Ech, znowu namieszałam z narracją. Mam nadzieję, że da się w tym połapać.
„Jedyna rzecz, której nigdy nie rozumiał"- rozdział czwarty-
Wbrew temu w co wierzyłem dałem się ponieść chwili. To najwspanialszy dzień mojego życia, myślałem. Nie może być na świecie niczego wspanialszego niż John – niż jego usta, niż jego zapach i jego dotyk. Moje ciało drżało od ekstazy w jaką mnie wprowadził. Zapomniałem o strachu, o tym jak jeszcze chwilę wcześniej bałem się odrzucenia i wyśmiania. Byłem jak na haju, nic nie mogło mnie powstrzymać.
Gdy wysiedliśmy z taksówki i w pośpiechu wbiegaliśmy po schodach do naszego mieszkania wydawało mi się, że wszystko się zmieniło. Wpadliśmy do mieszkania i wtedy już nie byliśmy ograniczeni przestrzenią taksówki. Objąłem Johna i pocałowałem go mocno i głęboko. Choć robiłem to dopiero drugi raz w życiu, wydawało mi się to absolutnie naturalne. Staliśmy tak chwilę, w małej kałuży z śniegu z naszych butów.
John przerwał pocałunek i zdjął swój płaszcz i odwiesił go na wieszak.
- Dalej masz ochotę na herbatę? – spytał pragmatycznie jak gdyby nigdy nic.
Przytaknąłem mu.
Nienawidziłem kiedy moje ciało mnie zdradzało. Podczas ostatnich kilku minut byłem mocno pobudzony i zapomniałem o moich dolegliwościach, ale teraz wróciły ze zdwojoną siłą. Przez chwilę nie mogłem oddychać, a potem napadł mnie potworny kaszel. Czułem się jakbym miał wypluć płuca. Z bólem starałem się przywrócić mój oddech do porządku.
- Sherlock? Wszystko w porządku? – zapytał John podchodząc do mnie. Pomógł mi zdjąć płaszcz i kazał mi usiąść na kanapie.
- To nic takiego – zapewniłem go.
- Nie powinieneś był dzisiaj w ogóle wychodzić. Jak się nabawisz zapalenia płuc to nie moja wina.
Postawił przede mną kubek z herbatą i kilka tabletek. Przyłożył dłoń do mojego czoła i westchnął ciężko. Znałem go na wylot i z łatwością potrafiłem stwierdzić, że nie było z nim w porządku. Poszedł z powrotem do kuchni i popatrzył się na szafki. Napiłem się herbaty, była gorąca i czułem dokładnie jak spływa przełykiem.
- Obrazisz się jak się napiję czegoś mocniejszego? Normalnie zaoferowałbym też i tobie, ale nie powinieneś mieszać alkoholu z lekami.
Miałem ochotę powiedzieć mu, że nic by mi się nie stało, że w takim stosunku alkoholu do substancji czynnej nie ma żadnego ryzyka, ale podejrzewałem, że to raczej by go rozzłościło niż uspokoiło.
- Nie ma problemu – zapewniłem go.
John usiadł przy mnie z butelką whisky i nalał sobie trochę do szklanki, po czym wypił jej zawartość jednym haustem. Śmiem twierdzić, że znam Johna Watsona na wylot i wiedziałem, że takie zachowanie o czymś świadczyło. John miał wyrzuty sumienia. Całe życie przekonany o swoim heteroseksualizmie, o słuszności wyboru swojego stylu życia, a ja mu niszczę światopogląd i stawiam go w nieco trudnej sytuacji.
- Żałujesz tego co się stało? – spytałem.
- Nie – powiedział i nalał sobie więcej – I właśnie o to chodzi.
- Wiem, że ci się podobało. Nie ma się czego wstydzić. Jak chcesz możemy nie mówić innym, chociaż i tak wszyscy wiedzą.
