapytany, pochylając głowę.
— To świetnie — zaśmiał się zimno Czarny Pan. — Może wcale nie będę musiał przejmować się tym bachorem. Przyjaciele sami go załatwią.
Wewnętrzny Krąg zafalował, ale nikt nic nie powiedział.
— Teraz zajmiemy się ważniejszymi sprawami.
Pierwsze dźwięki pękającego szkła prawie zignorowała, ale kolejne uzmysłowiły jej, kogo ma pod swoją opieką. Poppy wpadła do sali i stanęła przerażona. Wszystkie okna pozbawione były szyb, a kawałki szkła krążyły po komnacie, tnąc wszystko na swej drodze. Szarpiące się w niemym cierpieniu ciało leżało na swoim łóżku, ciągle pogrążone w koszmarze. Nie czekając dłużej, kobieta otoczyła się silną tarczą i szybko podeszła do śpiącego. Chłopak, wygięty w łuk, trzymał się za czoło.
— Obudź się. — Złapała go za ramię, lekko potrząsając.
Prawie natychmiast otworzył oczy, choć to zdrowe chyba nadal widziało jeszcze senne koszmary. Podniósł się do pozycji siedzącej, sycząc. Bandaż w kilku miejscach przesiąknął krwią.
— No pięknie. A już tak ładnie się goiło — zauważyła Pomfrey, ale nie robiła z tego powodu wyrzutów pacjentowi.
Nie jego wina, że coś mu się śniło. Przyniosła nowe bandaże i maści, by zmienić te stare. Parę dodatkowych ran od szkła też trzeba było opatrzyć. Potter tymczasem szybko coś pisał na zwoju.
— Muszę cię opatrzyć. Możesz na chwilę przestać?
Jak grochem o ścianę. Nie widząc sensu kłócenia się z wyraźnie roztrzęsionym chłopakiem, cierpliwie czekała, aż skończy. W międzyczasie ruchem różdżki przywróciła oknom szyby. W jej dłoni znalazł się w końcu pergamin z notką na górze „Dla Dyrektora – bardzo pilne".
— Wyślę mu to siecią fiuu, skoro to pilne. A ty mi się tu nie ruszaj ani na krok. Zaraz wrócę.
Nie raz Albus mówił jej o dziwnym połączeniu tego biednego chłopca i Tego-Którego-Imienia-Się-Nie-Wymawia. Musiał zobaczyć coś ważnego, skoro to takie pilne wieści chce przekazać.
— Gabinet dyrektora. — Rzuciła proszek w kominek.
— Tak, Poppy?
— Albusie, Harry Potter prosił, aby ci to przekazać jak najszybciej. Właśnie go obudziłam z koszmaru.
— Wszystko z nim w porządku? — upewnił się starzec, odbierając pergamin z zielonego ognia.
— Tak, trochę otworzyły się rany na plecach i znów stłukł szyby, ale zaraz się nim zajmę.
— Dziękuję, Poppy. Już cię nie zatrzymuję.
Płomienie straciły swoją magiczną barwę i znów miło pożerały bierwiona brzozy, rozsiewając w całym gabinecie zapach płonącej żywicy.
Albus Dumbledore otworzył zwinięty w rulon pergamin i zaczął czytać. Z każdym zdaniem bladł coraz bardziej.
— Fawkes — zwrócił się do swego feniksa. — Sprowadź tu Severusa.
Ognisty ptak znikł w oknie. Mistrz eliksirów pojawił się w ciągu paru minut, wychodząc z kominka.
— Co się stało, Albusie? — zapytał wprost. — Ostatnio użyłeś Fawkesa, by mnie wezwał czternaście lat temu.
— Remus Lupin nie żyje. — Dumbledore wstał z fotela i podszedł do okna. — Harry wszystko widział. Śmierciożercy torturowali Lupina, a Tom rzucił zaklęcie uśmiercające.
— Skąd jest pewien, że to nie kolejna fałszywa wizja? Przecież już się to zdarzało.
Severus usiadł w fotelu, wpatrując się w ogień. Nigdy nie przepadał za Huncwotami. Oni gnębili go, ale to on nadal żyje.
— Lupin powiedział do Toma coś, co utwierdziło Harry'ego, że to prawda.
— Co?
— Nie napisał. — Albus wskazał zwój na stole. — Dostałem go przed chwilą od Poppy.
— Chłopak będzie załamany. Lupin był ostatnią osobą łączącą go z rodzicami.
— Wiem, Severusie.
Albus usiadł na powrót w swoim fotelu, poprawiając okulary.
— Nie wiem już, co robić. Harry jest w ciągłym niebezpieczeństwie. Te niewyjaśnione do końca wypadki też nie są normalne. Sam zauważyłeś ich dziwną regularność. Teraz jeszcze śmierć Remusa. Boję się, że Harry straci całkiem chęć do życia albo gorzej – ruszy drogą zemsty.
— Bardziej obawiałbym się tego drugiego. Jest Gryfonem.
Dyrektor przez dłuższą chwilę patrzył na swojego nauczyciela bez słowa.
— Mógłbyś do niego zajrzeć? Tak niby przypadkiem.
— Po co? Myślisz, że się nie domyśli? Pamiętaj, Dumbledore, on nie ma już jedenastu lat. Życie sporo go nauczyło.
— Severusie…
— Nie. Po raz pierwszy wyraźnie ci się sprzeciwię. Nie pójdę do Pottera. Chcesz, to idź sam, ale i tak niczego się nie dowiesz. Musi się oswoić z tą sytuacją. Jeszcze nie raz straci w tej wojnie kogoś bliskiego. Czym szybciej to zrozumie, tym lepiej dla nas wszystkich.
— Przecież to jeszcze dziecko.
— Nie, Albusie. To młody mężczyzna dotknięty przez życie. On już nie zachowuje się jak dzieciak. Nie zachowuje się nawet jak inni chłopcy w jego wieku. Zaczyna we wszystkich swych czynach widzieć konsekwencje. Jak sądzisz, dlaczego nagle ustały bijatyki pomiędzy nim a Malfoyem? Bo wie, że to tak naprawdę nie jest ważne. Co było ostatnio? Rzucił czar na Draco i potem go zdjął. Żadnych ofiar. Nawet jeśli podejrzewa go o otrucie, nic w związku z tym nie robi. Wie, że to by tylko pogorszyło sprawę.
Tak długiej przemowy w wykonaniu Severusa Dumbledore nie słyszał od bardzo dawna. Tak dosadnie nie sprzeciwił mu się nawet, gdy ten chciał umieścić chłopaka u niego po wypadku u Dursleyów.
— Potrzebujesz coś jeszcze ode mnie, Albusie?
— Niestety tak. Ciało Remusa mają zamiar porzucić w Dolinie Godryka. Mógłbyś przynieść je tutaj i przygotować? Harry będzie pewnie chciał się z nim pożegnać.
Severus Snape, Smarkerus, miał przygotować ostatniego z Huncwotów do pochówku. Co za absurdalna ironia…
Bez słowa kiwnął głową i opuścił gabinet dyrektora Hogwartu.
Rogacz, Łapa, Lunatyk. Glizdogona, tak prawdę powiedziawszy, nie można nazwać Huncwotem. Raczej brzydką maskotką.
Czekał prawie godzinę, ukryty, zanim kilku śmierciożerców niższego szczebla pojawiło się przy ruinach domu Potterów i wyrzuciło swój balast zapakowany w jakąś szmatę. Zaraz potem zniknęli. Severus aportował się z ciałem pod bramę szkoły i przelewitował go do skrzydła szpitalnego, starając się nie zwracać uwagi na częściowo zasłonięte łóżko Gryfona. Chciał utrzymać się w swym postanowieniu.
— Spokojnie. Śpi. — Pomfrey zauważyła jego zachowanie i uspokoiła go poważnym tonem. — Dałam mu eliksir Bezsennego Snu. Teraz musimy zająć się Remusem.
Podczas jego nieobecności Dumbledore musiał zawiadomić o wszystkim kobietę. Przez ponad dwie godziny usuwali wszystkie widoczne efekty tortur i zaklęć.
— Nie wiem, jak zareaguje rano — zaczęła nagle Poppy, ubierając Remusa w szaty przyniesione przez skrzaty. — Zasypiał w pełni świadomy sytuacji, choć nic mi nie napisał. Jego twarz emanowała poczuciem winy.
Severus rozumiał ją aż za dobrze. Z twarzy Pottera zawsze dało się czytać jak z otwartej księgi. Rzucił ostatnie czary powstrzymujące rozkład i nakrył ciało białym prześcieradłem. Pożegnał się krótko i wrócił do swoich komnat złapać jeszcze kilka godzin snu.
Rankiem pielęgniarka zastała Pottera siedzącego na brzegu łóżka, w pełni ubranego i obserwującego testrale latające za oknem.
— Proszę, wypij. — Pielęgniarka podała mu eliksir uspokajający.
Wypił go bez sprzeciwów. Wraz z pustą buteleczką podał jej kawałek pergaminu.
„Jest tutaj?"
Spodziewała się tego pytania.
— Chcesz go zobaczyć po raz ostatni?
Krótkie potwierdzenie i wstanie z łóżka mówiło samo za siebie.
Zaprowadziła go do małego pokoiku używanego właśnie w tym, niestety smutnym, celu. Nawet w Hogwarcie zdarzały się wypadki śmiertelne, choćby jak w przypadku Marty. Zostawiła Pottera samego, zabraniając mu jednak zamykać drzwi.
Harry podniósł materiał z twarzy Lunatyka. Nie miał on na sobie żadnego śladu strasznych przeżyć z ostatnich chwil życia. Jakby spał. Tylko, że już nigdy się nie obudzi.
Nawet nie wiedział, kiedy nadeszła pora śniadania.
— Chcesz zjeść tutaj, w sali szpitalnej? — zapytała magomedyczka, stanowczo wyprowadzając go z pokoiku. Chłopak spędził tam dużo czasu, a kobieta uważała, że jak na tak młodego człowieka to wiele za dużo.
