Rozdział 4
– Bonne nuit, États Unis –
Zasypanie nigdy nie przychodzi mu łatwo. Zwykle pod wieczór nachodzą go niezałatwione sprawy – tysiące rzeczy nagle przypomina o swoim istnieniu i wymaga jego natychmiastowej uwagi, dłuższego zainteresowania, usłużnej interwencji, a co za tym idzie czasu. Akurat gdy jest pora spania i każdy winien już dawno lec w ciepłym posłaniu, zanurzony w puchatej pierzynie, blondyn poddaje się rozmyślaniom nad błahostkami. Miast grzecznie wtulić się w troskliwe objęcia Morfeusza, Alfred niepokoi się namolnymi bzdurami. Zaspokaja pierwotne domysły odnośnie aktualnego stanu państwowych banków; stara się nie myśleć o sytuacji we własnym kraju, który zostawił pod władzą prezydenta; sprytnie omija ponure zawiłości polityki zagranicznej; ignoruje ochrypłe wołanie instynktu, który zakorzeniony gdzieś głęboko w podświadomości każe zwijać manatki i wracać do Białego Domu. Nie dopuszcza do siebie teraźniejszości i niedalekiej przyszłości, koncentrując się na wyłącznie na codzienności w swojej prywatnej oazie świętego spokoju. Wie, że to nie jest dobre rozwiązanie i prędzej czy później wyuczony system zacznie zawodzić. Ciemne chmury zbierają się nad starą chatką i tylko czekają na odpowiedni moment. Jednak dopóty powyższy schemat działa, nie zakrząta sobie głowy spekulacjami dotyczącymi jego ewentualnego powrotu. Na razie Stany Zjednoczone Ameryki doskonale raczą sobie bez niego.
Cóż za ironia – kraj pozbawiony swego ducha, lepiej funkcjonuje. Przynajmniej tak zakłada błękitnooki.
- Znowu nie jestem śpiący… - pomrukuje chłopak, zapadając się bezwładnie w posłanie. Sprężyny łóżka skrzypią nieznośnie, nadwrażliwie reagując na każdy najmniejszy ruch gospodarza. Błękitne tęczówki bez zainteresowania śledzą sypialnię, nie wyszczególniając w powierzchownych obserwacjach żadnego konkretnego przedmiotu. Dłużej zatrzymują się na znajomej fladze, powieszonej na suficie tuż nad posłaniem. Badają bez wyrazu jasne i ciemne paski, kontemplują obojętnie pięćdziesiąt identycznych gwiazd. W końcu ich uwagę przykuwa widok za oknem – ciemne niebo imitujące granatowoczarny materiał ponawlekany jaśniejącymi srebrzyście punkcikami - oddalonymi o miliardy kilometrów świetlnych. Wielka kula Księżyca połyskuje jasno, niczym wypłowiały, zalany mlekiem i czystym srebrem starszy brat Słońca.
Chłopak zachłannie obserwuje nocny firmament, kolejny raz przypisując go do listy rzeczy pięknych. Niezmiennie zachwyca go misterium Nocy, powszechnej ciemnicy, poprzecinanej siateczką nakładających się na siebie gwiazdozbiorów. Odruchowo porównuje niebo do Francisa, bo podobnie jak duch Francji - nigdy nie zasypia, choć rozsiewa wokół zaproszenie do snu. I jest zniewalająco piękne, choć nieznane i tajemnicze.
- Przydałby się teraz England ze swoimi zmyślnymi bajeczkami. Albo France, on mógłby… - chłopak milknie niespodziewanie, gwałtownie kręcąc głową. Blond włosy rozrzucają się na poduszce, tworząc jasną złocistą aureolę. – Nie. Nie myśl o tym. – warczy na swój umysł, który bezczelnie podsuwa jedno przeklęte wspomnienie. Przymyka kilkakrotnie oczy, nieudolnie próbując odegnać zamglone obrazy. Szybko odkrywa, że reaguje za późno – chciwe wspomnienia, które nie bez powodu opieczętował jako niewłaściwe, migają mu przed oczami, a wyobraźnia szybko tworzy z nich pokaz slajdów, który przeobraża się w krótki film, powtórkę z rozrywki.
Pokój rozmazuje się stopniowo, zastąpiony przez coraz to żywsze kolory. Ciszę wypełnia przytłumiona muzyka klasyczna, odpowiednia dla staroświeckich salonów. Sam chłopak czuje jak jego ciało wiotczeje, a umysł, niepomny na desperackie nawoływania rozsądku, otwiera przedeń podwoje niechcianych wspomnień z dzieciństwa…
Dom Pana Francji wydaje się być niezmienny.
