Tytuł oryginału: Where Shadows Go (link w moim profilu)

Autor: Snapegirlkmf

Zgoda: jest

Beta: Zil


4. Napady złości i oszuści


Cztery miesiące później:

— Sev, gdzie mamy tę herbatkę na kolkę u dzieci? — zawołał uzdrowiciel Matthew Morgan z ambulatorium, znajdującego się tuż obok biura Severusa.

Uzdrowiciel Snape oderwał wzrok od karty pacjenta, którą czytał ponowne i odpowiedział wspólnikowi:

— Trzecia półka, pod Kasjopeją, tuż obok rumianku i lawendy, w okrągłej zlewce z podziałką.

— Dzięki, być może po jej podaniu dziecko Feltonów przestanie zawodzić i pójdzie spać — odpowiedział Matt i zaczął przegrzebywać półki, dopóki nie znalazł herbatki dokładnie w tym miejscu, które wskazał mu Severus.

Młody uzdrowiciel błogosławił nacisk, jaki jego partner kładł na porządne etykietowanie medykamentów i układanie ich w ambulatorium w porządku alfabetycznym. W przeciwnym razie pewnie nigdy niczego by nie znalazł i wiecznie musiałby polegać na „uroku wezwania", sposobie, w jaki lekarze z poprzedniej praktyki Matthew radzili sobie w chwilach, takich jak ta.

Podniósł zlewkę z herbatą, na którą rzucony był urok konserwujący, pozwalający utrzymać ją stale świeżą, po czym wyszedł z ambulatorium, zabezpieczając je odpowiednim zaklęciem alarmującym. Nikt nie mógł wejść do środka nie znając hasła wyłączającego alarm, a jedynymi, którzy je znali byli Severus i on. To było środki bezpieczeństwa przedsięwzięte z myślą o ich pacjentach, ale i pracownikach, ponieważ wiele mikstur leczących, które się tam znajdowały mogły być niebezpieczne, jeśliby się je podało w niewłaściwej ilości lub gdyby brało się je za często. Tylko obaj uzdrowiciele znali odpowiednie dawki każdego leku, chociaż magowiedźmy wiedziały wszystko o tych bardziej powszechnych preparatach. Pozostałe mogły być wydane tylko przez Matta lub Severusa.

Matthew zatrzymał się w pół-otwartych drzwiach gabinetu swojego partnera, czytając etykietę przyklejoną do naczynia, w tym szczegóły dotyczące dawki leku, jak i siły jego działania.

— Sev, czy ty aby na pewno jesteś prawdziwym lekarzem? Bo masz najwspanialsze pismo, jakie kiedykolwiek widziałem u jakiegokolwiek lekarza. To naprawdę można odczytać.

Severus spojrzał na blondwłosego, młodego człowieka i posłał mu wymuszony uśmieszek:

— A jaki byłby sens etykietowania czegokolwiek, jeśli później nie można byłoby tego odczytać, co, Morgan?

— Tak, ale ty masz nawet ładny podpis, Snape. Normalnie psujesz nam reputację, jako najbardziej nieczytelnych profesjonalistów — dokuczał Matthew.

— Tak? Zrzuć winę na moją matkę, to ona nalegała, abym nauczył się pisać ładnie i wyraźnie — odpowiedział Severus, po czym wrócił do pisania komentarza na wykresie swojego pacjenta.

— Tak samo jak moja, tylko mnie to jakoś nie wyszło — mruknął Matthew, po czym odszedł, aby podać herbatkę swojemu pacjentowi, trzymiesięcznemu Drew Feltonowi, który straszliwie krzyczał w izbie przyjęć.

Zanim otrzepał swoją białą szatę z kurzu, Severus przetarł dłonie wilgotną szmatką, nasączoną roztworem o nazwie „Znikający atrament", która pozwalała usunąć wszelkie plamy, które nieuchronnie zabarwiały ręce czarodzieja podczas pisania. Szybko napił się wody cytrynowej, której szklankę zawsze miał na biurku, gdy pracował nad papierkową robotą i ze świstem różdżki wysłał gotowy wykres do odpowiedniej szafki.

Jeden z głowy, siedemdziesiąt pięć jeszcze do zrobienia,Snape.

Jedyne, czego pragnął, to schować głowę w dłoniach i spać. Ależ nie, oczywiście, że nie mógł tego zrobić. To była cena, jaką musiał płacić za to, że prowadził dobrze prosperującą praktykę lekarską, będąc zaledwie dwudziestojednolatkiem. Ale dzisiaj był czwartek, dzień, kiedy tylko przez pół dnia przyjmował pacjentów, tak więc mógł się przez resztę dnia w pełni poświęcić dokumentacji, którą wciąż odkładał na później, a której z dnia na dzień przybywało w zastraszającym tempie. Był już w połowie pierwszego stosu, który objętościowo był co najmniej podwójny względem tego, który jeszcze leżał na biurku.

Masując rękę i zginając palce, uzdrowiciel usiadł i z pełną determinacją podniósł kolejny wykres. Podczas badania pacjenta, miał zwyczaj pisać swoje spostrzeżenia i diagnozy pewnego rodzaju skrótem, ale karta choroby musiała składać się z odpowiedniej dokumentacji, więc Severus musiał to teraz nadrobić. Dzięki temu, jeśli zaistniałaby potrzeba, aby skierować pacjenta do innego lekarza, to kolejny uzdrowiciel nie musiałby rozszyfrowywać skrótów Severusa, wystarczyłoby żeby spojrzał na kartę i wiedział, co dolega choremu.

Przez następne dwie godziny kontynuował pracę, aż jego żołądek głośno zaczął dawać mu do zrozumienia, że kawa i bagietka to nie jest wystarczająca ilość pożywienia, aby przeżyć do kolacji. W związku z tym Snape postanowił zrobić sobie przerwę na lunch.