Zaprzeczył, bez wahania kierując się ku drzwiom wyjściowym. Pani Pomfrey westchnęła ciężko, ale go nie zatrzymała. Wiedziała, że i tak nic by sobie nie zrobił z jej sprzeciwów. To już nie był ten chłopak, którego mogła zatrzymać w skrzydle szpitalnym jednym ostrzejszym spojrzeniem.
— Potem wróć. Nie powinieneś w ogóle stąd wychodzić.
A jednak pozwoliła mu wyjść. Któżby śmiał zatrzymać Harry'ego Pottera? Chłopak nienawidził litości. Rozumiał, że wojna niesie ze sobą ofiary. Ciężko je dźwigać, ale trzeba też żyć dla innych, ciągle żywych. Nie potrzebuje litości. Dobrze wie, kto jest wszystkiemu winien.
Rona ani Hermiony jeszcze nie było. Powoli zaczął jeść śniadanie, które w ogóle mu nie smakowało, czekając na ich przybycie. Chciał sam ich poinformować o śmierci Remusa.
Przyszli kilka minut później. Weseli, roześmiani, niczego nieświadomi. Harry przez chwilę im zazdrościł, ale tylko przez moment. Cierpliwie czekał, aż zjedzą, nie reagując na ich zaczepki. W końcu widząc, że skończyli, sięgnął po pergamin Hermiony, który ostatnio zawsze nosiła ze sobą. Napisał jedno, krótkie zdanie i wstał, zostawiając zwój na stole.
„Lunatyk nie żyje."
Wyszedł z Wielkiej Sali, pozostawiając niewielki chaos po stronie stołu Gryffindoru. Dyrektor pewnie zaraz potwierdzi tę wiadomość, w jakiejś wielce patetycznej przemowie wychwalając człowieka, którego mało kto tak naprawdę znał.
Wrócił do szpitala, siadając na łóżku i znów obserwując szybujące nad Zakazanym Lasem testrale.
— Jest za cichy — stwierdziła Poppy, obserwując z pewnej odległości zapatrzonego w okno swego jedynego pacjenta. — Tłumi to wszystko w sobie.
Dumbledore pojawił się u niej zaraz po feralnym śniadaniu, na którym rozniosła się wieść o śmierci eks-profesora. „Prorok Codzienny" nic jeszcze nie wiedział o wydarzeniach. Szybka akcja Severusa uratowała ich przed nagonką dziennikarzy. Na razie. Ministerstwo jednak, niestety, musi zostać powiadomione, a wraz z nim dowie się i prasa.
— Nie umiem mu pomóc, Poppy, choć bardzo chciałbym — zasmucił się Dumbledore, również przypatrując się Gryfonowi.
Kilka następnych dni minęło w dziwnej ciszy. Harry nie chciał nikogo koło siebie. Przyjaciele zostawili go więc w spokoju, rozumiejąc po części jego cierpienie. Pozostali Gryfoni przechodzili coś w rodzaju żałoby. Wszelkie przejawy wesołości były natychmiast uciszane i tępione w zarodku. Wszyscy uwielbiali profesora Lupina, mniej lub więcej.
A życie toczyło się dalej. Pogrzeb odbył się i nikt nie został na niego zaproszony. Taka była ostatnia wola Lupina. „Prorok" poświęcił nauczycielowi aż jeden numer, w większości potępiający. Remus Lupin był w końcu likantropem.
Neville nawet nie próbował zbliżać się do Harry'ego, czy to ze strachu, czy z poczucia winy. Sam poszkodowany nie miał mu niczego za złe, przecież to był wypadek. Nie miał jednak szansy porozmawiać normalnie z kolegą, wytłumaczyć. Miał tylko cichą nadzieję, że Longbottom nie weźmie sobie całej tej sytuacji zbytnio do serca.
Nadchodzący ogromnymi krokami mecz Gryffindor vs Ravenclaw wyparł wszystko inne, nawet widoczny smutek, z szukającego Gryfonów. Zbyt wielkiego wyboru i tak nie miał. Prawie codzienne treningi tak go wyczerpywały, że nie miał zbyt wiele czasu na nic innego. Nie posiadał nawet jednej wolnej minuty, żeby pomóc Hermionie w poszukiwaniach, za co szczególnie szczerze ją przeprosił.
— Harry, niczym się nie przejmuj — odparła mu wtedy. — Każdy z nas zajmuje się teraz tym, co kocha najbardziej. Ciesz się chwilą.
Coś w tym było. Udobruchawszy wyrzuty sumienia, z podwójną energią przyłożył się do treningów. Skoro dziewczyna daje z siebie wszystko, to dlaczego on nie miałby?
Nadszedł ten dzień. Od samego rana czuł na sobie gorące niczym rozgrzany pogrzebacz spojrzenie Snape'a. Minęły ponad dwa tygodnie i przyjmował spore zakłady, że dziś coś się stanie. Okazja była wręcz sprzyjająca. Wysoko obstawiał zrzucenie z miotły lub trafienie tłuczkiem.
Wyszedł na boisko w ostatnich promieniach późno jesiennego słońca. Reszta drużyny machała do głośno wiwatującej widowni, przynajmniej tej po stronie Lwa. Węże rzucały raczej wyzwiskami, choć na szczęście nie próbowały niczym innym.
Ku swojemu zdziwieniu Harry zobaczył Snape'a w towarzystwie pani Hooch, która chwilę później już zmierzała w ich stronę, pozostawiając profesora poza boiskiem.
Mecze z Ravenclawem nie odznaczały się zwykle niczym szczególnym. Brakowało im złośliwej zawziętości Ślizgonów, w związku z czym i tym razem nie spodziewano się niczego spektakularnego. Potter uśmiechnął się gorzko w duchu. Po raz pierwszy widzowie będą mieć zapewnioną rozrywkę, oby tylko niezbyt krwawą. W końcu byłaby to jego krew.
Dosiedli mioteł po wysłuchaniu standardowej mowy Hooch o graniu fair play, po czym wzbili się w niebo.
Harry zawsze kochał to uczucie. Coś w rodzaju wolności. Tak jakby na krótki moment otrzymał skrzydła. Usłyszał gwizdek i zarejestrował moment wypuszczenia znicza i jego bardziej groźnych towarzyszy. Szukająca Ravenclawu już nie robiła na chłopaku takiego wrażenia jak na początku. Nadal odczuwał ból, widząc brak Diggory'ego na tym miejscu, ale zaczynał rozumieć. To nie on był winien jego śmierci. Czuł smutek, ale już nie winę. Jedyną winą, którą wiedział, że ponosi w stu procentach, była śmierć Syriusza. Mógł wykonać tyle innych ruchów, a nie od razu rzucać się do Ministerstwa Magii.
Kilka metrów od niego mignęła mu złota kula, odwracając uwagę od ponurych myśli. Niezbyt szybko, niby patrolując okolicę, ruszył w jej stronę, obserwowany przez szukającą przeciwników. Nie spuszczała go z oka ani na chwilę. Zauważył tę technikę nie tylko u Ślizgonów. Ostatnio zastanawiał się, czy poprawa wzroku, choć tylko w jednym oku, nie wyostrzyła jeszcze bardziej jego postrzegania. Przykładowo tak jak teraz znicza. Nawet z tej odległości potrafił zobaczyć ruch jego skrzydełek. Nie samych skrzydeł, ale miejsca gdzie powinny być. To jak z płatami wirnika helikoptera w ruchu. Jednocześnie są wszędzie, chociaż naprawdę się kręcą.
Szukająca obróciła się na sekundę, by zerknąć na toczącą się w dole grę. Ten moment wykorzystał natychmiast chłopak. Pognał w stronę błysku złota przy wtórze krzyków widowni. Znicz, jakby wyczuwając jego zamiary, zaczął uciekać. Harry ledwo kątem oka zwrócił uwagę, że szukająca ruszyła za nim ze sporym opóźnieniem. Nie było to zbyt mądre, ale nie widział w niej przeciwnika, którego powinien się obawiać.
Chwycił się mocniej miotły, podążając uparcie za swym celem. Akurat zmierzał ku najwyższej obręczy Ravenclawu, przelatując przez sam jej środek. Potter nie miał już czasu zmienić kierunku. Skulił się jak najwięcej mógł i podążył za zniczem. Przelatując przez obręcz, poczuł silny ból w plecach na wysokości żeber, ale nie spuścił wzroku ze złotej piłki, zagryzając tylko zęby. Nagły skręt znicza w stronę widowni, ruch szukającego w tę samą stronę. Harry słyszał tętniący szum w uszach, ale widział tylko swój cel. Znicz skierował się nagle w stronę jednej z wież wzbijających się ponad tłumem, na których szczyciły się swoimi barwami proporce Domów. Ruszył w górę. Już tylko kilka centymetrów dzieliło chłopaka od złapania kulki. Oderwał dłoń od trzonka miotły, trzymając się już tylko jedną ręką, i wyciągnął drugą przed siebie. Poczuł trzepot skrzydeł uderzających o wnętrze dłoni i zacisnął mocno palce.
Udało się, pomyślał, uśmiechając się szeroko. I wciąż jestem cały.
Potężny podmuch wiatru nagle szarpnął miotłą i jej witki przechyliły się mocno w stronę wieży, przy której wciąż leciał. Zahaczyły o odsłoniętą konstrukcję, wyrzucając jak z procy swego jeźdźca.
No, cudownie, zdążył jeszcze pomyśleć Harry, zanim uderzył plecami w barierkę ochronną głównej widowni i stracił przytomność.
Pierwsze, co poczuł w chwili powrotu do żywych to bezwład, jeśli coś takiego można w ogóle nazwać czuciem. Nie czuł siebie. Ani nóg, ani rąk. Dodatkowo, strasznie źle mu się oddychało. Całe szczęście, że chociaż głową mógł ruszać. Widok Snape'a przy jego łóżku nawet go nie zdziwił.
— Nie szczerz się tak, Potter. — Profesor zauważył jego niezbyt stosowne do sytuacji zadowolenie. — Przyniosłem tylko eliksiry. Gdybyś latał na terenie boiska, nie musiałbym tego robić. Ktoś zdążyłby rzucić zaklęcie lewitujące.
