Uwaga: Percy Jackson i Olimpijscy Herosi - dzieci RR.
A/N: Postanowiłam przycisnąć nieco samą siebie i dokończyć ten rozdział na dziś. (Nie, nie chodziło mi wcale o to, że nie chce mi się uczyć do próbnych matur z polskiego i matmy. ;)) ENJOY!
ROZDZIAŁ IV
- Mówiłam ci, żebyś ominął tę chmurę! - krzyknęła Reyna, wymachując bezradnie najmniejszą saperką, jaką zdarzyło się jej mieć w dłoniach. Niestety, złośliwe venti, które upatrzyły ich sobie za swój cel, miały sobie za nic jej trud. Wcale im się nie dziwiła - gdyby ona była zjadliwym wiatrem tylko czekającym na naiwnych półbogów, też pewnie nie powstrzymałaby jej byle łopatka.
- Ile razy mam powtarzać, że mi przykro?! - odkrzyknął Leo, walcząc o zachowanie Festusa na kursie. Skąd miał wiedzieć, że wpadną w taki kanał?! Ich lot wzdłuż wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych przebiegał do niedawna bez jakichkolwiek przeszkód. Wszystko zmieniło się nagle w okolicach Virginia Beach, gdzie chłopak chciał się zatrzymać i pozwolić im obojgu odpocząć.
- Mówiłam, że mam złe przeczucia! - warknęła dziewczyna, uchylając się w ostatniej chwili przed podstępnym atakiem ze strony paskudnego wiatru. Gdyby Grecy trzymali się wojennego rygoru, Leo wiedziałby, że należy słuchać tych wyższych rangą..! Nawet jeśli w tamtym momencie czuła się tylko jak przeciętny legionista... Chłopak parsknął ironicznym śmiechem, a Reyna zmarszczyła brwi.
- Przepraszam, że jakieś 10 metrów od tej uroczej chmurki nie zdążyłem wziąć pod uwagę przeczucia! - odparł, uśmiechając się gorzko. Czy ta dziewczyna naprawdę myślała, że z prędkością, jaką rozwinął Festus, mieli jakiekolwiek szanse uniknąć spotkania z bagnem, w które wpadli?! Do tej pory myślał, że córka Bellony myśli bardziej racjonalnie od niego, ale w tej sytuacji wydawało mu się, że jest jednak zupełnie inaczej...
Reyna zamachnęła się mocno saperką, wyładowując swoją frustrację i mijając o włos czubek jego głowy, o czym świadczył agresywny powiew powietrza, który zmierzwił jego, i tak już niewiarygodnie potarganą, gęstwinę nazywaną potocznie fryzurą (a może to był właśnie ten ventus, którego próbowała trafić..?). Zawistny wir wyrwał jej łopatkę z ręki, a Leo patrzył bezradnie, jak narzędzie spada w ciemność, malejąc z każdą sekundą, a w końcu znikając na dobre.
- Co teraz? Mamy jakiś plan B? - syknęła Reyna w chwili spokoju, jaka została im dana przez venti. Oczywiście tylko po to, żeby mogły za jakiś czas zaatakować ze zdwojoną siłą! Myśl, dziewczyno, jesteś pretorem Obozu Jupiter! Nie mogła uciec ani złożyć broni - po pierwsze, co przypomniało jej nieprzyjemne pieczenie w żołądku, i tak wykorzystała już pierwsze wyjście..! Co do drugiego, kącik ust wykrzywił się jej w ponurym pół-uśmiechu, z pustymi rękoma i tak nie miała niczego do złożenia... Dopiero po jakimś czasie dotarło do niej, że Leo znieruchomiał, co nie było do niego podobne.
Chłopak zmarszczył brwi, rozważając wszystkie za i przeciw pozostałych im rozwiązań. Skład narzędzi..? Niepewny, nawet mimo tego, że od czasu wojny dużo lepiej radził sobie z okiełznaniem pasa. Poza tym nie miał praktycznie żadnych szans na to, żeby cokolwiek, co stamtąd wyciągnął, mogło posłużyć za skuteczną broń. Więc może ją zbudować..? Nie, na to nie mieli czasu, venti miały powrócić lada moment... Festus...
Festus..! Ogień..!
- Lepiej się trochę odsuń... - mruknął niepewnie w stronę Reyny, wstukując polecenia w panel kontrolny Festusa i próbując przypomnieć sobie wszystkie swoje równie zwariowane, niebezpieczne pomysły, które skończyły się powodzeniem. Niestety, może było to tylko efektem zdenerwowania, ale w głowie Leo nie panowało w tamtym momencie nic prócz przygnębiającej, czarnej pustki.
Reyna odchyliła się nieco do tyłu, a wzmagający się wicher, który zwiastował nadejście venti, chlasnął warkoczem o jej plecy. Nie miała pojęcia, co wymyślił chłopak, ale jeśli nauczyła się o nim czegoś przez ten krótki czas, kiedy razem podróżowali, było to jedno - Leo był niezaprzeczalnie i całkowicie nieprzewidywalny.
Syn Hefajstosa zamknął oczy, starając skupić się na swojej nędznej parodii skutecznego planu, a nie na trawiących jego trzewia wątpliwościach. Starał się nie myśleć, w końcu mógł od tego dostać świra. Festus wydał z siebie sygnał świadczący o tym, że był już gotowy, żeby razem z nim dokopać kilku denerwującym rzymskim zjawom. Wiatr huczał mu już porządnie w uszach, gdy Leo odliczał sekundy do idealnej chwili.
