And I don't want the world to see me
'cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
Mori szła tuż obok Erina, co jakiś czas uderzając go ramieniem. Droga była na tyle wąska, że musiała iść bardzo blisko. Katara szła gdzieś za nimi, dziewczyna doskonale słyszała jej kroki i parę przekleństw, gdy nie zauważyła jakiejś gałęzi i w nią uderzyła.
Droga, którą zmierzali, była okropna. Wąska i porośnięta bujnymi krzewami po bokach. W nocy była straszna ulewa, pozostałości wciąż tkwiły na liściach i w szczelinach, więc po kilkunastu minutach zaczęli robić się mokrzy. Dodając do tego zimną temperaturę, ten etap podróży nie należał do najlepszych.
- Ostatnie zapiski o Anie pochodzą sprzed siedemnastu lat. I mówią o jakimś miasteczku niedaleko miejsca, w którym kiedyś znajdowały się tereny należące do rodu Delvon - powiedziała.
Erin przyjrzał jej się zdumiony.
- Chyba nigdy na żadną lekcję się tak nie przygotowałaś jak na tę wyprawę, co, Mori? - mruknęła Katara gdzieś zza jej pleców. Mori rzuciła jej spojrzenie przez ramię. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, niewidocznie podnosząc kąciki ust.
- Żadna lekcja nie była dla mnie nigdy taka ważna.
- Jesteś nienormalna - powiedziała Katara. - Dlaczego uciekasz? Mori, mogłabyś wieść spokojne życie w Gildii, a teraz twój powrót stoi pod wielkim znakiem zapytania, twoja nauka także.
- A dlaczego ty nigdy nie pytałaś o swoje korzenie? - zapytała Mori, zatrzymując się i odwracając w kierunku kuzynki.
- Bo to rozgrzebywanie przeszłości, o której nikt nie chce mówić.
- Nie powinnaś w takim razie ze mną iść - mruknęła młodsza dziewczyna chłodno.
Katara zmrużyła oczy, ale nie zamierzała odpuszczać. Możliwe, że porywali się z motyką na słońce. Możliwe, że im się nie uda dowiedzieć niczego więcej. Mori chciała spróbować, a ona jako starsza kuzynka, prawie jako starsza siostra czuła się w pewnym sensie zobowiązana do pójścia z nią.
- Poszłam z tobą, bo mi na tobie zależy - odpowiedziała chłodno, nie kryjąc tego, że młodsza dziewczyna ją uraziła.
Przez chwilę patrzyły sobie w oczy, a potem Mori pokręciła głową i westchnęła ciężko.
- Przepraszam, Kataro. - Odgarnęła mokre włosy z głowy i niezdecydowana obróciła się w kierunku dalszej drogi. - Chodźmy dalej. Z tego co pamiętam, to już niedaleko. Może uda nam się dotrzeć tam przed nocą.
Ruszyli dalej. Jakby na słowa Mori, za kolejnym zakrętem ukazały się przez nimi pojedyncze domy. Im bardziej las się przerzedzał, tym domków przybywało, były coraz większe, lepiej zbudowane. Mori wyobrażała sobie to miasteczko jak mniejszy Imardin, ale sporo się pomyliła. Nie było zbudowane na planie koła, domy i uliczki wyrastały przed nimi bez określonego porządku. Nie minęli żadnych murów obronnych, jakby tutejsi mieszkańcy nie zwracali uwagi na sąsiedztwo Sachaki. Bliskie sąsiedztwo, należało zaznaczyć.
- Pamiętasz adres? - zapytał Erin.
Przejście całego miasteczka nie zajęło im dużo czasu. Słońce powoli chowało się za dachami, a oni stali w samym centrum, rozglądając się. To miejsce pełniło rolę jakiegoś małego, miejskiego rynku.
Podała mu adres. Rozejrzeli się dookoła, ale zupełnie nie orientowali się w tutejszym nazewnictwie i numeracji ulic. Katara zatrzymała jakieś bawiące się dzieci i zapytała ich o dzielnicę. Powiedziały, że za małą opłatą mogą ich zaprowadzić. Mori przeklęła pod nosem totalny brak bezinteresowności, wręczyła dzieciakom monetę i poszła za nimi, gdy zaczęły biec, zupełnie nie zwracając uwagi na ich trójkę. Dałaby sobie rękę obciąć, że dzieciaki nie miałyby nic przeciwko, jakby oni się zgubili albo za nimi nie nadążyli.
