Rozdział trzeci:
Niesamowicie mocno gryzło Feliksa to, że przespał się z nieznajomym. Czuł, że musi z kimś o tym pogadać. Siedział sam w domu, bo Arthur gdzieś wyszedł. Monotonnie przelatywał wszystkie kontakty na swoim telefonie komórkowym. W końcu dojechał do "Toris" i nacisnął przycisk "Napisz SMS". Zagryzł wargę i utworzył krótką wiadomość. "Totalnie muszę z tobą porozmawiać. Za pół godziny na czacie?" Nacisnął przycisk, „wyślij". Pospiesznie udał się do najbliższej biblioteki nie czekając na odpowiedź. Czasem to, że twój najlepszy przyjaciel jest w innym kraju było naprawdę uciążliwe.
W bibliotece jak zawsze panowała cisza, przerywana tylko szelestem papieru, stukotem klawiszy i cichą rozmową bibliotekarki z ochroniarzem. Feliks chociaż nie czytał za wiele to lubił to miejsce. Biblioteka jakimś cudem przypominała mu Polskę. Łukasiewicz podejrzewał, że to dlatego, że wszędzie biblioteki są podobne.
Feliks szybko usiadł do swojego ulubionego komputera w rogu, i wszedł na czat, do ich prywatnego pokoju.
Toris był już zalogowany.
Feliks: Czołem Toris! Jak tam na Litwie?
Toris: Aktualnie jestem w Polsce. W twoim pokoju. Twoja mama pozwoliła mi skorzystać z komputera.
F: To ten rzęch jeszcze działa? Totalnie dziwne... Ale co robisz w moim domu?
T: Twoja mama urządziła przyjęcie urodzinowe.
F: Przyjęcie? Czemu?
T: Spójrz w kalendarz! Ma dziś urodziny.
F: Cholera! Zapomniałem.
Feliks wyciągnął telefon i sprawdził środki na koncie.
Z cichym "kurwa" schował go z powrotem do kieszeni.
F: Przekażesz jej ode mnie życzenia. I powiedz, że prezentu nie wysłałem bo... hmm... sam wolałem jej przywieźć.
T: Już jej to powiedziałem... Naprawdę, Feliks... Swoją drogą kiedy przylatujesz?
F: Za jakieś półtora miesiąca. Dalej uganiasz się za Natalią?
T: NIE uganiam. Ostatnio prawie zaprosiłem ją na randkę. No to jak Feliks, napiszesz w końcu z czym masz kłopot?
F: Kłopot? Jaki kłopot? Nie mogę napisać do przyjaciela bez okazji?
T: Feliks. Ile się znamy? No ile? Co się stało?
F: Ale jesteśmy przyjaciółmi, nie? Nieważne co napiszę.
T: Jasne, przyjaciółmi.
Feliks zagryzł wargę. I spojrzał na ekran. Znali się z Torisem od dziecka, komu innemu może o tym powiedzieć jak nie jemu.
F: Ale nie śmiej się ze mnie!
T: Nie będę.
F: Trzy dni temu przespałem się z nieznajomym, na imprezie. Byłem zły, zagadałem do niego... no i stało się.
T: Byłeś pijany?
F: W sumie nie. Wypiłem trochę, ale no wiesz... Ja muszę sporo wypić bym mógł powiedzieć, że jestem pijany. Zrobiłem to prawie trzeźwy.
T: Nie zabezpieczyłeś się i myślisz, że jesteś chory?
F: Odpukaj to! Zabezpieczyliśmy się.
T: Ten twój nieznajomy jest prześladowcą i teraz cały czas cię śledzi?
F: Nie! Dał mi swój numer telefonu, a potem zniknął.
T: Źle cię traktował podczas... no wiesz. - Toris siedzący w małym pokoiku Feliksa naprzeciw monitora i obok pluszowego kucyka naturalnych rozmiarów zarumienił się. Nie pamiętał już kiedy ostatnio rozmawiał ze swoim przyjacielem, albo kimkolwiek innym o „tych" sprawach.
F: To też nie to. Było totalnie.
T: To gdzie leży twój problem? Feliks... Przecież zdarzało ci się już przespać na imprezie z nieznajomym.
F: No tak, ale to nie był totalny nieznajomy, tylko mało znany znajomy, a potem zaczęliśmy chodzić. A tego gościa po raz pierwszy na oczy widziałem. I przez to poczułem się jakoś tak... źle?
T: Wyrzuty sumienia?
F: Może...