No, tak. To znów moja wina, że znicz lata, gdzie mu się żywnie podoba, prychnął urażony chłopak.
Nagle inna myśl wybiła się ponad to.
Czy Snape miał na myśli siebie?
Z trudem zaczął łapać powietrze, zaskoczony tym faktem.
— Coś cię boli? — zapytał Snape, widząc nagłą bladość i trudności w oddychaniu. — Co?
Zapomniałeś, dupku, że nie mówię, sklął go w myślach Gryfon, gromiąc nauczyciela spojrzeniem.
Chyba mężczyzna przypomniał sobie o tym fakcie, bo szybko dodał:
— Pokaż.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Nawet to trudniej było niemożliwe. Pomimo usilnych starań, ręce nie chciały drgnąć. Pot spłynął po twarzy Harry'ego, tak intensywnie próbował, pomiędzy łapaniem haustów powietrza, unieść dłoń.
— Uspokój się! — powiedział chłodno Snape, kładąc mu rękę na piersi, chcąc zmusić do bezruchu.
Natychmiast ją zabrał, gdy nastolatek napiął się w wyraźnym cierpieniu.
— Obudził się?
Pomfrey podeszła do łóżka z drugiej strony, z tacą w rękach.
— Ma kłopoty z oddychaniem i chyba nie może poruszać rękami — rzekł mężczyzna, w ogóle nieprzejęty faktem, że dopiero sam spowodował u chłopaka spazm bólu.
— Wcale się nie dziwię. Dostał kaflem w żebra od własnego zawodnika, a zaraz potem poprawił upadkiem o poręcz. Cud, że nie połamał kręgosłupa. Proszę się uspokoić, panie Potter — zwróciła się do ledwo oddychającego pacjenta. — Jedno z żeber przebiło prawe płuco i dlatego masz problemy z oddychaniem. Eliksir regenerujący już się nim zajmuje, ale do tego momentu lewe płuco wykonuje podwójną pracę. Kolejne dwa żebra są złamane. Co do braku reakcji w rękach, jest to spowodowane opuchlizną w okolicach kręgosłupa. Dopóki nie zejdzie, zostaniesz, kochanieńki, pod moją opieką.
Harry zdążył się już do tego przyzwyczaić. Nie mogąc nawet zaprotestować, musiał znieść obecność Snape'a przy zmianie opatrunków. Lekko skołowany zauważył, że mężczyzna stara się jak najmniej go urazić.
— Pańskie ciało przypomina kolorem dojrzałą śliwkę — zauważył nauczyciel eliksirów beznamiętnie, trzymając go pod pachami w pozycji siedzącej.
Pomfrey nakładała chłodną maść na ogromnego siniaka sięgającego od barku po pas na plecach i na całą pierś. Działanie maści było natychmiastowe. Po chwili poczuł miłe ciepło, szczęśliwy, że chociaż czucie wróciło.
— Zaraz zawołam Granger i Weasleya. Przed chwilą widziałem jak pańska przyjaciółka transmutowała oparcie ławki w kajdany dla tej niecierpliwej latorośli Artura. — Sarkazm Postrachu Hogwarckich Korytarzy bił po uszach. — Dopilnuj, Pomfrey, żeby go nakarmili, nie chcemy żeby nasze Bożyszcze Tłumów padło z głodu po tak spektakularnym zwycięstwie. — Po tych słowach Snape ponownie zwrócił się do obolałego Pottera — Gdybyś nie zauważył, a jestem świadom poziomu twojej spostrzegawczości, to znicz nadal tkwi w twojej dłoni.
Profesor miał całkowitą rację, skrzydełka znicza drgały pomiędzy palcami jego wciąż bezwładnej dłoni.
Pomfrey podczas tej przemowy tylko pokiwała głową, ubierając Harry'ego w szpitalną pidżamę.
— Teraz pozostaje ci tylko odpoczywać. — Przykryła go kocem i poklepała lekko po ramieniu.
— To w tym roku opanował do perfekcji — zaszydził wrednie Snape, odwracając się i wychodząc.
Zaraz potem pojawiła się Hermiona z zakutym nadal Ronem. Brunet na ten widok uniósł brwi i spojrzał pytająco na dziewczynę.
— Och, Harry! Tak się o ciebie martwiłam! Okropnie nas wystraszyłeś. — Wcale nie zwracała uwagi na pytający wzrok rannego, przytulając go ostrożnie.
Syknął, gdy na chwilę brakło mu tchu. Zapomniał unieść bariery, żeby jakoś uprzedzić przyjaciół. Dziewczyna szybko wypuściła go z widocznym poczuciem winy.
— Mogłabyś już mnie wypuścić z tych okowów? — poprosił niezbyt miło Ron, wyciągając przed siebie ręce połączone drewnianymi obręczami.
Dziewczyna zniwelowała czar ze słodkim uśmiechem na ustach.
— Żebyś widział, Harry, jak szalał na korytarzu. Cała drużyna została wygoniona przez McGonagall do dormitorium, a on się uparł, że zostanie. Już myślałam, że poprosi Snape'a o pozwolenie na wejście, gdy nas mijał.
Chłopak zerknął na przyjaciela. Nie przypuszczał, że rudzielec jest w stanie zaczepić mistrza eliksirów, by spytać, czy może się z nim zobaczyć. Uśmiechnął się do niego.
Pani Pomfrey wybrała właśnie ten moment, by przynieść mu posiłek.
— Panno Granger, proszę nakarmić kolegę. Na razie nie jest w stanie ruszać rękami.
Hermiona wyraźnie zbladła, odwracając się do Harry'ego.
— Aż tak poważnie ranny jest Harry?
— Nie, spokojnie, to tylko opuchlizna w okolicach kręgosłupa. Wkrótce powinno przejść, ale do tego czasu wasz przyjaciel będzie potrzebował pomocy przy różnych czynnościach.
Harry już zaczął zastanawiać się, kto będzie mu pomagał przy korzystaniu z łazienki.
— Stary, niczym się nie przejmuj. Jakby co, to ja tu jestem, gdybyś musiał, no wiesz… — Ron wskazał na drzwi łazienki, jakby odgadując jego myśli.
Chłopak odetchnął z ulgą, lekko marszcząc brwi i czując niewielki ból w klatce piersiowej.
— Starajcie się też zbytnio go nie rozśmieszać. Chwilowo tylko jedno płuco pracuje prawidłowo.
Pielęgniarka zostawiła ich samych, wracając do swojego biurka, przy którym czekał na nią jakiś uczeń, sądząc po szatach, Puchon.
— To przekleństwo za każdym razem jest silniejsze, Harry — szepnęła wciąż blada Hermiona, pomimo zaklęcia wyciszającego rzuconego zaraz po odejściu Pomfrey. — Musimy jak najszybciej znaleźć rozwiązanie.
Ron karmił przyjaciela niewielkimi porcjami, pamiętając, że chłopak nadal nie jada zbyt wiele. Dziewczyna tymczasem zaczęła wyciągać z torby książki i notatki. Harry, widząc to, westchnął i wzniósł oko ku górze. Zawsze zastanawiał się, jak to możliwe, że jego przyjaciółka każde zmartwienie odsuwa od siebie, zagłębiając się w książkach.
— Zdobyłam kilka ciekawych informacji o liczbach. Sama trochę się zdziwiłam, ale może to tylko moje wyobrażenia. Chciałabym usłyszeć twoje zdanie na ten temat.
Uniósł brwi, nic nie rozumiejąc, ale wiedział, że przyjaciółka zaraz wejdzie w swój trans i wszystkiego się dowie. Wystarczyło to przetrzymać i wszystko stanie się w miarę jasne. Wskazał głową notatki, by zaczęła czytać. Szybko i niecierpliwie przekartkowała książkę do zaznaczonej wcześniej strony.
— To zaintrygowało mnie w pierwszej kolejności. Wręcz jasno opisuje mi pewną bardzo dobrze znaną nam osobę. Pomysł na sprawdzenie liczb wpadł mi do głowy, gdy Parvati odrabiała swoje zadanie na wróżbiarstwo. Połączyłam więc numerologię i, niestety, wróżbiarstwo. — Westchnęła ciężko na wspomnienie swoich feralnych zajęć z Trelawney. — A oto, co znalazłam. Ósemki to osoby energiczne, bojowe, ambitne, zrównoważone i pewne siebie. Posiadają niezwykle silną osobowość. Osiągają w życiu bardzo wiele, zaczynając od niczego. Ósemka związana jest z władzą, siłą, sławą i sukcesami w każdej dziedzinie. Sukcesy zawdzięczają przede wszystkim swojej ciężkiej pracy i chęci ryzykowania. Nie istnieją dla nich przeszkody nie do pokonania, a przeciwnie – są dla nich wyzwaniem. Na życie mają proste recepty i nie uznają kompromisów. Gardzą kłamstwem, hipokryzją i intrygami. Są prostolinijne i odpowiedzialne. Posiadają wybitne zdolności organizatorskie, lubią rozkazywać i kierować. Dla obrony swych ideałów gotowe są zniszczyć przeciwnika. Są bardzo aktywne umysłowo i fizycznie. Na ogół potrafią wiele wytrzymać i znieść, panując nad własnymi emocjami, ale sprowokowane wybuchają, tracąc panowanie nad sobą i nie zważając na konsekwencje. W sytuacjach krytycznych i niebezpiecznych nie tracą zimnej krwi, całkowicie panując nad sytuacją. Negatywne cechy ósemek to: egoizm, złośliwość, nieufność, chciwość i brutalność. Ósemki są bardzo zaborcze i dlatego niewiele osób jest gotowych tak się im podporządkować. Są niezwykle atrakcyjne dla płci przeciwnej, głównie za sprawą swojego dynamizmu, niebanalnej osobowości oraz nieuchwytnego czaru. Dla bojowych i energicznych ósemek najodpowiedniejszym partnerem, towarzyszem, ewentualnie przyjacielem może okazać się bardzo spokojna i czuła dwójka. Mówi to wam coś? — zapytała dziewczyna dziwnie zarumieniona.