Zdjął białą szatę uzdrowiciela z wyróżniającym się symbolem kaduceusza i kotła, jako oznaki jego podwójnego mistrzostwa i zawiesił ją na odwrocie krzesła. Publiczne noszenie białej szaty było równoznaczne z migającą reklamą: Darmowe porady medyczne, a jedyne o czym Sev marzył, to o tym, aby móc spokojnie zjeść lunch u Micka, w małej kawiarni znajdującej się zaraz obok jego gabinetu, a następnie dokończyć swoje wykresy i pójść do domu odpocząć.

Po zrzuceniu służbowego uniformu ruszył do kawiarni w swoim cywilnym ubraniu: czarnych spodniach i szarej polówce oraz wygodnych skórzanych mokasynach. Cieszył się świeżym powietrzem i otoczeniem, czymś czego dawno nie odczuwał będąc pochłoniętym całą papierkową robotą, którą musiał wykonać.

Zanim dotarł do kafejki Micka był już bardzo wygłodniały, a zapachy dochodzące z lokalu doprowadzały go do szaleństwa. Kiedy wszedł, natrafił na długą kolejkę, jak zwykle zresztą, bo knajpka Micka słynęła ze wspaniałych zup i kanapek. Na szczęście właściciel go zauważył. Pomachał mu, wskazując wolny stolik. Wiedział, że Severus rzadko był w stanie znaleźć czas, żeby wyskoczyć coś zjeść, a poza tym wraz z żoną byli jego pacjentami.

— Cześć, Sev. To co zwykle?

Severus skinął głową.

— Tak, doskonale wiesz, co lubię, Mick. Jak tam wasze pociechy?

— Dobrze. Moja najmłodsza, pięcioletnia Melina, rozpoczyna niedługo naukę w szkole, więc będziesz widzieć ją podczas bilansu. A dwaj synowie uczęszczają do Hogwartu, drugi i trzeci rok — odpowiedział dumnie, a następnie odwrócił się, żeby zawołać do kucharza, którym była jego żona. — Mabel, gorące tosty żytnie z musztardą i czarka francuskiej zupy cebulowej.

— Już się robi, kochanie! — odkrzyknęła małżonka. — Czy to dla uzdrowiciela Seva?

— Oczywiście, że tak, skarbie — zaśmiał się Mick. — Zajmij miejsce, Sev, jeśli ci ono odpowiada, a ja zaraz przyniosę ci posiłek.

Severus odwrócił się i wypatrzył wskazywany przez właściciela wolny stolik. Przy okazji spostrzegł, że kawiarenka pełna była czarodziejów i czarownic, którzy zrobili sobie przerwę na lunch, a także matek z małymi dziećmi. Przeszedł pomiędzy stolikami na swoje miejsca, gdy usłyszał okrzyk za plecami:

— Merlinie, uzdrowicielu Snape, to pan? Nie wiedziałem, że pan tu przychodzi.

Severus powstrzymał ochotę, zarówno do jęczenia, jak i udzielenia sarkastycznej odpowiedzi:

Cóż, ja też muszę jeść, bo nie mogę żyć samym powietrzem.

Nigdy nie przestało go zadziwiać, że jego pacjenci uważali go za jakiś inny gatunek tylko dlatego, że był lekarzem. Wszystkim wydawało się, że mieszka w swoim gabinecie, żywi się eliksirami, a jego strój z wyboru był białą szatą uzdrowiciela. Jeden z pacjentów, spotkany na Pokątnej oświadczył, że prawie go nie poznał w zwykłych ubraniach i był niezmiernie zaskoczony, że Severus faktycznie zdecydował się je ubrać. Odwrócił się, aby zobaczyć, który go zawołał i poznał jednego ze swoich młodszych pacjentów: Tommy'ego Asha, którego więcej niż raz łatał po meczu quidditcha.

— Witaj, Tom. Jak ręka? — Podczas ostatniej wizyty w klinice Severus uzdrowił mu, przetrącone tłuczkiem ramię.

— Dzień dobry, uzdrowicielu Snape. Z ramieniem wszystko w porządku. Mój trener mówi, że będę mógł ponownie zagrać jako ścigający już w sobotnim meczu. — Dziesięciolatek tryskał humorem. Położył na stole garść knutów w ramach napiwku. — Zrobiłem też wszystkie ćwiczenia, które mi pan pokazał - strasznie mnie bolało ramię, gdy je wykonywałem, ale teraz mogę chwycić kafla tak dobrze, jak kiedyś, więc myślę, że to było tego warte.

Severus skinął głową.

— Cóż, obawiam się, że fizykoterapia nigdy nie jest przyjemna, ale maść antyparaliżująca, którą ci przepisałem powinna pomóc.

— Mam taką nadzieję, uzdrowicielu. Dziękuje za wszystko! — Odwrócił głowę w kierunku, skąd ktoś go wołał. — Muszę już iść, mama mnie woła. Może zobaczymy się na meczu? Gramy w sobotę, o osiemnastej.

Potem odwrócił się do matki, skinąwszy na odchodne Severusowi, który pożegnał go mówiąc, że postara się być na meczu.

Severus usiadł przy stole, który pierwotnie wybrał. Tom zawsze prosił go, aby przyszedł obejrzeć go podczas meczu quidditcha, a pomimo, iż Severus miał czas, to nie przepadał za tym sportem, ponieważ uważał, że zbyt wielu graczy zostaje rannych podczas gry. Ledwo usiadł, a już jego posiłek pojawił się na stole. Rzucił się na niego jak stado wygłodniałych wilków na swoją ofiarę.

Po skończeniu znakomitego obiadu i zapłaceniu za niego, w tym zostawieniu obfitego napiwku, skierował się z powrotem do swojego biura. Gdy miał wejść do budynku, magiczne lusterko, które zawsze nosił w kieszeni, zaczęło głośno nucić. Wyjął je z kieszeni.

— Uzdrowiciel Snape, słucham.

Lustro zamigotało i ukazało twarz Vi.

— Witaj, Sev. Mam nadzieję, że nie przerywałam ci w środku badania?

— Nie, właśnie wróciłem z lunchu, Vi. Co się stało? Ktoś zachorował? Harry? Albo Lily?