T: Nie martw się tym, Feliks. I tak już go nie spotkasz.
Feliks uśmiechnął się lekko do monitora. Chociaż ta rozmowa tak naprawdę do niczego nie doprowadziła czuł się jakoś lżej. Może musiał się wygadać? Dobrze, że Toris wiedział, że Feliks woli facetów i to akceptował.
F: Może masz rację. Ale wiesz... On był naprawdę przystojny. I nie uwierzysz, ale był prawdziwym albinosem. Cały taki biały, tylko oczy miał czerwone!
T: ...
F: Hmm?
T: Jakoś nie chciałbym usłyszeć o szczegółach. A poza tym Twoja mama zaczyna kroić tort, więc muszę już iść.
Feliks zachichotał. Stary, dobry Toris. Wciąż taki skryty w sprawach seksu. Gdyby nie to, że biblioteka za chwilę zostanie zamknięta, z chęcią by go jeszcze trochę pomęczył.
F: Jasne, pozdrów rodziców. Pogadamy jak przyjadę, nie?
T: Pozdrowię. To... do zobaczenia.
F: Pa.
Feliks upewnił się, że wyszedł z czatu i odszedł od komputera. Tak jak radził Toris postanowił się nie martwić, w końcu w tak dużym mieście nie ma szans by znów go spotkał. Prawda?
~~*~~*~~*~~*~~*~~
Lovino, zmierzał wraz z Feliciano do ich nowego miejsca pracy. Nie czuł się tak radośnie, tak wolny, już od miesięcy. Miał rewelacyjny humor bo ich łącznik zadzwonił do niego pół godziny temu, mówiąc że całe sto tysięcy zostało zapłacone w ich imieniu, przez nijakich Bad Friends Trio. Vargas podejrzewał, że właśnie rozgryzł nazwę klubu, jednak nie zastanawiał się nad tym dłużej, tylko podziękował Bernardo, który życzył im długiego, bezpiecznego życia i radził by teraz już nie pakowali się w kłopoty z mafią. Jakby to oni byli im winni. Ale Lovino był szczęśliwy, chociaż może nieszczególnie było to po nim widać, bo nie podśpiewywał wesołych piosenek pod nosem i nie szczerzył się jak debil. Znaczy się jak Feliciano.
W tak szampańskich nastrojach doszli do drzwi klubu, które, jak obiecali hości były już otwarte. Lovino pchnął je i znalazł się w miejscu, w którym muszą pracować aż spłacą cały dług, tak jak to określała umowa, dostając w swoje ręce tylko 1/4 zarobionych pieniędzy, by jak to określili hości - byli w stanie przeżyć bez szukania innej pracy. Mimo wszystko myśl o tym nie odrzucała go. Byli żywi.
- Dobry wieczór, panie Antonio! - Zawołał Feliciano widząc jednego z ich pracodawców, siedzącego na wysokim stołku przed barem i przeglądającego jakieś czasopismo.
- Dobry - wymamrotał szybko Lovino, nie chcąc wyjść na źle wychowanego.
- Cześć! - Antonio uśmiechnął się szerzej widząc ich. - Mówcie mi po imieniu, jestem zbyt młody na nazywanie panem.
- Dokładnie - przez drzwi, które jak wiedzieli Włosi, prowadziły do mieszkania hostów wszedł Gilbert w towarzystwie Francisa, który niósł jakieś ubrania. - Mówcie nam po imieniu bo jesteśmy zbyt zagilbiści na nazywanie nas panami.
Feliciano pokiwał szybko głową.
- Jasne, ale co to znaczy zagilbiści? - zapytał szczerze zaciekawiony.
Antonio i Francis wymienili spojrzenia, a Gilbert z dumą odpowiedział.
- Zagilbisty oznacza zajebisty jak Gilbert, kesesese.
- Też mogę być zagilbisty?
- Taki słodziak jak ty? Oczywiście. Musisz tylko trochę się postarać. Bo wiesz już jesteś całkiem... Ale to jeszcze nie zagilbistość. Musisz nad sobą popracować. - Lovino musiał się upewnić, że ma zamknięte usta. W tym momencie albinos niesamowicie przypominał mu jednego z tych stylistów, z programu o poprawianiu swojego wizerunku.
Feliciano wpatrując się w Gilberta jak w bóstwo zapytał:
- A co powinienem zrobić?
Prus podrapał się w głowę i po chwili zastanowienia odpowiedział.
- Może na początek spraw sobie kurczaka.