Harry patrzył na nią niedowierzająco. Chyba nie chce powiedzieć, że liczba osiem odnosi się do…
— Muszę jeszcze to potwierdzić. Niestety nie znam daty urodzin, więc jest to mocno utrudnione. Sprawdzę w archiwalnych albumach Hogwartu, jak będę szukać czegoś o Encore'ach. Co do dwójki, jestem pewna, że to chodzi o ciebie, Harry. Co prawda z twojej daty urodzenia wychodzi i jedenastka, i dwójka, ale nas interesuje tylko ta druga liczba. Opis też się zgadza. Słuchaj, to naprawdę, słowo w słowo opis ciebie. Dwójka symbolizuje łączenie i uzupełnianie. Najbardziej charakterystyczną dla nich cechą jest chęć współpracy, takt i zrozumienie innych. Mają wrodzoną dobroć i umiejętność wczuwania się sytuację. Są to osoby obdarzone talentami. Najbardziej ze wszystkich liczb taktowne, usłużne, miłe i zgodne. Są bardzo spokojne, powściągliwe, szukają oparcia i aprobaty u innych. Posiadają umysł analityczny, a ponadto umiarkowanie, mądrość i rozwagę, co gwarantuje, że nawet w chwilach krytycznych postąpią właściwie. Nieśmiałe, skromne, prostoduszne, dyskretne i pozbawione pretensji. Dwójki są doskonałymi mediatorami, potrafiącymi łagodzić wszelkie spory i konflikty, podnosić innych na duchu. W ich życiu dominują uczucia, a nie rozum. Marzycielskie, romantyczne, idealistyczne i ogromnie wrażliwe. W towarzystwie osób ordynarnych i kłótliwych czują się zagubione i wytrącone z równowagi. Mogą także stać się łupem dla osób pozbawionych skrupułów. Negatywne cechy dwójki to: nadmierna uległość, podejrzliwość, kapryśność. Najważniejsze dla nich to: dom, rodzina i harmonijne życie. To cały ty — zakończyła swój wykład Granger.
— A ósemka to…? — dopytywał się Ron. — Chyba nie chcesz powiedzieć, że…
— No dobra, moi drodzy — przerwała mu nagle pielęgniarka, podchodząc do łóżka. — Czas dać odpocząć koledze. Wy pewnie jeszcze musicie zdać relację całej drużynie.
Po raz kolejny nie zwróciła uwagi na czar ustawiony wokół nich. Albo pacjenci bardzo często go używali i uznała go za normalność, albo go nie wyczuła, chociaż to mało prawdopodobne.
— Zaraz pójdziemy. Ron tylko jeszcze pomoże Harry'emu skorzystać z łazienki.
Hermiona mrugnęła porozumiewawczo w stronę bruneta, bo jaki chłopak chciałby towarzystwa nadopiekuńczej pielęgniarki w łazience. Przy pomocy obu przyjaciół udało mu się z resztkami godności skorzystać z dobrodziejstw kafelkowego przybytku. Hermiona czekała przy drzwiach, by pomóc chłopakowi dotrzeć z powrotem do łóżka. Harry nadal nie czuł kończyn i naprawdę był mocno skrępowany, musząc polegać na innych w takich sprawach jak higiena osobista. Całe szczęście, że Ron był taktowny i nic nie mówił, widząc blizny na ciele przyjaciela podczas kąpieli. Dotychczas Harry ukrywał je pod ubraniem. Wystarczyło mu, że te na twarzy były widoczne dla wszystkich. Denerwował go brak reakcji własnego ciała, żadnej możliwości obrony.
Po kąpieli został sam. Pomfrey po przesunięciu parawanu tak, by mogła go widzieć, zagłębiła się w lekturze. Jemu pozostało na razie gapienie się w sufit. Nie miał najmniejszej ochoty na sen. Ciągle nie mógł przyzwyczaić się do śmierci Remusa. Rozmyślania o jego, Syriusza, a także Cedrika śmierci należały do jego nieobowiązkowych zajęć wieczornych.
Nadal też nie wiedział jak zdobyć większe doświadczenie w walce i obronie magicznej. Miał, co prawda, pomysł wznowienia spotkań Gwardii, ale nadal byłoby to za mało. Potrzebował kogoś dorosłego. Kogoś z doświadczeniem w walce i zaklęciach, nie tylko tych jasnych. Jak na razie przychodził mu do głowy wyłącznie Snape. Dużym problemem była zgoda tego ostatniego. Potter nie bardzo wiedział, czy gdyby poprosił, to profesor zaaprobowałby jego pomysł, czy go przeklął. Chociaż jedna klątwa więcej chyba już mu różnicy nie zrobi.
Tak zamyślony, zapadł w sen. I tym razem nie pozwolono mu odpocząć. Czy to Voldemort, czy podświadomość, znów przeżywał śmierć obu Huncwotów. Gdy otworzył oczy, poczuł wilgoć na policzku i szybko starł łzy, widząc zbliżającą się kobietę.
— W czymś ci pomóc, kochaneczku? — spytała zatroskana, widząc zaczerwienione oko swojego pacjenta.
Zaprzeczył i odwrócił się do niej plecami. Poczuł jeszcze jak poprawia mu koc, cicho coś szepcząc pocieszająco.
Zdał sobie też sprawę, że odzyskał sprawność w kończynach. Zdecydował się w związku z tym przesiedzieć resztę nocy w oknie, obserwując wstające słońce zamiast zagłębiać się w koszmarach.
W poniedziałek rano pozwolono mu łaskawie wrócić na zajęcia. Sam Potter miał już dosyć troskliwości pani Pomfrey. Marzyła mu się miła, spokojna herbatka z Hagridem po zajęciach z opieki. Hermiona czekała na niego w pokoju wspólnym z szalikiem i rękawiczkami w ręce. Tej nocy spadł pierwszy śnieg i wszyscy mieli ochotę skorzystać z tego daru natury zaraz po zajęciach z gajowym.
Po śniadaniu, będąc obserwowanym przez Malfoya z ironicznym uśmieszkiem na twarzy i Snape'a z sarkastycznym, zastanawiał się, który i co planuje. Szybko jednak o tym zapomniał, zaciągnięty przez dwójkę przyjaciół w stronę chatki nauczyciela opieki nad magicznymi zwierzętami. Chwilowo byli pierwsi.
— Cześć wam. Jak tam zdrówko, Harry? — Półolbrzym pomachał im na powitanie, stojąc przed zagrodą pełną przerośniętych fretek.
— Niech tylko Malfoy to zobaczy! Całe stado fretek! — zawołał Ron, uśmiechając się od ucha do ucha.
— To wozaki*, Ron, nie fretki.
— Jak zwykle masz rację, mała — ucieszył się Hagrid, kiwając głową w stronę Hermiony. — Ale zostaw trochę na zajęcia, dobra? — Mrugnął do niej wesoło.
Reszta klasy już zbliżała się do zagrody, z ciekawością przyglądając się futerkowcom.
— Malfoy! Rodzinka przyjechała cię odwiedzić! — Weasley nie potrafił powstrzymać się przed złośliwym komentarzem.
Harry pokręcił jedynie głową z pobłażaniem. Niektórzy to nie potrafią dorosnąć.
— Ty się lepiej zamknij, Wiewiór, bo twojej jest tu całe zatrzęsienie. Wystarczy wejść do lasu.
Rudzielec już miał zamiar rzucić się na blondyna.
— No, no, chłopcy. Spokój! — Hagrid powstrzymał rękoczyny w zarodku, wchodząc do środka zagrody i łapiąc jedno ze stworzeń. — Kto, oprócz Hermiony, wie, co to jest?
Cwany Weasley od razu zaczął machać ręką. Granger zachichotała na to wyraźne oszustwo.
— To wozak! — Prawie wrzasnął rudy Gryfon, gdy profesor wskazał na niego.
— Dobrze. Pięć punktów dla Gryffindoru.
Ślizgoni coś tam bąknęli pod nosem, ale wzrok Malfoya uciszył ich z miejsca. Nadal było wiadome, kto rządzi w Domu Salazara Slytherina. Potter obrócił się lekko, kątem oka obserwując zachowanie młodego arystokraty. Takie powstrzymywanie uwag na zajęciach z Hagridem było nowością. Dotychczas przecież Ślizgoni nie ominęli żadnej szansy na pogrążanie gajowego.
— Kto dokładniej opisze wozaki? To naprawdę ciekawe stworki.
Hermiona i Draco jednocześnie podnieśli dłonie, choć blondyn uczynił to z gracją, a nie ze zniecierpliwieniem.
— Panie Malfoy, proszę.
— Wozaki występują w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Ameryce Północnej. Mieszkają zazwyczaj pod ziemią, gdzie polują na gnomy, żywią się też kretami, szczurami i myszami polnymi. Od zwyczajnej fretki różnią się tym, że potrafią mówić. Niestety najczęściej ograniczają swoje rozmowy do krótkich, zazwyczaj obraźliwych formułek. Jedyny sposób, żeby je uciszyć, to potraktowanie je zaklęciem milczenia. Sklasyfikowane jako potrójne X, czyli tylko dla doświadczonych czarodziei — dodał na koniec z sarkazmem, patrząc w oczy Hagridowi.
Widać w Domu Węża obowiązywała zasada „co wolno wojewodzie…", której chętnie trzymał się blondyn.
Cały Slytherin zachichotał na tę zniewagę, ale sam zainteresowany nic sobie z tego nie zrobił, wyciągając trzymane zwierzę w stronę Harry'ego.
— Każdy weźmie po jednym i wyjdzie z nim na spacer. Na następne zajęcia opiszecie dokładnie wygląd i zachowanie zwierzątka. I co lubi. Cholibka, dajcie im trochę frajdy.
Fretkopodobne stworzenie patrzyło na chłopaka czarnymi jak noc oczami i z miną, jakby zaraz miało go zagryźć. Potter szybko zapiął mu dziwną, szelkowatą uprzęż podaną przez Rona i puścił na śnieg. Wozak jednak, wyczuwszy zimno, wspiął się po płaszczu aż na jego ramię i zupełnie nie miał zamiaru z niego zejść.
— Raczej ze spaceru nici — zauważył rudzielec, wskazując innych uczniów z podobnie usadowionymi zwierzakami. — To będzie chyba przejażdżka.