- Trzy... Dwa... Jeden... - wymamrotał do siebie, nie widząc tego, jak wzrok Reyny wiercił dziurę w jego plecach. Musiała mu zaufać, oddać mu kontrolę - a przynajmniej tymi słowami próbowała wciąż, bez przerwy, zagłuszyć jęki nowonarodzonego, kulawego zaufania, które zakładała, że do niego miała. Już dawno jej życie nie zależało od nikogo w aż tak dużym stopniu. Nie była pewna, jak się z tym czuła, ale na pewno nie była do tego przyzwyczajona. Przełknęła nerwowo ślinę, gdy Leo uniósł powoli ramiona. Powracające venti sprawiły, że kosmyki jego włosów szalały we wszystkie strony, a materiał koszulki łopotał, jakby ktoś wrzucił ją na szybkie wirowanie do pralki niebios. Zmrużyła oczy, bo pęd powietrza zaczął przyprawiać ją o łzy. A potem wszystko wybuchło.
Gdyby nie lata treningu nad samą sobą, z jej gardła na pewno wydobyłby się zduszony okrzyk. To był już trzeci raz, kiedy widziała, jak Leo władał ogniem, ale dopiero ten pokaz naprawdę zaparł jej dech w piersi. Gorące płomienie lizały jego ciało, buchały z dłoni i mieszały się z pożogą, którą zapewniał ognisty oddech Festusa. Dziki, nieokrzesany żywioł zdawał się wypełniać rozkazy chłopaka z potulnością rzymskiego legionisty na usługach swojego dowódcy. Jaskrawa czerwień, wyrazisty pomarańcz i oślepiająco jasna żółć wypełniały jej całe pole widzenia, a palący żar ogrzewał twarz, której usta nie uformowały zszokowanego okręgu chyba tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Musiała to przyznać - jego pirokineza robiła wrażenie...
Mrowienie przenosiło się bezustannie gdzieś z wnętrza jego ciała, przez ramiona, do koniuszków palców. Leo ścigał przeciwników jako ludzka balista, a Festus był jego gitarą rytmiczną w ich wspólnej improwizowanej melodii. Gdyby nie Reyna, istota, która, z tego co było mu wiadomo, nie była ognioodporna, mogliby naprawdę zaszaleć! Mimo niedosytu, który wywołały w nim pokłady wypełniającej go mocy, której nie mógł uwolnić, skostniałe przez ostatnie stresy serce chłopaka zaczynała stopniowo topnieć, mięknąć, aż w końcu z jego gardła wydobył się ochrypły, opętańczy chichot, a parszywe venti otrzymały ostateczny cios prosto w swoje wredne, powietrzne buźki!
Ryk wiatru został zagłuszony sykiem ognia, gdy żywioł uniósł venti w wirze rozgrzanego powietrza, a Rzymianka straciła je z oczu. Resztki płomieni zniknęły prawie tak szybko, jak ogień został przez niego przywołany, a Leo opuścił ramiona, dysząc i zanosząc się stopniowo cichnącym rechotem. Zanim zdążyła pozbyć się obrazu pożogi sprzed oczu, chłopak odwrócił się do niej gwałtownie. Jego oczy błyszczały jak w gorączce, a zęby wyszczerzone miał w szerokim uśmiechu.
- Nie robiłem tego od wojny, zapomniałem już, jaka to zabawa! - wykrzyknął, wlepiając w nią spojrzenie godne chyba tylko nadpobudliwego małego szczeniaka. Patrząc na jego niepohamowaną radość, prawdopodobnie jedyne światło rozświetlające ich beznadziejną sytuację, nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Dobra robota, Leo - pochwaliła go, a twarz chłopaka rozciągnęła się na chwilę w zdziwieniu, by pozwolić euforii powrócić szybciej niż przywoływane przez Jasona pioruny.
- Wszystko, by bronić królowej! - odparł, starając się zgiąć w pół w ukłonie mimo niesprzyjających ku temu okoliczności. Grzbiet spiżowego smoka okazał się nie być najlepszym miejscem na podążanie za wskazówkami etykiety! Gdy z powrotem uniósł wzrok, zdziwienie zastąpiło uśmiech na twarzy Reyny.
- Królowej..?- wymamrotała, marszcząc brwi. Leo zamrugał głupkowato.
- No wiesz… Twoje imię brzmi jak reina, hiszpańskie słowo na królową… - wytłumaczył jej. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że dziewczyna powinna znać ten język..? - Poza tym, jesteś pretorem i w ogóle. Rządzisz obozem, nie? - dorzucił z nieśmiałym uśmiechem. Reyna dalej patrzyła na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu... O bogowie, czy na pewno uchronił swoje ubrania przed spłonięciem?! Podwójna weryfikacja stanu jego ubioru trochę go uspokoiła, ale o co jej w takim razie chodziło?
- Nie wiedziałam, że znasz hiszpański… - usłyszał po chwili głos Reyny. Pretor utkwiła wzrok w otaczającym ich niebie, rozjaśnianym przez pierwsze kolory nadciągającego świtu. Hiszpański… Język, którego nie używała od czasu… Od czasu opuszczenia San Juan… Nie. Nie pozwoli mu przypominać sobie o tamtym etapie życia. To była przeszłość, zamknięta księga, do której nie miała zamiaru wracać.
- ¿Hablas español, reina? - drgnęła, chcąc nie chcąc rozumiejąc jego pytanie. Rzuciła mu szybkie spojrzenie spode łba. Czy naprawdę aż tak działał jej na nerwy? Przecież nie zrobił teraz nic złego, niewinne pytanie w obcym języku jeszcze nikogo nie zabiło! Leo odwrócił się do rdzenia inteligencji Festusa. - Nieważne, zapomnij że pytałem - mruknął, zastanawiając się, czy kiedykolwiek uda im się dogadać. Starał się nawiązać z nią nić porozumienia, ale coś w jej postawie wciąż mu to uniemożliwiało... Jakby wciąż, mimo zapewnień, że to był niewinny, była zła o tego ejdolona!
