Renji ze złością trzasnął za sobą drzwiami. Nie zwracając uwagi na swoich współlokatorów, kopnął w łóżko. Dopiero wtedy usiadł, klnąc. Jak on śmiał? Oskarżyć go o niesubordynację i niewykonanie rozkazów? Kiedy to właśnie ten dureń był przyczyną całego zamieszania! W głowie się nie mieściło. A teraz miał jeszcze czelność pisać na niego oficjalną skargę do kapitana! Tylko szczęściu zawdzięczał to, że Zaraki-taichou postanowił ją zignorować. Abarai wiedział, że w którymkolwiek innym oddziale zdegradowano by go. Nieważne, kto miał rację. Liczyło się to, że Mareko pochodził z Seiretei. Ze szlacheckiej rodziny.
Renji prychnął, kładąc się i zasłaniając dłońmi oczy. No tak, ostatecznie wszystko sprowadzało się do urodzenia. Pozycja, przywileje... przyjaźń. Wszystko sprowadzało się do jednego, czyż nie? Gdyby nie był byle chłopaczkiem z Rukongai, nie zostałby zmuszony do zerwania wszystkich stosunków z Rukią, gdy Kuchiki ją adoptował. Nie musiałby bać się, że w każdej chwili mogą go wyrzucić z oddziału, i musiałby opuścić Seiretei – w końcu, mieszkaniec Rukongai mógł tu sobie zapewnić miejsce tylko poprzez służbę.
W zasadzie, to cieszył się, że kilka lat temu przeniesiono go do oddziału jedenastego. Tu znalazł swoje miejsce, ludzi, których rozkazów chciał słuchać, i takich, którzy chcieli słuchać jego. Oczywiście, nie spełniało to wszystkich jego marzeń. Ale przynajmniej teraz nie był najniższym stopniem. I nie był poniżany, tak jak w piątym składzie. Oczywiście, z Hinamori jako porucznik, nikt nie dyskryminował go otwarcie – ale jasne było, że nie pasował do reszty.
A teraz ten dureń z szóstego mógł zepsuć wszystko to, na co Renji tak ciężko pracował przez tyle lat. Ale co do cholery mógł zrobić? Powiedział swoją wersję zdarzeń Kuchikiemu. Jak widać, ten mu nie uwierzył... I polecił Mareko napisać oficjalną skargę. Jednak coś się w nim burzyło. Mimo że wiedział, że jego kariera od tego zależy, nie potrafił się opanować. Musiał jeszcze raz porozmawiać z kapitanem szóstego oddziału... Wiedział, że to nic nie da. Tylko pogorszy jego sytuację. I co z tego? Miał służyć do końca życia wiecznie ustępując szlachcie? Nie umiał tak. Po prostu nie umiał.
Wstał z łóżka i wyszedł na zewnątrz, kierując się ku głównej bramie kwater oddziału. Nie zwracał uwagi na dziwne spojrzenia rzucane mu przez szeregowych shinigami. Szedł przed siebie, dopóki ktoś nagle nie złapał go za ramię.
- Abarai, gdzie się wybierasz? - zapytał mężczyzna z piórkami we włosach, nic sobie nie robiąc z warknięcia, którym uraczył go szósty oficer.
- Yumichika-san, z całym szacunkiem, ale to nie pańska sprawa – powiedział, ledwie nad sobą panując.
- Ależ to jest moja sprawa – zaprzeczył Ayasegawa. - W końcu, chodzi o imię naszego oddziału.
Renji popatrzył na niego, zaskoczony.
- Skąd pan wiedział?
- Nie wiedziałem. Ale gdybyś mi po prostu odpowiedział, nie byłoby problemu. A że zacząłeś kręcić... To wiadomo, że planujesz coś nie do końca rozsądnego – uśmiechnął się lekko mężczyzna.
- A od kiedy to szósta dywizja jest rozsądna? - fuknął ponownie rozdrażniony Abarai.
Yumichika teatralnie udał, że się zastanawia, patrząc na przechodzącego obok rekruta.
- No cóż, nigdy tego nie powiedziałem – mrugnął okiem. - Ale pamiętaj, że to twoja przyszłość się waży, a nie oddziału – ostrzegł po chwili, już poważny. - Nie bądź zbyt pochopny – dodał. - Zastanów się, czy warto.