Harry przyznał mu rację. Całe szczęście, że stworzonka nie miały zbyt ostrych pazurów. Ich łapy przypominały bardziej miniaturowe łopaty zakończone lekkim skrzywieniem. Za to szara sierść z czarnym paskiem na brzuchu była bardzo miła w dotyku. Nie spodziewał się po zwierzaku żyjącym pod ziemią takiej miękkości i gładkości. Zauważył też, dlaczego tak zareagowały na śnieg. Ich zagroda wyłożona była świeżą słomą i ocieplona czarem. Nie dziwił więc fakt takiej, a nie innej reakcji.
Po dwóch godzinach Harry miał już bardzo dokładny opis, a nawet nieduży rysunek zwierzęcia. Pomimo złośliwego wyglądu nie wydawała się groźna. To, że trafiła mu się samiczka, jasno dały mu do zrozumienia inne samce tego gatunku, które pociągnęły uczniów w jego kierunku, gdy tylko przyzwyczaiły się do zimna. Samiczka Gryfona natomiast nie zmieniła swego miejsca pobytu, bezpiecznie ulokowana pod kapturem płaszcza, wystawiając podłużny pyszczek na świat.
Po opornym opuszczeniu ciepłej przystani, wróciła w końcu do swojej zagrody, unosząc ogon niczym kot, wyraźnie obrażona takim traktowaniem. Harry, nie mogąc dłużej przyglądać się zwierzątku, został zaciągnięty na błonia w pobliże zamarzniętego już od kilku dni jeziora. Rywalizacja między Domami natychmiast ustawiła swoich rywali po dwóch przeciwnych stronach. Ślizgoni już przygotowywali zapory przed kulkami oraz amunicję, nie przejmując się wcale ręczną pracą i na wszystko rzucając czary. Hermiona poszła w ich ślady, nie chcąc zamoczyć ubrania, lecz pozostali Gryfoni pracowali tradycyjnie. Dziewczyna wyczarowała mur, za którym mogli się schować, i sporą ilość śnieżnych bomb. Tak jak i pozostałe Gryfonki, nie brała jednak udziału w bitwie, dopingując tylko przyjaciół z bezpiecznej kryjówki – zza drzewa. Tym razem to Ślizgoni wygrywali, dzięki swojej przewadze liczebnej, szczególnie kiedy po skończonych zajęciach dołączyli do nich współdomownicy. Spychali Lwy w stronę jeziora. Gdy pierwsi pokonani dotknęli kruchej jeszcze tafli lodu, Harry wyciągnął chusteczkę i, ku oburzeniu Gryfonów, ogłosił poddanie.
Uśmiechnięty Potter tymczasem podszedł do dumnego ze zwycięstwa Malfoya i jak gdyby nigdy nic wyciągnął do niego rękę. Na ten widok na brzegu jeziora zapanowała dziwna cisza.
OOOO
— Mówię ci, naprawdę podali sobie ręce. — Piskliwy głos jakiejś uczennicy dotarł do mistrza eliksirów, gdy przechodził on korytarzem w stronę Wielkiej Sali na obiad.
— Tak po prostu?
Przystanął w cieniu zaciekawiony rozmową.
— Gryffindor przegrał wojnę na śnieżki, a Potter, po poddaniu, podszedł do Draco i wyciągnął do niego rękę. Tak jakby dziękował mu za dobrą zabawę.
— A co na to Draco? — Wyraźne zaciekawienie było słychać nawet z tej odległości.
— Patrzył na niego przez chwilę tym swoim chłodnym spojrzeniem i przyjął dłoń, chociaż nie powstrzymał się do rzucenia aluzji nad strategią lwiątek. Cały on.
Postrach Hogwartu stał jeszcze chwilę, czekając, aż uczennice oddalą się. Nikt nie powinien widzieć podsłuchującego nauczyciela, tak nie przystoi.
Kilka minut później dotarł do stołu nauczycielskiego w Wielkiej Sali i usiadł koło nad wyraz szczęśliwego Albusa Dumbledore'a.
— Co cię tak cieszy? — zapytał wprost.
— Nie słyszałeś? — Dyrektor odwrócił się do niego z wyraźnymi iskierkami w oczach. — Harry uścisnął dzisiaj dłoń Draco i obaj zrobili to bez Imperiusa.
Mistrz eliksirów sapnął zirytowany.
— Czy w tym zamku dzieje się coś, o czym nie wiesz?
— Drogi Severusie, nie bocz się tak. Minerva właśnie poinformowała mnie o tym niezwykłym zjawisku. Miała dyżur na błoniach.
Nauczyciel eliksirów nic więcej nie zdążył powiedzieć, bo drzwi Wielkiej Sali właśnie zostały szeroko otwarte i do środka wpadła cała banda małych gnomów, potocznie zwanych przez resztę kadry uczniami. Zmarszczył brwi na brak jakiegokolwiek wychowania, nawet u niektórych Ślizgonów.
Bitwa na błoniach musiała być niezwykle intensywna. Spora część uczniów była na wskroś przemoczona, ale tylko nieliczni wpadli na pomysł użycia magii do wysuszenia odzieży. Nietoperz czekał teraz na odezwę Pomfrey, widząc stan uczniów. Długo nie musiał.
— Severusie, mógłbyś podesłać do szpitala trochę eliksiru pieprzowego? Coś mi się zdaje, że wieczorem będę miała kilka przypadków przeziębienia.
— Dlaczego to ja muszę ciężko odpracowywać ich swawolną zabawę? — zamruczał pod nosem mężczyzna, sięgając po czarny napój.
Kolejnego dnia, zaraz po wróżbiarstwie, Hermiona zaciągnęła ich do biblioteki.
— Pomożecie mi szukać Encore'a oraz daty urodzin profesora Snape'a. Musimy go wykluczyć albo upewnić się, że to o niego chodzi.
Poprowadziła obu chłopców do działu archiwalnego, zajmując tam cały stolik. Położyła przed Harrym album absolwentów z rocznika 1978.
— Ty szukaj Snape'a. Huncwotów też pewnie znajdziesz. My z Ronem poszukamy Encore'a.
Para zostawiła bruneta samego, zagłębiając się w poszukiwaniach.
Chłopak tymczasem z lekkim wahaniem otworzył album absolwentów Hogwartu. Nawet tutaj był widoczny podział na Domy. Strony odpowiednio udekorowano barwami przynależności. Ominął Hufflepuff. Przy Gryffindorze zwolnił, poszukując Jamesa. Uśmiechał się do niego, stojąc obok Syriusza i Remusa, w tle widać było Petera. Zaintrygowała go notka pod zdjęciami Huncwotów. Ostatnie słowa Remusa skierowane do Voldemorta brzmiały podobnie.
„Nie ważne jak bardzo jesteś obdarzony, sam nie jesteś w stanie zmienić świata".
Przewrócił strony na Slytherin. Nie szukał długo. Młody Severus Snape stał dumnie wyprostowany z tym swoim sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy. Data urodzenia napisana zielonym, jakżeby inaczej, atramentem mówiła jasno – dziewiąty stycznia 1960.
Po chwili wróciła Hermiona z kilkunastoma kolejnymi albumami.
— Tu mamy roczniki 1880–1900. Poszerzyłam trochę zakres poszukiwań, bo nie wiemy, kiedy dokładnie mógł przebywać w Hogwarcie Edward Encore. Szkoda, że nie znamy Domu, to bardzo ułatwiłoby szukanie. Jeśli w tych nic nie znajdziemy, trzeba będzie poszerzyć poszukiwania o kolejne lata w obie strony. Znalazłeś Snape'a?
Harry wskazał jej zdjęcie z datą urodzenia. Dziewczyna szybko coś policzyła na pergaminie i uśmiechnęła się zadowolona.
— Jednak to o niego chodzi. Ósemka jak nic.
Przeglądali albumy do samej kolacji, a pozostałe roczniki pani Pince pozwoliła im wypożyczyć, gdy dowiedziała się, że Harry Potter szuka swoich dalekich przodków. Ułatwiło to trochę pracę, a na pewno stała się ona odrobinę wygodniejsza, gdy mogli rozsiąść się przed kominkiem w pokoju wspólnym.
Dopiero po trzech dniach natrafili na pierwszego Encore'a. Niestety nie tego, którego szukali.
— Te czarne włosy to już od bardzo dawna krążą w twoim rodzie. — Hermiona wskazała na kilku Encorów pod rząd z burzliwymi fryzurami na głowach.
Miała racje, wszyscy zostali obdarowani nieposkromionymi włosami koloru hebanu.
— Znalazłem! — zawołał nagle uradowany Weasley, podsuwając im kolejny album. — Edward Encore, urodzony dwudziestego drugiego czerwca 1871, zmarł trzydziestego maja 1915. Gryffindor. I tyle.
— Niewiele, ale to jeszcze nie koniec.
Potter spodziewał się tego. Hermiona zawsze potrafiła dokonywać rzeczy niemożliwych, jeśli chodzi o zdobywanie potrzebnej wiedzy.
— Teraz trzeba będzie przejrzeć gazety z tego okresu. Szkoda, że nie mamy dostępu do spisu klątw z Ministerstwa Magii… — zamilkła nagle, widząc nagłą zmianę na twarzy milczącego przyjaciela. — Och, Harry, nie chciałam. Po prostu tak mi wpadło do głowy…
Chłopak to wiedział, lecz słowa dziewczyny natychmiast skierowały jego myśli na Departament Tajemnic.
„Nic nie szkodzi, to tylko złe wspomnienia. Gdy już nic nie będę w stanie wymyślić, to sam napiszę prośbę o wgląd do spisu", napisał na zwoju.
Pomimo faktu, że rodzina Encore'ów uznawana była wtedy za szlachecką, niewiele informacji znaleźli o nich w ówczesnej prasie. Harry przypuszczał, że tak jak pisał Edward, ukrywano fakt przekleństwa przed innymi. Ślub i narodziny dziecka – dziewczynki, to wszystko, co udało im się znaleźć.