Zarówno za dnia jak i w nocy tętni życiem – przez salony przelewa się roześmiany, niebagatelny tłumek gości, samej elity arystokratów. Kilkadziesiąt pięknych pań szemra cichutko materiałem kolorowych sukni, uwodzicielsko rozkładając fantazyjne wachlarze. Chłopiec pamięta jak zza półotwartych drzwi obserwuje wciąż rosnącą grupkę – do tamtej pory w całym swoim długim życiu nacji, nie widział podobnej ilości barw i postaci. Gdzieś migają soczyste pióra afrykańskiej fauny lotnej, w kącie czai się prążkowy lampart zredukowany do niespotykanego okrycia, podłogę przemierzają ozdobne buty, kiedyś będące niebezpiecznym gadzim pomiotem. Kilka miękkich lisich ogonów otula łabędzie szyje swoich właścicielek, białe futerko gronostajów doskonale komponuje się zestawione ze szmaragdową przepaską. Faktury sukien zmieniają się nieustannie, raz są marszczone, raz gładkie a kiedy indziej okryte delikatną woalką. Trudno spamiętać poszczególne fasony, nie mówiąc o różnorakich dodatkach. Blondyn nie wie od czego zależy kształt ubioru kobiety. Damy, które Francja gości na swoich włościach, są piękne, ale nie w sposób, który przypada chłopcu do gustu. Ot, ładne panny.
Teraz, gdy stoi cichutko pod drzwiami łakomie chłonąc widok francuskiego pojęcia bankietu, mając za towarzysza „wróżkę", nic nie może istotce odjąć tytułu piękności.
W rezydencji Francuza zawsze jest identyczna liczba służby. Nigdy więcej, nigdy mniej, jak swego czasu naliczył chłopiec. Wśród lokajów przeważają mężczyźni, młodzi choć doświadczeni w obcowaniu z najrozmaitszym towarzystwem. Pokojówki pojawiają się rzadko, ale przewijają się na korytarzach, poprawiają kwiaty w wazonach. Czasem jak ciche cienie krążą po holu, by zaraz zniknąć pośród ogólnego przepychu. Kanada, czy też jak notorycznie nazywał go chłopiec „wróżka", mówi, że kiedyś gościli włoskich malarzy i niemieckich żołnierzy, by drugiego dnia ugościć samego brytyjskiego króla.
- Nigdy nie widziałem, żeby tatuś był taki mécontent* jak wtedy. Chyba nie polubił angielskiej rodziny królewskiej. – szepcze Kanada, ostrożnie zerkając na różnobarwną masę gości. Jego fioletowe oczy ożywają, gdy wyodrębnia z licznej ferajny swego opiekuna.
Niebieskooki obserwuje towarzysza kątem oka, profilaktycznie udając, że jest nazbyt pogrążony w śledzeniu rozemocjonowanego tłumu, by odpowiednio zareagować na jego wcześniejsze słowa. Jak zawsze postać rówieśnika zapiera mu dech w piersiach. Ilekroć obdarza Kanadę choćby przelotnym spojrzeniem, zawsze ma ochotę go serdecznie uściskać. A czasem, lecz do tego nie przyznałby się póki nie uzyskałby przyzwolenia Brytyjczyka, chciał „wróżkę" pocałować. Tak w policzek, żeby się przekonać, że autentycznie istnieje i naprawdę czatuje teraz obok niego. Od ich drugiego spotkania coraz częściej potrzebuje się upewnić, że drobna piękna istotka wychowywana pod skrzydłami Francisa, nie stanowi dziwnego złudzenia optycznego. Zwykle lekkie otarcie wystarczało, taki niby przypadkowy dotyk, za który przepraszał z przyjacielskim uśmiechem radosnego idioty. Ale ostatnimi czasy bardzo chciał zrobić coś więcej.
- Ça va bien?* – pyta nieśmiało Kanada znacząco wpatrując się w dłoń Ameryki, niesubtelnie zaciśniętej na jego ramieniu. Błękitne tęczówki przez ułamek sekundy badają morze filetowych oczu, by zaraz ich właściciel uprzytomniał sobie zaistniałą sytuację. Blondyn szybko umyka wzrokiem na własne palce, momentalnie zabierając rękę. Na jego twarzy wykwita znajomy uśmiech przyłapanego na dziwactwie wariata, który nijak nie potrafi wyjaśnić cóż takiego nieprzyzwoitego uczynił.
