Rozdział czwarty: Czarna owca


- Nie pozwolimy jej skrzywdzić… prawda? Prawda, Trick?

Bo starała się zachować spokój, ale jak na razie kiepsko jej to wychodziło.

Zostawili Irisi samą w posiadłości Lachlana. Dziewczyna miała do towarzystwa wyłącznie Dysona, któremu Lachlan przykazał, aby nie próbował się zaprzyjaźnić z Irisi. Do czasu ogłoszenia światu że są parą, Irisi miała pozostawać w willi Lachlana. Dopiero gdy świat dowie się o nich, Irisi będzie mogła na powrót zachowywać się „tak jak dawniej" – czyli spotykać się ze znajomymi, chodzić na zakupy, i tym podobne.

- Jedno muszę jej przyznać. – odezwała się Kenzi, nim Trick zdążył odpowiedzieć Bo. – Jak na śmiertelniczkę, która ma resztę życia spędzić z takim gburem jak Lachlan, zachowywała się dość… spokojnie. Oczywiście, poza tą całą nienawiścią do gościa. – dodała szybko Kenzi, gdy Trick rzucił jej krytyczne spojrzenie.

- Sądzę, że to tylko fasada. – odparł Trick. Bo uniosła brwi wysoko w górę, gdy to usłyszała. – Jeśli ta dziewczyna jest tak mądra, jak wygadana, to z pewnością zdaje sobie sprawę z zagrożeń, jaki czyhają na nią w pobliżu Lachlana. Jeden fałszywy ruch, jedno złe słowo… aż boję się wracać tam.

- Tym bardziej musimy jej pomóc! – Bo niemalże wykrzyczała te słowa. – Nie zamierzam dopuścić do tego, aby jakaś niewinna śmiertelniczka zginęła z ręki tego… tego patafiana. – Trick uśmiechnął się słabo na te słowa.

- Lachlan nie zabije jej. Jeszcze. – dodał Trick, gdy na twarzach Bo i Kenzi zajaśniały iskierki nadziei. – Lachlan musi najpierw doprowadzić cały ten teatrzyk do końca. Zajmie mu to ładnych parę miesięcy, więc… sądzę, że do tego czasu zdołamy wymyślić, jak uratować tę dziewczynę od jego wpływów. – Trick westchnął ciężko, wyraźnie nad czymś się zastanawiając. – Dziwi mnie tylko jedno…

- Co dokładnie? – spytała się natychmiast Bo.

- Ta dziewczyna… członkowie Starszyzny powiedzieli, że jest adoptowaną córką jednego z nadprzyrodzonych. Coś trudno mi w to uwierzyć.

- Co przez to chcesz nam zasugerować, Trick? – Tym razem pytanie padło ze strony Kenzi. – Chyba nie chcesz przez to powiedzieć, że ona jest… szpiegiem?

- Tego nie powiedziałem. – odparł natychmiast Trick, tylko po to, aby zaraz potem znów się zamyślić. – Ale przyznaję, nie wykluczam takiej opcji. Lachlan nie jest zbyt lubiany i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś pragnął go usunąć. Pytanie tylko… dlaczego człowiek? Znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby podesłanie tam jakiegoś nadprzyrodzonego i wcielenie go do straży Lachlana. Zwykły człowiek nie ma z nim szans. – Po jego słowach na długą chwilę zapadła niezręczna cisza.

- Nie. – powiedziała nagle Bo, wstając. – Nie wierzę w to. Nie znam tej dziewczyny, ale nie sądzę, aby przybyła tutaj, aby zabić nowego Asha.

- Ta możliwość jest jedną z mniej prawdopodobnych. – odpowiedział Trick, rzucając Bo uważne spojrzenie. – Jeśli o mnie chodzi… podejrzewam, że dziewczyna jest po części nimfą. – Hale, który w tym momencie brał łyk piwa, zakrztusił się gwałtownie.