— To trochę wyjaśnia, dlaczego nastąpiła zmiana nazwiska. Dziewczyna musiała przyjąć nazwisko męża, może nawet już wtedy było to nazwisko Potter. Jeśli chcesz, mogę sprawdzić?
„To nie ma większego sensu. Nic nam to nie pomoże. Trzeba byłoby znaleźć osobę, która rzuciła przekleństwo. Wtedy może coś by nam powiedziała jej historia życia, dlaczego to zrobiła."
— To będzie mocno utrudnione, Harry. Jest bardzo mało zapisków z XIV wieku, nawet tutaj, w Hogwarcie. Większość w dodatku to łacina. Jednak postaram się coś znaleźć.
— Nie znam łaciny — zauważył Ron. — Poza zaklęciami, oczywiście.
— Wiem, Ron. Mnie zawsze interesował ten język, jeszcze zanim przyjechałam tutaj. Mama załatwiła mi lekcje, widząc mój zapał. Tu, w Hogwarcie, naprawdę przydaje się znajomość łaciny, bardzo dużo starszych ksiąg jest właśnie w tym języku.
„Zdaję się na ciebie, Hermiono. Jeśli coś znajdziesz, na pewno da nam to jakiś punkt zaczepienia, jeśli nie, nie będę przecież robił afery. Teraz chciałbym się dowiedzieć, co z tym wszystkim ma wspólnego Snape?"
— Tego niestety nie wiem. Nie mam też pojęcia jak się tego dowiedzieć. To była tylko sugestia, jeśli chodzi o opis cyfry osiem. Pasował mi do niej Snape i tyle. A data urodzin to potwierdziła. Weź też pod uwagę, że to wcale nie musi być on. Wiele dat urodzenia po przeliczeniu daje osiem czy – tak jak twoja – dwa. Nawet Malfoy pasowałby do opisu, bo jest z piątego czerwca. Musimy wziąć pod uwagę wiele czynników. Gdyby to było łatwe, to ktoś wcześniej już rozwiązałby cały problem.
Takie dyskusje do niczego nie prowadziły, powodowały tylko zamęt w umyśle Gryfona.
Kilka kolejnych dni listopada minęło jednak spokojnie i teraz Harry czekał na kolejny atak na swoje i tak już mocno zagrożone życie. Gdy środa, najgorętszy jeśli chodzi o zajęcia, dzień prawie minął i nic się nie stało, odetchnął z ulgą. Teraz pozostało mu czekać na obronę, kolejny niebezpieczny przedmiot na jego liście. Miał do tego czasu prawie dobę i chciał miło ją spędzić, na przykład na spacerze nad jeziorem. Co prawda samotnie nie było zbyt bezpiecznie, ale uznał, że skoro tyle uczniów przebywa na dworze, to dlaczego on też nie mógłby.
Gdy Ron i Hermiona zniknęli gdzieś razem po eliksirach, poczuł się trochę opuszczony, ale ich szczęście było dla niego dużo ważniejsze. Oparł się o drzewo tuż przy brzegu jeziora i rozmyślał o wszystkim i o niczym. Widział wiele par kryjących się tu i ówdzie i spacerujących. Nie zastanawiał się dotychczas nad tym, że sam wciąż nie miał dziewczyny czy chłopaka. Jego preferencje też nadal nie były ustalone. Nagle przyszedł mu do głowy Draco. Ostatnio blondyn dziwnie zachowywał się w jego obecności, nie wiedzieć dlaczego rumienił się, gdy ktoś wspominał kawał z królikiem. Jak na razie zaprzestał też ataków na niego i dwójkę jego przyjaciół. Nie wiedział, czym to jest spowodowane. Czy była to sugestia jego ojca, kryjąc tym jakiś zamiar jego Pana, czy Draco sam zdecydował się na ten krok, nie bacząc na rodzinne tradycje związane z pewnym mrocznym tatuażem.
Wzrastające zimno zbliżającego się wieczoru zaczęło dawać się Harry'emu we znaki i chłopak zdecydował się na powrót do ciepłego zamku.
Tuż przy bramie zauważył nagłe poruszenie wśród grupy Ślizgonów. Mignęła mu nawet blond czupryna, ale uznał to za jakieś sprawy współdomowników i nie zwracał na nich więcej uwagi. Chwilę później pożałował tej decyzji, czując potężne uderzenie w skroń tuż nad niewidzącym okiem. Upadł na kolana, czując ciepło spływające mu po policzku. Mroczki powodowały, że świat rozmazywał mu się przed okiem. Ktoś stanął przed nim, krzycząc.
— Oszaleliście do reszty? — Ze zdumieniem rozpoznał głos Malfoya. — Wylecicie za to ze szkoły!
— I co z tego? Pan nas wynagrodzi.
Potter próbował wstać, słysząc głos Goyle'a, ale nadal mocno kręciło mu się w głowie i po jednej próbie upadł na schody.
— Jesteś tępy, Goyle. Za to hasło wylecisz na pewno.
— Za atak na ucznia pan na pewno wyleci, panie Malfoy. — Stwierdzenie McGonagall, wypowiedziane ostrym jak brzytwa głosem, wytrąciło wszystkich z i tak napiętej równowagi. — Mam nadzieję, że jest pan w stanie wytłumaczyć swoje zachowanie.
— Hej, ja go nie zaatakowałem! — sprzeciwił się temu oskarżeniu blondyn.
— To się jeszcze okaże.
Harry wytarł spływającą krew rękawem, by móc chociaż trochę lepiej widzieć, co się dzieje. Kolorowe plamy wokół postaci bynajmniej nie ułatwiały mu tego. Nie chciał też, by wina spadła na niewinnego tym razem Ślizgona.
— Proszę pomóc panu Potterowi dotrzeć do pani Pomfrey — rzuciła nauczycielka w stronę zebranych wkoło uczniów.
Ku jej zdziwieniu, ranny wyciągnął rękę w stronę Malfoya, niemo prosząc o pomoc w wstaniu.
— Myślę, że jego zachowanie powinno pani dać do myślenia — odezwał się Malfoy, chwytając rękę Harry'ego i podciągając go do góry, przy wtórze szeptów obserwujących całe zajście uczniów. Ślizgon nawet nie zwrócił uwagi na niebezpieczne błyski, które pojawiły się w oczach kilkoro jego współdomowników. — Nie prosiłby mnie o pomoc, gdybym to ja go zaatakował. Proszę sprawdzić różdżkę Goyle'a, a ja tymczasem odprowadzę Pottera do skrzydła szpitalnego zanim się tu wykrwawi.
Po raz pierwszy Harry był świadkiem użycia przez blondyna całej arystokratycznej wiedzy o władzy nad słabszymi. Ton, którego użył, niejednego ustawiłby po kącie. McGonagall stała jak spetryfikowana, gdy podpierając słaniającego się Gryfona skierował się do środka zamku. Po chwili jednak oprzytomniała i zwróciła się w stronę Goyle'a z wyciągniętą ręką po jego różdżkę.
Potter niewiele pamiętał z drogi do szpitala, czując tylko ochronne ramię wokół siebie, niepozwalające mu upaść.
Pomfrey, widząc ich obu wchodzących do pomieszczenia, zamrugała, nie wierząc własnym oczom.
— Co tym razem? Czy wy nie potraficie pięciu minut wytrzymać w spokoju, przebywając obok siebie? Jesteście tacy sami jak Huncwoci i Severus w młodości — mruczała pod nosem, przynosząc tacę z przygotowanymi już chyba wcześniej bandażami, maściami i miksturami. — Spodziewałam się ciebie najwcześniej jutro, kochaneczku.
— Spodziewała się pani? Co on jakiś harmonogram wizyt ma? — zapytał zdziwiony Malfoy, przytrzymując drugiego chłopaka w pozycji siedzącej, by łatwiej było oczyścić ranę.
— Nie pana sprawa, panie Malfoy.
Harry zachichotał słabo na tę dziwną troskliwość chłopaka. Ledwo parę dni wcześniej podali sobie ręce, a Malfoy już zachowuje się, jakby byli wieloletnimi przyjaciółmi. Nie miał jednak zbyt dużo siły słuchać dalej ich przekomarzania, więc oparł się o jedyne miejsce, które nie spowodowałoby natychmiastowego upadku na podłogę – o ramię blondyna i stracił przytomność.
— Proszę go trzymać, dopóki nie skończę. W tej pozycji będzie to o wiele łatwiejsze do zrobienia. Nie rozumiem, co wy widzicie w tych mściwych zabawach?
— Chciałbym panią poinformować, że to nie moja sprawka, bo pewnie już byłbym na dywaniku u dyrektora.
Było w tym sporo racji. Uczeń atakujący otwarcie drugiego ucznia nie odprowadza go do pielęgniarki, lecz jest natychmiast prowadzony do opiekuna Domu i dyrekcji. Poza tym nie wyglądało na to, że Potter ma coś do drugiego chłopaka. Normalnie wyrywałby mu się, a tu nic. Pomfrey zauważyła też, że Draco nad wyraz spokojnie zachowuje się w jego towarzystwie. Czyżby coś się zmieniło?
— Czym dostał?
— Jakimś zaklęciem.
— Tego mogłam się sama domyśleć — odezwała się wyraźnie zła pielęgniarka. — A dokładniej?
— Nie słyszałem, kłóciłem się z Crabbe'em — próbował się jakoś wybronić blondyn. — Jest pani magomedyczką, może pani rzucić czar i to sprawdzić.
— Oczywiście, i mam taki zamiar, ale o wiele prościej było zapytać, bo może akurat go usłyszałeś.
Ta kobieta świętego mogła doprowadzić do wściekłości. Całe szczęście zajęła się poszkodowanym, bo sądząc po minie Ślizgona, już chciał coś jej powiedzieć, ale się powstrzymał, podtrzymując tylko bezwładnego Gryfona.
— Cudownie, tego się nie spodziewałam — sapnęła oburzona Pomfrey, kładąc Pottera na poduszce, gdy opatrzyła ranę i zwróciła się do Malfoya. — Idź po profesora Snape'a i powiedz, że to pilne.
— Czym oberwał?
Pielęgniarka zamyśliła się, czy ma prawo udzielić takiej informacji.