- O czym do cholery jasnej wiedzą? I dlaczego wiedzą wszyscy, tylko nie ja?! – wstał i spojrzał na mnie wzburzony z góry. Rzadko się denerwował na tyle żeby krzyczeć.
- To naturalne, John, że zaprzeczasz. Odrzucasz to od siebie, ale z czasem zaakceptujesz – tłumaczyłem.
- Cholera jasna, Sherlock! Miałeś rację. Ja... ja nie jestem gejem – głos mu się załamał i opadł z powrotem na kanapę.
- I w porządku. Wiem, że nie jesteś. Lubisz kobiety. Ale lubisz też mnie. Możesz reagować w ten sposób na mnie, chociaż nie reagujesz na innych mężczyzn – tłumaczyłem. Kubek z herbatą przyjemnie ogrzewał mi dłonie.
- Nie będziesz mi mówić co mogę, a czego nie mogę! – znowu podniósł głos.
- Przesadzasz. Ja na przykład nie reaguje na nikogo, tylko na ciebie. Orientacja seksualna to tylko szufladki, jakie wymyślili sobie ludzie. Jak ktoś mi się podoba, to mi się podoba i tyle.
- Żeby tylko świat był taki prosty… - nalał sobie trzeci już kieliszek. Wypił duszkiem, a potem schował twarz w dłoniach.
Nic nie mówiłem. Nie wiedziałem zresztą, co mam mu powiedzieć. Nie znam się na emocjach.
- Muszę pobyć sam – stwierdził i poszedł do siebie na górę zostawiając za sobą pustą szklankę i puste miejsce. Poczułem się okropnie. Nie dość, że moje zdrowie było mocno nadszarpnięte, to jeszcze czułem się jakby John mnie właśnie czegoś pozbawił. Te piękne kilka minut minęło bezpowrotnie. Coś ty myślał, Sherlocku Holmesie? Że uda ci się uwieść Johna Watsona? Czego ja w ogóle chciałem? Przecież gardziłem związkami. Rzygać mi się chciało jak widziałem tych ludzi głupawo szczęśliwych nie wiadomo z czego. Z tego, że byli uwiązani do siebie? A jednak jakąś cześć mnie cieszyła mnie, że mogłem polegać na Johnie, że zawsze był, że go obchodziłem. A teraz, choć był w innym pokoju, czułem się jakby odszedł.
Popatrzyłem na butelkę. Normalni ludzie piją, gdy są smutni, prawda? Dopiłem herbatę i nalałem sobie do kubka whisky.
Leżałem bez ruchu patrząc się w sufit chyba z godzinę. Szybko wypita whisky sprawiła, że było mi gorąco i kręciło mi się w głowie, ale i tak myślałem jedynie o Sherlocku. Chyba w końcu zacząłem rozumieć co miał na myśli mówiąc, że narkotyki oczyszczały mu umysł.
Z dołu dochodziły mnie dźwięki skrzypiec. Wolna improwizowana melodia, która co chwilę się urywała i zaczynała od początku. Lubiłem patrzeć jak Sherlock gra na skrzypcach. Jego zdolne, długie palce drgały na strunach, a szare, bystre oczy były skupione.
Zanim poznałem Sherlocka wszystko było nijakie – jedynie dzięki niemu moje życie nabrało kolorów. On dał mi zajęcie, a ja się nim zaopiekowałem. Jako jedyny z nim wytrzymywałem. Czasem bywało ciężko ale jednak był dla mnie przyjacielem. Ale czy mógł być kimś więcej? W taksówce wydawało mi się że tak, to było spontaniczne i naturalne. Całkiem oczywiste.
Kiedy leżałem zamroczony alkoholem nie wydawało mi się to aż tak oczywiste. Nigdy nie ciągnęło mnie do mężczyzn, a jednak pocałunek z Sherlockiem był przyjemny. To był najlepszy pocałunek mojego życia, pomyślałem rozgoryczony. Najlepszy pocałunek – z Sherlockiem Holmesem – despotycznym detektywem-amatorem. Przewróciłem się na bok i zakryłem poduszką uszy żeby tylko nie słyszeć głupiego współlokatora i jego głupich skrzypiec. Ale on już nie grał.