- Że co? – wycharczał Hale, klepiąc się mocno po klatce piersiowej. – Żartujesz sobie, Trick… wyczułbym, gdyby była hybrydą. Dyson tym bardziej. I Lachlan. Taki numer nigdy by nie przeszedł. Nie w pobliżu zwierzęco-podobnych nimf. – Hale w końcu unormował oddech. – Nie… sądzę, że to zwykły człowiek. Tyle że bardzo dobrze uświadomiony na temat nimf i ich podgatunków.

- Albo jest agentką Garudy. – zażartowała Kenzi, biorąc łyk swojego piwa.

Wszyscy nagle zamarli, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami.

- Co? – zawołała Kenzi, odstawiając kufel na bok. – Żartowałam! Przecież to niemożliwe!

- Niestety, możliwe. – odparł Trick, nagle bardzo zaniepokojony. – Rozważałem tą możliwość, ale jeszcze do teraz sądziłem, że to niemożliwe… ale to najbardziej prawdopodobna z możliwości. – Trick przełknął ciężką gulę, jaka stanęła mu w gardle. – Garuda żywi się wyłącznie na nimfach. Nimfy z kolei żerują na ludziach. Musimy wziąć pod uwagę opcję, że Irisi chce zemścić się za to na nimfach, a Garuda wykorzystuje to. Mogą ze sobą współpracować. – Trick, Kenzi, Hale i Bo wymienili się zaniepokojonymi spojrzeniami.

- Jeśli to prawda… – zaczęła Bo, blednąc o kilka tonów. – Lachlan musi o tym wiedzieć. I to natychmiast. Musi przy niej bardzo uważać.

- Nie. – przerwał jej Trick. Bo rzuciła mu zdezorientowane, zdumione spojrzenie. – Bo, jeśli mu o tym teraz powiemy, możemy jeszcze tylko pogorszyć całą sprawę. Możemy się też mylić, i Irisi może okazać się tylko zwykłą śmiertelniczką, która miała niefart dorastania w rodzinie nimf. Musimy zbadać całą tę sprawę dokładniej. Musimy dowiedzieć się o przeszłości tej dziewczyny. Całej przeszłości. – dodał Trick, spoglądając znacząco na swoją wnuczkę.

- Jasne. Rozumiem. – Bo wstała od baru i poprawiła swoją czarną, skórzaną kurtkę. – Spróbuję dowiedzieć się jak najwięcej. Wy w tym czasie powiadomcie o wszelkich możliwościach Dysona. Niech uważa na tę dziewczynę. Może jemu uda się czegoś dowiedzieć, nim nie wrócę.

- Szach… i mat.

Irisi uśmiechnęła się szeroko, zerkając spod kurtyny pomalowanych czarnym tuszem rzęs na Dysona.

Zmiennokształtny zagwizdał cicho, wpatrując się ze szczerym zdumieniem w planszę szachową.

- Nie dość, że ładna, to jeszcze mądra. – Irisi uśmiechnęła się uroczo na ten komentarz. Dyson odwzajemnił jej uśmiech, przekrzywiając głowę lekko w bok. – Dlaczego zgodziłaś się wyjść za Lachlana? Mogłaś przecież uciec przed tym. Mogłaś uciec z domu, schronić się u przyjaciół… cokolwiek.

- To nie takie łatwe. – odpowiedziała Irisi, wzdychając ciężko. Uśmiech zniknął z jej twarzy, i zastąpił go ledwie zauważalny grymas niezadowolenia. – Owszem, mogłam uciec… ale wtedy moja rodzina ruszyłaby za mną. A nie chciałam, aby ktoś postronny stanął w obliczu zagrożenia tylko dlatego, bo boję się związać z jednym, durnym Nāgą. – Irisi zaśmiała się gorzko, kierując wzrok ku górze. – Jeszcze rok temu studiowałam zarządzanie. Miałam skończyć studia i założyć własną firmę. Ojciec nawet oferował się, że da mi pieniądze na rozpoczęcie biznesu. – Irisi w końcu skierowała swoje ciemnobłękitne oczy na Dysona. – A teraz mam wyjść za człowieka, o którym przez całe moje życie mówiono mi, że jest złem wcielonym. Widzisz tu gdzieś logikę? Bo ja nie.

