ROZDZIAŁ 4
Czy chcę zaryzykować?
Severus
Zebrałem w sobie całą odwagę i miałem już po prostu podejść i zaprosić ją na bal wprost, gdy usłyszałem jej szept tuż przy uchu:
– Oczekujesz, że ja zaryzykuję, gdy sam boisz się zaryzykować? – Zakląłem w myślach, że pozwoliłem sobie tak bardzo się zamyślić. Odwróciłem się i spojrzałem w jej zielone, piękne oczy. – Nic nie szkodzi. – Uśmiechnęła się lekko, gdy nic nie odpowiedziałem. – I tak nie spodziewałam się, że ktokolwiek mnie zaprosi. – Wciąż nie potrafiłem nic odpowiedzieć, tylko tępo wpatrywałem się w jej posmutniałą twarz. – Dziękuję, ten teleskop wiele dla mnie znaczy. – Spoważniała, a ja nadal nie byłem w stanie otworzyć ust. Świat zawirował, a w brzuchu poczułem tysiące skrzydlatych stworzeń, gdy delikatnie musnęła moje spierzchnięte wargi swoimi. – Przepraszam. – Nerwowo chwyciła się za usta i chciała uciec, ale zatrzymałem ją, łapiąc za nadgarstek. Nie puszczając jej dłoni, drugą ręką objąłem delikatnie twarz i zbliżyłem do niej swoje usta. Musnąłem delikatnie wargi, po czym przywarłem do nich nieco pewniej, przyciskając ją do siebie. Na całym ciele poczułem niesamowite dreszcze. Po raz pierwszy całowałem dziewczynę w taki sposób. Lily dała mi kilka razy całusa, ale to się już nie liczyło. Tylko ona była ważna i na Merlina, chciałem zaryzykować, czułem, że dla niej byłem skłonny na wszystko, na każde ryzyko. Była tego warta. Nawet gdyby za chwilę miała mnie spoliczkować i nigdy już więcej nie pozwolić zbliżyć się do siebie, warto było zaryzykować dla tych ust, dla słodyczy tego pocałunku.
Poczułem, jak delikatnie zaciska palce na mojej dłoni i odważyłem się leciutko musnąć językiem dolną wargę. Nie miałem pojęcia, jak całować, nigdy nie czytałem książek, których bohaterowie się całują i kompletnie poddałem się instynktowi. Śmielej przejechałem językiem po jej wargach i spróbowałem je leciutko rozchylić. Poddała mi się i po chwili wolną ręką objęła mnie nieco niezgrabnie za szyję. Wplotłem palce w jej loki i z zadowoleniem stwierdziłem, jak bardzo przyjemne były w dotyku. Powoli muskałem jej język swoim, a ona zaskoczyła mnie, odwzajemniając tę pieszczotę. Miałem ochotę skakać z radości i nosić ją na rękach. Za nic nie chciałem teraz tego przerywać i w myślach szukałem sposobu, by zatrzymać ją przy sobie jak najdłużej, ale po chwili sama oderwała się nieśmiało ode mnie i spojrzała mi prosto w oczy. Przygryzła lekko dolną wargę i nie oglądając się na nic, uciekła.
Przeklinałem w duchu wszystkich czworo założycieli, gdy stałem pod drzwiami jej dormitorium, nie mogąc wejść. Zaskoczyła mnie ucieczką i kiedy oprzytomniałem, nie było już szans bym mógł ją dogonić. Zebrałem ze stolika jej notatki, spakowałem torbę i z zamiarem oddania własności ruszyłem do wieży Ravenclaw. Jak na złość żaden z Krukonów akurat nie zamierzał wychodzić przed ciszą nocną i dopiero po dobrych kilkunastu minutach udało mi się złapać jakąś zbłąkaną drugoroczną i prosić, by zawołała Solem.
Solem
– Amelio, myślałam, że jesteś moją przyjaciółką – zawodziłam, gdy młodsza koleżanka powiadomiła mnie o wizycie wysokiego bruneta z moją torbą.
– Bo jestem i dlatego sama pójdziesz odebrać swoją własność. Ja mam jeszcze esej z transmutacji do skończenia – odparła z zadowoleniem.
– To ci zajmie tylko chwilę – błagałam. – Weźmiesz od niego moją torbę i wrócisz. Pomogę ci nawet z tym esejem.
– Nie potrzebuję pomocy, a ty sama sobie idź po torbę – śmiała się. – Sol, pocałował cię. Wielkie mi rzeczy.
– Ale nie masz pojęcia, jak pocałował – odparłam ze złością.