- Co ja robię ze swoim życiem? – wymamrotałem do siebie. Część mnie chciała zejść na dół i zobaczyć co z Sherlockiem, który sadząc po odgłosach dostał kolejnego ataku kaszlu, a część mnie chciała nie schodzić na dół, a następnego dnia udawać, że nic się nie stało. Nie mogę zostawić go samego, pomyślałem. Ale nie powinienem też dawać mu nadziei jeżeli nic z tego nie będzie.
- Skup się, John – powiedziałem do siebie pocierając skronie – Przez całe swoje życie nie byłeś w stanie stworzyć prawdziwego związku. A teraz możesz spróbować z kimś kogo już doskonale znasz i komu ufasz. No, mniej więcej. Bądź odważny i nie schrzań tego, bo to twój najlepszy przyjaciel.
Iść, czy nie iść?
Usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła. Nie myśląc już wstałem i zbiegłem na dół.
- Sherlock? Coś się stało?
W kuchni było ciemno. W półmroku widziałem jego sylwetkę - siedział na krześle i drżał. Podszedłem bliżej. Na podłodze leżała rozbita szklanka.
- John? – spojrzał na mnie. Na jego czole była krew. Jego oczy błyszczały w ciemności. Nie dało się nie zauważyć, że musiał płakać. Nie wiedziałem, że w ogóle jest w stanie. Odwrócił wzrok.
- Pokaż – przetarłem palcem jego czoło. Nie było żadnego skaleczenia.
- To z palca – powiedział słabym głosem. Rzeczywiście. Miał rozcięty palec. Pewnie próbował pozbierać rozbite szkło.
Zebrałem szybko kawałki szkła i wrzuciłem je do śmietnika. Namoczyłem w wodzie papierowy ręcznik i przetarłem jego czoło, a potem owinąłem wokół krwawiącego palca.
- Musimy pogadać, Sherlock. Na poważnie – spuścił głowę, próbując ukryć łzę ściekającą po jego policzku. Zebrałem ją palcem, a on popatrzył się na mnie smutny.
- Nie wyprowadzaj się, proszę – powiedział.
- Nie wyprowadzę się. Nawet o tym nie myślałem – obiecałem – Zaraz wrócę – zapewniłem go i skoczyłem do siebie po apteczkę. Polałem wodą utlenioną palec Sherlocka i zakleiłem skaleczenie plastrem.
Usiadłem naprzeciwko niego na krześle i zastanowiłem się dokładnie nad tym co powiedzieć.
- Słuchaj… Przepraszam za to co powiedziałem wcześniej. Trochę mnie poniosło. Miałeś rację, nie jest mi ani wstyd ani żal. Ja… muszę się tylko przyzwyczaić. Jesteś jedyną osobą na jakiej mi naprawdę zależy – poklepałem go po ramieniu – wiele ci zawdzięczam.
Spojrzał na mnie swoimi szarymi oczami i chyba nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy świadomie stwierdziłem, że jest piękny. Nawet zapłakany i zakatarzony.
- Chodź. Jak nie chcesz przeleżeć najbliższego tygodnia w łóżku, to powinieneś się wygrzać – pociągnąłem go za rękę.
- John, widzisz to? – pokazywał mi dłońmi, coś co najwyraźniej widział jedynie on sam. Czasem tak miał Zamykał się w swojej zmyślonej rzeczywistości, która nazywał "Pałacem myśli" - My jesteśmy dla siebie stworzeni… jesteśmy specjalni. Jestem jedynym mężczyzną, który cie pociąga, a ty jesteś w ogóle jedynym człowiekiem, którego mogę pokochać – mamrotał wstając i idąc do swojej sypialni.
- Chyba piłeś coś – na trzeźwo Sherlock w życiu by nie mówił takich rzeczy.
- No cóż, rozgryzłeś mnie – stwierdził pokasłując.