- Wszystko okey, brother. Serio. To taki… tik nerwowy! – wyjaśnia w skrócie blondyn, przyjmując inteligentną postawę znawcy medycznych problemów. Kanada obdarza go niedowierzającym spojrzeniem, ale nie komentuje niejasnego tłumaczenia. W duchu walczy z nieznanym mrowieniem po dotyku Alfreda.
- Skoro braciszek tak mówi… - fioletooki chrząka speszony, kierując wzrok na kolorowy tłum za drzwiami. Byleby jak najszybciej uciec od krępującego ekscesu!
Blondyn wzdycha bezgłośnie i nieufnie wkłada dłonie do kieszeni, przestrzegając je w myślach, że każdorazowe podjęcie jakichkolwiek działań bez wcześniejszej konsultacji z mózgiem, będzie surowo karane. Wie, że pomimo zakazów znowu wszystko się powtórzy. Nie ośmiela się ponownie zerknąć na rówieśnika, ale niepozornych ruch Mattie przykuwa jego uwagę. Czy wydaje się mu, że widzi jak piękna „wróżka" ostrożnie pociera palcami ramię, na którym wcześniej nieopatrznie zacisnął dłoń? Nie przysięga, że wzrok go nie myli, ale waha się dostatecznie długo by nabrać pewności, że to tylko złudzenie.
Dom Pana Francji nie zasypia. Bez wzglądu na stan gości, służby czy samej rezydencji, noce mimo, że różnią się od zwykłych dni, zwykle obfitują energią. Właściwie Paryż dopiero pod panowaniem Księżyca ujawnia wszystkie swoje atrakcje. Wśród ciemności firmament zdobi mozaika gwizd, przywołując nad kraj miłości aurę tajemniczości. Błękitnooki nieprzywykły do późnych wojaży czuje jak powieki zaczynają mu ciążyć, a dygający w tańcu tłum powoli nabiera jednolitego koloru. Wie, że braciszek może spokojnie obserwować gości do końca bankietu. Musi wytrzymać jak najdłużej i cieszyć się ulotną obecnością esencji kanadyjskiego piękna. Ta myśl dodaje mu szczypty przytomności, jednakże nie odsuwa miłego snu. Ostatecznie wybudza go zapach wybornego steku, wniesionego uroczyście przez małą defiladę lokalnych kucharzy.
- It smells so good! – mamrocze w głodowym amoku Ameryka, niepostrzeżenie wysuwając się z pomieszczenia. Drobna dłoń Kanady nie zatrzymuje go w miejscu na długo, sam właściciel zostaje skutecznie porwany do przodu przez silniejszego chłopca.
- Tam nie wolno! – szepcze rozgorączkowany Mattie, rozglądając się niespokojnie wkoło. Do tej pory nikt z obecnych nie zauważa dwóch małych nacji ubranych w zwiewne tuniki do spania. Jednak jeśli będą dalej lgnąć do najbliższego suto zastawionego stołu, niechybnie staną się główną atrakcją bankietu. – Braciszku, stój! Tata Francis powiedział, że mamy iść spać.
Kolejną niezmiennością we Francuskim lokum jest wykwintne jedzenie. Skądkolwiek byś nie pochodził, w jakiekolwiek miejscu byś nie dorastał, smakołyki z Paryża będziesz uważał za godne królewskiego podniebienia. Błękitnooki sukcesywnie chowany przez Brytyjczyka, z początku nie rozumiał waśni Francisa i Arthura dotyczących narodowych specjałów. Nie pojmował jak można delektować się jedzeniem, zwłaszcza gdy ma się przed sobą podejrzanie wyglądający twór angielskiego talentu kucharskiego. Zwykle powyższe specjały pachniały spalenizną, a niekiedy żyły swoim własnym życiem niepomne na zmasowany atak sztućców. Jednakże jego niewiedza skończyła się wraz z pierwszym kęsem francuskiego befsztyku – nie jadał do tej pory czegoś równie pysznego u angielskich kuchmistrzów. Wiedział, że to musiała być miłość.