– Pewnie, że nie, ale myślę, że nie chcesz bym poszła i poprosiła, by mi pokazał – Amelia zaśmiewała się w najlepsze.
Nie wiem, dlaczego uciekłam z biblioteki. W dodatku zostawiłam tam swoje notatki, eseje potrzebne na jutrzejsze zajęcia i teczkę z rysunkami. Gdy dotknął moich warg swoimi, poczułam jakby świat stanął na głowie. Całe moje ciało przeszywały przyjemne dreszcze i miałam nadzieję, że ta chwila będzie trwała bez końca. Nigdy wcześniej nie całowałam się z chłopakiem w taki sposób. Raz czy dwa cmoknęłam kiedyś Remusa w policzek i on odwzajemnił gest kilka razy, ale to wszystko. Nigdy moich ust nie pieścił język żadnego chłopaka, a gdy wplótł palce we włosy czułam, jakbym sięgnęła nieba. Nie spodziewałam się po Severusie takiej delikatności i nieco zaskoczył mnie tym pocałunkiem.
Na samym początku nie wierzyła, że to on do mnie pisał, ale po analizie tego na co zwracała uwagę Amelia, z każdą kolejną wiadomością nabierałam nadziei. Czułam jego obecność w pobliżu. Nie był tak bardzo dyskretny, jak mu się zdawało i nie spodziewał się, że zlokalizuję go po kierunku wiatru jaki wytworzył motyl, którego mi posłał. Początkowo nie chciałam go w ogóle demaskować, ale gdy dość długo nie odpowiadał, ciekawość wzięła górę i postanowiłam odkryć powody zwłoki. Liczyłam przekonać się, czy jego zaproszenie na bal było poważne, czy jedynie naśmiewał się ze mnie i kiedy stał bez słów, patrząc na mnie z krzywą miną, cała nadzieja umarła, a serce pękło. Nie miałam pretensji. Nie byłam pięknością jak Evans, nie należałam do popularnych dziewczyn i jedyne na czym się znałam to nauka. Chciałam podziękować za teleskop, oddać pieniądze i odejść, ale kiedy chwycił w posiadanie moje usta tysiące maleńkich motyli zatrzepotały w podbrzuszu i ujrzałam światełko w tunelu. Pragnęłam utonąć w jego ramionach i oddać się słodkiemu uczuciu pożądania.
– Jeśli stracę dziś cnotę, to ty będziesz za to odpowiedzialna – warknęłam do koleżanki.
Westchnęłam głośno i z obrażoną miną ubrałam sweterek. Potrzebowałam swojej torby, a on przecież nie będzie tam stał w nieskończoność.
– Cześć – szepnęłam cicho, widząc go opartego o ścianę. – Podobno masz coś mojego.
– Cześć – odpowiedział równie cicho. – Zostawiłaś to w bibliotece. Pomyślałem, że ci się przyda. – Wyciągnął do mnie rękę z torbą. – Ciężka. Nosisz tam wszystkie swoje książki?
– Nie, wszystkie się nie zmieściły, ale lubię mieć kilka przy sobie – odparłam z lekkim uśmiechem. – Dziękuję – wymamrotałam i chciałam odebrać swoją własność, ale cofnął rękę, chowając torbę za plecy. Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Tym razem bez całusa? – spytał z wysoko uniesioną brwią. Przygryzłam dolną wargę i zaczerwieniłam się po czubek głowy. – Przepraszam – zreflektował się po chwili. – Nie chciałem cię zawstydzić, to było … miłe i zaskakujące. – Spuściłam głowę, gapiąc się na swoje buty i kompletnie nie wiedziałam ani co teraz zrobić, ani co powiedzieć. Jedyne czego teraz pragnęłam to zabrać swoją torbę i uciec do pokoju albo gdzieś, gdzie będę mogła być sama. – Skusisz się na krótki spacer? – zapytał, unosząc mój podbródek.
– Za chwilę cisza nocna – odparłam cichutko.
– Znam miejsce, w którym nikt nas nie przyłapie. – Uśmiechnął się zachęcająco i nie pozostało mi nic innego, jak przytaknąć na zgodę. Chciałam być sama albo z nim, chociaż to z nim kusiło dużo bardziej.
Zbliżaliśmy się już do schodów, gdy poczułam, jak chwyta mnie za rękę. Nie muskał moich palców, udając przypadek, nie ocierał swoją dłonią o moją, tylko pewnie i stanowczo złapał i pociągnął w górę schodów. Zerknęłam na niego i nieśmiało się uśmiechnęłam.