— Nie, wszyscy jesteśmy zdrowi. Tylko... Chciałabym żeby Lily więcej wychodziła z domu. Minęły cztery miesiące od śmierci Jamesa, a jedyne co zrobiła to przeprowadzka do nas. To nie jest dla niej dobre, Sev. Jeszcze trochę i zmieni się w posępną, kapryśną starszą panią, a przecież ona nie ma nawet jeszcze trzydziestki. Stała się bardzo nieznośna, a połowę dnia spędza na czytaniu książek jakiegoś faceta o nazwisku Lockhart… on widocznie ma całą serię książek, które mówią, że możesz skontaktować się z kimś zza grobu i wszystko, co Lily robiła przez ostatnie trzy miesiące to przeczytanie tego wszystkiego i wypróbowywanie zaklęć z nich. Myślę, że to stek bzdur i strata czasu i pieniędzy, ale nie ma sensu z nią rozmawiać, wiesz jaka ona może być uparta, Sev.

— Tak, wiem — odpowiedział Severus, wchodząc do kliniki służbowym wejściem, które zostało ukryte przed wścibskimi przez wysoką jodłę doniczkową i zaklęcie ukrywania. — Vi, czy ten autor przez przypadek nie nazywa się Gilderoy Lockhart? — zapytał uzdrowiciel z lekkim szyderstwem w głosie.

— Tak, to on. Słyszałeś o nim?

— Powiedzieć, że słyszałem o nim, to za mało. Leczyłem go w świętym Mungu na zaburzenia psychiczne. Ten człowiek ma manię wielkości. Myśli, że jest jakimś prorokiem albo samym Merlinem. To patologiczny kłamca i oszust, Vi. Ten człowiek już dwukrotnie trafił do Azkabanu za oszustwa wobec pogrążonych w żałobie wdów i sierot przy użyciu tych samych praktyk, o których teraz pisze w swoich książkach. Nie mogę uwierzyć, że Lily dała się nabrać na te podejrzane procedury.

— Cóż, obawiam się, że niestety tak właśnie się stało, a ani ja, ani Hal nie potrafimy jej przemówić do rozumu — westchnęła Vi. — Są chwile, kiedy pragnę by ponownie była dziesięcioletnią dziewczynką. Mogłabym wtedy zabrać jej te wszystkie głupie książki i spalić je w piecu. Ale, że ta opcja nie wchodzi w rachubę, to pomyślałam, że jeśli ktoś mógłby jej przemówić do rozumu, to byłoby wspaniale. A jedyna osoba, jaka przychodzi mi na myśl, to ty, Sev. Zawsze byłeś tym najrozsądniejszym z jej przyjaciół i jedynym, który mógł ją do czegoś przekonać, gdy stawała się uparta jak osioł.

Severus uśmiechnął się.

— Myślę, że potraktuję to jako komplement, Vi.

— To dobrze, kochanie, bo taki był mój zamiar — zachichotała pani Evans. Następnie dodała: — Nie będę ci już przeszkadzać, wiem, że musisz być zajęty. Może mógłbyś zaglądnąć do nas wieczorem? Oczywiście, jeśli nie będziesz zbyt wyczerpany i zabrać ją gdzieś na kolację? Mała zmiana scenerii i rozmowa z kimś innym od nas, starych ludzi i Harry'ego, powinna jej pomóc, prawda?

— Tak czy siak, planowałem was odwiedzić w ten weekend, Vi. Zobaczę, jak się będę czuć po skończeniu pracy, dobrze? Jeśli będę na siłach, to przyjdę dziś wieczorem, a jeśli nie dam rady, to zjawię się jutro i zobaczę, czy uda mi się przekonać Lily, żeby przestała czytać te śmieci autorstwa Lockharta — prychnął Severus. — On śmie twierdzić, że wszystkie jego źródła są dokładne, ale ponad połowa z nich to podróbka, a jego książki są bardziej fikcją niż rzeczywistością. Cóż, muszę wrócić do mojej papierkowej roboty, zanim moje biurku utonie w niewypełnionych na czas dokumentach, Vi. Do zobaczenia.

Wzdychając Severus schował lusterko do kieszeni i ruszył z powrotem do swojego biura, aby dokończyć zaczętą pracę.

Och,Lily.Jakim cudem dałaś się omotać Lockhartowi? Człowiek żyje z oszukiwania ludzi dla pieniędzy i robi to z rozbrajającym uśmiechem na twarzy i przy użyciu czarujących słówek. To urodzony artysta manipulacji,albo nie jestem mistrzem uzdrowicielem.

Siadł do swojej papierkowej roboty, postanowiwszy zakończyć to wszystko jak najszybciej, tak by nie musiał się z tym bawić jeszcze nazajutrz. I mając nadzieję, że nie będzie tak zmęczony, aby nie mógł pójść zobaczyć się z Lily i powiedzieć jej całej prawdy Lockharcie, a następnie zabrać jej na kolację.

Lily nie była jedyną osobą, która nigdzie nie wyszła przez ostatnie cztery miesiące, pomyślał uzdrowiciel ze znużeniem.

Udało mu się dokończyć formalności i choć czuł się trochę zmęczony, Severus postanowił odwiedzić przyjaciółkę w ten sam dzień. Uznał, że im wcześniej porozmawia z nią o tym oszuście, to tym wcześniej Lily przestanie żyć mrzonkami i takimi głupimi ideami, a pozostawi ducha Jamesa w spokoju. Severus został wychowany przez matkę na katolika i mocno wierzył w życie po śmierci oraz powtórne przyjście Chrystusa, ale stanowczo odmawiał przyjęcia do wiadomości fałszywego twierdzenia Lockharta, że ten jakoby może skontaktować się ze zmarłymi przez wymyślone rytuały z dzwonkami, świecami i pobożnymi życzeniami. To było po prostu śmieszne.