- Nikt nas nie zauważy, brother! – fuka ochoczo błękitnooki, zacierając łapki na widok ogromu najsmaczniejszych francuskich dań. W tejże chwili, według nieśmiałych spostrzeżeń Kanady, braknie mu jedynie jasnego psiego ogonka, który machałby w prawo i lewo z prędkością światła. Niczym mały szczeniak blondyn jest gotów skoczyć na niewinną zastawę i nie zważając na publiczność, zacząć pałaszować smakołyki.
- Avoir une cervelle de moineau…* - lamentuje wróżka, nie omieszkując trzepnąć towarzysza po głowie. Chłopak nieruchomieje pod wpływem niezgrabnego ciosu, bardziej zszokowany samoistnym uderzeniem niż jego faktyczną siłą. Odwraca się do brata powoli z szerokim uśmiechem na ustach. Ostentacyjnie podwija rękawy nocnej koszuli, parodiując złośliwe zbiry z zasłyszanych kowbojskich opowieści. Mruży lekko powieki, taksując niebieskimi oczyma drobną posturę niedoszłego przeciwnika.
Kanada drży zdezorientowany, poddając się bacznym obserwacją błękitnych tęczówek z wymuszonym spokojem. Jedyną oznaką zdradzającą jego wewnętrzy niepokój jest przygryziona warga, na której Ameryka zatrzymuje wzrok dłużej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
- Boisz się? – pyta bezpośrednio błękitnooki prostując się natychmiast. Przekręca głowę, a kilka niesfornych pasm złotych włosów przysłania mu pole widzenia. Odruchowo strząsa zbłąkane kosmyki palcem, a niektóre – te bardziej uparte – traktuje pojedynczymi podmuchami powietrza. Mattie patrzy na niego jak urzeczony, podziwiając nierówną walkę rozczochranej czupryny i jej właściciela. Po chwili wzdycha głośno i podchodzi doń z łagodnymi uśmiechem. Wolno wyciąga dłoń i nad wyraz ostrożnie i delikatnie porządkuje nieład na braterskiej głowie, nieświadomie potęgując nieporządek w amerykańskim sercu. – To znaczy, że się nie boisz, co nie?
Wróżka o łagodnym dotyku przewraca oczami, nie zaszczycając chłopca odpowiedzią. Ameryka usilnie kataloguje całą sytuację, przypisując ją do grona najpiękniejszych chwil w swoim młodym życiu. Zapamiętuje te szczupłe palce, które na moment wplotły się w jego włosy. Zapisuje w umyśle lekko nieobecny wzrok braciszka i uśmiech jaki majaczy na jego ustach. Chce zapamiętać tę chwilę jak najlepiej, by cieszyć się nią jak najdłużej i odtwarzać w nieskończoność nieśmiały dotyk.
- Mon Dieu! A cóż wy tu robicie, słodkie aniołki? – znajomy głos przywołuje chłopców do porządku i zmusza by przybrali na twarze wyraz szczerego zdumienia. Wysoki mężczyzna o rozwianych blond włosach niedbale związanych w kitkę, staje tuż przy nich, pochylając się niebezpiecznie. Jego niebieskie oczy rozjaśniają rozbawione iskierki, jakby przewidział obecność dwóch małych nacji na nocnym bankiecie. I, co gorsza, zaplanował każdą minutę „przypadkowego" spotkania.
Dom Pana Francji jest niezmiennie elegancki – podobnie jak jego właściciel. Ameryka nie może oderwać wzroku od wyszukanego stroju mężczyzny; idealnie dopasowanej długiej kamizelki, zdającej się niemo błagać o lekkie muśnięcie; półdługich lśniących butów, niby przeznaczonych do konnej jazdy, ale perfekcyjnie sprawujących się w roli przyzwoitego obuwia; jakby przewiązanej w pośpiechu apaszki, zwieńczonej złotym łańcuszkiem; luźnej koszuli, prędzej przywołującej na myśl wędrownego artystę, niźli szanownego arystokratę. Całościowo ubiór Francuza doskonale współgra z jego charakterem – symbolizuje jednocześnie elitarnego szlachcica jak i ulicznego poetę. Łączy w sobie wolność, beztroskę i bezmyślność, ale i patetyczność, dumę i waleczność. Dodatkowo skrywa istotę tajemnicy i sekretu, o sercu przewrotnym i nie zaznającym uczuć większych niż chwilowe zadurzenia miłosne. Tak jak ciemna Noc.
