Little Red Rooster
Ain't been no peace in the barnyard/Since my little red rooster been gone
Dzwonek telefonu przerywa Hannibalowi lekturę. Jego ostatni tego dnia pacjent pojawi się dopiero za czterdzieści pięć minut, więc Hannibal odbiera. Trochę spodziewa się usłyszeć głos Willa ale zamiast niego słyszy gardłowy pomruk Jacka Crawforda. To nie wygląda na nagrodę.
-Doktorze Lecter.- Hannibal czeka. - Mówi Jack Crawford.
-Witaj Jack. Co u ciebie słychać? - Mężczyzna po drugiej stronie sapie z frustracją.
-Jest po prostu cudownie. Chciałem porozmawiać o Willu.
To sprawia, że rozmowa nagle nabiera sensu.
-Tak słucham.
-Coś mu się stało w trakcie śledztwa. Coś gorszego niż zwykle. - Dodaje po chwili Jack.
-Co konkretnie się stało? - Pyta Hannibal odkładając książkę.
-Robił swoje na scenie zbrodni, wchodził w psychikę zabójcy i tak dalej, kiedy pewien technik popełnil błąd i dotknął Willa kiedy ten był w transie. - Jack nagle milknie. Hannibal wyczuwa jego zmieszanie koniecznością opowiedzenia komuś o tym co się stało, chociaż jednocześnie odczuwa także radość z powodu tego w jaki sposób prawdopodobnie zareagował Will.
-Will zaatakował tego waszego laboranta. - Hannibal nie potrzebuje żadnych dodatkowych informacji, instynktownie wie co w takiej sytuacji zrobiłby Will.
-Przepraszam za wyrażenie, ale on kompletnie ześwirował.
Lecterowi nie podoba się to wyrażenie. Przekazuje faktyczny stan rzeczy ale nie jest zbyt przyjemne. Hannibal może wymienić kilka o wiele bardziej dosadnych wyrażeń niż, to którego użył Jack. Nazywanie tego co stało się Willowi w ten sposób jest w złym guście a poza tym ojczysty zawiera o wiele więcej określeń które by tutaj pasowały.
Jack mamrocze coś o złamanych nosach, i przygniecionej krtani, co wzbudza ciekawość. Wymiar szkód pokazuje dokładny obraz zdarzenia. Hannibal może sobie wyobrazić pozycję w jakiej znalazł się Will aby dokonać czegoś takiego.
Najpierw złamał nieszczęśnikowi nos, prawdopodobnie łokciem, kiedy wymierzył cios do tyłu aby usunąć natręta, ponieważ był odwrócony przodem do ciała ofiary. Krtań przygniótł mu kiedy już wstał do normalnej pozycji i mógł się odwrócić.
Przymierzając się do ataku i ze śmiercią w oczach Will podszedłby bliżej, a może nawet rzuciłby się na drugiego mężczyznę obejmując dłońmi jego szyję. Naciskałby mocniej i mocniej dopóki ktoś nie nadszedłby z pomocą i nie odciągnął go na bezpieczną odległość od ofiary; prawdopodobnie mężczyzny, chociaż Will w tym stanie nawet by ich nie rozróżnił.
-Casson chce złożyć skargę. To nie jest jeden z naszych, więc nie mogę w zasadzie nic zrobić, żeby go od tego odwieść. Większość naszej ekipy pilnuje go na wypadek gdyby chciał oddać Willowi a ja się zastanawiam czy nie powinniśmy facetowi na to pozwolić. To kompletny bajzel. - Pomrukuje Jack dając Hannibalowi szansę na odpowiedź.
-Słyszałem pewne przysłowie na temat ognia. Znasz je Jack? - Po jego pytaniu, chociaż było retoryczne, zapada na moment cisza, podobna do braku reakcji ze strony Hannibala na wzmiankę o pozwoleniu komukolwiek na odegranie się na Willu, który teraz nie miałby szans się bronić. Prawdopodobnie przejąłby sposób myślenia morderczyni jeśli przycisnęłoby się go zbyt mocno. Hannibal już wie co zrobiłby aby pomóc Willowi otrząsnąć się z transu.