– Dokąd idziemy? – odważyłam się po chwili zagadnąć.
– Potrafisz dochować tajemnicy? – spytał, zatrzymując się nagle i spojrzał na mnie z uwagą.
– Jeśli mi jakąś powierzysz, możesz być pewien, że będzie bezpieczna.
– W takim razie po prostu zaufaj mi i chodź – zaśmiał się i jeszcze mocniej splótł nasze palce.
Nie odeszliśmy daleko od wieży Ravenclaw, ale musieliśmy wspiąć się na siódme piętro i zaczynałam wątpić, czy aby na pewno nikt nas nie nakryje podczas ciszy nocnej. Nie to jednak zaprzątało teraz moje myśli. Ciekawość dokąd zaprowadzi mnie Severus i to czego chciał była o wiele silniejsza niż strach przed ewentualnym szlabanem. Zaskoczył mnie, gdy nagle się zatrzymał, nakazał poczekać i przechadzał się wzdłuż korytarza w tę i z powrotem. W pierwszej chwili pomyślałam, że zwariował, ale gdy w ścianie ukazały się drzwi, oniemiałam.
Chwycił mnie za rękę i wciągnął do pokoju. Pomieszczenie nie było zbyt wielkie, ale przytulne wnętrze robiło duże wrażenie. Na ścianie naprzeciwko drzwi znajdował się spory kominek, przed którym ułożony był stos poduszek. Trzy ściany pomalowane były na granatowo, a ta z paleniskiem wyłożona cegłami. Pod sufitem unosiły się malutkie świece, co w połączeniu z ledwie drgającym ogniem w kominku dawało bardzo intymny nastrój.
– Gdzie jesteśmy? – spytałam, rozglądając się z zaciekawieniem.
– Zastanów się czy czegoś ci teraz potrzeba – nakazał, zamiast odpowiedzieć.
Pomyślałam, że całość świetnie dopełniałby kalendarz księżycowy i po chwili dostrzegłam w rogu pokoju dokładnie taki, jaki miała u siebie w domu.
– Pokój życzeń? – Nie dowierzałam. – Myślałam, że on jest tylko legendą. Jak go znalazłeś?
– To kolejna z moich tajemnic i może kiedyś ci ją zdradzę, ale nie dziś. – Uśmiechnął się i ponownie złapał mnie za rękę, ciągnąc na stos poduszek.
Severus
Początkowo, gdy czekałem na nią pod wejściem do pokoju wspólnego Krukonów, nie planowałem jej nigdzie zabierać. Chciałem oddać torbę, zapytać czy pójdzie ze mną na bal i grzecznie się pożegnać. Jednak, gdy ją zobaczyłem na progu, tak słodko zarumienioną, zapragnąłem spędzić z nią nieco więcej czasu tego wieczoru. Miałem nadzieję dowiedzieć się dlaczego uciekła. Nie miałem pojęcia, czy zrobiłem coś nie tak, czy pocałunek nie sprawił jej przyjemności, a może fakt, że to ja ją całowałem był powodem niechęci. Do ciszy nocnej zostało już jedynie pół godziny i jedynym bezpiecznym i odpowiednim do takich rozmów miejscem wydawał mi się pokój życzeń. Nigdy nikogo tam nie zabrałem ani nikomu o nim nie mówiłem. Nawet Lily nie wiedziała, że było w zamku miejsce, do którego czasem uciekałem, gdzie zdarzało mi się ćwiczyć warzenie eliksirów albo jedynie posiedzieć w samotności. Solem była pierwszą, z którą zapragnąłem podzielić się swoim sekretem i czułem się dziwnie spokojny, powierzając go jej. Widziałem zaskoczenie i zachwyt malujące się na jej twarzy, i od razu wiedziałem, że to był dobry pomysł, by przyprowadzić ją tutaj.
– Dlaczego uciekłaś? – spytałem, chwytając jej małą dłoń. – Zrobiłem coś nie tak? – Spuściła głowę i bawiła się rąbkiem swojego swetra jedną ręką, ale drugą wciąż pozwala mi lekko ściskać. – Przepraszam – wyszeptałem, gdy nie zareagowała.
– Nie, to nie twoja wina – odezwała się po chwili, podrywając do góry głowę i spojrzała mi w oczy.
– To co się stało? Jesteś zła na mnie za ten pocałunek? Za coś innego? – dopytywałem.