- Mówiłam... Jakiś czas temu... - nie wiedząc czemu, Reyna poczuła chęć udzielenia mu odpowiedzi. Nie chciała o tym rozmawiać i miała nadzieję, że jej zachowanie mówiło samo za siebie, a Leo porzuci ten temat. Skoro jednak zapytał, mogła chociaż wykrzesać z siebie te kilka słów, prawda? Chłopak pokiwał powoli głową i przez jakiś czas lecieli w milczeniu.
Nawet nie zauważyła, że było jej zimno, dopóki jej ciałem nie wstrząsnął dreszcz tak silny, że zwrócił uwagę nie tylko jej, ale nawet Leo. Chłopak błyskawicznie obrócił się i zmierzył ją czujnym wzrokiem. Po chwili niezręcznego milczenia zaklął cicho i zaczął energicznie wystukiwać coś na ekranie komputera.
Tajemnica działań "Leo&Festus" sp. z o.o. zaczynała już pomału działać jej na nerwy... Życie pretora przyzwyczaiło ją do tego, że była pierwszą osobą informowaną na bieżąco o rozwoju sytuacji, czy to w czasach pokoju, czy na polu bitwy.
- Co robisz? - syknęła, starając się powstrzymać irytujące szczękanie zębami. Leo milczał, a Reyna westchnęła cicho. Zawsze myślała, że starożytny wzór chciwego imperatora jej nie dotyczył. Teraz jednak niezadowolenie, jakie wywołało w niej odarcie jej ze stałej, jaką była posiadana przez nią władza, zagotowało w jej trzewiach parujący kocioł nieprzyjemnych wątpliwości... Czy naprawdę upadła tak nisko?
- Ha! - z rozmyślań wyrwał ją triumfalny okrzyk Leo - Prosimy o wyłączenie telefonów komórkowych, niedługo lądujemy - poinformował ją chłopak głosem pełnym samozadowolenia. Zmarszczyła brwi.
- Co? Co się stało? - spytała, rozglądając się. Krajobraz pod nimi niewiele zmienił się w ciągu ostatnich godzin, a porozrzucane mniej lub bardziej gęsto budynki użytkowe i mieszkalne niczym się dla niej nie wyróżniały. Jedynym, co widocznie odkreślało obecną chwilę od przeszłości był kolor nieba - wcześniej ciemno granatowy, teraz jaśniejący nieco na horyzoncie, barwiony promieniami porannego pomarańczu i różu.
Leo spojrzał na nią zmrużonymi oczyma, bezmyślnie pocierając w zastanowieniu podbródek. Co byłoby dla niej najlepsze..?
- Będziesz musiała znowu zaprzyjaźnić się z moimi narzędziami - oświadczył, a gdy nie spotkało się to z żadnym, pozytywnym czy negatywnym, odzewem, zażartował, szczerząc zęby - Idziemy na zakupy!
X
- Co tu robimy? - zapytała Reyna, rozcierając sobie wychłodzone ramiona ręką, która akurat nie dzierżyła w dłoni masywnej metalowej osiemnastki. Zostawili Festusa w kępce drzew (na pewno nie można było tego nazwać lasem) niedaleko drogi, a aktualnie szli ramię w ramię wzdłuż asfaltowego traktu. No, może niezupełnie równo, w końcu był od niej o dobre pół głowy niższy. Gdyby nie to, że przewyższała go też rangą, umiejętnościami walki i twardym charakterem, mógłby zacząć mieć kompleksy!
- Chyba nie myślisz, że damy sobie radę tylko w tych cienkich fatałaszkach? - odparł, obrzucając ją przenikliwym spojrzeniem. Po chwili odchrząknął i odwrócił lekko głowę, żeby jak najbardziej zmniejszyć prawdopodobieństwo tego, że Reyna zauważy delikatny rumieniec na jego twarzy. Od kiedy wyposażeniem rzymskiego pretora były tak niezwykle dopasowane spodenki?! Na całe szczęście, Reyna skupiła się raczej na ich otoczeniu, a nie na Greku pożerającym wzrokiem jej nogi.
- Dokąd idziemy? - był jej wdzięczny za odwrócenie jego uwagi od jej dolnej połowy ciała. Leo utkwił wzrok w ścianie miasta przed nimi, a po chwili wskazał palcem jeden z budynków.
- Tam. Według Festusa, znajdziemy tam magazyn jakiejś firmy odzieżowej - wyjaśnił. Dziewczyna pokiwała ponuro głową, usta zaciśnięte w cienką linię, a oczy świecące buntowniczą determinacją.
Nie odzywali się do siebie aż do chwili dotarcia do bramy placu, na którym stał budynek. Reyna złapała go za nadgarstek i pociągnęła za jeden z przemysłowych pojemników na śmieci, gdy chciał przekroczyć granicę działki.
- Nie możemy tak po prostu tam wejść! - powiedziała z wyrzutem, gdy udało się jej już uciszyć jego jęki bólu i głośne protesty. - Od ilu lat wiesz, że jesteś półbogiem? - nie czekała na odpowiedź, dodając - Nigdzie nie jesteśmy na pewno bezpieczni, musimy być ostrożni...
Nie słyszała, jak mruknął "w Obozie Herosów", bo jej uwagę zaprzątała obserwacja ich celu - wielkich, blaszanych drzwi do magazynu. Ale właściwie... To właśnie jej udało się zrobić rysę na wizerunku niezdobytej twierdzy (z różnicą tylko Sosny Thalii na miejscu smoka), prawda..?
Otrząsnął się z niezbyt wesołych myśli i utkwił wzrok w ścianie magazynu. Po kilku minutach spędzonych w całkowitym bezruchu, kiedy akompaniamentem były tylko dwa półboskie oddechy, jeden z nich formujący w powietrzu małe, białe obłoczki, stracił cierpliwość i zaczął powoli podnosić się na nogi.