- Przebierz się w piżamę, znajdę ci jakiś syrop.
Czekał na mnie siedząc na łóżku. Usiadłem koło niego, nalałem trochę syropu na łyżkę i nakarmiłem go nim jak dziecko. Sherlock jest takim dużym dzieckiem – dorosły, a jednak zachowuje się jak rozkapryszony, zakompleksiony nastolatek. Ma swoje natręctwa, dziwne przyzwyczajenia i uważa, że nikt go nie rozumie.
- Połóż się na brzuchu – rozkazałem mu i wyjąłem z kieszeni maść rozgrzewającą. Nałożyłem trochę na palec i rozsmarowałem sobie na dłoniach. Włożyłem ręce pod piżamę Sherlocka i zacząłem wcierać w jego plecy. Był bardzo chudy i czułem dokładnie tył jego klatki żebrowej. Byłem zaskoczony delikatnością jego skóry na wystających kościach. Pod moimi dłońmi Sherlock widocznie się rozluźnił.
- Masz takie ciepłe dłonie – powiedział rozmarzony. Jego twarz była zarumieniona. Nie byłem pewien czy to do alkoholu, czy może nie, co wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie. Będę musiał nad tym popracować.
- Zostaniesz tu ze mną?– spytał się przewracając się na plecy i patrząc się na mnie zupełnie poważnie. Nie masz wyboru – mówiły mi jego oczy.
- No dobrze – położyłem się obok niego wyprostowany, dalej nieco skrępowany sytuacją – Idę jutro do pracy. Więc lepiej się wyśpię. Dobranoc – przewróciłem się do niego plecami starając się nie myśleć o tym, że jest tuż przy mnie, na tym samym łóżku, pod tą samą kołdrą. Sherlock nie pozwolił mi jednak o tym zapomnieć, bo po chwili poczułem jak jego jedna ręka zostaje przerzucona nade mną, a druga wciśnięta pod mój bok, tak że obejmował mnie od tyłu. Czułem na karku jego oddech o zapachu słodkiego syropu.
- Tak ci chyba niewygodnie – dałem za wygraną i przewróciłem się z rezygnacją na plecy. Sherlock ułożył się na mojej klatce piersiowej. Stwierdziłem, że to nie było niemiłe, wręcz przeciwnie, choć nie spodziewałem się kiedykolwiek znaleźć się z nim w takiej pozycji.
- Mogę cię o coś spytać? – odgarnąłem włosy z jego czoła. Poczułem jak jego dłoń wędruje po moim brzuchu – Czy naprawdę nikt nigdy cię nie pociągał?
- Raczej nie. Nie tak jak ty – wymruczał i przejechał ustami od mojego obojczyka po płatek małżowiny usznej. Słyszałem bicie własnego serca, krew buzowała w moich żyłach gdy poczułem ciepły, wilgotny dotyk jego języka na małżowinie usznej. Ten człowiek był niebezpieczny, robił ze mną co tylko chciał.
- Nawet jak byłeś nastolatkiem? – próbowałem odciągnąć go rozmową od mojego ucha.
- Nie – przestał. Był widocznie rozbawiony moją reakcją i tym, że dalej próbuję stawiać mu opór - Oczywiście hormony buzowały i było to bynajmniej kłopotliwe, ale nigdy nikogo nie potrzebowałem. Jestem samowystarczalny można by rzec – uśmiechnął się znacząco.
- To wiele tłumaczy… Chociaż to nie jest chyba dobra informacja dla mnie.
- Dlaczego nie?
- Od pierwszego razu wiele zależy. A ja się obawiam, że nie jestem wystarczająco dobry.
- Oczywiście, że jesteś. Wybrałem cię – zapewnił mnie.
„To był sen. Ja nie śnię, ale to musiał być sen. I to cholernie dobry sen."