– Nie jestem na ciebie zła – odparła cichutko. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, widząc jak się czerwieni. Wyglądała niezwykle uroczo z lekkim rumieńcem. – Przepraszam – wydukała w końcu. – Nie miałam pojęcia co zrobić, nigdy wcześniej … – urwała, pochylając ponownie głowę. Domyślałem się co chciała powiedzieć i musiałem przyznać, że byłem mocno zaskoczony. Nie spodziewałem się, że to był jej pierwszy pocałunek. Nie, żebym wcześniej zauważył ją z jakimś chłopakiem innym niż Lupin, ale była ładna i nie raz widziałem wodzące za nią spojrzenia wielu adoratorów. Zawahałem się przez chwilę i delikatnie uniosłem jej podbródek, zmuszając, by na mnie spojrzała.
– Nie podobało ci się? – spytałem niepewnie, czym wywołałem jeszcze większy rumieniec.
– Sprawiałam wrażenie, jakby mi się nie podobało? – odpowiedziała pytaniem.
– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami.
– To było zaskakujące, ale przyjemne. – Uśmiechnęła się lekko. Siedzieliśmy w ciszy, spoglądając sobie głęboko w oczy i pieszcząc dłonie.
– Pisałem prawdę. Jesteś piękna. – Otworzyła usta ze zdumienia. – Pójdziesz ze mną na bal?
– Jesteś skłonny zaryzykować? – zaśmiała się.
– Tak – odpowiedziałem jej poważnie. Nie miałem pojęcia, czy obydwoje myśleliśmy o tym samy, ale byłem skłonny zaryzykować. Teraz, gdy na nią patrzyłem, gdy trzymałem ją za rękę zastanawiałem się, czy kiedykolwiek wcześniej byłem zakochany. Uczucie, jakim darzyłem Evans przeminęło z pierwszym spojrzeniem Solem i z każdą spędzoną z nią minutą nabierałem pewności, że Lily była jedynie zauroczeniem. Niezdrowym, wysysającym energię, ale tylko zauroczeniem. Solem nie była lekiem ani przynętą, była pierwszą dziewczyną, która skradła moje serce, pierwszą, której to serce chciałem ofiarować. I tak, byłem skłonny zaryzykować. Dla niej, swoje serce i swoją duszę.
Przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Tonąłem w jej spojrzeniu i wydawało mi się, że za chwilę stracę oddech. Miałem wrażenie, że w pokoju słychać bicie mojego serca i przyspieszone tętno. Nie wytrzymałem. Po raz kolejny tego wieczoru zbliżyłem do niej usta i pocałowałem ją. Delikatnie, ostrożnie. Nie chciałem jej spłoszyć tym razem. Pragnąłem, by czuła taką samą przyjemność z tej bliskości, jaką ja odczuwałem. Ulżyło mi, gdy oddała pocałunek i kiedy tylko leciutko przejechałem językiem po jej pełnych wargach, uchyliła je i pozwoliła, bym z każdą sekundą pogłębiałem pieszczotę, badając wnętrze jej ust. Niesamowitą przyjemność sprawiło mi, gdy z nieśmiałością otarła swoim językiem o mój i po chwili już bez skrępowania poznawały się nawzajem. Wplotłem palce w jej włosy i leciutko ułożyłem na poduszkach, nie odrywając się od warg. Smakowała wybornie; jaśminową herbatą i cynamonem. Objęła mnie za szyję i delikatnie przyciągnęła do siebie. Zatracałem się w tym pocałunku coraz bardziej i z każdym muśnięciem jej języka pragnąłem coraz więcej, a ona na coraz więcej mi pozwalała. Jęknęła cichutko, gdy w końcu przerwaliśmy pocałunek. Przywarłem do niej swym czołem i nie śmiałem mrugnąć, gdy spoglądała w moje oczy.
– Od początku wiedziałaś?
– Nie, właściwie to dopiero dziś się domyśliłam – odparła. – Severus, dziękuję za naprawę teleskopu. – Uśmiechnęła się i wyswobadzając z uścisku, usiadła. – Wiem ile kosztują nowe części …
– Sol. – Nie miałem pojęcia, jak ją powstrzymać. Nie chciałem, by oddawał mi pieniądze, ale z drugiej strony, wiedziałem, że nie czuła się komfortowo z myślą, jak bardzo wykosztowałem się dla niej. – Możemy teraz o tym nie mówić? – spytałem poważnie, na co lekko przytaknęła. – Wciąż nie odpowiedziałaś. Pójdziesz ze mną na bal?
– Z przyjemnością – zaśmiała się i pozwoliła, bym ponownie położył ją na poduszkach. – O czym myślałeś, gdy wzywałeś pokój?