- Śmigajcie do łóżek. Już, już! Un, deux, trois*! – Francis wesoło popycha rodzeństwo do pokoju, pieczołowicie zamykając drzwi. Opiera się o ścianę, z uśmiechem śledząc jak chłopcy ślamazarnie ładują się na wspólnym posłaniu. Tknięty rodzicielskim poczuciem obowiązku doskakuje do nich szybko i czule otula kołdrą, poklepując każde po główce. - Bonne nuit~
Chłopiec wychyla się lekko spod kołdry, z nieopisaną ciekawością zerkając na mężczyznę. Francuz po kolei gasi wszystkie świece, póki pozostaje zaledwie jedna. Do tej pory blondyn nie sypiał w całkowitych ciemnościach, bowiem jego opiekun pilnował, by sypialnia zawsze była oświetlona choć pojedynczym płomykiem. Teraz błękitne oczy z nieopisaną grozą patrzą jak Francja zabiera ostatnie źródło światła ze sobą, życząc chłopcom na odchodnym kolorowych snów. A co będzie jak cienie wyślizgną się spod łóżka? Albo duch pirata wyjrzy złowieszczo zza biblioteczki?
- Tatusiu… - cichutki szmer przenika pomieszczenie, a Ameryka zerka na braciszka. Kanada leży wciśnięty w łóżko, mocno wczepiony palcami w puchatą kołdrę. Fioletowe oczy wlepia w uśmiechniętego mężczyznę, który chichocząc mruga do nich z końca sypialni. Alfred niemal czuje jak potwory niecierpliwie przewijają się po ścianach, gotowe skoczyć nań gdy zniknie płomyk świecy.
- Excusez-moi, je n'ai pas entendu.* – kłamie Francuz a jego usta rozciągają się w tajemniczym uśmiechu, na który widok Amerykę przechodzi dziwny dreszcz. Nie nieprzyjemny, choć komfortowym również by go nie określi.
Wróżka rumieni się słodko, a chłopiec z miejsca pragnie utulić brata do snu. Jest gotów oddać wszystkie skarby świata byleby tylko potrzymać Kanadę w uścisku i nacieszyć się jego przyjemną esencją dobroci, ciepła i piękna. Francja wzdycha głośno, teatralnie przewracając oczami. Powtórnie doskakuje do łóżka chłopców, choć tym razem cała jego uwaga koncentruje się wyłącznie na podopiecznym. Pochyla się nad nim powoli i składa drobny pocałunek na jego czole – delikatny, rodzicielski całus w skroń, zapewniający dobry sen. Błękitne oczy śledzą ów rytuał uważnie, a umysł mimo wielkich chęci nie potrafi go racjonalnie wyjaśnić. Czy teraz cienie będą się wystrzegać „wróżki"? Brytyjczyk nigdy nie całował blondyna na dobranoc – zwykle opowiadał bajeczne historie w czasie których chłopiec zasypiał, nim jeszcze opowieść dobiegła końca.
Zaprzątnięty własnymi myślami chłopiec nie zauważa, jak braciszek obok zasypia z szemranym „dobranoc" na ustach, a Francuz niepostrzeżenie podchodzi do drzwi. Rejestruje rzeczywistość dopiero po piętnastu minutach kontemplacji, napotykając nieco zamroczonym wzrokiem parę jasnych błękitnych oczu.
- Nie chcesz spać, États Unis? Wydawałeś się zmęczony, mon ange*.
- Dlaczego mnie nie pocałowałeś? – blondyn marszczy brwi, sfrustrowany. Po kwadransie intensywnych rozmyślań, nie może wyjaśnić nurtującej go kwestii. Czemu akurat on został pominięty?
- A chcesz? – Ameryka niemal widzi jak samozadowolenie mężczyzny osiąga swoje apogeum. Nim zdąży przemyśleć odpowiedź, energicznie kiwa głową, niepomny na niepewny podjętej decyzji rozsądek. Francis raczy go uprzejmym chichotem, aksamitnym i melodyjnym. Mimowolnie chłopiec zauważa, że Brytyjczyk nie śmieje się podobnie równie często. Właściwie ostatnimi czasy nie cieszy się w ogóle. – Więc, dobrze~
Znów mężczyźnie wystarcza jeden zwinny skok, by znaleźć się przy dziecięcym posłaniu. Błękitnooki radośnie wyskakuje z kołdry i unosi głowę, ciekawie obserwując pełne wrodzonej gracji ruchy Francuza. Dorosły ostrożnie unosi jego podbródek, opuszkiem palca kreśląc kształt młodzieńczej szczęki. Wolno dotyka dłońmi policzków chłopca, łagodnie otulając go swoim wdzięcznym dotykiem. Pochyla się nad nim niebezpiecznie, doprowadzając do stanu w którym obaj niemal stykają się nosami. Lśniące niebieskie tęczówki Francisa napotykają zafascynowany błękit oczu Alfreda, a ich właściciel zamiera. Zaraz jednak uśmiecha się lekko i ostrożnie kontynuuję grę – przyciska wargi do ust chłopca, badając jego reakcję. Chłopiec nieruchomieje nagle, nie wiedząc co robić. Spodziewał się rodzicielskiego całusa w czoło, względnie w policzek, a nie czegoś podobnego! Do tej pory nie doświadczył kontaktu z kimkolwiek na owej intymnej płaszczyźnie – relacje międzyludzkie czy też międzynarodowe, miał za sprawą Brytyjczyka ograniczone do minimum.