- Co robisz?! - warknęła Reyna, ściągając go brutalnie w dół, co spowodowało wykwit nowych siniaków na jego części siedzącej. Zacisnął zęby, a z jego ust wydobyło się niezadowolone sapnięcie. Dlaczego wciąż traktowała go jak nieposłusznego dzieciaka?!
- Nie będę tu siedział i czekał, aż zamarzniemy na śmierć! - odparł niezbyt grzecznie, nie do końca zresztą zgodnie z prawdą, skoro sam nawet nie odczuwał chłodu. Słońce prawie przebiło się już przez granicę ziemia-powietrze, a ptaki zaczynały swój chaotyczny koncert. Jak mogli mieć pewność, że już niedługo nie zostaną złapani przez jakiegoś śmiertelnika? Bogom niech będą dzięki, wyglądało na to, że Reyna również zdawała sobie z tego sprawę, bo po chwili odwróciła się i utkwiła w nim pełne determinacji spojrzenie.
- Nie wychylaj się. Trzymaj się blisko mnie. Nie rób nic głupiego - rozkazała, starając się wymyślić jakiekolwiek wyjście z ewentualnej kryzysowej sytuacji, gdy miała do dyspozycji nie pięć kohort, ale tylko dwoje nieco już głodnych półbogów, z których w dodatku jedno walczyło z niekontrolowanymi skurczami mięśni. Czy wspominała, nie byli żadną miarą dobrze uzbrojeni, a dotąd ich współpraca nie była najłatwiejszym kawałkiem chleba? Taak. Co mogło pójść nie tak?
Wyjrzała ostrożnie zza pojemnika, a on czekał niecierpliwie, aż Reyna zaspokoi wreszcie swoją nadwrażliwość. Jasne, trzeba było być ostrożnym, ale skoro i tak nie zaczęli jeszcze działać, jaki sens miało obchodzenie się z ich planem jak z jajkiem? Kiedy stali tam, wdychając odór rozkładających się resztek, wciąż nie groziło im żadne niebezpieczeństwo, no, może pomijając ewentualne zatrucie lub uduszenie.
Nareszcie! Reyna zrobiła powoli krok do przodu i dała mu znak, by szedł za nią. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, gdy pełni napięcia zbliżali się do magazynu. Dotarli do metalowych wrót, a Reyna, za pomocą dość skąpej gestykulacji i mimiki, kazała mu ustawić się z nią po obu stronach drzwi jak twardzi gliniarze z filmu akcji, który oglądał ostatnio z Nyssą i Harleyem. Ciekawe, czy dzieciak skończył już swój najnowszy projekt, napędzany sło…
- Leo! - syknęła Reyna, skutecznie wybudzając go ze snu na jawie. Dziewczyna patrzyła na niego z wyrzutem, jej ręka ułożona na dziwnie błyszczącej, jak właśnie w tym momencie zauważył, klamce.
- To już?! Och, przepraszam..! - wyrzucił z siebie, wciąż nie do końca przytomny. Reyna wywróciła oczami.
- Daruj sobie - odparła, jakaś część jej umysłu zastanawiająca się, dlaczego czuła się tak, jakby miała deja vu. - Wchodzimy - wymamrotała, szukając zgody w jego oczach. Chłopak pokiwał ochoczo głową i utkwił wzrok w jej ręce. Nacisnęła powoli klamkę i…
Nic się nie stało, zawartość magazynu wciąż stanowiła dla nich tajemnicę. Reyna zaklęła cicho w języku, który przypominał mu łacinę. Nieźle, nie wiedział nawet, że w Rzymianie mieli takie słowa! A może to nie było przekleństwo..?
- Co teraz? - po raz drugi udało jej się przyłapać go na rozproszeniu. Bogowie, ona też, jak większość półbogów, miała ADHD, ale w porównaniu z Leo jej skupienie mogło się równać tylko z „Myślicielem" Rodina! Na swoje szczęście, syn Hefajstosa postanowił od razu zabrać się do dzieła, bo po chwili jego dłonie zmieniły się w żywe pochodnie, a ona musiała powstrzymać cichy okrzyk - zdziwienia lub zachwytu, nie była pewna, którego bardziej.
- Ktoś zamawiał stopiony zamek?- wyszczerzył do niej zęby i zbliżył się do wrót, ale zamarł, gdy do ich uszy dotarł zduszony okrzyk, który zdawał wydobywać się… Z drzwi?! Oboje cofnęli się szybko, wypatrując potwora, zjawy lub po prostu czegokolwiek, czemu trzeba byłoby przyłożyć. Nic takiego się nie pojawiło, za to blacha zaczęła wyginać się i deformować, aż w końcu ich oczom ukazała się postać smukłej, ciemnowłosej kobiety o promiennym uśmiechu i firance czarnych rzęs okalającej jej jasnozielone oczy. Ubrana była w zwiewną sukienkę koloru granitu i srebrne sandały.
- Spokojnie, mój drogi, tylko bez nerwów! - zamruczała głosem, który Reynie od razu skojarzył się z czaromową. Skrzywiła się. Córka Afrodyty..? Nie, to nie mogło być to. Od tej osoby biła inna aura, atmosfera naturalnego, niewymuszonego powabu… Coś jak…
- Jesteś nimfą?- zapytała, nie będąc w stanie ukryć zdziwienia. Nimfa, w otoczeniu przemysłowym? Czego mogła być strażniczką? Blaszanych drzwi? Kobieta odwróciła się na chwilę od Leo, który widocznie przykuł jej szczególną uwagę, i rzuciła Reynie krytyczne spojrzenie.
