A/N: Intoxic: Dobra, przyznaję wygrałaś. Ale tam koniec tygodnia wypada i dzisiaj :D Hahahaha a ty jak zawsze czekasz tylko na te dramaty ^.^ No helloł! Kim byłby Magnus, jeśli nie wybaczyłby Alec'owi, a kimże by nie była Izzy, gdyby tego nie naprawiła! :D
kokoszfic: Miło mi, że podoba ci się ten pomysł. Choć z tą epickością to nie przesadzajmy... No i jakże miło znowu widzieć, cię w gronie czytelników kokosz :D Mam nadzieję, że i następne rozdziały cię usatysfakcjonują! :D
Enjoy!
III rozdział
"Czas zamknąć ten rozdział"
-Prze... Przepraszam.
Spojrzałem zszokowany na swoją rękę, a następnie na Magnusa, który pod wpływem uderzenia zachwiał się i zrobił krok w tył. Sam nie wiem co we mnie wstąpiło. Nie chciałem go uderzyć. Na prawdę tego nie chciałem. Po prostu działo się to tak szybko. Zbyt szybko.
Z jednej strony, kiedy jego usta dotknęły moich, poczułem się jak te kilka lat temu. Myślami wróciłem do bycia nastolatkiem. I to zakochanym po uszy nastolatkiem. Poczułem się tak, jak kiedyś. Kiedy nic poza mną i Magnusem nie istniało. Kiedy byliśmy tylko ja i on. Kiedy nie było jeszcze sportu, a była miłość.
Zamroczony wspomnieniami, zacząłem oddawać pocałunek. Lecz kiedy Magnus go pogłębił, cząstka mnie, która ciągle krzyczała, abym się odsunął, która ciągle, bezustannie przypominała, że nie mogę znowu dać mu się zranić, wzięła górę. W napływie emocji odepchnąłem go od siebie i uderzyłem.
Uderzyłem go.
Nie! Nie chciałem tego!
Ja tylko...
Tylko nie chciałem pozwolić na to, żeby znowu mnie zranił! Nie chciałem znowu czuć tego, słodko gorzkiego smaku niespełnionej miłości! Ja tylko tak bardzo nie chciałem, żeby znowu złamał mi serce.
-Alex...
Nie, nie chcę tego.
-Przepraszam!
Nie wiedziałem, co mógłbym jeszcze powiedzieć. Przepraszam to jedyne słowo, które wyrażało wszystko, to co teraz czułem. Przepraszałem, za to, że go uderzyłem. Przepraszałem, za swoje uczucia. Przepraszałem, że nie mogę znowu pozwolić Magnusowi wejść w swoje życie. Przepraszałem, za wszystko. Przepraszam, to ewidentnie jedyne słowo, które wyrażało wszystkie, miotające mną uczucia, których nie mogłem wypowiedzieć na głos.
Nie mogąc wykrztusić już nic więcej, oprócz tego jednego słowa, odwróciłem się w mgnieniu oka i chwyciłem za klamkę. Nawet nie wiem, kiedy szarpnęłam za nią i trzaskając drzwiami, wybiegłem przed siebie.
Biegłem niczym w jakimś amoku. Mijałem ludzi, nawet nie troszcząc się o to, czy przypadkiem niechcący nikogo nie popchnąłem, czy szturchnąłem. Chciałem jak najszybciej znaleźć się na świeżym powietrzu. Chciałem wszystko przemyśleć. Chciałem znaleźć się jak najdalej stąd, jak najdalej od Magnusa. Najlepiej byłoby znaleźć się teraz na lotnisku, wsiąść w samolotu i wrócić do Londynu.
Chciałem uciec. Uciec od tego wszystkiego, tak jak wtedy.
Ale wiem, że nawet gdybym znalazł się teraz na drugim końcu świata, to i tak nic by to nie zmieniło. Już to przerabiałem. Tutaj, czy tam. To nie ma znaczenia. Nawet największa odległość, nie sprawi, że zapomnę o swoich uczuciach. Nawet największa odległość ich nie zmieni.