— Przekaż profesorowi, że został trafiony zaklęciem czarnomagicznym i nie potrafię go zdjąć.
Ślizgon kiwnął głową i ruszył do wyjścia. W drzwiach zderzył się z Dumbledore'em.
— Spokojnie, panie Malfoy, przecież się nie pali. — Dyrektor uśmiechnął się do niego znad okularów-połówek.
Za jego plecami chłopak zobaczył opiekuna swojego Domu.
— Właśnie wysyłałam pana Malfoya po ciebie...
— Już znamy zaklęcie, Poppy. Dlatego też jak najszybciej przyszliśmy.
Albus podszedł do łóżka nieprzytomnego Złotego Chłopca, wskazując drugą stronę Severusowi.
— Panie Malfoy, może pan iść do swego dormitorium. Sprawa została wyjaśniona i nie jest pan w nią zamieszany. Za pomoc koledze pana Dom otrzymuje pięćdziesiąt punktów, choć po stracie, jaką dostaliście z powodu zachowania pana Goyle'a, trudno będzie wam zdobyć Puchar Domów w tym roku.
Draco jakoś nie był tym zdziwiony. No, może trochę faktem, że otrzymał punkty od samego dyrektora. Dotychczas zawsze odbierał im on szansę na Puchar tuż przed samym końcem roku szkolnego.
Wolałby zostać, ale nakaz w głosie Dumbledore'a był wyraźny.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za nim, Severus pochylił się nad Potterem, sprawdzając jego stan.
— Musimy jak najszybciej go obudzić. Enervate!
Brak efektów rzuconego pełną mocą zaklęcia nie zdziwił profesora, ale zanik oddechu u chłopca to już inna sprawa.
— Anapneo!
Tak szybka reakcja zdziwiła nawet Poppy. Pierś Gryfona natychmiast znów się uniosła i zaczęła pracować normalnie.
— To zaklęcie potrzebuje ofiary, Albusie. I to ofiary tego chłopca — odezwał się nagle Snape, nie odrywając dłoni od klatki piersiowej nastolatka. — On sam nie pokona tej klątwy.
— Jakiej ofiary, Severusie? Mało ma już blizn? — Troska w oczach starca zamieniała się powoli w ból.
Nagły ruch ze strony pacjenta zwrócił ich uwagę. Chłopiec trzymał ramię Severusa, wyraźnie przytomnie patrząc na nich obojgiem oczu. Zaraz potem zamknął je, zapadając w zupełnie zwykły sen.
— Co to było? — Pierwsza pytanie zadała Poppy, otrząsając się z szoku.
Snape rzucił cicho jakieś zaklęcie na śpiącego i stał, marszcząc brwi, z nadal uniesioną różdżką w ręku.
— Severusie?
— Żadnych efektów czaru. Najmniejszego uszczerbku na zdrowiu, przynajmniej tym fizycznym — rzekł nauczyciel, chowając różdżkę.
— A ta reakcja? Jestem prawie pewien, że patrzył na mnie normalnie obojgiem oczu. — Dyrektor odgarnął czarny kosmyk z czoła chłopca.
— Tego dowiemy się dopiero, jak się obudzi. Chwilowo, poza raną na głowie, która zagoi się do rana, nic mu nie dolega.
Zostawili śpiącego samego, zastanawiając się, co tak naprawdę zdarzyło się przed kilkoma minutami.
Sam zainteresowany obudził się rano z piekielnym bólem głowy umiejscowionym tuż nad lewym okiem. Prędko przypomniał sobie wcześniejsze zdarzenie, trzymając rękę na pulsującym wciąż oku i skroni. Wstał, mając zamiar skorzystać z łazienki, ale drogę zastąpiła mu pielęgniarka. Nie czekając na jakikolwiek protest z jej strony, wyminął ją i zamknął się w łazience, dając tym znak, że chce być na chwilę sam. Spojrzał w lustro, marszcząc się, gdy zobaczył standardowy bałagan na swojej głowie, i opuścił dłoń. Dziwny obraz jego własnej postaci spowodował nagłe cofnięcie od lustra. Zatrzymując się pod przeciwległą ścianą, patrzył zdumiony na zmieniające się kolory, błyszczące wokół jego ciała.
Co jest?, pomyślał lekko oszołomiony.
Zasłonił lewe oko dłonią i dziwna poświata wokół odbicia zniknęła. Odsłonił i pojawiła się znowu. Niebieska barwa zaczęła powoli przechodzić w bordo. Zamknął prawe oko i zobaczył tylko samą barwę otaczającą jego postać, której jednak nie widział.
Zauważył też, że ból ustał, pozostawiając po sobie tylko pulsowanie. Przyjął wiadomość o nowej umiejętności dosyć spokojnie, nawet jak na niego. Kolor wokół niego przeszedł tymczasem w fiolet, ale Harry zauważył to tylko kątem oka, wracając do tego, co miał zamiar zrobić od samego początku.
Wychodząc, zamknął lewe oko, chcąc sprawdzić czy działa też na innych, ale nie chciał tak od razu. Musiał się do tego przyzwyczaić. Podświadomie czuł, że może to mu się bardzo przydać w przyszłości.
— Jak samopoczucie, kochaneczku? Nieźle wczoraj oberwałeś.
Uniósł kciuk, że dobrze, ale nie na wiele mu się to zdało. Badania i tak musiał przejść. Usiadł na brzegu łóżka, oczywiście swojego, i cierpliwie czekał.
— Otwórz oko — poleciła pielęgniarka, pochylając się nad nim z różdżką.
Wokół jej postaci natychmiast pojawiła się niebieska poświata, taka sama jak u niego, gdy się wystraszył, patrząc do lustra. Czego obawiała się kobieta, nie był pewien, ale domyślał się, że nowa umiejętność ma coś z tym wspólnego.
— Wszystko w porządku, nie widzę żadnych zmian. — Pani Pomfrey przesunęła jeszcze ostatni raz święcącą na czubku różdżką przed jego oczami i wyprostowała się. — Możesz iść na śniadanie, potem dyrektor chciałby cię widzieć.
Ubrał się szybko, żeby nie zdążyła zmienić zdania, i ruszył do wieży Gryffindoru. Odkąd miał nowe, własne rzeczy, nie cierpiał chodzić za długo w przepoconych czy brudnych. A kąpiel po wizycie w szpitalu uważał za obowiązek.
— Harry, gdzieś ty się podziewał? — Hermiona prawie zwaliła go z nóg, wpadając na niego i tuląc mocno.
Cała jej postać świeciła się na różowo, tak samo z resztą jak postać Rona, który przycisnął go trochę mniej wylewnie.
— Lepiej przyznaj się od razu, że byłeś u Pomfrey. Cała szkoła trąbi, że Malfoy cię porwał.
Dziewczyna już ciągnęła go do najbliższego stolika, podając mu pergamin i pióro. Westchnął ubawiony i zaczął pisać, a dziewczyna czytała głośno nad jego ramieniem.
— Malfoy zaprowadził mnie do skrzydła szpitalnego, gdzie zostałem opatrzony i rano mogłem wrócić do was.
— I tyle? A co z… no, wiesz?
„Powiem wam później, czeka na mnie jeszcze wizyta u Dumbledore'a po śniadaniu."
— Czy to coś poważnego, Harry? — Kolor Granger zmieniał się powoli w niebieski.
„Raczej przydatna umiejętność. Teraz chciałbym się wykąpać i przebrać."
Puścili go natychmiast obiecując, że zaczekają na niego pod portretem Grubej Damy.
Uwinął się szybko, ciekawie zerkając co jakiś czas w lustro. Na razie sytuacja go bawiła i miał zamiar być w tym stanie barwy różu jak najdłużej.
Śniadanie wydawało się nie odbiegać od normy, chociaż zauważył brak Goyle'a przy stole Slytherinu. Za to kolory u Draco nie mogły się ustabilizować. Gdy Pansy próbowała się do niego zbliżyć, ciemne, prawie czarne kolory zabarwiały powietrze wokół niego. Gdy patrzył na niego, zmieniało się natychmiast w róż. Potter zastanawiał się, z czego Malfoy jest taki zadowolony, patrząc w jego stronę. Nagle barwa Malfoya zrobiła się rażąco żółta, gdy spojrzał na Granger. Tego koloru jeszcze nie widział u nikogo, ale też nie starał się obserwować wszystkich. Schodząc wcześniej z dormitorium, Harry zamknął oko z przyzwyczajenia i otworzył je dopiero patrząc wprost na blondyna. Teraz zaczął się rozglądać po sali. Zauważył u innych odcienie żółtego, choć przeważał fiolet i róż. Za to stół nauczycielski świecił, i to dosłownie, na bordowo. Przynajmniej tam gdzie siedział Snape z Dumbledore'em. Obaj obserwowali go, niby przypadkiem, co jakiś czas. A jemu coraz bardziej podobała się nowa umiejętność.
Nagle coś go ukuło, gdzieś na skraju świadomości. Bo jeśli to wszystko dzieje się za sprawką przekleństwa, to czy nie powinien w ten czy inny sposób cierpieć? Już przestało go cieszyć obserwowanie innych. Uświadomił sobie nagle, że teraz będzie wiedział, kto mówi prawdę, a kto go oszukuje. A taka wiedza nie zawsze jest potrzebna. Czasem lepiej żyć w nieświadomości…
Po śniadaniu udał się pod chimerę, która natychmiast go wpuściła. Dyrektor jak zwykle siedział w swoim staromodnym fotelu, popijając herbatę z porcelanowej filiżanki.
— Witaj, Harry. Jak tam samopoczucie?
Nie zdążył odpowiedzieć w żaden sposób, bo drzwi znów się otworzyły i wszedł profesor Snape, wcale niezdziwiony obecnością Gryfona. Na gest Albusa usiadł w jednym z dwóch wolnych foteli naprzeciwko biurka.
— Usiądź, Harry. Chciałbym z tobą porozmawiać o wydarzeniach wczorajszego dnia.
Chłopca nadal bawił fakt, że niektórzy zapominali o jego braku głosu. Drgnął mu kącik ust, ale i tak zostało to zauważone przez Snape'a.