- Tak, jestem nimfą - prychnęła, z powrotem skupiając się na chłopaku - Ale w twoich ustach, Rzymianko, brzmi to o wiele za mało dumnie… - dodała półgębkiem, ignorując pełne niechęci spojrzenie dziewczyny i zajmując się w zamian Grekiem.
Leo przełknął głośno ślinę, gdy kobieta podeszła tak blisko niego, że prawie stykali się nosami (przynajmniej ona nad nim nie górowała). Jej świeży, zadziwiająco chłodny zapach i olśniewający uśmiech sprawiały, że miał ochotę jej dotknąć, chociażby po to, żeby sprawdzić, czy była zimna, jak polewana chłodziwem, przecinana blacha, czy może rozgrzana, jak metal leżący zbyt długo na słońcu... Nie myśląc wiele, wyciągnął ku niej dłoń, ale ona tylko zaśmiała się perlistym śmiechem i uskoczyła, zanim zdołał jej dosięgnąć. Leo zmarszczył brwi.
- Nie uciekaj, moja pani… - wymamrotał nieprzytomnie. Reyna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. To prawda, nie znała go zbyt dobrze, ale wiedziała jedno - Leo nie zachowywał się jak zwykle. Nimfa przebiegła za pomocą lekkich skoków na drugą stronę drzwi, bliżej niej, a chłopak podążył za nią krokiem, z którego prędkości mógłby być dumny chyba tylko zombie. Gdy ci dwoje kontynuowali tę dziwną igraszkę, Reyna walczyła ze sobą o wydobycie tej odrobiny informacji, którą wydawało jej się, że posiadała o tej konkretnej nimfie. Na pewno słyszała kiedyś podobną historię, ale o co w niej chodziło..?
- Spróbuj mnie złapać, piękny chłopcze! - zachichotała tajemnicza postać, gdy Leo potknął się i prawie zarył twarzą w beton, przed czym uratowały go tylko refleks i mocny uścisk dłoni Reyny. Spojrzała mu w oczy, które wyglądały na dziwnie zamglone, jakby był pod wpływem jakiegoś uroku… Leo szarpnął się nagle, próbując się uwolnić.
- Puść mnie, muszę… Muszę złapać..! - wymamrotał, bezskutecznie starając się osłabić jej chwyt. W powietrzu dalej rozbrzmiewał śmiech nimfy, ale Reyna nigdzie nie mogła jej dostrzec.
- Obudź się, Leo! - zażądała zaniepokojonym głosem. Jak silny był czar tej kobiety? W Obozie Jupiter uczono jej raczej, jak radzić sobie w walce wręcz, ewentualnie na koniu. Niewielu Rzymian miało wiedzę na temat starożytnych zaklęć. Opór Leo nie słabnął, ale wciąż nie był wystarczająco silny, by dać mu wolność. Postanowiła zrobić pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy - wymierzyła mu siarczysty policzek.
- AU! - pisnął chłopak, chwytając się za twarz - Za co to?! - zapytał oskarżycielsko, obrażony, ale na szczęście znów w pełni przytomny. - Co… Co się stało..? - wymamrotał, rozglądając się energicznie, zdezorientowany. Nie pamiętał, jak znalazł się w tamtym miejscu…
- Byłeś pod urokiem tej nimfy - uświadomiła go, orientując się, że po wymierzeniu ciosu, jej ręka znalazła się niezamierzenie w okolicach zagłębienia jego szyi. Na jej nieszczęście, nigdzie nie widziana kobieta również to zauważyła. W powietrzu rozległ się szyderczy dźwięk dezaprobaty.
- A więc jednak gołąbeczki, co..? - usłyszeli złośliwe cmoknięcie, a Reyna natychmiast zabrała rękę, starając się powstrzymać chcący wpełznąć na jej twarz rumieniec. Policzki Leo przybrały delikatnie różowy odcień, a chłopak odwrócił wzrok, nagle jakby poważniejąc.
- Jesteśmy członkami jednej drużyny, a zawartość twojego magazynu bardzo przydałaby nam się w misji! - krzyknął twardo w przestrzeń, nie umiejąc zlokalizować nimfy. Ponownie usłyszeli jej śmiech, ale wciąż nie wiedzieli, skąd dochodził.
- No cóż, jeśli jednak zmienicie zdanie, pamiętajcie, że jestem też opiekunką niemowląt... - zamruczała tajemnicza postać. Leo wydał z siebie dziwny dźwięk, podobny do odgłosu krztuszenia, a jego włosy zaczęły delikatnie dymić.
- Co?! - odkrzyknął głosem nieco wyższym niż zwykle - Czy ty w ogóle wiesz, ile my mamy lat?! - Reyna usilnie starała się nie myśleć o odważnych insynuacjach nimfy, bardziej frapowały ją jej ostatnie słowa.
Nimfa... Metalowe wrota... Uciekała przed Leo... Opiekunka niemowląt...
- Już wiem! - wykrzyknęła, gdy fakty ułożył się w jej głowie w klarowną całość, a Leo nie był jedynym półbogiem, którego zdziwiła ta nagła eksklamacja. Nimfa zamilkła, jakby ciekawa tego, co Reyna miała do powiedzenia. Ale nie, Rzymianka nie miała zamiaru dzielić się z nią tymi z trudem zdobytymi informacjami. Odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem za pojemnik na śmieci, ciągnąc za sobą Leo i nie zważając już na gwizdy irytującej istoty.
- Co jest?! - wyrzucił z siebie chłopak, łypiąc na nią spode łba i rozcierając wykręcony nadgarstek. Mogła go chociaż ostrzec, że planowała odwrót... Reyna zignorowała go, jej oczy świeciły podobnie do oczu Annabeth, gdy córka Ateny wpadła na jakiś pomysł.