Jack wzdycha a Hannibal wstaje aby odstawić książkę, Podręcznik Psychopatologii Ogólnej Jaspera, na półkę. Książka pochodzi z jego prywatnej biblioteczki i Hannibal specjalnie ukrył ją na tej półce aby być świadkiem reakcji Willa gdyby ten ją znalazł i zapytał o jej treść. Twada okładka idealnie zlewa się zresztą narzędzi do badania umysłów. Hannibal otwiera na tablecie stronę linii lotniczej oczekując na oczywistą prośbę.
-Jak czuje się Will? - Pyta lekko.
-Na półtorej godziny popadł w katatonię. Potem paplał bez sensu, potem mówił coś o Great Falls Park zanim kompletnie się nie wyłączył. Zupełnie jakby utknął w umyśle kobiety, której szukamy chociaż pojęcia nie mam co Great Falls Park ma z tym wszystkim wspólnego...-Jack milknie zdając sobie sprawę z własnej pomyłki.
Hannibal czuje dreszcz na wspomnienie parku. Zastanawia się czy to właśnie tam przebywa teraz Will wraz z nim. A raczej jego bardziej niedbale ubraną wersją.
-Will powiedział mi, że mordercą którego szukacie jest kobieta.- Informuje drugiego mężczyznę rozkoszując się momentalnym zaskoczeniem Jacka.
To co przydarzyło się Willowi miało na niego wielki wpływ. Hannibal żałuje, że nie było go tam, że nie widział morderczego szału w oczach Willa, nawet jeśli w tamtym momencie nie należały tak naprawdę do niego.
-Nie chodzi o to, że panu nie ufam. - Wzdycha Jack.
Hannibal uśmiecha się słysząc ton zrezygnowanej szczerości w jego głosie zanim drugi mężczyzna ponownie się odzywa.
-Nie zostałem oficjalnie poproszony o konsultację. Rozumiem twoją potrzebę dyskrecji. W końcu obaj jesteśmy zawodowcami. - Niemal słyszy ulgę w głosie Jacka. I chociaż Hannibal lubi się z nim droczyć, teraz postanawia zawrócić rozmowę na właściwy tor. - Rozmawialiśmy o Willu.
-Ach, tak. - Jack odkasłuje powodując ukłucie wściekłości u Hannibala na samą myśl o tym, że on mógł zapomnieć o swoim cennym empacie, bez względu na to czy jest on ozdobą jego kolekcji czy nie. Hannibal ma ochotę zabić Jacka Crawforda a potem zjeść jego organy z powodu ulgi jaką by wtedy poczuł. Niestety, jak na razie Jack Crawford pozostaje poza jego zasięgniem.
-Nie odezwał się odkąd doszedł do siebie. Właściwie od tamtej pory nie robi nic. Myślę, że po prostu jest w szoku ale Casson go nie dotknął. Nic mu nie jest.
Oczywiście, że nie. Myśli Hannibal. Przynajmniej nie fizycznie.
-Może powinienem z nim porozmawiać.
-Jest pan daleko od Williamsport...-Zaczyna niepewnie Jack jak gdyby chciał zobaczyć czy może namówić Hannibala do przyjazdu nie prosząc go o to zbyt otwarcie. Hannibal był gotów spędzić w samochodzie godzinę tylko po to aby nakarmić należące d Willa psy. Z chęcią zniesie czterogodzinny lot tylko po to aby nakarmić Willa.
-Czy przeszkadzałaby wam moja obecność? Willowi mogłaby tylko pomóc. - Hannibal przysłuchuje się panującej w słuchawce ciszy podczas kiedy Jack niepotrzebnie kontempluje zaistniałą sytuację. Chcąc to podkreślić, rezerwuje sobie miejsce w samolocie.
-Z całym szacunkiem Doktorze Lecter, nikt nie potrafi nawiązać z nim kontaktu. Doktor Bloom spędziła z nim cały dzień i nic. Nie reaguje na nic ani na nikogo, nawet na zdjęcia z miejsca zbrodni.
Hannibal rozważa urządzenie Jackowi awantury za to, że posłał do Willa innego psychiatrę zanim natychmiast go powiadomić, ale chce jak najszybciej zakończyć rozmowę z Jackiem Crawfordem.
-To, że ofiary syndromu stresu pourazowego nie reagują na bodźce zewnętrzne nie jest niczym nowym. Podobnie jak fakt, że te same osoby czasami kompletnie zamykają się w sobie.