Po powrocie do swojego mieszkania na Spinner End, Severus wziął szybki prysznic, zmienił ubranie, a następnie aportował się do domu Evansów. Gdy podniósł rękę, by zapukać, usłyszał gniewny, podniesiony głos kobiety i piskliwy jęk dziecka.

Powiedziałam nie, Harry, ledwo dotknąłeś obiad, teraz przestań! — zganiła Lily.

— Mamusiu! Chcę lody! — zawodził Harry.

— Nie, młody człowieku. Najpierw obiad, potem deser — zarządziła Lily.

Oświadczenie to zostało przyjęte kolejnym lamentem, a chwilę później wrzaskiem Lily.

— Ow! Harry Jamesie Severusie, NIE gryź mnie!

Sekundę później można było usłyszeć głośny dźwięk klapsa w pupę niegrzecznego malucha, a następnie płacz Harry'ego.

Severus zapukał ostro i Vi podeszła do drzwi, żeby je otworzyć.

— Cześć, Sev. Strasznie się cieszę, że jesteś. Obawiam się, że mój wnuk ma dzisiaj jeden z tych dni, kiedy rządzi nim huśtawka nastrojów. Jest strasznie nieznośny i niezadowolony, tym razem z kolacji. Lily ma z nim dzisiejszego wieczoru urwanie głowy.

— Witaj, Vi — pozdrowił ją Severus, przytulając się do kobiety. — Tak, słyszałem. Może mogę jakoś pomóc?

— Wejdź, Sev. Staram się zbytnio nie ingerować, kiedy Lily go dyscyplinuje, bo to w końcu jej syn, a to jest jej zadanie, ale nienawidzę widzieć, jak Harry płacze.

Severus idąc za dźwiękiem płaczącego dziecka udał się do kuchni, gdzie Lily właśnie umieszczała syna w kącie. Posadziła go na małym taborecie, który ustawiła w rogu obok lodówki i stanowczo nakazała, aby pozostał tam pięć minut. Stała za dzieckiem, gniewnie zasępiona, podczas gdy Harry złorzeczył i wił się próbując zejść ze stołka.

— Harry, nie waż się zejść! Znasz moją zasadę dotyczącą czasu w kącie, mój chłopcze!

— Nie-e-e! Nie chcę! Harry zejść! — Wykonał ruch, jakby chciał zejść z znienawidzonego stołka, ale Lily wyciągnęła rękę i mocno go chwyciła.

— To, co się dzieje ze złymi chłopcami, którzy gryzą ich matki.

— Słyszę, że ktoś ma tu kłopoty — zauważył Severus, gdy wszedł do kuchni.

— Sev! — Lily obróciła się, aby przywitać swojego najlepszego przyjaciela. Harry natychmiast wykorzystał chwilę nieuwagi ze strony matki, zszedł ze stołka i pobiegł w kierunku wyjścia z kuchni.

— Harry, natychmiast tu wracaj! Twoja kara się jeszcze nie skończyła! — krzyknęła Lily i spróbowała zatrzymać Harry'ego, ale mały chłopiec był bardzo szybki i wymknął się jej.

Ledwie udało mu się nie wpaść na Severusa, który przesunął się, by zablokować wyjście z kuchni.

Harry dyszał zaskoczony, a następnie spojrzał na uzdrowiciela, który zamiast zwykłego uśmiechu na widok ujrzał ciemnowłosego brzdąca miał na twarzy wypisaną surową dezaprobatę. Pomimo tej różnicy Harry zawołał:

— Sevvy, rusz się! Harry WYCHODZI!

— Nie sądzę, młodzieńcze — powiedział Severus, schyliwszy się by podnieść chłopca. —Widzę, że ktoś był małym, niedobrym chłopcem, który nie słucha swojej mamy.

Twarz Harry'ego przybrała odcień buraka. Zanim Severus zdążył go podnieść, rzucił się na ziemię, kopiąc i krzycząc:

— HARRY NIE ZŁY! SEVVY ZŁY! POZWÓL HARRY'EMU WYJŚĆ! TERAZ!

Severus po prostu stał tam, patrząc na Lily, która bardzo szybko straciła cierpliwość do syna.

— Harry, w tej chwili przestań, albo, tak mi dopomóż Merlinie, sprawię ci lanie — potrząsnęła głową. — Po prostu nie wiem, co się z nim ostatnio dzieje. Cały dzień zachowuje się jak rozpieszczony bachor, Sev.

Harry nadal krzyczał i kopał, wściekły, że nie mógł uciec.

— Być może potrzebuje drzemki — zasugerował Severus. — A on cię testuję, Lil.

Ukląkł obok wyjącego malucha i powiedział tonem spokojnym, ale surowym:

— Harry Potterze, spójrz na mnie.

Harry podniósł czerwoną, podszytą łzami twarz z podłogi i wpatrywał się w człowieka, który zwykle dawał mu słodycze i czytał mu, a który teraz wyglądał na bardzo rozczarowanego i złego i zaczął piszczeć:

— Sevvy zły?

— Tak, jestem zły, młody człowieku. Co to za napady złości? I dlaczego nie słuchasz mamy?

— Bo tak! — odpowiedział chłopczyk, z wyzywającym chlipnięciem.

— To nie jest wystarczająca odpowiedź. Myślę, że ktoś musi sobie uciąć drzemkę, nie sądzisz Lily? — spojrzał na przyjaciółkę, która skinęła mocno głową.

— Dopiero po wyjściu z kąta, Sev. Harry, w tej chwili wracasz na stołek. Pozostały ci jeszcze dwie minuty.

Słysząc te straszne słowa, Harry na nowo zaczął wrzeszczeć:

— Nie! NIE! NIE DO KĄTA!

Potem ponownie rzucił się na podłogę, kopiąc i bijąc linoleum swoimi małymi, zaciśniętymi w pięści rączkami, w napadzie złości godnej Huna Attyli.

Severus szybko podniósł rozwścieczone dziecko do góry, ignorując jego próby wyswobodzenia się i pomaszerował z nim z powrotem do kąta, gdzie posadził go na stołku. Harry natychmiast podjął próbę ucieczki, ale Severus po prostu położył obie ręce na ramionach chłopca i mocno trzymał go na miejscu.