To nie kilometry, lecz ja sam muszę się z tym uporać. Ale nie teraz. Nie chcę teraz o tym myśleć.
W końcu dobiegłem do drzwi wejściowych. Nie oglądając się za siebie, wręcz na nie wpadłem otwierając je przy tym z impetem. Wyleciałem na zewnątrz. Natychmiast skierowałem się na schody. Chciałem jak najszybciej oddalić się od tego budynku, a raczej od Magnusa i udałoby mi się to gdyby nie złośliwość przedmiotów martwych.
Nie patrząc nawet zbytnio gdzie stawiam stopy, zbiegałem po schodach. biorąc nawet po dwa naraz. I to był mój największy błąd. Nie fortunnie zahaczyłem o coś i poleciałem do przodu.
Zamknąłem oczy, czekając na bliskie, i zarazem bolesne spotkanie z krawężnikiem. Odliczając do dziecięciu, czekałem, aż w końcu zderzę się z czymś twardym i zimnym, ale niestety to nie następowało Pomyślałem, że coś jest nie tak. W końcu już dawno powinienem leżeć na chodniku.
-Hej, możesz już otworzyć oczy księżniczko – usłyszałem nad sobą, głęboki, trochę roześmiany męski głos.
Pomału uniosłem powieki. I pierwsze co zobaczyłem to intensywną barwę, koloru czystego, niebieskozielonego szmaragdu oczu, które patrzyły na mnie z rozbawieniem, a zarazem i troską. Jeszcze nigdy nie widziałem tak niesamowitych tęczówek. Natychmiast zatraciłem się w tej barwie. Było tak, jakby mnie pochłonęły i zahipnotyzowały. Poczułem jak moje policzki płoną. Już kiedyś coś takiego czułem. Tylko, że wtedy okazało się toi gigantycznym błędem, którego skutki, odczuwałem do dzisiaj.
-Księżniczko?
Mój wybawca zmarszczył brwi i przyglądał mi się teraz uważniej. Natychmiast odzyskałem pełną świadomość i wyplątałem się z jego ramion. Bardzo umięśnionych, ale nie tak jak u kulturysty, nawiasem mówiąc ramion.
Teraz stałem twarzą w twarz z moim bohaterem i mogłem przyjrzeć mu się uważniej.
Na oko miał może z dwadzieścia trzy, może pięć lat. Czyli był mniej więcej w moim wieku. Wyższy ode mnie. Ubrany był w dopasowany, nawet miejscami za bardzo ciemny garnitur. Elegancko i z klasą. Idealne połączenie. Miał krótkie ciemnoblond włosy, postawione na żel. Ale nie, bynajmniej nie wyglądał jak ulizany Elvis, wręcz przeciwnie. Jeśli miałbym być szczery wyglądał bardzo seksownie. A te jego oczy. Mógłbym wpatrywać się w nie godzinami. Ich intensywna barwa wręcz przyciągała mój wzrok. Nie potrafiłem się od nich oderwać. Widziałem w nich radosne iskierki, które tańczyły w ich środku, kiedy przewiercały mnie na wskroś. Intensywność jego wzroku powodowała u mnie ciarki. Poczułem jak moje policzki nabierają czerwono krwistej barwy.
-Rumienisz się księżniczko. Nic ci nie jest?
Z zamyślenia wyrwał mnie rozbawiony głos mojego bohatera. Potrząsnąłem głową, uwalniając się od tych dziwnych myśli.
-N..nie – odpowiedziałem, ponownie patrząc mu prosto w oczy. – Nic mi nie jest. I .. Dz.. Dziękuję za uratowanie, przed upadkiem.
-Nie ma za co księżniczko.
-Nie jestem księżniczką – odburknąłem, ponownie słysząc to przezwisko.
-A ja księciem na białym koniu, więc jesteśmy kwita – powiedział i puścił do mnie oczko.
No pięknie. Jeśli wtedy wyglądałem jak burak, to teraz mój kolor sięgnął apogeum.