Czeka aż Jack zaakceptuje jego diagnozę, i nie zajmuje to zbyt wiele czasu. Myśli, że prawdopodobnie Jack chciałby przekonać go, że Will wcale nie cierpi na PTSD, ale obaj wiedzą, że jest na z góry przegranej pozycji, nawet jeśli Jack bardzo w to wierzy, chociaż Hannibal jest pewien, że on w to nie wierzy.
-Więc on może tak zostać na zawsze. - Wzdycha Jack.
-Nawet największe cuda techniki czasami się psują, a Will jest tylko człowiekiem. - Mówi powoli i ostrożnie Hannibal. - Jeśli naprawdę potrzebujecie mojej pomocy, przylecę do Williamsport pierwszym porannym samolotem
-Naprawdę przydałaby nam się dodatkowa para rąk. Jak na razie nie wygląda to najlepiej.
-Zaopiekuję się nim, Jack. Nie denerwuj się. - Odpowiada żwawo Hannibal, chociaż tak naprawdę nie ma ochoty pomóc Willowi w dojściu do siebie. Ma na myśli coś zupełnie innego, coś na co Will na pewno się zgodzi jeśli minie jego wstępna odraza i niechęć. Odkłada tablet z powrotem do szuflady biurka.
-Doktorze Lecter, nie ma potrzeby aby od razu wszystko rzucił. Nie musi się pan spieszyć.- Oczywiste jest jednak, że tego właśnie chce Jack. Najchętniej widziałby Hannibala w następnym samolocie do Williamsport.
Jest wdzięczny ale zdecydowanie zbyt niecierpliwy. Hannibal jest pewien, że zadzwonił do niego tylko dlatego aby znaleźć jak najszybsze wyjście z sytuacji. Czekał cały dzień as Will otrząśnie się z szoku, a teraz będzie musiał czekać całą noc na Hannibala. Wszystko dzieje się z jego winy i z powodu tego, że nie był bardziej ostrożny. Zależało mu tylko i wyłącznie na czasie i przez to straci go jeszcze więcej i z tego powodu zginie ktoś jeszcze. Hannibal nie musi mu tego mówić.
Lepiej byłoby gdyby Jack Crawford widział go tak jak widzi Willa, jako kogoś genialnego a jednocześnie mu podległego. Kolejną porcelanową filiżankę, którą mógłby się chwalić przed innymi agentami.
-Bzdura. Will mnie potrzebuje. - Wymawia jego imię z nutą delikatności.
Jeżeli oddychanie Jacka zmienia się pod wpływem zaskoczenia, zdziwienia czy wdzięczności, Hannibal nie słyszy tego przez szum w słuchawce.
Hannibal był z nim jednak całkowicie szczery, nawet jeśli kompletnie zmanipulował całą sytuację. Wreszcie będzie miał okazję nastawić Willa według własnego pomysłu, szczególnie jeśli uda mu się przebić przez barierę w jego umyśle od której inni tylko się odbijali. Hannibalowi się uda. To jedynie Hannibal będzie zdolny wybudzić Willa z transu, który jest prawdopodobnie jakąś odmianą strasznego koszmaru, czegoś co pod przykrywką spokoju skrywa ból i przerażenie.
-Cóż, jest pan prawdopodobnie jedyną osobą, która w tej chwili może mu pomóc. - Ton głosu Jacka łagodnieje na tyle, że Hannibal zastanawia się przez chwilę czy jest to wina chwilowego problemu z zasięgiem. - Zakwaterowaliśmy się w Hotelu Genetti. Podam panu dokładny adres kiedy już pan tu doleci. - Dodaje swoim zwykłym tonem.
-To nie będzie konieczne.
Hannibal przesuwa palcami po swoim portrecie Wound Man'a. Wzdłuż nosa dorysował lekką kreskę, coś jakby zaczątek okularów, okularów Willa.
-Do zobaczenia później Doktorze Lecter.
-Do widzenia, Jack. - Hannibal kończy rozmowę i patrzy na rysunek z lekkim uczuciem żalu.
Rysunek jest piękny chociaż Hannibal rzadko kiedy personalizuje w ten sposób kopie znanych dzieł sztuki, nawet jeśli nachodzi go na to chęć. Oczy mają pusty wyraz i zostały pocieniowane uważnymi pociągnięciami precyzyjnie zaostrzonego ołówka. Lekka asymetria oczu, zgodnie z naturą, należy do Willa. Cień bólu marszczący brew należy do Willa. Lekko rozchylone w nieśmiałym pytaniu usta, są również ustami Willa.