— Harry Jamesie Severusie Potter, zostań na miejscu! — nakazał uzdrowiciel tonem, którego używał jego ojciec wobec niego - niskim i groźnym.

Harry, który wciąż kopał i kręcił się, zamarł. Nigdy wcześniej nie słyszał takiego tonu u dorosłego, był więc zaskoczony, a także nieco przestraszony. Coś mu mówiło, że lepiej nie testować uzdrowiciela, kiedy używa tego tonu, więc zaczął płakać i piszczeć, ale nie próbował więcej uciec z miejsca kary.

— Niedobly, Sevvy! Idź sobie!

— Będziesz grzecznie siedział na swoim miejscu, panie Potter?

— Tak — odezwał się Harry z cichym skomleniem.

Severus zdjął ręce i cofnął się, żeby być gotowym do złapania Harry'ego, jeśli próbowałby ponownie zejść z krzesełka. Lily stanęła obok niego.

— Harry, dlaczego siedzisz w kącie? — zapytała.

Ciche chlipnięcie dobiegło z kąta. W końcu Harry odpowiedział:

— Bo byłem zły…

— Co zrobiłeś? — domagała się odpowiedzi Lily, czekając aż jej dziecko zrozumie dlaczego zostało ukarane.

— Ugryzłem cię, mamusiu.

— To co zrobiłeś, synku było bardzo złe. Zabolało mnie, a ja jestem bardzo rozczarowana twoim zachowaniem. Dlatego, że byłeś bardzo niegrzeczny dostałeś klapsa i musiałeś spędzić trochę czasu w kącie. Nie wolno nikogo gryźć, Harry. Tylko zwierzęta gryzą, NIE mali chłopcy. Zęby są do jedzenia, nie do gryzienia kogoś, rozumiesz?

— Tak — padła bardzo cicha odpowiedź.

— W porządku, możesz wstać, dwie minuty minęły — powiedziała Lily, a Harry błyskawicznie zeskoczył ze stołka, jakby ten był w ogniu.

Po małej buzi płynęło morze łez. Harry rzucił się na Lily.

— Przepraszam, mamusiu! Harry przeprasza!

Lily podniosła syna i mocno przytuliła.

— Tak… i tak powinno być. Wybaczam ci ugryzienie mnie. Uspokój się, kochanie, no już… spokojnie. — Kołysała go, dopóki nie przestał płakać, a następnie szepnęła: — Kocham cię, Harry.

— Harry tez kocha mamusię — mruknął. Potem podniósł twarz znad ramienia matki i spojrzał na Severusa. — Niedobly Sevvy!

Severus przygryzł wargi, żeby nie śmiać się z dziecka oburzonej opinii.

— Dlaczego? Ponieważ umieściłem cię w kącie?

— Uh huh. Nie lubię tam być, Sevvy — powiedział Harry, wyraźnie nadąsany.

— Ale byłeś zły. A to co się dzieje, gdy jesteś zły, prawda?

Harry przytaknął niechętnie. Tak, to było to, co się działo, kiedy był zły. Był jednak zaskoczony, że uzdrowiciel o tym wiedział. Severus nigdy wcześniej go nie ukarał.

— Cóż… Umieściłem cię tam, bo byłeś niegrzeczny, Harry.

— Nie lubię tam być, Sevvy!

— A ja bardzo nie lubię musieć cię tak ukarać, brzdącu — zauważył Severus.

Chłopiec odwrócił głowę, nie chcąc przyznać, że Severus miał rację, a zamiast tego mrucząc:

— Zły Sevvy! Niedobly! Idź sobie!

— Och, Harry! — westchnęła Lily. — Czasami jesteś małym diabłem. A teraz idziesz spać. Przegapiłeś dzisiaj swoją drzemkę i teraz jesteś zepsuty i przemęczony. Przepraszam na chwilę, Sev. Muszę go położyć.

Zaniosła Harry'ego do ich wspólnej sypialni, ignorując jego słabe protesty.
W przeciągu dziesięciu minut była z powrotem, po ułożeniu syna w jego łóżeczku i zaśpiewaniu mu kołysanki do snu. Przetarła zmęczone oczy i uśmiechnęła się do swojego najstarszego przyjaciela.

— Przykro mi, że musiałeś być świadkiem tego widowiska, Sev. Jedyne, co Harry ostatnio robi, to wybucha złością z byle powodu, niczym rozwydrzony bachor.

— Lily, to normalne. Nie przepraszaj, wszystkie dzieci mają czasami takie napady. Nie jestem w szoku - Harry to zwykły maluch, który był niegrzeczny i wpadł przez to w kłopoty. Cały czas widzę takie sceny w moim gabinecie. Dziennie co najmniej jedno dziecko, które badam wpada w złość czy to ze mną, lub jedną z mediwiedźm czy też z ich rodzicami.

Lily wzdrygnęła się.

— Merlinie, dopomóż mi! Samo wyobrażenie sobie takiej sytuacji i zobaczenie, jak Harry wywija taki numer… chyba bym wtedy umarła ze wstydu.

— Nie, nie. Jesteś silniejsza niż to, Lil — zaoponował Severus. — To jest etap, z którego Harry szybko wyrośnie. Tak szybko, jak sobie z tym, w prawidłowy sposób, poradzisz.

— Jak?

— Dzięki cierpliwości i stanowczości. Dokładnie tak, jak zrobiłaś to dzisiaj. Większość dzieci insynuuje napady złości w celu zwrócenia na siebie uwagi, ale jeśli widzą, że to nie działa, to przestają to robić. Definitywnie.

— Dokładnie to samo powiedziała mama — spojrzała na uzdrowiciela ciekawie. — Skąd o tym wiesz?

Severus wzruszył ramionami.