-No więc – zaczął ponownie przyciągając moja uwagę. – Skoro nie jesteś księżniczką to jak masz na imię?
-A..Alec – odpowiedziałem, jąkając się.
-Alec – powtórzył zamyślonym głosem. – Czy to nie skrót od Alexandra? – Przytaknąłem. – . Podoba mi się. No więc Alexandrze...
-Nie Alexander – natychmiast mu przerwałem oburzony. Nienawidziłem, kiedy ktoś mówił do mnie Alexander. Pełnym imieniem nazywali mnie tylko rodzice i... i Magnus. Tylko oni, innym na to nie pozwalałem. – Alec. Nie Alexander, po prostu Alec. Alec Lightowood.
-No więc Alec – poprawił się obdarzając mnie kolejnym szczerym uśmiechem. –. Pozwól, że teraz ja się przedstawię. – Chłopak wyciągnął do mnie rękę. – Nazywam się Jack Farlow. Miło mi poznać
Odpowiadając mu uśmiechem, chwyciłem jego dłoń w swoją i lekko potrząsnąłem. Była taka ciepła i delikatna. Ale nie to przykuło moją największą uwagę. Bardziej zaciekawiło mnie to, dlaczego kiedy nasze dłonie się spotkały, poczułem jak przebiega przeze mnie coś elektryzującego. Zupełnie jakby poraził mnie mały prąd, od którego włoski na karku stanęły mi dęba. Nasze oczy znowu się spotkały. Poczułem się tak, jakby świat na chwilę się zatrzymał. Jakby wszystko zastygło w ruchu,a pozostał tylko fascynujący szmaragd, który nieustannie, wpatrywał się w mój błękit. Znowu poczułem ten dziwny, płynący od niego prąd. Czułem się naprawdę dziwnie. Lecz nie było to złe uczucie, wręcz przeciwnie. To było miłe. Zdecydowanie zbyt miłe.
Potrząsnąłem głową, wracając do rzeczywistości. Z opóźnieniem zdałem sobie sprawę, że nadal ściskam jego dłoń w swojej. Natychmiast puściłem ją, a moje policzki ponownie nabrały rumieńców. Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, lecz do moich uszu dobiegł, jakby głos mojej siostry.
-Alec!
Odwróciłem głowę w stronę głosu. Izzy stała na schodach, wymachując do mnie telefonem. Wyglądała na zmartwioną. Czyżby z Simonem coś nie tak? Skinąłem jej głowa i odwróciłem się ponownie z przepraszającym uśmiechem do Jack'a.
-Przepraszam cię Jack, ale muszę pomóc siostrze. Miło było cię poznać i jeszcze raz dziękuje za ratunek – oznajmiłem szybko i już miałem zamiar podejść do swojej siostry, kiedy poczułem na swoim ramieniu dłoń Jack'a. Popatrzyłem na niego z pytaniem wymalowanym na twarzy. Chciałem spojrzeć mu w oczy, lecz odwrócił je w inną stronę. Wyglądał jakby się czymś stresował. Jakby może bał się, o coś zapytać.
-Tak? – zapytałem przyjaźnie, oddając mu otuchy.
-Alec – zaczął niepewnie patrząc mi w oczy. – Spotkamy się jeszcze?
Na chwilę jego pytanie zbiło mnie z tropu. W końcu znamy się dopiero jakieś dziesięć, może piętnaście minut. A co jeśli okaże się jakimś psychopatą, albo seryjnym mordercą? Ponownie spojrzałem w jego oczy, w których zamiast radosnych iskierek, zobaczyłem nikła nadzieję. Natychmiast wszelkie obawy mnie opuściły, a sam w duchu się skarciłem. Jack był zwykłym, mężczyzną. Zupełnie tak jak ja.
-Jasne, czemu nie – odpowiedziałem po chwili uśmiechając się od niego promiennie.
Na moje słowa, chłopak od razu się rozchmurzył. Cały jakby w skowronkach, zaczął szukać coś w swojej torbie. Po chwili wyjął z niej mała plakietkę i podał mi ją z wielkim uśmiechem. Spojrzałem na nią z zaciekawieniem. No tak. Wizytówka.