– O miejscu, w którym będziesz czuła się dobrze i gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać – odparłem. – Trochę się obawiałem różowych ścian i puszystych poduszek, ale to miejsce bardzo mi się podoba.
– Mnie też. Dziękuję, że pokazałeś mi ten pokój. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Severus, czy to co pisałeś w bibliotece, czy …
– Tak, Solem. Wszystko co napisałem było prawdą – wyznałem. – Uwielbiam twój uśmiech i uważam, że jesteś śliczna. – Z lekkim zawahaniem, ale odważyłem się pogładzić jej policzek. Zakląłem w myślach, widząc na swych palcach plamy po skarabeuszach, które tłukłem dziś do eliksiru. Ostrożnie ujęła moją dłoń i splotła nasze palce.
– Masz ładne dłonie – szepnęła, gładząc wierzch mojej ręki. W pierwszym momencie myślałem, że kpi i chciałem się wyrwać z jej uścisku, ale dotykała mnie z taką delikatnością, że uwierzyłem w jej słowa i pragnąłem więcej.
– Zapomniałbym – mruknąłem i z ociąganiem odsunąłem się od niej. Sięgnąłem do swojej torby i wyciągnąłem z niej rysunek, który znalazłem wcześniej pod jej stolikiem. – Znalazłem go wczoraj w bibliotece. – Zaczerwieniła się, dostrzegając, który z jej rysunków wpadł w moje ręce i zawstydzona schowała go z resztą swoich prac. – Mógłbym zobaczyć inne? – Z cichym westchnieniem sięgnęła do torby i wyciągnęła gruby szkicownik.
Czułem jej spojrzenie na swojej twarzy, gdy przeglądałem rysunki i ciężko mi było ukryć podziw. Jej prace były niewiarygodne. Widziałem rumieńce na jej policzkach, oglądając szkice, na których narysowała mnie i chyba sam lekko się spłoniłem.
– Mówiłam, że warzysz z pasją – szepnęła, jakby na usprawiedliwienie, gdy podziwiałem kolejny rysunek, który przedstawiał mnie podczas wspólnego szlabanu. Odłożyłem na bok szkice i ponownie tego wieczoru nie mogłem powstrzymać się przed pocałowaniem jej.
– Byłem przekonany, że twoją pasją jest astronomia. – Spojrzałem na nią, nie mogąc ukryć zachwytu. Cmoknąłem jej usta i przyciągnąłem ją do siebie, mocno przytulając.
– Bo jest – odpowiedziała, opierając głowę na moim ramieniu. – Cierpię chyba na syndrom zbyt wielu zainteresowań – zaśmiała się.
– Co lubisz? – Pogładziłem lekko jej ramię i uśmiechem zachęciłem do odpowiedzi.
– Astronomia jest chyba na pierwszym miejscu – zaczęła – ale tylko kawałeczek za nią jest rysunek i malarstwo. Chciałabym kiedyś nauczyć się magii sztuk plastycznych, ale kursy są bardzo drogie i nie wiem, czy kiedyś mi się to uda. No i niewielu czarodziejów jest na nie przyjmowanych, a ja szczerze wątpię bym była wystarczająco dobra – zaśmiała się, a ja patrzyłem na nią z powagą, wsłuchując się w jej słowa. – Ostatnio mój wolny czas pochłaniają zaklęcia. – Zawahała się przez chwilę. – Mogę ci zaufać? – Spojrzała z powagą. Kiwnąłem pewnie głową. Wyciągnęła z torby swoje notatki i pokazała mi co dotychczas udało jej się odkryć. Z dużym zaciekawieniem przeglądałem sporządzone przez nią mapy nieba i częściowo naniesione na nie wzory zaklęć. – Spójrz – wskazała jeden z pergaminów – siła zaklęć nie wzrasta proporcjonalnie do naładowania mocy czarodzieja, który rzuca zaklęcie, ale rzuca się w oczy zależność układu planet i gwiazd względem Ziemi lub Słońca. Zaklęcia czysto ofensywne zyskują na sile, gdy osoba urodzona w noc czwartej kwarty rzuci je … – opowiadała z niezwykłą pasją o swoich doświadczeniach, a ja nie byłem pewien, czy skupić się tym co mówiła, czy na tym w jaki sposób. Patrzyłem na nią z nieukrywanym podziwem i z przyjemnością spijałem słowa z jej ust.
– Ciekaw jestem czy warzenie eliksirów zależne jest od układu nieba – powiedziałem z zamyśleniem, gdy przerwała.