- To Karna - oświadczyła Rzymianka. Brak reakcji z jego strony wcale jej nie zdziwił, w końcu miał prawo nie znać mitologii rzymskiej, tak, jak ona nie czuła się do końca pewnie, kiedy chodziło o grecką.
- Noo, i co z tym zrobimy? - zapytał, jego twarz wymalowana dezorientacją. Reyna przeczesała sobie włosy ręką i zmarszczyła brwi.
- Karna była rzymską nimfą-zwodzicielką... - zaczęła powoli - Lubiła uwodzić mężczyzn i umawiać się z nimi na schadzki, żeby znikać nagle w ich trakcie i zakpić ze swoich ofiar - powiedziała z goryczą. Kobiety traktujące mężczyzn jak gorszą płeć wywoływały w niej szereg uczuć, z których niechęć była prawdopodobnie najłagodniejszym określeniem.
- Ale o co chodziło jej z tymi małymi dziećmi?! - wypalił, czując, jak znów płoną mu policzki. Reyna odchrząknęła cicho i kontynuowała, przez chwilę nie utrzymując z nim kontaktu wzrokowego.
- Karna to opiekunka niemowląt, które chroniła przed strzygami - uświadomiła go, zaciskając nieco mocniej palce na swoim kluczu francuskim. Leo pokiwał powoli głową. Po chwili milczenia, znowu na niego spojrzała. Wpatrywał się w nią, jakby oczekiwał przedłożenia planu, wydania kilku rozkazów. A więc tym razem to ona miała ratować, zamiast być ratowaną? Uśmiechnęła się lekko. Nareszcie pozbędzie się długu wobec niego...
- No dobra - oświadczyła z werwą - Zrobimy tak...
X
Bez słowa wkroczyli z powrotem na plac, wypatrując nimfy. Jak się domyślali, przy magazynie nie było żywej duszy. Słońce wyglądało już w całej swojej okazałości zza horyzontu, gdy podeszli do wrót. Leo przywołał ogień, a Reyna pełniła czujnie wartę kilka metrów od niego.
- Hop hop, moja pani! - zawołał Leo, usta wykrzywiły się mu w nieprzyjemnym uśmieszku. Przez chwilę nic się nie działo, ale kiedy zbliżył płonącą dłoń do drzwi, półbogowie usłyszeli głośny syk. - Jeśli ty nas nie wpuścisz, będę zmuszony to zrobić! - rzucił w powietrze, cofając jednak palce. Choć wszystkie zmysły Reyny pracowały na najwyższych obrotach, wciąż nie umiała zlokalizować ich celu.
- Zrób to - mruknęła do Leo, a ten przesunął dłoń w bok, w kierunku ściany magazynu. Jak przewidziała Reyna, nimfa nie była zachwycona. Leo usłyszał tylko zduszony, pełen gniewu okrzyk, by chwilę potem do kolekcji jego siniaków dołączyły kolejne, kiedy został odrzucony do tyłu na tyle daleko, że znajdował się teraz koło Rzymianki. Wyrzucił z siebie półgębkiem wiązankę przekleństw w kilku językach, wstał i otrzepał spodenki.
- No to dajemy czadu - posłał Reynie łobuzerski uśmiech, zanim ustawili się plecami do siebie, wypatrując źródła wściekłych powarkiwań i oburzonych skowytów, ona ze swoją osiemnastą, jego dłonie lizane przez pożogę.
- Jak śmiesz! - Leo odwrócił głowę, słysząc słowny jad Karny po swojej prawej stronie.
- Skup się, Leo… - mruknęła Reyna, lustrując nieruchomo swoje pole widzenia. Chłopak odwołał ogień i sięgnął powoli do kieszeni spodni, wyciągając z niej dziwne, zbudowane naprędce urządzenie.
- Jak śmiałeś tak im zagrozić?! - krzyczała nimfa. Szara plama mignęła Reynie niedaleko płotu, potem blisko, przy nich, za każdym razem pojawiając się na nieco dłużej... Doskonale, właśnie o to jej chodziło…
- Chyba wiem, co Karna tu robi - powiedziała powoli Reyna, dostrzegając z satysfakcją, że Leo był tym razem naprawdę skupiony - Jeden z mitów mówi o jej relacji z bogiem Janusem -widząc, że Leo wciąż nie wiedział, o co chodziło, dodała - Janus to rzymski bóg początków i końców, wyborów, ale także przejść i bram. Miał dwie twarze i dwoje oczu, więc udało mu się udaremnić podstęp nimfy.
- Jak ma to nam pomóc? - przerwał jej Leo, zniecierpliwiony przez przedłużającą się opowieść. Reyna westchnęła cicho i rzuciła mu potępiające spojrzenie.
- Dochodzę do sedna sprawy. Janus ustanowił dla Karny władzę nad zawiasami drzwi -powiedziała, bawiąc się bezmyślnie końcem swojego warkocza. Leo parsknął śmiechem.
- Zawiasami drzwi? Noo, koleś wiedział, jak zaimponować kobiecie! - wyszczerzył do niej zęby. Kącik ust Reyny uniósł się nieznacznie w pół-uśmiechu.
- Plan jest taki: wrócimy tam i spróbujemy otworzyć drzwi. Jak, nieważne, zostawiam to tobie - powiedziała pewnie, a Leo pokiwał głową. - Karna prawie na pewno spróbuje ci przeszkodzić, a wtedy będziemy musieli ją zmusić, żeby sama nam otworzyła - Może i nie był najlepszym strategiem, ale Leo zauważył jeden bardzo słaby punkt tego planu…
- Jak to zrobimy? Przecież przestaliśmy nawet ją widzieć - zwrócił jej uwagę. Reyna przytaknęła.