Lovino przysłuchujący się rozmowie, zaczął zastanawiać się co ma kurczak do bycia zajebistym i nie zauważył kiedy Antonio stanął za nim.
- Umówisz się ze mną? - usłyszał niespodziewanie tuż przy swoim uchu. Nie myśląc uderzył mocno w tył łokciem. Całkowicie odruchowo. Głośny jęk za nim, śmiech Gilberta i ciche "Braciszku" Feliciano, kazało mu się odwrócić. Zobaczył Antonia zgiętego w pół, trzymającego się za brzuch.
- Tonio, żyjesz? - Lovino usłyszał pogodne pytanie Francisa i zamarł. Właśnie uderzył jednego ze swoich pracodawców. Uderzył jedną z osób, której jest winien sto tysięcy.
Antonio powoli wyprostował się i Lovino ze zdziwieniem, zauważył że Hiszpan wciąż się uśmiecha. Słowo „masochista" ukazało się niczym wielki neon w jego umyśle.
- Jakoś - odpowiedział. - To było naprawdę mocne uderzenie. Trenowałeś coś Lovino? To jak umówisz się ze mną?
- W twoich snach - odpowiedział zimno Lovino, myśląc, że może jednak powinien się zgodzić. W końcu dopiero co go znokautował. Jednak myśl ta zniknęła równie szybko jak się pojawiła.
Dziwił się, że ani Francis, ani Gilbert nie wydawali się być źli za to, że właśnie przyłożył ich przyjacielowi i odrzucił jego zaloty. Dziwne.
- Skoro już mu odmówiłeś Lovino, to chodź tutaj i załóż to - zawołał do niego Francis z zadowoleniem wskazując na ubrania, które położył na kanapie. - Ty też Feliciano. Nie możemy pozwolić by klienci zobaczyli was źle ubranymi, prawda? Sam je wybrałem. Mam nadzieję, że trafiłem z rozmiarem.
Francis wzrokiem, który z powodzeniem można uznać za lubieżny zlustrował Lovino od stóp do głów. Włoch wzdrygnął się.
- Jestem pewien, ze rozmiar jest odpowiedni – sprostował, chichocząc.
Gdy przybyli pierwsi klienci, młodzi Włosi ubrani już byli w eleganckie garnitury. Ich wytarte dżinsy i kolorowe koszulki odpoczywały na fotelu w biurze. Lovino wraz z Antonio podszedł do dwóch młodych dam, które w ten wieczór miały zamiar spędzić z Hiszpanem całe dwie godziny pełne zabawy i alkoholu.
- Witam was kochane - przywitał je Hiszpan radośnie. - Emily ta nowa fryzura świetnie ci pasuje. Nie macie nic przeciwko temu, że Lovino się do nas dosiądzie? On i jego bliźniak są naszym najnowszym nabytkiem.
- Dobry wieczór - powiedział uprzejmie Lovino uśmiechając się do dziewczyn. Może i zachowywał się wrednie w stosunku do facetów, ale był Włochem i to jak powinien traktować kobiety miał w małym palcu.
Dziewczęta pisnęły radośnie, każąc mu usiąść między nimi i zamawiając bardzo drogiego szampana by uczcić ich spotkanie. Antonio usiadł naprzeciw nalewając do wysokich kieliszków trunku. Uśmiechając się zaczął z nimi rozmawiać, kątem oka widząc jak Feliciano wraz z Francisem obsługuje dwóch kujonków wyglądających na bogatych. Rzeczywiście udało mu się znaleźć pracę, w której jest dobry.
W końcu klub został zamknięty, a obaj Włosi ledwo stali na nogach, ponieważ ilość alkoholu jaką wlali w siebie była wręcz zastraszająca. Gilbert uśmiechnął się pobłażliwie, widząc jak Feliciano potknął się o własne nogi i skończył wisząc na ramieniu stojącego obok Ludwiga, który pracował w klubie jako ochroniarz.
- Lud, możesz pomóc mu dojść do naszego pokoju gościnnego? - zaproponował Francis. A po chwili roześmiał się nie wiadomo dlaczego. - A ty Gilbert pomóż Lovino. Tylko do gościnnego nie sypialni Antonio. I nie daj mu znowu go uderzyć.
Francis opadł na kanapę, zadowolony widząc jak jego prośba jest wykonywana. Antonio usiadł koło niego.
- Odmówił mi - stwierdził.
- Widziałem.
- Jutro spróbuję jeszcze raz - stwierdził beztrosko Hiszpan dotykając swojego brzucha. Czuł, że ma tam sporego siniaka.