– Myślę, że może być podobnie jak w przypadku zaklęć. – Spojrzała z uśmiechem. – Ciebie to wcale nie interesuje. – Dostrzegłem spory rumieniec na jej policzkach.
– Sol, wręcz przeciwnie – zapewniłem ją. – Kompletnie nie znam się na astronomii. Z numerologią radzę sobie całkiem dobrze, ale na zajęciach u Sinistry byłem tylko przez jeden semestr. Chociaż to niezwykle ciekawe co mówisz, połowy pojęć, o których wspominasz ja po prostu nie znam – wyznałem szczerze. – Sol, a magia bezróżdżkowa? Jest jakaś szczególna zależność? I co z zaklęciami rzucanymi niewerbalnie?
– Severus, spokojnie – zaśmiała się. – Naprawdę nie mam zbyt wiele czasu na badania. Skupiłam się na zaklęciach ofensywnych rzucanych przy pomocy różdżki. Żeby dokładnie określić zależność, muszę je odpowiednio uszeregować, zbadać wpływ użytej różdżki i dopiero wyciągnąć konkretne wnioski. W przyszłym tygodniu mam seminarium z profesorem Flitwickiem, chciałabym mu pokazać swój projekt. Nie jest jeszcze gotowy, ale nie chcę też tracić czasu, gdyby okazało się to bzdurą.
– To niesamowite co robisz. – Spojrzałem na nią z zachwytem. – Sol, Solem … masz piękne imię – westchnąłem.
– Mój tata tuż po moich narodzinach stwierdził, że jestem słońcem jego życia i tak już zostało – opowiedziała pokrótce historię swego imienia.
Czas stanął dla nas w miejscu. Rozmawialiśmy o wszystkim; o swoich zainteresowaniach, pasjach i zajęciach, na które uczęszczaliśmy i planach na przyszłość. Nie mogłem uwierzyć z jak szczerym zaciekawieniem wypytywała o szczegóły moich prac z eliksirów i kompletnie nie przeszkadzało jej mówienie o konserwacji różnych niezbyt przyjemnych ingrediencji. Przez cały czas trzymała mnie leciutko za rękę i ani razu nie wzdrygnęła się, gdy dotykałem jej poplamionymi palcami. Była zupełnie inna niż Lily. W magiczny sposób potrafiła sprawić, że otworzyłem się przed nią. Nie czułem już strachu przed odrzuceniem, nie bałem się, że mnie wyśmieje. Była szczera, otwarta i tak bardzo piękna, że z coraz większym trudem powstrzymywałem się, by jej przez cały czas nie całować. Była niewinna, tego byłem pewien. Nawet przez chwilę nie wątpiłem, że nigdy nie była w intymnej sytuacji z żadnym chłopakiem i kusiło mnie przez chwilę, by o to zapytać, ale wówczas i sam musiałbym się przyznać, że nigdy z żadną dziewczyną nie byłem.
Uśmiechnąłem się, widząc jak próbuje stłumić ziewnięcie i z ociąganiem zerknąłem na zegarek. Przeraziłem się, dostrzegając małą wskazówkę zbliżającą się do godziny trzeciej. Bardzo nie chciałem się z nią jeszcze rozstawać, w ogóle nie chciałem jej już wypuszczać z ramion i kombinowałem co zrobić, by częściej chciała spędzać ze mną czas. Pogładziłem ją leciutko po policzku, a ona chwyciła moją dłoń w swoją i spojrzała mi prosto w oczy.
Solem
– Chyba powinniśmy wracać do dormitorium. – Westchnęłam. Czułam zmęczenie i coraz mocniej mój organizm domagał się snu. Obawiałam się, że jeśli teraz opadnę na te miękkie poduszki i jeśli on chwyci mnie w raniona, to bez trudu zasnę. Nie chciałam się z nim rozstawać. Zadziwiało mnie z jaką pasją potrafił mówić o swoich zainteresowaniach. Nawet przez moment nie czułam czegoś odrażającego w ślinie muchy, którą wykorzystywał do jednego z eliksirów, nad którymi od dłuższego czasu pracował ani w nowatorskich sposobach konserwacji organów wewnętrznych niemagicznych stworzeń wykorzystywanych przy warzeniu. Gdy mówił, gdy mnie obejmował, całował, świat za drzwiami nie istniał. Chciałam by ta chwila trwała wieczność.