Po kilku minutach stanęli przed wielkimi drzwiami, prowadzącymi na podwórko. Mori pchnęła je i znalazła się na jakiejś obskurnej wąskiej dróżce między dwoma wielkimi budynkami. Młody chłopak poprowadził ją dalej labiryntem wąskich przejść, aż w końcu zatrzymał się i wskazał numer. Zniknął równie szybko, co się pojawił. Erin podszedł do drzwi i zaczął im się przyglądać, zaglądając w okna i pukając. Katara rozejrzała się dookoła, czy nikt ich nie śledził i czy żaden z sąsiadów nie spogląda przez okno. Moriana przyjrzała się drzwiom.
- Dlaczego nie mają zamka? - zapytała zdumiona.
Katara podeszła do niej, upewniwszy się, że nikt ich nie obserwuje. Mori dostrzegła, jak przymyka oczy, a po chwili wyczuła lekkie wibracje magii, gdy kuzynka odblokowała je, nie niszcząc ani trochę. Gdyby Mori chciała zdjąć barierę, pewnie wysadziłaby całe drzwi w powietrze. Katara była delikatniejsza.
- Zablokowane magią, więc po co im zwykły zamek - mruknęła pod nosem.
Moriana pchnęła drzwi i znalazła się w niewielkim, ale przytulnym salonie. Meble i wszystko inne pokrywała gruba warstwa kurzu, wskazując, że nikt dawno tu nie był. Pomieszczenie wyglądało, jakby ktoś wiedział, że nie wróci tu przez dłuższy czas - kanapa była przykryta jakimś białym płótnem, tak samo fotele i jedna komoda. Reszta była wyłącznie ozdobiona siwą warstwą kurzu.
- Halo! - krzyknął Erin, ale nikt mu nie odpowiedział.
Nieco pewniej przekroczyli próg domu. Erin zniknął w korytarzu, Katara poszła na piętro, a Mori przechadzała się po salonie, oglądając wszystko. Zajrzała pod płótno, przykrywające kanapę, jakby starała się tam coś odnaleźć. Pusto. Przed jej wzrokiem uciekało jedynie kilka pająków. Na kolejnych meblach zostawiała odciski swoich dłoni na warstwie kurzu, gdy brała do ręki kolejne przedmioty. Kilka zostawionych kubków, nieuporządkowany stos papierów i listów, których nie chciało jej się czytać, w końcu kolejne szklane ramki ze namalowanymi, małymi portretami. Jedno, bardzo stare, pokazywało dwójkę młodych ludzi, biorących ślub. Domyśliła się, że to jej dziadkowie. Kolejne były już nowocześniejsze i pokazywały nieznane jej twarze. Mały chłopiec, jakaś rodzina. Wzięła do ręki kolejne i zamarła.
Mężczyzna znacznie górował wzrostem nad kobieta, która sięgała mu raptem do ramienia. Miał na sobie jakieś ciemne, eleganckie ubrania. W ręku trzymał małego, może półtora rocznego chłopca. Malec miał włosy równie czarne co ojciec. Drugim ramieniem obejmował... jej matkę.
Odsunęła od siebie portret, jakby się go brzydziła, a potem z całą siłą, na jaką było ją stać, rzuciła nim w ścianę. Szkło rozprysło się na miliony małych kawałków. Niektóre nawet w nią uderzyły. Usłyszała kroki, gdy Erin i Katara przybiegli szybko zobaczyć, co się stało. Mori odsunęła się od mebli, patrząc niewidzącym wzrokiem w przestrzeń.
- Coś ty narobiła?! - krzyknął chłopak.
Rozejrzał się dookoła i dopiero po pewnym czasie dostrzegł stłuczoną ramkę. Podniósł uwolniony ze szkła portret i przyjrzał mu się.
- Chodźmy znaleźć nocleg - powiedziała dziewczyna, potrząsając głową.
- Moglibyśmy przenocować tu - wtrąciła Katara. - Do góry są łóżka i wystarczy ich dla nas. Każdy z nas dostanie nawet swój własny pokój.
- Nie.
Ruszyła w stronę wyjścia, zostawiając zdumionych przyjaciół wewnątrz. Ruszyli za nią szybko, doganiając. Erin chwycił ją za ramiona i unieruchomił, a Katara zamknęła dom i nałożyła barierę na drzwi. Po chwili podeszła do nich i stanęła obok chłopaka.
- Dlaczego? - zapytała.
- BO NIE CHCĘ MIEĆ Z TYM DOMEM NICZEGO WSPÓLNEGO! - ryknęła Moriana.
- Cicho! - skarcił ja Erin.
Zza rogu wychylała się jakaś siwowłosa głowa i przyglądała im się nader gorliwie i uważnie. Mogliby spróbować udawać, że są stąd i mają prawo się tu znajdować, ale po krzykach dziewczyny raczej nie wchodziło to w rachubę. Katara zmarszczyła brwi, a potem ruszyła ku staruszce. Erin usiłował ją zatrzymać, ale skutecznie wymknęła się jego rękom.