Dlatego zdziwiony samoistnie otwiera szerzej usta, co mężczyzna odczytuje jako zgodę na dalsze działanie. Francuz wolno pogłębia pocałunek, dając blondynowi czas na zaakceptowanie sytuacji. Ameryka pierwszy raz ulega, poddając się łagodnemu dotykowi, niewątpliwie przyjemnemu, aczkolwiek dziwnie… obcemu. Pozwala mężczyźnie przebiec dłońmi po jego twarzy, czując lekkie mrowienie i miłe ciepło. Nie wie kiedy zaczyna oddawać pieszczotę – niewinnie, ale nie nieśmiało; nieco dziecinnie i nieporadnie, lecz z wyczuciem i nabytą pod angielskim dachem, elegancją. W pewnym momencie przerywa pocałunek. Lekko zarumieniony, o jaśniejących energią i ciekawością oczach, spogląda wprost na Francję.
Francis nic nie mówi, tylko… podziwia. Wydaje się zachwycony czy wręcz urzeczony – docenia odwagę blondyna, który zamiast spuścić wzrok i uciec pod kołdrę, zerka nań uważnie cudownymi tęczówkami imitującymi bezchmurny nieboskłon.
- Bonne nuit, États Unis* – szepcze mrukliwie Francuz i całuje chłopca przelotnie na dobranoc. Uśmiech na jego ustach majaczy coraz wyraźniej, wywołując u blondyna znajomy dreszcz. Z cichym chichotem mężczyzna podchodzi do drzwi, mruga do chłopca, przytykając palec do ust w geście przywołującym ciszę. – To będzie nasza drobna tajemnica, États Unis. - tym razem mężczyzna opuszcza dziecięcy pokój na dobre, pozostawiając w ciemnościach małego niebieskookiego o sercu bijącym z prędkością daleką od normy.
Teraz potwory i nocne zbiry już nigdy nie poważą się zaatakować Alfreda, prawda?
Nim się ogląda, zasypia, uśpiony swoją nad wyraz łaskawą wyobraźnią. Ostatni raz przywołuje znajomy dotyk długich palców, które kiedyś, na jednym z francuskich bankietów wplotły się w jego jasne włosy, doprowadzając je do porządku.
Szkoda tylko, że ów pieszczotliwy gest stał się kamieniem, który ruszył przeklętą lawinę i miał wkrótce roztrzaskać pewne amerykańskie serce na tysiąc kawałków. Jednak on wolał o tym nie myśleć, zachować na tę ulotną chwilę tylko dobre wspomnienia, czułe mgiełki pozwalające zasnąć.
Bonne nuit. W końcu, nie musiał się martwić o żadne cienie.
*mécontent – z franc. Niezadowolony
*Ça va bien? – z franc. Wszystko w porządku?
*Avoir une cervelle de moineau. – z franc. Masz ptasi móżdżek
*un, deux, trois – z franc. Raz, dwa, trzy
*Excusez-moi, je n'ai pas entendu - Przepraszam, nie dosłyszałem
* mon ange – z franc. Mój aniołku.
*Bonne nuit - z franc. Dobranoc
N/A: Ha! I tak zawitał tu wątek Ameryka x Francja~! Nie martwcie się, że nie będę go jakoś szczególnie rozwijać – nie pozwolę żabojadowi wykorzystać niepełnoletniego, tego nie musicie się obawiać. Jednakże ten motyw będzie się powtarzał, podobnie jak inne – wspominałam przecie, żebyście nie nastawiali się na kolejne szablonowe opowiadanie Anglia x Ameryka, czyż nie?