- Warto? - powtórzył rozżalony Renji. - Nie wiem, czy warto. Ale czy mam być zawsze tym gorszym? Bo nie urodziłem się w pieprzonym Seiretei?
Starszy oficer popatrzył na niego przez chwilę bez słowa, jakby rozważając coś.
- Czy naprawdę sądzisz, że to jest najważniejsze? Jesteś w oddziale, który składa się z praktycznie samych ludzi z Rukongai, łącznie z naszym kapitanem, i uważasz, że jesteśmy gorsi?
- No właśnie nie, o to mi chodzi! Nie pozwolę, żeby mną pomiatali! Ten sukinsyn napisał na mnie skargę! Rozumie pan? Oficjalną!
- Więc co zamierzasz zrobić? Pójść tam, zrobić awanturę, i udowodnić, że jesteś nieokrzesanym chłopem? - warknął Yumichika.
Renji poczuł się, jakby oblano go kubłem zimnej wody. Zwiesił głowę, jego ramiona opadły.
- To co mam zrobić? Zignorować to? - wyszeptał, zgaszony.
- Na razie tak. Poczekaj, zobacz jak to się rozwinie. I – powiedział, kładąc rękę na ramieniu Abaraia – pamiętaj, że nie działasz na własną rękę. A nasz kapitan dba o swoich ludzi. Mareko wygrał bitwę, co nie oznacza, że zwyciężył wojnę. A doskonale wiesz, że tym, co zrobił, wypowiedział ją całemu oddziałowi jedenastemu.
Abarai popatrzył starszemu oficerowi w oczy, zanim skinął głową. I nie po raz pierwszy poczuł, że znajduje się we właściwym miejscu i nie jest zdany tylko na siebie.
- Dziękuję – powiedział w końcu, czując jak opuszcza go napięcie gromadzące się od kilku dni.
Tak, pochodził z Rukongai, ale na pewno nie był słaby. I nie miał zamiaru pozwolić nikomu wykorzystywać się.
Yumichika kiwnął głową i poszedł w kierunku biura kapitana. W końcu, ktoś musiał raz na jakiś czas wypełniać wszystkie papierki.
Abarai stał przez chwilę w tym samym miejscu, nie wiedząc, co teraz ze sobą zrobić. Zdawał sobie sprawę, że mało brakowało by zbłaźnił się przez mężczyzną, który był jego ambicją, jego życiowym celem.
Powoli ruszył w stronę bramy, kopiąc po drodze leżący na ziemi kamień. Uznał, że jeśli uda się poza Seiretei, w jakieś odludne miejsce, będzie mógł wyżyć się, pozbyć się nadmiaru energii. I na spokojnie przemyśleć swoją sytuację. Jednak w połowie drogi nagle zatrzymał się. Znał zbliżające się z naprzeciwka reiatsu. Aż za dobrze. Pochylił się w ukłonie, gdy nadchodzące mężczyzna minął go.
- Kuchiki-taichou – wymamrotał pod nosem, mając szczerą nadzieję, że kapitan nie zatrzyma się. Był ostatnią osobą, którą chciał teraz spotkać.
- Abarai – odpowiedział Byakuya, podchodząc bliżej. - Żadnych nowych wypadków z moim porucznikiem? - zapytał sucho.
Renji z trudnością zmusił się do odpowiedzi, tak mocno zaciskał szczęki.
- Zapewniam pana, że dalsze skargi nie będą potrzebne – obiecał, starając się, by wściekłość, która go dławiła, nie była słyszalna w jego głosie.
- Skargi? - powtórzył Kuchiki, na sekundę marszcząc brwi, zanim ponownie przybrał kamienny wyraz twarzy. - To dobrze – kiwnął głową, odchodząc.
Gdy kapitan zniknął z pola widzenia, Abarai rozluźnił się trochę. Poszło lepiej, niż się spodziewał. Choć miał wrażenie, że mężczyzna był zaskoczony wzmianką o skardze, co go zaintrygowało. Czyżby porucznik Mareko wykonał ten ruch bez autoryzacji? Dawało to niespodziewaną broń w ręce szóstego oficera... Którą mógł dobrze wykorzystać, jeśli tylko poczeka na właściwy moment.