Hannibal wzdycha cicho i wrzuca rysunek do niszczarki aby przestał istnieć, nadal jednak wpatruje się w oczy postaci na rysunku, które w miarę zbliżania się do zębów urządzenia stają się coraz bardziej przerażone. Wpatrują się w Hannibala ze skupieniem, by potem nagle się rozproszyć, tak jak robi to Will za każdym razem kiedy patrzy w oczy Hannibala.
Kiedy wstaje aby powitać ostatnią, tego dnia, pacjentkę Hannibal uświadamia sobie, że mógłby narysować twarz Willa z pamięci tysiące razy i pod koniec każdego dnia wrzucać portrety do niszczarki pod koniec albo na początku każdego dnia. Mógłby to powtórzyć nawet milion razy ale nigdy nie znudziłoby mu się myślenie o przerażeniu na twarzy Willa, zanim udałoby się Hannibalowi zmienić je w coś innego. Coś bardziej brutalnego, coś co było by w stanie walczyć z Hannibalem.
Chociaż, myśli pod przykrywką grzecznego uśmiechu który przybrał dla Pani Dufour, i tak w końcu bym go zniszczył. A poza tym nikt nie powiedział, że bestii kryjącej się wewnątrz Willa nie da się obudzić raz, a nawet dwa razy.
Musiałby działać bardzo, bardzo ostrożnie. Will zawsze potrafił sprawić, że Hannibal stawał się nierozważny, chociaż zwykle przykładał uwagę do najmniejszych nawet szczegółów i przez to mógłby doprowadzić do swojej zguby. Pacjentka opowiada mu o romansie, w który wdała się z dużo młodszym od siebie mężczyzną ale Hannibal ledwie jej słucha. Jest to częścią problemu jaki sprawia mu Will Graham okupując część jego umysłu.
Patrzy pacjentce w oczy i wykonuje odpowiednie gesty rękoma i ciałem. Kobieta prawdopodobnie nie ma pojęcia, że Hannibal właściwie nie przywiązuje uwagi do jej obecności.
Romansuje z młodym mężczyzną, który specjalnie dla niej przeprowadził się z Cleveland. Opowiada z pewnością podkoloryzowaną historyjkę o namiętnym młodzieńcu o długich, gęstych włosach i stypendium sportowym Uniwersytetu Maryland. Szuka aprobaty Hannibala, której jednak nie otrzymuje.
Po boleśnie nudnej sesji z Panią Dufour, Hannibal jedzie do supermarketu i kupuje udziec jagnięcy. Przygląda się rzeźnikowi, który umiejętnie oprawia mięso. Rzeźnik, o imieniu Guillaume, pamięta Hannibala z jego wcześniejszych wizyt, i zagaduje go co w zasadzie Hannibalowi nie przeszkadza. Guillaume bierze go za amatora grubszej zwierzyny co Hannibal potwierdza skinieniem głowy. Zapytany o to co naprawdę lubi wymienia niedźwiedzie i bizony, czasami jelenie wapiti.
Mężczyzna wydaje się być pod wrażeniem kiedy oprawia mięso a Hannibal przygląda się dobrze znanemu widowisku. Wystarczająco wiele razy był na miejscu rzeźnika aby wiedzieć jak to jest patrzeć na to co jest pod ostrzem noża. On i Guillaume są podobnej postury chociaż prawdopodobnie nie wyglądali by tak samo. Zwykle Hannibalowi nie zdarza się fantazjować o odzieraniu ze skóry ludzi, którzy wcześniej w żaden sposób go nie urazili, ale tego dnia stał się dziwnie rozmarzony w oczekiwaniu na kolejne spotkanie z Willem.
Dziękuje drugiemu mężczyźnie a potem idzie do kasy by kupić gicz jagnięcą, pęczek świeżych szparagów, czerwone ziemniaki, grzyby oraz butelkę pięcioletniego Antinori Guado al Tasso. Uśmiecha się do kasjerki, średnio urodziwej rudej kobiety o twarzy usianej brzoskwiniowymi piegami i oczach jak perydot.
Na jej identyfikatorze jest wypisane imię Sherry. Kobieta wybucha śmiechem kiedy Hannibal pyta ją czy to zdrobnienie od Sharon i potwierdza.