Właśnie to pomyślałem tuż po przebudzeniu, ale kiedy zweryfikowałem moje położenie doszedłem do wniosku, że wczorajszy wieczór nie mógł być snem. Po pierwsze – nie byłem w łóżku sam. Po drugie – osobą, która była ze mną był John. A po trzecie – leżałem na jego klatce piersiowej, a on mnie obejmował.
Sądząc po kącie padania promieni słonecznych musiało być około godziny siódmej. Spojrzałem na zegarek. 7.15 – pomyliłem się aż o piętnaście minut. John powinien był wstać jeżeli miał iść do przychodni. Chwilę jeszcze leżałem na Johnie wsłuchując się w rytm jego serca, delektując się ciepłem jakie od niego biło. Wyglądał naprawdę uroczo kiedy spał. Nie chciałem go wcale budzić – mógłbym przyglądać mu się całymi godzinami, pochłaniać go wzrokiem, obserwować. Wiedziałem jednak, że lepiej będzie jeżeli go obudzę.
- John – powiedziałem prawie że mrucząc tuż przy jego uchu. Skrzywił się i spróbował odwrócić się ode mnie plecami, co mu się nie udało. Przejeżdżając językiem od jego brody w górę, złapałem ustami jego dolną wargę.
- Boże! – zerwał się zrzucając mnie z siebie zaskoczony zarówno swoim położeniem, jak i sposobem w jaki został obudzony – Sherlock! Co ty wyprawiasz?
- Budzę cię. Idziesz dzisiaj do pracy – przypomniałem mu rozbawiony.
- Która godzina?
- Siódma siedemnaście.
Przeklął pod nosem i wyskoczył z łóżka.
- Co chcesz na śniadanie? - spytał John z kuchni w pośpiechu przygotowując się do wyjścia.
- Nic. Nie jestem głodny.
- Musisz jeść. Nie mam czasu. Ukroję ci szarlotki – na stoliku nocnym położył talerzyk z ciastem, lekarstwami i kubek z herbatą. Nachylił się nade mną i pocałował szybko w policzek. Pachniał woda kolońską, kawą rozpuszczalną i czymś jeszcze. Czymś co mogłem określić jako po prostu zapach Johna. Stokrotnie bardziej uzależniający od heroiny. Pocałunek w policzek był czymś co nie pasowało mi do sytuacji – był to gest niewielki, niosący ze sobą znaczenie. Był raczej rodzajem deklaracji niż czymś co miało charakter erotyczny.
- Z jakiej to okazji? – wiedziałem dokładnie, ale chciałem usłyszeć to z jego ust. Niech powie to sam, z własnej nieprzymuszonej woli.
- Eee… Bo wychodzę. Nie wiem. Sadzę, że normalni ludzie tak robią jak są razem. Całują się jak się żegnają.
- Czyli jesteśmy razem? – drążyłem.
- Tak sądzę - zarumienił się - Ale nie rozgaduj wszystkim, okej? Jeszcze trochę muszę się przyzwyczaić – widząc, że więcej z niego nie wycisnę pogodziłem się z taką odpowiedzią.
- Na pewno musisz iść do pracy? – spytałem.
- Obawiam się, że tak. Kupa ludzi poza tobą też zachorowała przez święta. Chociaż jak wytłumaczę Sarah sytuację to może uda mi się wyskoczyć w czasie lunchu i przynieść ci antybiotyki.
Wyszedł i zostawił mnie zadowolonego jak nigdy wcześniej. „Razem". Nigdy nie byłem z nikim. I sądziłem, że nigdy nie będę. Pomimo tego, że powodów żeby być niezadowolonym z uwiązania do kogoś było zdecydowanie więcej, niż żeby się cieszyć, byłem szczęśliwy. Irracjonalne. Bezsensowne, a jednak. Coś ty ze mną zrobił, Johnie Watsonie?
Czytałam to ze sto razy ale podejrzewam, że i tak są w tym durne błędy i literówki. Jak coś widzicie, albo nawet jak nie widzicie a macie mi coś do powiedzenia to nie krepujcie się komentować :)