-Wiec, zadzwoń do mnie. Będę czekał – oznajmił i ruszył w stronę budynku. Odprowadzając go wzrokiem, nie zauważyłem nawet kiedy moja siostra znalazła się tuż obok mnie. Oderwawszy wzrok od zielonookiego, spojrzałem na moją siostrę, a mój uśmiech natychmiast znikł z twarzy. Isabelle, patrzyła na mnie wymownie z uniesionymi brwiami. Zanim zdążyłem jakoś zaoponować, Izzy wyciągnęła ze swojej torebki klucze do swojego mieszkania i wcisnęła mi je do rąk.
-Lepiej żebyś tam był zanim Simon wróci z pracy. Musimy pogadać.
Musimy porozmawiać. Te słowa odbijały się echem w mojej głowie odkąd tylko opuściłem Manhattan, aby skierować się w stronę Brooklynu do domu Simona i Isabelle. Całą drogę nie dawały mi spokoju.
Musimy porozmawiać.
Co to w ogóle miało znaczyć? Jeśli już ktoś miał tu z kimś rozmawiać, to ja z nią, a nie Izzy ze mną. I jeszcze ta mina, jakbym to ja zrobił coś nie tak. A przecież to wszystko jej wina.
To ona rano zaciągnęła mnie do tego budynku, pod pretekstem, iż na jej ślubie muszę wyglądać idealnie. To ona zaciągnęła mnie do swojego projektanta, który okazał się nikim innym, jak Magnusem. To ona zostawiła mnie z nim sam na sam, znikając tak nagle niczym duch. To przez nią musiałem zostać z Magnusem sam w jego biurze. To przez nią moje wspomnienia odżyły. To przez nią dałem mu się ponownie omotać, do tego stopnia, aby mnie pocałował. To przez nią go uderzyłem i wybiegłem. To właśnie przez Isabelle, kiedy spojrzałem w oczy Magnusa wszystko do mnie wróciło. Wszystkie uczucia nagle powróciły. Zatraciłem się w nich i o mały włos przez to ponownie pozwoliłbym mu się zranić. Na szczęście w porę odzyskałem rozum i choć serce mówiło mi abym tego nie robił, wybiegłem. Tak znowu to zrobiłem. Wybiegłem, a raczej uciekłem. Ponownie uciekłem. Ale przecież nie mogłem tam zostać. Nie mogłem ponownie wpuścić go do swojego serca, ono na pewno by już tego nie wytrzymało.
Być może czas zamknąć ten rozdział? Być może czas zatrzasnąć przed nim drzwi i otworzyć nowe?
Nagle zorientowałem się, że stoję tuż przed drzwiami mieszkania siostry. Z cichym westchnieniem, prze kluczyłem zamek w drzwiach, kluczami, które uprzednio dała mi Isabelle i wszedłem do środka, zamykając je za sobą z cichym skrzypnięciem.
-Już jestem! – zawołałem w pustą przestrzeń, zdejmując kurtkę i wieszając ją na haku.
-W salonie! – głos Izzy rozbrzmiał przez całe mieszkanie, nagle przypominając mi całą złość, którą czułem od kilku godzin. Ruszyłem tam natychmiast, znajdując ją siedzącą wygodnie na kanapie z wymownym spojrzeniem, teraz wlepionym we mnie. – Do jasnej cholery Alec, co ty sobie wyobrażasz?!
- Ja? – odparłem zaskoczony – To ja powinienem cię o to pytać! Coś ty sobie myślała Isabelle?! Zrobiłaś to specjalnie, prawda? Specjalnie wybrałaś Magnusa na swojego projektanta!
- Oczywiście – wyrzuciła z siebie, jakby to była oczywistość – A ty wszystko spieprzyłeś!
- Jak mogłaś?! Jestem twoim bratem!