-Cóż, tak naprawdę mam na imię Róża z Sharon, ale to trochę przydługie, nie sądzi pan? - Chichocze kobieta. - Często pantutaj zagląda prawda? - Pyta a Hannibal potwierdza skinieniem głowy. - Widywałam tu pana od czasu do czasu.
- Tak. Od jakichś dwóch lat.
-Tak myślałam. Pracuję tutaj tak samo długo.- Uśmiecha się szeroko. - Jakoś do tej pory na siebie nie wpadliśmy. - Odwraca się, i patrzy na niego przez ramię zajmując się jego zakupami.
Ma idealną posturę. Hannibal wie, co mogłoby się zdarzyć jeśli na to pozwoli.
-Ciężko pracujesz. Jesteś bardzo dobrą pracownicą.
Ona uśmiecha się słysząc pochwałę. Na jej twarzy pojawia się rumieniec pokazujący jej prawdziwy kolor pod skórą i mięśniami. Jej uśmiech także jest idealny i sprawia, że kąciki jej oczu lekko się marszczą dodając miękkości jej delikatnej urodzie. Hannibal ceni to sobie, tak jak ceni sobie sztukę i muzykę. Zamiast ją skonsumować, chce zostawić ją taką jaka jest, dokładnie taką jaka jest.
-Miłego dnia, proszę Pana.
-Nawzajem Różo z Sharon. - Mówi skinąwszy głową.
Po jej widocznym zdziwieniu zgaduje, że rzadko kiedy ktokolwiek zwraca się do niej pełnym imieniem. Istnieje kilka sposobów by mógł to wykorzystać, kilka sposób by ją uwieść ale postanawia tego nie robić.
To dobra istota. Hannibal postanawia podarować jej głowę jednego z jej mało rozgarniętych kierowników, aby mogła dostać kierownicze stanowisko na które czeka, i na które zdaniem Hannibala kompletnie zasługuje.
Kiedy wychodzi ze sklepu nadal ma w myślach obraz jej oczu. Chce ją chronić na samą myśl o uciekającym z niej życiu sprawiającym, że jej zielone oczy wyblakną i staną się zwyczajne. Hannibal stwierdza, że musi się nią zaopiekować.
Jest samowystarczalna. Odebranie jej tego byłoby obrazą. Postanawia przeprowadzić egzekucję jednego z upartych kierowników sklepu Yusufa albo Glorii i ułatwić jej drogę do awansu. Kilka razy miał styczność z kierownikami sklepu. Nie wydaje mu się aby byli najlepszymi kandydatami na swoje stanowiska. Myśli o tym w jaki sposób ich śmierć mogłaby uczcić Różę z Sharon, może mógłby zjeść ich oczy. A może ustawić je gdzieś w swoim domu lub gabinecie aby mogly patrzeć na Willa lub Jacka Crawforda.
Jeśli rzeczywiście się na to zdecyduje, jego ofiarą będzie Yusuf, który niegdyś zasugerował pewnemu staruszkowi, żeby skombinował sobie wózek inwalidzki zamiast brudzić sklepową posadzkę. To zabawne, że Hannibal do tej pory nie pomyślał o zabiciu tego wstrętnego człowieka.
Hannibal myśli o tym, że rozciął by mu cały brzuch tak aby mogły wylać się z niego organy, aby mógł wybrać te, które będą mu potem potrzebne. Kiedy facet jeszcze by oddychał, Hannibal wyłupiłby mu oczy zostawiając je dyndające na nerwach optycznych. Ułożyłby ciało tak aby broda dotykała klatki piersiowej a oczy zwisały z głowy niczym nieoszlifowane kamienie szlachetne. Mógłby ułożyć je w prymitywny naszyjnik.
Hannibal zaczyna się zastanawiać, czy nie byłaby to zbyt oczywista zbrodnia dla Rozpruwacza z Chesapeake. Nie zostałaby mu przypisana od razu, ale po jakimś czasie Will domyśliłby się prawdy. Ta myśl niesamowicie go cieszy. Bardzo go cieszy, że jest ktoś kto rozpoznałby najmniejsze szczegóły projektu jak mawia zwykle Will.
Will go widział. Zauważył jego rzemiosło i wyczucie z jakim zabijał swoje ofiary. To wystarczyłoby Hannibalowi aby scementować znajomość z Willem. Jack Crawford nie potrzebuje zbyt wiele jeżeli chodzi o Willa i jego śledztwa. Musiał tylko wykazać się wystarczającą cierpliwością by go słuchać i zapamiętać to co mówi. A Hannibal wiedział, że istnieją szanse aby otrzymać od Willa jeszcze więcej.