— Trochę czytałem. Zaprenumerowałem magazyn dla rodziców „Magiczne dzieci współcześnie". Zachowałem jeden egzemplarz dla siebie i pewnego dnia, czekając na wyniki badań z laboratorium w szpitalu, nudziłem się na tyle, że zacząłem je czytać. To czasopismo oferuje wszelkiego rodzaju wskazówki dotyczące radzenia sobie z niewłaściwym zachowaniem u dzieci.

— W takim razie też może powinnam je zaprenumerować, bo potrzebuję wszelkiej pomocy jaką mogę dostać teraz, kiedy James... odszedł — przyznała Lily, ocierając z irytacją łzę z oka. — Chociaż nie bardzo wiem, czy James byłby pomocny w kwestii dyscypliny. Pamiętam, jak podczas zmieniania pieluszki Harry'emu pozwalał mu rozsypać talk po całym stole. A kiedy czyniłam mu z tego powodu wymówki, jedyne co mi powiedział, to: „Harry się świetnie bawił, po prostu nie potrafiłem mu odmówić".

— To naprawdę zabrzmiało jak James. Ale gdyby musiał, to założę się, że potrafiłby zdyscyplinować Harry'ego. Nie podobałoby mu się to, ale myślę, że zrobiłby to, gdyby został do tego zmuszony okolicznościami.

— Być może. Ale to pewnie ja bym była tą złą przez większość czasu — powiedziała Lily, śmiejąc się cicho. — Wygląda na to, że jesteś teraz persona non grata dla mojego łobuziaka, Sev.

— Też tak sądzę — przyznał uzdrowiciel ze smutnym uśmiechem. — Mam nadzieję, że gdy się obudzi, to zdoła mi wybaczyć.

— Na pewno. Harry nie trzyma długo urazy, Sev — zapewniła go Lily. — Jest w tym niezwykle podobny do swojego ojca. Chcesz coś do picia?

— Tak, poproszę herbatę — odparł, siadając przy stole. Zastanawiał się, jak najlepiej poruszyć temat Lockharta i jego fałszywych obietnic, gdy spostrzegł na stole książkę, leżącą tuż obok mały talerza z ledwie tkniętym posiłkiem.

Z błyszczącej, niebieskiej okładki uśmiechał się blondwłosy czarodziej, ubrany w mistyczne szaty i otoczony chmurami.

Gilderoy jest bardzo przystojny, co jest kolejnym powodem, dlaczego kobiety mają skłonność wierzyć w jego pochlebstwa, pomyślał szyderczo Severus.

Tytuł książki brzmiałMistycyzm a moje podróże do Królestwa Cieni". Snape przewrócił oczami.

Panie, zmiłuj się! Najdalej, gdzie on kiedykolwiek podróżował to Azkaban, a nawet tam go nie chcieli! Jeśli on jest prawdziwym medium,to dam się ukrzyżować.

Przekartkował książkę, szydząc z wszelkich sztuczek jakie zalecał Lockhart, jak choćby udania się do ciemnego pokoju, wzięcia świecy, kawałka ubrania zmarłego lub jego zdjęcia i i tak dalej. Wszystkie triki były z rodzaju tych, którymi czarodzieje i czarownice bez skrupułów oszukiwali mugoli w dawnych czasach, a niektórzy robili to nawet teraz. Severus odsunął książkę jak najdalej od siebie, z wyrazem niesmaku na twarzy, a następnie zapytał:

— Kto, na litość Merlina, czyta tę książkę, Lily?

— Ja, Sev. Dlaczego pytasz? — zapytała Lily, podchodząc do stołu z dwoma filiżankami parującej herbaty. Szybkim ruchem różdżki usunęła z blatu resztki kolacji Harry'ego.

— Bo to niestworzone bzdury. Na pewno nie wierzysz w to wszystko co on ci mówi, Lil? Ten facet to patologiczny kłamca i oszust.

— Severusie, jak możesz tak mówić? — sprzeciwiła się Lily. — Jest akredytowanym medium, a on ma dokumenty, żeby to udowodnić.

— Naprawdę? Jakie? — Severus podniósł książkę i odwrócił ją. — Wszystkie te źródła są fałszywe, Lily. Nie istnieją. Nigdy nie było Uniwersytetu dla Medium w Yorkshire. A jego jedyny kontakt, pani Esmerelda, nie żyje od dziesięciu lat.

— Nie możesz być poważny!

— Jestem. Lily, rok temu leczyłem Lockharta na urojenia i depresje w świętym Mungu, zanim został aresztowany pod zarzutem oszustwa oraz podszywania się pod zmarłych dla pieniędzy. Spędził sześć miesięcy w Azkabanie, Lil. Nie możesz wierzyć w nic, cokolwiek by ci nie powiedział.

— Severusie, Gilderoy mówi, że te wszystkie oszczerstwa pod jego adresem zostały wymyślone przez ludzi, którzy go nienawidzili albo byli zazdrośni o jego sukcesy. Sev, próbowałam kilku zaklęć z książki… — zaczęła Lily.

— Czy zadziałały? Nie!

— No cóż, na początku nie. Ale profesor Lockhart powiedział, że to może być przypadek, więc po prostu należy dalej próbować. Mogłabym przysiąc, że poczułam rękę Jamesa na ramieniu.

— Lily, tak bardzo pragniesz powrotu Jamesa, że chwytasz się każdej…

— Nie jestem idiotką, Severusie Snape! — przerwała mu wściekła. — Tylko dlatego, że twój ślizgoński analityczny umysł nie wierzy w możliwość skontaktowania się z Drugą Stroną…

— Wierzę w życie pozagrobowe, Lily! — warknął Severus, zły, że mu nie wierzyła. — Nie ufam temu cholernemu Gilderoyowi Lockhartowi! To mistrz oszustwa, do cholery, który wykorzystuje twoją rozpaczliwą potrzebę skontaktowania się ze zmarłym współmałżonkiem. Takich ludzi jest bez liku, Lil. On jest jednym z nich, dlaczego nie chcesz tego zrozumieć?