– Moglibyśmy się tutaj czasem spotkać i nie tylko tutaj? – spytał, pochylając głowę. Ulżyło mi, słysząc te słowa. Obawiałam się nieco, że nie miał z kim pójść na bal i dlatego mnie tutaj zaprosił, ale teraz byłam pewna, że on podobnie jak ja, chciał czegoś więcej.
– Bardzo miło spędziłam dzisiejszy wieczór i z przyjemnością go powtórzę – odpowiedziałam grzecznie i po chwili poczułam jak rumieniec wpływa na moje policzki. Jeszcze trochę i zostanie mi tak zawsze.
– Jesteś moją dziewczyną? – Poderwałam głowę, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Nie spodziewałam się, że chciałby bym była. Pocałował mnie, owszem i wyglądało na to, że spędzanie z mną czasu sprawia mu przyjemność, ale nie sądziłam, że chciał czegoś więcej niż przyjaźni. Moje serce przyspieszyło, tłukąc boleśnie o żebra.
– Chciałbyś bym była? – zapytałam nieśmiało z obawą jaką odpowiedź mogę uzyskać.
– Bardzo – odparł z pewnością w głosie. Ciężko mi było powstrzymać uśmiech i chyba dostrzegł, jak kąciki moich ust leciutko wędrują do góry.
– Co to oznacza? – Spojrzałam na niego niepewnie.
– Że będę mógł cię jeszcze raz pocałować, a później następny i następny – zaśmiał się, widząc jak pąsowieję po raz kolejny i leciutko pogładził mnie po policzku. – Że pozwolisz mi chwytać się za rękę na korytarzu i będę mógł patrzeć, jak oglądasz niebo i rysujesz. I bezkarnie będę mógł wpatrywać się w twoją twarz z nadzieją, że się uśmiechniesz. Jest jeszcze coś – zawahał się – pozwolisz mi siadać przy swoim stoliku w bibliotece i czasem przeszkadzać ci w nauce. – Roześmiałam się, słysząc te słowa.
– Jesteś moim chłopakiem? – spytałam w odpowiedzi.
– A chciałabyś? – Ścisnął mocno moje dłonie.
– Tak – szepnęłam nieśmiało.
– A co to oznacza? – spytał z przekorą.
– Że pocałujesz mnie raz jeszcze i później następny, i następny – nie mogłam powstrzymać uśmiechu – że będziesz chwytał mnie za rękę, nawet wtedy, gdy nie będziemy sami i wyczarujesz mi jeszcze papierowe motyle, obiecałeś dziś w bibliotece. – Spojrzał na mnie łagodnie i leciutko ścisnął moją dłoń. – I mógłbyś mnie też czasem przytulić i objąć, gdybyś chciał – dodałam pospiesznie. – Chciałabym, byś opowiadał mi o tym co robisz, co lubisz, o swoich projektach i chciałabym też popatrzeć jak warzysz, nie tyko na szlabanie. Mógłbyś mnie tego nauczyć?
– Chciałabyś? – spytał z niedowierzaniem.
– Bardzo, Slughorn nie jest najlepszym nauczycielem i chyba nie za bardzo mnie lubi – westchnęłam.
– Bo nie bardzo miałaś chęć udzielać się w jego dziwnym klubie – wyjaśnił.
– Nie widzę dla siebie miejsca w dziwnych, pozornie elitarnych klubach. Wolę towarzystwo przyjaciół i gwiazd, a nie snobów udających mądrzejszych niż są – mruknęłam. Chodzenie na proszone kolacje do profesora eliksirów z grupą wybranych uczniów, nie bardzo były w moim guście. Nie byłam przekonana o czystości zamiarów Slughorna i za każdym razem, gdy mnie zapraszał odnosiłam wrażenie, że krył się za tym jakiś podstęp, że czegoś ode mnie chciał. Wśród jego wybrańców nie było nikogo, kogo choćbym w najmniejszym stopniu lubiła. Zaśmiał się głośno na moje słowa i po chwili przytaknął ze zrozumieniem. – Nie wiem dlaczego jemu tak bardzo zależy na moim towarzystwie – dodałam po chwili. – Nie mam bogatych rodziców ani sławnych przodków.
– Myślę, że dostrzega twój potencjał – odparł z pewnością w głosie. – Jednak w pełni podzielam twoje zdanie. Mnie też niespecjalnie pociągają te kolacje, a Slughorn w istocie nie jest najlepszym nauczycielem i jeśli naprawdę byś chciała mógłbym ci pokazać kilka sztuczek z eliksirów.