Największym zwycięstwem, do tej pory, okazał się raj wymyślony na podstawie Great Falls Park. Jego łupem padły słowa wyszeptane przez na wpół uśpiony umysł starający się utrzymać rozmowę z Hannibalem.
Will cieszył się, że Hannibal pojawił się w jego śnie, szukał go. Starał się ochronić go przed potworem czyhającym w jego umyśle, przed jeleniem, chociaż nie nazwał tego czegoś po imieniu. Hannibal domyślił się wszystkiego słuchając mamrotania Willa. Will zasnął wspominając coś o dżinsach i t-shircie, co Hannibal postanowił przeanalizować później, ale nadal prowadził rozmowę podczas której obaj natknęli się na jelenia.
Will chciał go chronić ale zobaczył, że Hannibal sam potrafi świetnie o siebie zadbać. Hannibal chciałby wiedzieć co Will o tym myśli czy była to oznaka odwagi, czy też skaza na jego honorze.
Istnieje coś jeszcze, czego Hannibal mógłby użyć podczas jutrzejszego spotkania z Willem, ale nie ma żadnego konkretnego planu działania. To nawracający sen Willa, chociaż Hannibal nie jest pewien jakie ma on znaczenie, czy jest on symbolem jakiegoś głęboko skrywanego lęku. Hannibal sporo rozmyślał o tym co powiedział Will, kiedy wpadł w trans w czasie swojej ostatniej wizyty w jego gabinecie.
Nie pamiętał niczego kiedy się ocknął, co według Hannibala było dosyć tragiczne. Jego słowa prawie dotknęły serca Hannibala. Były tak blisko, że przez chwilę zastanawiał się czyim głosem przemawia Will.
-Nie jesteś jeszcze na mnie gotowy. Ale wkrótce będziesz.
Hannibal unosi głowę zdziwiony niskim, dudniącym głosem, który zdecydowanie nie należy do Willa. Jest zbyt cichy aby można było go uznać za warkot i zbyt głośny by przypominać mruczenie. Hannibal przygląda się Willowi, nadal dotykając dłońmi szwów na jego ręce.
-Niedługo będziesz na mnie gotów. Chcesz tego. - Oczy Willa, na wpół przesłonięte powiekami, nie widzą nic.- Potrzebujesz mnie.
To wszystko dzieje się trochę niespodziewanie, chociaż Hannibal czekał na coś takiego. Odkąd wyczuł początki choroby Willa, czekał aż problem pokaże się w bardziej namacalny sposób. Czekał aż Will straci nad sobą kontrolę.
-To co było, nie wróci. Zostałeś do tego stworzony.
Will powiedział, że nie prowadzi żadnego śledztwa. Czyżby skłamał? Do czyjego umysłu próbował się dostać? Jedyną istotą, o której rozmawiali był...
-Nie rozumiesz?
Jeleń. Tak, to musi być jeleń. Will stara się przeanalizować potwora, który nawiedza jego sny. Istnieje wiele sposobów na wykorzystanie tej wiedzy ale na razie Hannibal czeka na to co powie Will.
-Nie widzisz mnie?
Usta Willa wykrzywiają się a oczy zamykają.
-Spójrz na mnie.
Hannibal patrzy. Ból, którym przepełniona jest komenda przeszywa go aż do kości z siłą huraganu, tak jak do tej pory mogła zrobić to tylko naprawdę piękna muzyka. Odnosi to niesamowity efekt. Hannibal czuje przebiegający po jego plecach dreszcz. Zastanawia się czy Will robi to specjalnie, i czy będzie mógł zrobić to raz jeszcze.
-Wiem, że mnie rozumiesz.
-Zastanawiam się czy kiedykolwiek zrozumiesz sam siebie, Williamie. - Szepcze Hannibal ledwie słyszalnym głosem.
Brew Willa marszczy się a jego powieki i usta rozluźniają. Powoli zaczyna dochodzić do siebie. Dlatego Hannibal odzywa się nieco głośniej.
-Twój jeleń to wspaniałe zwierzę.