— Dlaczego nie zajmiesz się własnymi sprawami, Severusie? Nie ma nic złego w tym, że odprawiam rytuały i rozmawiam z duchem Jamesa.

— A czy rozmawiałaś już z nim, Lily? — zażądał ostro Severus. — Od kiedy zaczęłaś „odprawiać rytuały"… — uśmiechnął się szyderczo. — Czy James przyszedł do ciebie choć raz?

— Nie, ale..., żeby móc skontaktować się z duchem trzeba nabyć praktyki...

— Praktyki, ha! Lily, wiesz jak rzucać zaklęcia, nie jesteś jakąś zieloną w tej materii pierwszoroczną, na brodę Merlina! Albo odprawiany ceremoniał jest prawdziwy i zadziała, albo jest oszustwem i nigdy nie przyniesie żadnych rozwiązań. A ja wiem, że rytuał Lockharta jest błędny, ponieważ jest on drugorzędnym iluzjonista, którego jedynym talentem jest wykorzystywanie ludzi pogrążonych w żałobie jak ty. To pierwszorzędna kanalia, Lil, bawi się tobą i wszystkimi, którzy kupili ten poradnik dla głupców.

— Mylisz się! Nawiążę kontakt z Jamesem. Mówisz tak dlatego, że nie chcesz, żebym z nim porozmawiała.

— Lily, nie bądź śmieszna. Jeśli istniałby sposób, dzięki któremu mogłabyś porozmawiać z Jamesem, sposób racjonalnie uzasadniony, to pomógłbym ci to zrobić. Ale taki nie istnieje. James odszedł, Lily. Poszedł do nieba, żyje z aniołami i prawdopodobnie doprowadza ich tam do szaleństwa — powiedział Severus żartobliwym tonem. — Musisz pozwolić mu odejść, Lil.

— Nie — potrząsnęła gorączkowo głową. — Nie mogę! Nie mogę tego zrobić!

— Dlaczego nie, na miłość Merlina?

— Ponieważ… co mi innego pozostało? — wyszeptała drżącym głosem.

Wyciągnął rękę i chwycił jej dłonie nad stołem.

— Masz Harry'ego, Lily. To twój dziedzictwo - twoje i Jamesa. Masz także swoich rodziców. I mnie. Zawsze masz mnie, Lily. — Severus usilnie wpatrywał się w jej szmaragdowe, wypełnione łzami oczy, jak najmocniej próbując przekazać jej wszelkie swoje szczere intencje i miłość.

Drugą ręką przykryła usta, wciąż szlochając.

— Merlinie, nie zasługuję na ciebie, Sev.

Nigdy tak nie mów, Lily Ann Potter! — upomniał ją ostro. — Ty zasługujesz na mnie, do cholery! Faktem jest, że zasługujesz na piekielnie dużo lepszego faceta ode mnie —westchnął. — Teraz błagam cię… uwierz mi i pozbądź się tej cholernej książki, dobrze? Nigdy cię nie okłamałem, prawda?

Lily uchwyciła w głosie Severusa, jak bardzo zraniła go swoim sceptycyzmem, a że nigdy wcześniej nie słyszała u przyjaciela tego tonu, poczuła się jeszcze bardziej nieszczęśliwa i zaczęła szlochać.

— Ufam ci, Sev. Naprawdę, ale chciałam po prostu... pożegnać się... Nigdy tak naprawdę się z nim nie pożegnałam...

— Do jasnej cholery! — zaklął Severus, wysyłając Lockharta na samo dna piekła. — Wiem, kwiatuszku, wiem. Chodź tu. Nie płacz, proszę.

Delikatnie pociągnął ją w ramiona i posadził sobie na kolanach.

— Wiesz, że nie mogę znieść, gdy płaczesz — szepnął jej do ucha, palcami przeczesując jej bujne, ognistorude włosy. — Widzisz, aniołowie są wszędzie, a oni zanoszą modlitwy śmiertelników do Boga i do zmarłych, którzy są w niebie, Lil. Jestem pewien, że James usłyszał, że chcesz go pożegnać, nawet jeśli on nie może przyjść i ci tego powiedzieć. Nie musisz słuchać fałszywego medium, ani odprawiać zmyślonych rytuałów, aby wysłać mu wiadomość, kwiatuszku. Wystarczy, że wyszeptasz je w głębi serca, a James je usłyszy.

— A-ale s-skąd b-będę to wiedzieć?

— Będziesz wiedzieć. Tak jak wiedziałem, że moja matka mnie słyszy, gdy podziękowałem jej w dniu ukończenia szkoły medycznej, za to, że przekonała mnie, żebym został uzdrowicielem zamiast aurorem. I to była najlepsza decyzja jaką kiedykolwiek podjąłem. Jak cholera chciałem, żeby tam była i mogła mnie wtedy zobaczyć. Ale nie mogła ze mną być, więc zamiast tego podziękowałem jej za wszystko i powiedziałem, jak bardzo bym chciał, żeby ze mną była. A potem poczułem... coś w rodzaju spokoju i wówczas zrozumiałem, że jakoś mnie usłyszała. — Severus wciąż gładził ją po włosach. To było coś, co zawsze chciał zrobić. Uwielbiał bawić się kobiecymi włosami, to było dla niego bardzo zmysłowe i podniecające. Odetchnął głęboko i niechętnie wyciągnął palce z ognistych pukli, przesuwając dłoń na plecy Lily. Zaczął ją delikatnie masować w sposób, w jaki zwykle uspokajał Harry'ego po zastrzyku.

Delikatne ruchy ręką na plecach wydały się Lily niezmiernie kojące. Wkrótce przestała płakać i usiadła. Severus podał jej chusteczkę, zanim postanowiła wytrzeć nos w rękaw.

— Merlinie, ale jestem idiotką! Nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje, Sev. Wygląda jakbym kompletnie nie myślała.

— Ciągle się smucisz, Lil. A Lockhart - ten mistrz manipulacji, postanowił to wykorzystać, tak jak to robił już wiele razy wcześniej. Przykro mi, że na ciebie krzyknąłem, ale nie mogłem pozwolić żebyś wierzyła w te kłamstwa. One przynoszą więcej szkody niż pożytku.