Dyson nie był w stanie w żaden sposób odpowiedzieć Irisi. Mógł tylko wpatrywać się w nią szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się, ile jeszcze złego może spotkać tę dziewczynę.

- Wybacz. – Irisi uśmiechnęła się smutno, mrugając intensywnie powiekami. Robiła wszystko, aby się nie rozpłakać. – Nie chciałam…

- To naturalna reakcja. – przerwał jej Dyson. Irisi rzuciła mu krótkie spojrzenie, marszcząc nieznacznie swoje jasnobrązowe brwi. – Boisz się. Gdybym był na twoim miejscu, pewnie zachowywałbym się tak samo. – Więcej Dyson nie mógł już powiedzieć. W tej samej chwili bowiem wrócił Lachlan.

- Możesz już iść, Dyson. – powiedział Lachlan do zmiennokształtnego. Jego zielono-brązowe oczy spoczęły na osobie Irisi, która momentalnie cała się spięła. – Chciałbym zostać trochę sam na sam z moją przyszłą żoną. Z pewnością będziemy mieli wiele do obgadania.

Dyson rzucił Irisi ostatnie spojrzenie. Dziewczyna siedziała prosto jak kołek, w ogóle się nie uśmiechając. Jej i tak ciemnoniebieskie oczy pociemniały jeszcze bardziej, gdy dziewczyna utkwiła spojrzenie w osobie przywódcy klanu światła.

Nie miał innego wyjścia – musiał stąd wyjść. Lachlan był teraz jego zwierzchnikiem. Musiał się go zatem bezwarunkowo słuchać.

Irisi została zatem sama z Lachlanem. Po wyjściu Dysona jeszcze przez długi czas wpatrywała się w nowego Asha z otwartą nienawiścią, marszcząc przy tym intensywnie swoje jasne brwi.

- Aż tak bardzo mnie nienawidzisz? – spytał się Lachlan, gdy tylko odgłosy kroków Dysona oddaliły się. – Aż tak mocno wierzysz w to, co twój przybrany ojciec naopowiadał ci o mnie?

- Wierzę w to, co uważam za słuszne i prawdziwe. – odpowiedziała Irisi bez chwili wahania. – A zapewniam cię… wiara w to, że rasa Nāga to banda krwiożerczych, żądnych władzy jaszczurów jest jak najbardziej słuszna. – Lachlan uśmiechnął się nieznacznie, schylając nisko głowę.

- Nie wszystko jest takie, jakim się początkowo wydaje. – powiedział po chwili Lachlan, unosząc wzrok nieco ku górze. – Moja rasa wcale nie jest taka zła, jak uważasz. Gdybyś tylko posłuchała opinii kogoś innego… może wtedy spojrzałabyś na mnie z innej perspektywy.

Irisi przekrzywiła lekko głowę, wciąż marszcząc brwi.

- Wiesz, że twoje piękne słowa niczego nie zmienią? – spytała się w końcu dziewczyna. Ręce założyła na piersi, przyglądając się Lachlanowi krytycznym wzrokiem. – Możesz mnie zapewniać ile chcesz, jaki to nie jesteś szlachetny i prawy, ale ja nadal będę uważała swoje. Dopóki na własne oczy nie zobaczę dowodu, że faktycznie jesteś inny, niż wszyscy uważają, dopóty będę uważała cię za egocentrycznego, przepełnionego żądzą władzy buca, który śmiertelników uważa za śmiecie.

Lachlan syknął, podchodząc szybkim krokiem do Irisi. Dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie, gdy dłoń mężczyzny uderzyła w oparcie fotela, na którym siedziała, tuż obok jej głowy.

- Będziesz robiła to, co uznam za słuszne. – wysyczał Lachlan, ani na moment nie spuszczając wzroku z dziewczyny. – Mamy się wkrótce pobrać, a co za tym idzie, będziesz musiała stosować się do wszystkiego, co tylko zaplanuję.