Wierzy, że musi być wspaniały ponieważ tak bardzo zaprzątnął uwagę Willa. Will jest wypełniony jego fantasmagoryczną mocą. Hannibal chciałby zrozumieć co to wszystko oznacza dla Willa. To zajmie wiele czasu, ale on jest gotów się poświęcić.
-Popisywał się przed tobą.
To był naprawdę cudowny widok i Hannibal zastanawia się co umysł Willa chciał mu przekazać przy pomocy jelenia. Zastanawia się czy mógłby to jakoś wykorzystać na swoją, lub Willa, korzyść.
Podjeżdża pod dom z zakupami i budynek jest ciemny i cichy. Hannibal włącza światło w kuchni i poruszając się w ciemnościach przez resztę domu odkładając na miejsce resztę nagromadzonych w ciągu dnia rzeczy. Jego wieczór będzie wypełniony przygotowaniem jedzenia na dzisiejszą kolację i tego, które zawiezie Willowi.
Przyprawia gicz jagnięcą pieprzem i solą podczas kiedy w garnku rozgrzewa się olej. Dorzuca do niego ziarna pieprzu, liście laurowe i czerwone wino i czeka aż zapach przypiekanego mięsa połączy się z zapachem przypraw.
Hannibal poda Willowi danie z czekającej w jego zamrażarce polędwicy, mimo że prawdopodobnie powinien podać mu coś świeższego. Jagnięcina sama w sobie jest niezwykła, ale Hannibal lubi karmić Willa mięsem, które sam odjął od kości, mięsem które on jeden doprowadził do kulinarnej perfekcji.
Dusi jagnięcinę z ziemniakami i marchewką i zjada ją w ciszy zastanawiając się nad obecnym stanem umysłu Willa. Istnieje szansa, że rankiem ocknie się w świetnej formie, nieograniczony ciężarem swej empatii ale Hannibal i tak chce się z nim zobaczyć. Bez względu na to czy Will będzie potrzebował wymaganej przez Jacka pomocy psychiatrycznej, będzie potrzebował Hannibala jako terapeuty lub jako przyjaciela. Chociaż jeśli Will się ocknie wystarczyłaby im rozmowa przez telefon, Hannibal jest skłonny do poświęceń jeśli chodzi o Willa Grahama.
Wszystko dzieje się po myśli Hannibala. Will przeszedł przez coś traumatycznego i potrzebuje kogoś kto dałby mu możliwość przebywania, chociaż na chwilę, w przestrzeni poza swoim własnym umysłem, gdzie będzie zrozumiany, bezpieczny i ukojony. Will potrzebuje swojego wiosła.
Hannibal już dawno stał się dla Willa źródłem oparcia na wypadek gdyby Will stracił kontrolę nad sobą i światem. To, że czekał cierpliwie na moment, w którym mógłby posunąć się o krok dalej to mało powiedziane. Will jest owocem, który pielęgnowały od czasu do czasu dłonie Hannibala, którego nareszcie wolno mu skosztować, jest wodą która ugasi jego pragnienie. Nareszcie Tantal będzie ucztował.
Hannibal sprząta ze stołu i zmywa wszystkie naczynia. Stara się nie rozlać ani odrobiny wody i zmyć wszelkie pozostałości jedzenia. Odkłada dwie porcje pokrojonej w kostkę polędwicy dla Willa i jedną dla siebie na następny dzień.
Późnym wieczorem zagotowuje ziemniaki z miodem i owocem limonki i dodaje do nich dwie łyżki ketchupu. Unoszący się w powietrzu zapach cukinii i jabłek miesza się z poprzednim aromatem jagnięciny i czosnku.
Przekłada jedzenie do ceramicznych pojemników i zmywa garnki po czym wychodzi aby spakować walizkę i przygotować się do porannego lotu podczas gdy jedzenie trochę ostygnie. Pakuje przybory toaletowe i ubrania na resztę tygodnia pamiętając aby zostawić w walizce miejsce na pojemniki z polędwicą.
Po jakimś czasie chowa jedzenie do lodówki i udaje się do sypialni. Nastawia budzik na tyle wcześnie żeby zdążyć na lotnisko i kładzie się do łóżka. Następnego dnia rano poleci do Williamsport gdzie popołudniu odnajdzie załamanego Willa tkwiącego w swym załamaniu w jakimś luksusowym pokoju hotelowym. Odnajdzie Willa i uzdrowi go w najlepszy jego zdaniem sposób.