— Pewnie myślisz, że jestem kompletną idiotką, prawda? Ja… Prefekt Naczelna… Profesor Flitwick wyparłby się mnie jako Krukonki, gdyby wiedział, jak głupia byłam.

— Nie zrobiłby tego. Odnalazłby Lockharta i wyzwał go na pojedynek, a następnie wysłał go do Kornwalii, wcześniej skopawszy mu tyłek — uspokoił ją Severus, uśmiechając się lekko.

— Masz rację — odpowiedziała po chwili Lily. — Mógłby to zrobić. Nigdy nie cierpiał oszustwa lub głupoty. Jesteś pewien, że Lockhart to oszust, Sev?

— Tak. Jeśli chcesz mogę ci złożyć przysięgę Uzdrowiciela, ale w tej kwestii się nie mylę. Wszystko co mówi Lockhart jest równie fałszywe, jak srebrny knut — podkreślił Severus.

— Cóż, kiedy ujmujesz to w ten sposób… — Pochyliła się i złożyła szybki pocałunek na jego ustach.

Severus zamrugał.

— Za co to było?

— Za to, że zawsze przy mnie jesteś. I za uratowanie mnie od siebie samej. Naprawdę nie wiem co bym bez ciebie zrobiła, Sev.

— Miejmy nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała się tego dowiedzieć — odpowiedział szczerze, delikatnie muskając jej wargi. — Jesteś głodna, Lil?

Przytaknęła. — Wygłodniała. A co?

— Ponieważ wiem o nowo otwartej restauracji na Pokątnej - Lazy Joe's. Co ty na to, żebyśmy tam skoczyli? Tylko ty i ja? Twoja matka powiedziała mi, że nigdzie nie wychodzisz, odkąd się do nich przeniosłaś.

— Przesadza, Sev. Wychodzę z domu. Na zakupy i bawić się z Harrym na podwórku.

— Ale nigdzie sama, dla rozrywki, prawda?

— Cóż… nie. Nie czułam się na siłach na takie wyjście.

— A teraz?

Lily się zastanowiła, nim odpowiedziała:

— Tak, teraz jestem gotowa pokazać się publicznie, Sev, ale tylko z tobą. Bo gdy jesteś ze mną żadne reporterskie sępy, ani stare plotkary nie ośmielą się do mnie zbliżyć.

— Och? A więc jestem twoim psem obronnym, o pani? — spytał, udając, że się obraził. — Może powinnaś zadzwonić do Syriusza.

— Nie. Syriusz nie umie rzucać spojrzenia a'la Snape, Severusie — dokuczała mu Lily. — Jest zbyt przyjacielski. Ludzie chcą go jedynie pogłaskać.

Severus roześmiał się, ponieważ Lily miała stuprocentową rację. Syriusz w swojej animagicznej postaci był wielkim, czarnym psiskiem, które zachowywało się niczym przerośnięty szczeniaczek.

— Też racja. Tak więc, jesteśmy umówieni, pani Potter?

— Jesteśmy, panie Snape. Pozwól mi tylko umyć twarz i ubrać coś przyzwoitego a potem możemy iść. Acha, poczekaj. Powiem mamie, że wychodzimy tak, żeby mogła przypilnować Harry'ego. Mam nadzieję, że w tej restauracji serwują przyzwoite jedzenie.

— Serwują. Matthew mi ją polecił – jadł tam i był zachwycony — odpowiedział Severus, uśmiechając się.

— Och, to dobrze. Matthew wie czym jest przyzwoite jedzenia, w końcu pochodzi z Nowego Jorku — powiedziała Lily, po czym zsunęła się uzdrowicielowi z kolan i pobiegła do sypialni, aby w coś się przebrać, a jednocześnie zmyć ślady łez i cierpienia z twarzy. Po raz pierwszy od bardzo dawna zamierzała posłuchać rady matki i przestać ukrywać się przed światem, wyjść gdzieś i dobrze się bawić.

James na pewno byłby ze mnie dumny, bo nie sądzę, żeby chciał, abym przestała żyć tylko dlatego, że jego już nie ma, powiedziała sobie stanowczo.

Lily pochyliła głowę i zaczęła gorączkowo mówić do zmarłego męża:

Żegnaj,James. Nigdy nie miałam okazji tego zrobić, ale mówię to teraz. I mam nadzieję, że któryś anioł tego słucha i przekaże ci. Kochałam cię, dzikusie. Byłeś niczym błyskawica zamknięta w ciasnej butelce i wiedziałam, że nie mogę cię trzymać w niej na zawsze, ale… świetnie się razem bawiliśmy, prawda? A terazteraz nadszedł czas, aby się pożegnać. Będę za tobą tęsknić, kochanie. Mam nadzieję, że nie gorszysz tam za bardzo aniołów, Potter.

Wzięła głęboki oddech i poszła do łazienki umyć twarz. Severus miał rację - czuła się o wiele lepiej, bardziej pogodzona ze sobą i gotowa do ponownego otworzenia się na świat. I była niezmiernie wdzięczna, że towarzyszyć jej będzie Severus Snape. Człowiek, który był jej opiekunem, odkąd byli mali. James był tym, z którym wspaniale się bawiła, ale nigdy nie przywodził jej na myśl poczucia bezpieczeństwa, jakie dawał jej Sev. Było to o tyle dziwne, że to przecież James był aurorem, a Severus uzdrowicielem. Ale nie dla niej - Lily nie zamierzała kwestionować tej sprawy, wiedziała, że Severus jest dla niej kotwicą, która utrzyma ją przy życiu, choćby nie wiadomo jakie prądy nią targały.

Uśmiechnąwszy się lekko, wróciła do swojego pokoju, aby się przebrać, nucąc przy tym melodię „Dziewczyny tylko chcą się dobrze bawić", którą słyszała w radiu któregoś dnia, gdy jechała do supermarketu.