- I dlatego chciałam ci pomóc! – podeszła do mnie bliżej i chciała złapać za rękę, ale natychmiast odskoczyłem od niej, niemal jak poparzony; może ją tym zraniłem, ale w tym momencie miałem to gdzieś. – Przecież wiem, że wciąż go kochasz.
- Nic nie wiesz! Nie kocham go!
- I po co się oszukujesz? – głos Isabelle stał się łagodniejszy – Kochasz go, nie przeszło ci przez te lata. Po co się katujesz? Magnus jest samotny, ty też, to czemu nie chcesz znów dać mu i sobie szansy na szczęście? Przecież tak go kochałeś.
- Bo mnie zranił! – w końcu to z siebie wyrzuciłem; po tylu latach w końcu powiedziałem Izzy, dlaczego się rozstaliśmy. To był czas na powiedzenie całej prawdy. – Nigdy nie byłem dla niego ważny, nie kochał mnie tak ja jego. Dla niego ważna była tylko ta cholerna koszykówka i nic więcej. Ja zawsze byłem na drugim miejscu, nigdy nie traktował mnie na poważnie. Złamał mi tym serce, wiesz.
- Mój boże, Alec ja nie wiedziałam… - objęła mnie ramionami i oboje zsunęliśmy się na podłogę. Z moich oczu natychmiastowo popłynęły łzy, gdy mój umysł przypomniał mi ten cholerny mecz sprzed lat, nasze ostatnie spotkanie. – Czemu mi nie powiedziałeś wcześniej? Myślałam, że się po prostu zerwaliście…
- Ja go kocham, nadal go kocham. Nigdy nie przestałem, ale nie chcę już cierpieć. Chcę się w końcu od niego uwolnić.
- Oczywiście, kochany – Izzy pocałowała czubek mojej głowy i przycisnęła mnie mocniej do siebie. – Przepraszam Alec, że wybrałam Magnusa, myślałam, że w ten sposób ci pomogę.
- Nie twoja wina, nie wiedziałaś.
- Obiecuję ci, że zrezygnuje z usług Magnusa, znajdę innego projektanta.
- Nie – przerwałem jej, spoglądając w jej oczy – Magnus jest najlepszy, zawsze był. A ty zasługujesz na najlepsze. Nie przejmuj się mną, ja dam sobie radę, siostrzyczko. Dam sobie radę.
- Naprawdę? – przytaknąłem i pocałowałem jej policzek – Kocham cię Alec.
- Ja ciebie też, Izzy.
- Wszystko gra? – dobiegł nas głos Simona, który stał w drzwiach do salonu; spoglądał na nas z pewnym zmartwieniem wymalowanym na twarzy. – Dzwoniła do mnie sekretarka Magnusa Bane'a, pytała czy ma cię umówić na kolejne spotkanie.
Izzy spojrzała na mnie z niemym pytaniem w jej orzechowych oczach, a ja tylko przytaknąłem.
- Tak – powiedziałem do Simona – W końcu Izzy musi mieć suknię od najlepszego projektanta, jeśli to ma być ślub jak z bajki.
Ponownie spojrzałem w brązowe oczy Isabelle, które wpatrywały się we mnie z czułością. Uśmiechnąłem się do niej, chwytając, jej dłoń w swoją. A przez moją głowę, przebiegła pewna myśl.
Być może czas zamknąć za sobą ten rozdział? Być może czas zatrzasnąć przed nim drzwi i spróbować otworzyć nowe? Być może to pozwoli mi, następnym razem spojrzeć Magnusowi prosto w oczy, bez strachu, że zrani mnie ponownie.
A/N: Podziękowania dla Intoxic, która pomogła, raczej napisała całą kłótnię Izzy i Aleca, kiedy mi zabrakło weny co było do przewidzenia... :D
Hym następny rozdział pojawi się hymmm pojawi się... szczerze mówiąc nie wiem. Wiem, tylko, że będzie to po Nowym Roku mam nadzieję, ze nie za długo po...
A więc do zobaczenia!
Ola!
Ps. Jeśli chcecie, zostawcie swoją opinię :)