— Mam dla ciebie sporo pergaminu, Potter. Będziesz mógł się wygadać za wszystkie czasy. — Wyciągnął w jego stronę zwinięte rulony i wskazał pióro z kałamarzem leżącym na biurku.
Niewiele zmieniło się w zachowaniu profesora od wakacji, a raczej prawie nic. Obserwując kolory, którymi ten był otoczony, Harry zastanawiał się, czy kiedykolwiek były różowe. Przewaga czarnego i żółtego biła go dosłownie po oczach.
Spojrzał pytająco na Dumbledore'a, czekając na pytanie.
— Czy pamiętasz, co się stało po dotarciu do skrzydła szpitalnego?
Zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, ale poza oparciem się o Malfoya niewiele pamiętał. Jakieś przebłyski czyjeś obecności koło niego i nic poza tym. Pochylił się nad zwojem i napisał.
„Nie za bardzo. Pamiętam pomoc Malfoya, a potem obudziłem się rano."
— Wiesz, że pan Goyle rzucił na ciebie potężne mroczne zaklęcie? Nie miałeś wielkiej szansy na przeżycie — wtrącił się Snape. — Chciałbym wiedzieć, jak je pokonałeś.
„Z wielką ochotą bym panu powiedział, gdybym to wiedział. Nie miałem nawet pojęcia, że zostałem trafiony zaklęciem, i to mrocznym."
— Wczoraj, zaraz po wyjściu pana Malfoya ze szpitala, próbowaliśmy odczynić klątwę, której byś nie przeżył — odezwał się spokojnie Dumbledore. — Nie zdążyliśmy nawet zacząć, gdy sam nagle się obudziłeś, łapiąc profesora za ramię, i spojrzałeś na nas. Zaraz potem zasnąłeś. Okazało się, że po tej krótkiej pobudce żadnych efektów zaklęcia nie ma w twoim ciele.
Nie wiedział, czego chcą się od niego dowiedzieć, nic nie pamiętał z poprzedniej nocy. Nic więc nie napisał, nie miało to najmniejszego sensu. Cierpliwie czekał na reakcję, jakąkolwiek, ze strony dorosłych.
— Dobrze, Harry. Nie będę cię dłużej zatrzymywał. Nie chcemy przecież, żebyś spóźnił się na zajęcia.
Dumbledore podziękował mu kiwnięciem głowy i tym sposobem Harry został odesłany, jak zwykle niczego szczególnego się nie dowiadując. Ani jakim zaklęciem dostał, ani co robił tam Snape.
Zebrał się w sobie i ruszył na historię magii. Teraz, kiedy miał dwa tygodnie spokoju, z lekkim sercem chciał uczestniczyć w obronie przed czarną magią. Nudnawa lekcja z duchem minęła dziwnie szybko, może dlatego, że ją standardowo przespał. Za to raźnym krokiem podążył za resztą klasy na kolejne zajęcia.
Allan Walter nie zachowywał się jak Moody, ani jak Tonks. Przypominał bardziej standardowego policjanta wierzącego w swoje obowiązki. Program, który wprowadził, był zupełnie porządny, biorąc pod uwagę wcześniejszych nauczycieli, jacy im się trafiali. Tak jak uprzedził swoich uczniów na pierwszej lekcji, najpierw przerobili zaklęcia defensywne. Dziś mieli zaczął przechodzić do ofensywnych, czego na początku tego tygodnia tak bardzo obawiał się Gryfon.
— Dzisiaj zaczniemy pojedynki — powiedział od razu nauczyciel, gdy w klasie zapadła cisza. — Dobiorę was w pary według poziomu mocy, tak dla równowagi. Uprzedzam zawczasu, że nie życzę sobie głupich zagrywek. Żadnego durnego rzucania zaklęć w plecy. Co prawda na wojnie wszystkie chwyty dozwolone, ale to jest klasa, a nie pole bitwy. Zrozumiano?
Uczniowie przytaknęli, po kilku lekcjach nauczyli się, że ten profesor z niejednego pieca jadł chleb i nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać. Szybko poustawiał pary w oczyszczonej z ławek sali. Potterowi przypadł w udziale Draco. Lekko tym zdziwiony, rozejrzał się po innych parach. Hermiona dostała Pansy, widać, pod grubym makijażem tliło się niezłe źródło magii. Ron stał naprzeciw Zabiniego. Zresztą cała klasa miała przeciwników z innych Domów.
— Poproszę o krótką rozgrzewkę w tarczach ochronnych. Partner rzuca słabe zaklęcie ofensywne, a drugi ma się bronić.
Partner, jak to dziwnie brzmi. Harry uniósł lekko kąciki ust, wyobrażając sobie Malfoya jako swojego partnera do tańca. Już widział miny przyjaciół, gdy tańczyliby w Wielkiej Sali. Fuj, wypluj to słowo. Taniec, to jakaś kara boska. Nigdy, ale to nigdy, nie będzie robił z siebie takiego pośmiewiska.
Otrząsnął się z głupawych myśli, wracając do zajęć.
— To ja zaczynam, Potter. — Prawie zażądał blondyn, stając naprzeciwko niego w pewnym oddaleniu.
Harry szybko uniósł tarczę, nie wiedząc, czego może się spodziewać po Ślizgonie. Co prawda, chyba zakopali topór wojenny, ale nigdy nic nie wiadomo. Pierwsze czary wchłonęły się cicho z sykiem, nie robiąc nic. Malfoy zwiększył trochę nacisk mocy na zaklęcia, by po kilku kolejnych przerwać.
— Twoja kolej.
Harry zdjął swoją tarczę i uniósł dłoń, czekając, aż arystokrata stworzy osłonę. Zauważył nagle, że poświata wokół chłopaka z fioletu przeszła w zielony. Czyżby Malfoy trochę się go bał? Nie miał zamiaru pomagać mu w zrozumieniu, że nie ma ochoty zrobić mu krzywdy. Rzucił kilka słabych czarów i opuścił dłoń.
— Co, Potter, zmęczyłeś się? — Draco, tak jak Ron, chyba nigdy się nie zmieni. — Nie mów mi, że to wszystko, na co cię stać.
Ubodło to trochę jego ego i bez ostrzeżenia rzucił w blondyna Tarantallegrą. Pozwolił mu trochę potańczyć, gdy zaklęcie bez problemu przebiło się przez barierę słabo skoncentrowanego partnera.
— Wystarczy! — Polecenie nauczyciela na szczęście skierowane było do całej klasy. — Teraz chciałbym zobaczyć jakieś prawdziwe zaklęcia mogące się przydać, gdyby przypadkiem w Hogwarcie pojawili się niezapowiedziani goście.
Harry już widział ogniki w oczach niektórych członków Gwardii. Chyba każdy chciał się wykazać przed nowym nauczycielem. Dotychczas Walter nie sprawdzał ich wiedzy ze znanych im czarów, tylko podstawy, które powinni posiadać. W jednej chwili sala rozbłysła kilkunastoma różnymi barwami zaklęć. Jednego jednak nikt nie wziął pod uwagę. Niektóre czary odbijały się od tarcz zamiast być przez nie pochłonięte. Potter, stojąc obok Malfoya, zauważył tylko, jak w ich stronę mknie kolorowa mieszanka mocy i szybko postawił tarczę, obejmując nią, przynajmniej taką miał nadzieję, również blondyna. Poczuł jeszcze nacisk na barierę tak silny, że aż zabolało go całe ramię wyciągnięte przed siebie w próbie powstrzymania naporu magii. Wszystko się uspokoiło tak gwałtownie, że upadłby gdyby nie ręka Malfoya, która złapała go w ostatnim momencie.
— Bardzo ładnie, Potter — stwierdził profesor. — Tego się po tobie nie spodziewałem. Lepiej usiądź, tarcza pobrała sporo magii z twojego ciała.
Po rzuceniu polecenia obrócił się do reszty klasy, każąc im kontynuować z trochę mniejszym zaangażowaniem, dopóki nie przejdą do większej sali.
Potter wyprostował się, uwalniając z rąk Ślizgona, jakoś nie czuł się słabszy. Odwrócił się do partnera, pokazując mu na migi, że mogą kontynuować.
— Jesteś pewien, Potter? — zapytał niepewnie blondyn.
Potwierdził stanowczym skinieniem głowy, wracając na swoje miejsce w pewnym oddaleniu od Draco.
— Potter! — Profesor zauważył nagle, że jego polecenie nie zostało wykonane. — Czyś ty na głowę upadł!? Dopiero co odparłeś kilka dosyć mocnych zaklęć. Nie mów mi, że nic ci nie jest, bo nie uwierzę.
Powiedzieć mu, co prawda, nie mógł, ale potrafił to udowodnić. Uniósł dłoń, skupiając się na szczęśliwym wspomnieniu i wezwał swojego patronusa. Kazał mu przejść się po sali i na koniec ukłonić profesorowi. Po tym pokazie milczenie dorosłego było dosyć wymowne, a jego wzrok jeszcze długo parzył Gryfona w plecy. Pojedynki zakończyły się wraz z przerwą na obiad i, dopiero idąc na posiłek, Potter zaczął odczuwać efekty zużycia sporej ilości swojej magii. Czuł się strasznie zmęczony i zamroczony, co nie uszło uwadze przyjaciół.
— Harry, wszystko w porządku? — Ron podparł kolegę, gdy ten lekko się zachwiał, łapiąc ściany.
— Lepiej zaprowadźcie go do Pomfrey — poradził Draco, kierując się w ich stronę. — Wyczerpanie magiczne to nie zabawa. Pielęgniarka da mu coś na wzmocnienie i pewnie każe spać, ale to na pewno lepsze niż gdyby miał spaść na przykład ze schodów, tracąc przytomność.
— Coś ty się nagle taki troskliwy zrobił, Malfoy? — Rudzielec stanął przed Hermioną i Harrym.
Malfoy rozejrzał się po pustym korytarzu zanim odpowiedział:
— Widocznie dotarło do mnie, kto tak naprawdę ma szansę wygrać tę wojnę.
* Wozaki (Jarwey) — „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" Newt Skamander