- Przepraszam, wie pani może, co się stało z mieszkanką tego domu? - zapytała ją, podchodząc do starszej kobiety. Katara obróciła się i wskazała dłonią na drzwi. - Nazywała się Ana z rodu Delvon, Domu Velan.
- Nie wiem, jak miała na imię - powiedziała staruszka ochryple i niewyraźnie. - Wiem, że pewnego dnia spakowała się i wyniosła.
- A nie wie pani może, gdzie ona bywała, albo coś? Gdzie mogła się wynieść. - Katara dopytywała dalej, a staruszka robiła się coraz bardziej podejrzliwa. Dziewczyna zauważyła to i postanowiła być szczera. - To zaginiona babcia mojej przyjaciółki - powiedziała i wskazała ręką na Mori. Bladoniebieskie oczy kobiety błyskawicznie na niej spoczęły. - I ona bardzo chciałaby się czegoś o babci dowiedzieć.
Nieznajoma wzruszyła ramionami.
- Nic nie wiem. - Zmarszczyła czoło. - Kiedyś rozmawiałyśmy i wiem tylko, że raz na jakiś czas udawała się do Sachaki, do takiego małego miasteczka.
Moriana jęknęła w duchu. Kolejne miejsce, w którym się niczego nie dowiedzieli. Czy tak będzie wyglądać ich cała podróż? Kolejne poszlaki, fakty, nieskładające się w całość, a rozwiązania brak? Na dnie jej duszy pojawiło się ziarenko zwątpienia.
Wyciągnęli od staruszki dokładną nazwę i nawet wskazówki, jak tam dojść. Niebo pokryło się zupełnie czernią, więc stwierdzili, że pora znaleźć jakiś nocleg. Udali się do najbliższej spylunki i wynajęli mały pokój nad nią. Erin trochę marudził, że będzie musiał spać na podłodze, a potem marudził jeszcze bardziej, gdy Moriana poprosiła go, aby znalazł dla niej jakieś pióro i pergamin. One obie bały się zejść na dół w ten tłum pijanych mężczyzn.
Wrócił zadziwiająco szybko i ze wszystkim, czego akurat potrzebowała. Stworzyła małą kulę świetlną, zasłoniła okno i usiadła przy chyboczącym się stole. Zmoczyła pióro w atramencie i zaczęła pisać.
Wujku Lorlenie!
A może powinnam napisać Administratorze Lorlenie? Nie wiem.
Mistrz Dorrien na pewno doniósł o naszej ucieczce. Czy Król bardzo się wkurzył? Czy podąża za nami gwardia? A raczej czy podążała, bo jeśli tak, to udało nam się ją zgubić. Czy Starszyzna wyrzuciła mnie z Gildii? To już dla mnie nieważne, bo nie zamierzam tak szybo wracać.
Gdy się na to zdecydowałam, miałam gotowy plan. Obmyślony co do najdrobniejszego szczegółu. Myślałam, że znajdę Anę, myślałam, że wszystko się wyjaśni. Any tutaj nie ma, nie ma niczego. Są jedynie kolejne wskazówki, kolejne błędne informacje, fakty wykluczające się, a ja zaczynam wątpić w powodzenie tej misji.
Byliśmy dziś w domu Any. Znalazłam takie jeden portrecik. Nie był podpisany, ale łatwo się domyślić, kto na nim był. Zrobiony był przed wojną, przed najazdem Sachakan. Akkarin, Sonea i ich syn, mały chłopczyk.
Dlaczego, Lorlenie? Dlaczego nie wiedziałam, że mam, miałam, starszego brata? Dlaczego mama zawsze mnie okłamywała? Pamiętam taki zwyczaj w Gildii... Co rok w rocznicę najazdu zapalaliśmy pochodnie, pamiętasz? Ja zawsze zapalałam za Akkarina, a mama zapalała drugą. Byłam pewna, że ja zapalam za tatę swoją a ona swoją. A teraz wszystko ułożyło się w taką logiczną całość... ja zapalałam za tatę, ona za swojego syna.
Jestem zagubiona, Lorlenie. Wszystko w co wierzyłam, okazuje się stopniowo nieprawdą. I nie umiem się wyrwać z tej skrupulatnie utkanej sieci kłamstw.
Opiekuj się mamą, proszę Cię. Mam nadzieję, że czuje się już lepiej. Przepraszam za zamieszanie, jakie narobiłam. Ale ja musiałam, muszę dowiedzieć się prawdy. I dowiem się. A wtedy mogę wracać do Gildii.
Nie odpisuj. List do nas nie dotrze, my się ciągle przemieszczamy.
Moriana