- Tak, ale zamach na jej własność wytrąci ją z równowagi. Myślę, że nie będzie jej już tak łatwo się przed nami ukryć - odparła, a widząc niepewność wykrzywiającą jego elfie rysy, dodała - Wtedy wykorzystamy twoje zdolności manualne.
- Co? - z każdą minutą tłumaczenia Leo coraz mniej rozumiał pomysł Reyny. Jak (oczywiście były to jej słowa, on sam nigdy by się aż tak nie przechwalał) sprawność jego palców miała im pomóc złapać nieuchwytną boginię przyrody? Dziewczyna wskazała ręką na jego pas.
- Możesz zbudować z tego wyrzutnię sieci? - zapytała, a twarz Leo rozjaśniła się w zrozumieniu. - No właśnie - Reyna odwzajemniła (choć nie tak wylewnie) szeroki uśmiech, który rozlał się na jego twarzy.
Obraz Karny nie znikał sprzed jej oczu już dobre kilka milisekund...
- Leo, na siódmej! - krzyknęła, uchylając się, gdy jego ręka wyciągnęła się błyskawicznie w tamtym kierunku, a kiedy spojrzała tam po raz drugi, nimfa miotała się już w sieci z drutu z niebiańskiego spiżu, przeklinając i zawodząc. Leo krzyknął z uciechy i uniósł nad głowę pięść zaciśniętą w geście zwycięstwa.
- I kto jest szybszy, paniusiu?! - zadrwił, wystawiając w międzyczasie do Reyny rękę do przybicia piątki. Brwi dziewczyny uniosły się w zaskoczeniu, ale po chwili uśmiechnęła się i uderzyła lekko wnętrze jego dłoni swoją. Z twarzy Leo nie schodził arogancki uśmiech, gdy podchodzili do Karny, która wciąż usiłowała pokonać pułapkę.
- Wypuście mnie! - syknęła, a jej spojrzenie różniło się od wejrzenia Meduzy tylko tym, że, mimo wszystko, nie zamieniało w kamień. Reyna założyła ręce na piersi, a Leo zacmokał szyderczo, prawie idealnie naśladując przedstawienie Karny sprzed kilkunastu minut. Zanim zdążył otworzyć usta i olśnić zebrane geniuszem swojej następnej wypowiedzi, Reyna straciła już zbyt dużo cierpliwości.
- Nie widzisz, w jakim jesteś położeniu, Karno? - warknęła, co skutecznie zamknęło usta nimfy, gdy ta próbowała kontynuować raban - Decyzja o tym, co się teraz z tobą stanie, leży tylko i wyłącznie w naszych rękach. Chociaż, muszę przyznać, twoja współpraca lub jej brak może wiele zmienić... - zawiesiła groźnie głos.
W naszych rękach... Leo poczuł, jak miejsce drwin zajmuje w jego sercu radość. A więc naprawdę zaczęła ich traktować jak drużynę..?
Dlaczego tak dziwnie na nią patrzył? Reyna starała się ignorować zachowanie chłopaka, a skupić się raczej zdobyciu łupów, dla których w ogóle się tam wybrali. Odwróciła dyskretne spojrzenie od jego dziwacznie łagodnych oczu, by utkwić wzrok w spuszczonej głowie Karny.
- No więc? - ponagliła ostro - Pomożesz nam czy mamy zniszczyć twoje drogocenne zawiasy? - Oho, Leo zaczynał dostrzegać, jak bardzo przerażająca potrafiła być pretor. Jeśli tylko tego chciała, człowiek mógł się przy niej czuć jak bezbronny insekt przy zionącym ogniem, spiżowym smoku. Karna poruszyła się niespokojnie w sieci, ale było widać jak na dłoni, że jej opór słabnął.
- Muszę ich dotknąć - mruknęła w końcu po chwili milczenia. Leo i Reyna chwycili wspólnie sieć i zaciągnęli nimfę aż pod blaszane wrota. Tam Karna wyciągnęła z trudem (drut ograniczał znacząco jej ruchy) dłoń i przytknęła ją do metalu, w którym odbijały się promienie porannego słońca, rażąc ich w oczy. Klamka i zawiasy rozświetliły się jadowicie zielonym światłem, by po chwili powrócić do swojego pierwotnego wyglądu. Usłyszeli szczęk zamka, a drzwi uchyliły się z cichym skrzypieniem.
Leo schylił się i zaczął grzebać w pasie w poszukiwaniu nożyc do metalu, kiedy powstrzymała go dłoń Reyny na jego ramieniu. Odwrócił się do niej z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy, a ona pokręciła tylko głową.
- Jeszcze nie. Jaką mamy pewność, że nas tam nie uwięzi? - powiedziała rozsądnie. Leo podniósł się na nogi i znowu, wspólnym wysiłkiem, odciągnęli Karnę od jej drogocennego przejścia. Potem, ignorując przekleństwa i klątwy mamrotane przez istotę, zostawili ją w bezpiecznej odległości od magazynu i ruszyli w kierunku wejścia.
- Panie przodem - Leo rzucił jej szelmowski uśmieszek, otwierając przed Reyną drzwi. Dziewczyna odwzajemniła się pobłażliwym spojrzeniem.
- Czy wszyscy Grecy bawią się w te przestarzałe ceregiele? - zapytała, walcząc z samą sobą o powstrzymanie cisnącego się na jej usta uśmiechu. Leo widział jednak, że nie była w stanie zrobić tego samego z rozbawionym błyskiem w jej oczach. Wydął dolną wargę w udawanym zastanowieniu i pokręcił głową.
- Nie, chyba nie. Kiedy ostatnio sprawdzałem, żaden nie był na tyle wspaniały - wyszczerzył do niej zęby, gdy przebijali się przez rzędy wieszaków, półek i kartonowych pudeł ustawionych na wielkiej przestrzeni w rozmaitych konfiguracjach. Reyna nie była już w stanie dłużej się powstrzymywać i parsknęła cichym śmiechem. - O! Widzisz, jednak jestem śmieszny! - krzyknął, celując w nią oskarżycielsko palcem i pusząc się z dumy.