Irisi przez jakiś czas wpatrywała się tylko w Lachlana, wodząc swoimi ciemnoniebieskimi oczami po hardych rysach twarzy lidera nimf.

W końcu jednak otrząsnęła się ze wstępnego szoku. Słaby, ironiczny uśmiech pojawił się na jej pełnych ustach, gdy dziewczyna przekrzywiła nieznacznie głowę, z trudem powstrzymując śmiech.

- Daruj sobie te teksty w stylu Edka Cullena. – powiedziała, odpychając go nagle od siebie, a następnie wstając z rozmachem z miejsca. – Takie gatki nie działają na mnie. Co najwyżej irytują mnie niemiłosiernie.

Lachlan tylko przyglądał się jej z mieszanką dezorientacji i zdenerwowania.

- Kogo? – Irisi dopiero po chwili skojarzyła, o co Lachlan mógł pytać.

- Poczytaj sobie trochę literatury młodzieżowej śmiertelników. – powiedziała, kierując się powoli do wyjścia. – Będziesz wtedy nieco lepiej rozumiał moje wszelkie metafory i odniesienia.

- Nie będę zniżał się do takiego poziomu. – mruknął Lachlan. Irisi nic nie odpowiedziała na jego słowa; jej dłoń zacisnęła się na klamce szerokich, mahoniowych drzwi. Zamarła jednak, gdy z tyłu ciche, gardłowe warczenie. – Nie przypominam sobie, abym pozwolił ci stąd wyjść.

- Bo nie potrzebuję twojego pozwolenia. – Irisi obróciła się bokiem ku niemu, taksując go hardym, nienawistnym spojrzeniem. – Będziesz sobie mógł mną rozporządzać do woli, kiedy oficjalnie zrobią z nas męża i żonę. Do tego czasu jednak nie masz nade mną żadnej władzy. – Irisi rzuciła mu nikły, krzywy uśmiech. – A to była przenośnia z „Labiryntu", gdybyś i z latami osiemdziesiątymi miał problemy.

Gdyby spojrzenia mogły zabijać, rodzina Irisi już dawno wybierałaby kwiaty do jej trumny. Spojrzenie, jakie Lachlan jej teraz rzucał, najdelikatniej mówiąc nie było przyjemne.

Irisi zignorowała go jednak. Wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. Pozwoliła sobie na głębokie westchnienie dopiero wtedy, gdy była pewna, że znajduje się dostatecznie daleko, a Lachlan jej nie śledzi.

Mogłaby przecież uciec… to wcale nie było takie trudne. Rada dopilnowała, aby miała jak najwięcej swobód. Do tego Dyson i pozostali, których poznała zaledwie dwa dni temu, wydawali się stać po jej stronie. Z pewnością by jej pomogli, gdyby ich tylko poprosiła.

Nie mogła jednak tego zrobić. Wciąż bowiem pamiętała ostatnie słowa, jakie usłyszała od swojego przybranego ojca.

Zawiedź nas, a ostatnią rzeczą, jaką zobaczysz, będą moje kły i pazury rozszarpujące twoją śliczną, głupią twarzyczkę.

Irisi prychnęła z niesmakiem. Ładna mi rodzinka, nie ma to, pomyślała. Byli dla niej mili i słodcy do czasu, gdy jasnym stało się, że poprzez sprzedanie jej Lachlanowi w trybie ekspresowym wespną się na wyżyny elit nimf.

Mogła zatem zrobić tylko jedną z dwóch rzeczy: albo sama się zabić, albo godzić się na wszystko, co los jej przyniesie.

Logicznym było, że wybierze opcję drugą. Za bardzo kochała życie, aby poddawać się tak łatwo.

Irisi uśmiechnęła się szeroko, przypominając sobie swoją ostatnią myśl, która przeszła przez jej głowę tuż przed tym, jak nie weszła do rezydencji Lachlana.

Niech spróbuje coś mi zrobić… osobiście dopilnuję, aby jego życie zmieniło się w istne piekło.