Reyna wywróciła oczami, ale na szczęście nie widział chyba, że uśmiech nie znikał już z jej twarzy. Przyznanie przed nim, że wcale nie był taki zły, nie wchodziło jeszcze w grę. W końcu dopiero co udało się jej to przyznać przed samą sobą.
X
Nie mieli pojęcia, jak to się stało, ale jakimś cudem udało im się upchnąć pełen wachlarz ubrań na zmianę i rozmaitych akcesoriów („Ale Reyno, te okulary są naprawdę boskie!") do jednego plecaka, który dźwigała teraz na swoich plecach Reyna. Dżentelmen czy też nie, to zadanie było dużo bardziej odpowiednie dla wytrenowanej Rzymianki, niż chuderlawego Greka.
Leo uwolnił Karnę, która rzuciła im tylko ostatnie ze swoich pogardliwych spojrzeń i znikła bez słowa, a dwoje półbogów wyruszyło w drogę powrotną do Festusa. Tym razem milczenie nie było tak dotkliwe i nieprzyjemne, jak za pierwszym razem. Mimo to, Leo po prostu nie umiał zbyt długo nic nie mówić, tym bardziej, kiedy był w dobrym nastroju, jak w tamtej chwili.
- No więc… - zagaił nieco nieśmiało, bawiąc się międzyczasie osiemnastką, którą wcześniej oddała mu Reyna - Tworzymy chyba niezły zespół, co? - uśmiechnął się, gdy odwzajemniła jego spojrzenie. Nawet jeśli nie mogła mu już zaprzeczyć, dręczyło ją w tamtym momencie inne pytanie…
- Jeśli mogę spytać… - zaczęła ostrożnie - Co dokładnie łączy cię z Kalipso? - zapytała miękko, patrząc, jak w jego oczach błyska na chwilę mieszanina nadziei, determinacji i smutku. Leo spuścił głowę, a Reyna utkwiła wzrok w ścieżce przed nimi. - Oczywiście jeśli nie chcesz o tym mówić, to…
- Nie mam pojęcia - zamarła, słysząc jego mamrotanie, które brzmiało tak, jakby ten fakt dziwił nawet jego samego. - Ja… Ona… Powiedziała, że nadal mnie nienawidzi… - zmarszczył brwi. - Ale z drugiej strony, pocałowała mnie, więc… - spojrzał na Reynę, która wciąż na niego nie patrzyła. Był jej za to wdzięczny. - Nie wiem. Nie rozumiem naszej relacji - uśmiechnął się, nieco posępnie, a nieco ironicznie.
Przez chwilę znowu panowała między nimi cisza, a potem Reyna pokiwała powoli głową.
- Rozumiem - wyszeptała, a brzmiało to tak, jakby mówiła to raczej do samej siebie, a nie do niego. Jason… Jej sytuacja kiedyś, przed… Serce ścisnęło się jej nieco z bólu. Przed Piper… Tak, to musiał być podobny schemat.
Nie rozmawiali już aż do chwili dotarcia do spiżowego smoka. Brawo, Reyno, udało ci się ponownie zepsuć dobry nastrój! Zaczynała się zastanawiać, czy nie miała tego po prostu we krwi…
Wdrapali się na grzbiet wydającego z siebie szereg metalicznych kliknięć i stukotów automatona i wzbili się w powietrze. Słońce prażyło ich twarze, ale pęd powietrza zapewniał przyjemną atmosferę ciepłego, letniego przedpołudnia.
Nawet nie czuła, jak była zmęczona, dopóki nie dotarło do niej, że jej ciało oparło się bezwładnie o plecy Leo. Odchrząknęła głośno i natychmiast się wyprostowała, mając płonną nadzieję, ze tego nie zauważył. Chłopak odwrócił się do niej i posłał jej ciepły, przyjacielski uśmiech.
- Śmiało, nie spałaś już… Ile? Dwie noce? - nalegał, nie spuszczając z niej wzroku błyszczących, ciemnobrązowych oczu.
Może jej mózg nie pracował zbyt dobrze przez brak snu… A może po prostu chciała zrobić samej sobie na złość…
Reyna przechyliła się delikatnie do przodu i wtuliła w rozgrzany materiał jego koszulki, a oddanie się w ręce Somnusa już dawno nie było tak łatwe i bezproblemowe…
ZJeM, 22.04-20.06.14
Od ZJeM:
Niestety, czytałam „Zagubionego Herosa" dobre dwa lata temu, w dodatku tylko raz, więc moje pomiary tego, jak długo i daleko Reyna i Leo mogą lecieć bez postoju są wykonywane z naprawdę beztroską precyzją. Mam nadzieję, że mimo to da się w nie uwierzyć. ;)
Taak. Nie mam pojęcia, czy wszystkie chwyty, które zastosowałam w tym rozdziale, działałyby w rzeczywistości PJO. Dałam się porwać jeźdźcowi na skrzydlatej klaczy - Wenie. ;)
Tak, Leo użył w tym rozdziale prawie dokładnie tych samych słów, których użył w rozmowie z Kalipso. In your face, bitch!Echem, przepraszam. Nie znoszę jej. (Co nie znaczy, że właśnie zdradziłam Wam zakończenie tego fanfica. Jestem szalona, lepiej na mnie nie polegać.)
Dziękuję MxMSupporter za inspirację. Zlutowałaś kabelki w moim mózgu, i to dwa razy. :D
Dolną połowę ciała dedykuję M. ;)
DZIĘKI ZA PRZECZYTANIE!