– Mógłbyś, naprawdę? – Nie dowierzałam. – Mogłabym patrzeć, jak warzysz? Pozwolisz mi siebie rysować? A może mogłabym ci czasem pomóc? Nawet w najmniejszym stopniu ci nie dorównuję w eliksirach, ale nie jestem taka najgorsza, a to co mówiłeś o eliksirach konserwujących i sposobie na ucieranie żądła żądlibąka … przepraszam. – Zaczerwieniłam się, widząc jego rozbawioną minę i przeklinałam w myślach od najgorszych za brak wyczucia, kiedy skończyć gadać. Niespodziewanie chwycił moją twarz w dłonie i czule pocałował.
– Nie wiem dlaczego chcesz mnie rysować, ale jeżeli sprawi ci to przyjemność, możesz to robić, kiedy chcesz – wyszeptał mi do ucha. – Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł ci pokazać swoją pracę i byłbym bardziej niż szczęśliwy, gdybyś chciała warzyć ze mną. Mogę ci też pokazać co zrobić z żądlibąkami i trującymi roślinami, by nie raniły cię tak jak poprzednio tentakule. – Uśmiechnął się i ponownie czule musnął moje usta. – Muszę cię jednak ostrzec, że sporo składników zostawia dość nieprzyjemne plamy na skórze. – Westchnął i zawstydzony spojrzał na swoje palce.
– Nieprzyjemne? Czy są bolesne? Merlinie nie sądziłam, że to może cię boleć. Przepraszam. Mogłeś powiedzieć, że to cię boli nie dotykałabym ich. – Znowu nie potrafiłam zatrzymać się w porę.
Severus
Bawiła mnie jej paplanina. Kiedy tylko poczuła się odrobinę pewniej, słowa ciurkiem wypływały z jej ust i ciężko było ją zatrzymać. Rozczuliła mnie jej troska i sam zapragnąłem zatroszczyć się o nią.
– Nie boli i – zawahałem się – było mi miło, gdy ich dotykałaś. Bardzo. – Spojrzałem na nią z krzywym uśmiechem. – Tylko moje dłonie wyglądają dość …
– Jak dłonie kogoś oddającego się swoim zamiłowaniom? – przerwała mi. – Musisz kiedyś zobaczyć moje, jak maluję – zaśmiała się i sięgnęła po swoją teczkę z rysunkami. Wyciągnęła kilka przedstawiających mnie przy pracy i ze zdumieniem stwierdziłem, że ona naprawdę nie widziała nic odrażającego w moich palcach. Nie miałem pojęcia co mną kierowało, ale ponownie nie potrafiłem się powstrzymać i lekko chwytając jej twarz, musnąłem jej usta swoimi. Po chwili przywarłem do nich nieco mocniej i delikatnie pogłębiłem pocałunek. Z każdym kolejnym byłem coraz śmielszy i wydawało mi się, że i jej sprawiało to przyjemność. Poczułem przyjemne dreszcze, gdy objęła mnie za szyję i mocno ją do siebie przyciskając, zacząłem całować z pasją i namiętnością. Mój oddech wyraźnie przyspieszył i obawiałem się, że bicie mojego serca będzie słyszalne w całym zamku. Westchnęła cichutko, gdy rozłączyliśmy swe wargi, ale nie wypuściłem jej jeszcze z ramion. Odważyłem się przytrzymać ją trochę dłużej i mocno do siebie przytulić. Z ulgą odnotowałem, że lekko oddała się tej rozkoszy, opierając swą głowę na mojej klatce piersiowej.
– Bardzo bym chciał być twoim chłopakiem – wyszeptałem jej wprost do ucha, na co ona jeszcze mocniej do mnie przywarła.
.: :.
Z niepokojem obserwowałem jej twarz podczas śniadania. Uśmiechała się do mnie tuż przed otwarciem listu, który przyniosła sowa i zacząłem się poważnie martwić, gdy z każdym czytanym przez nią zdaniem jej twarz poważniała. Przyjaciółka mocno ją objęła i najwyraźniej próbowała pocieszyć, strojąc przed nią jakieś głupie miny.
Ostatnie tygodnie, oprócz zajęć, spędziłem praktycznie w jej towarzystwie. Pokazałem jej starą pracownię eliksirów, w której opiekun domu, pozwalał mi warzyć eliksiry i z zadowoleniem oglądałem podziw na jej twarzy, gdy przedstawiałem swoje projekty. Ona natomiast z rozmarzeniem opowiadała o gwiazdach i namawiała, żebym spróbował obserwacji przez jej teleskop. Ani przez chwilę, nie żałowałem, że go naprawiłem i z dużym ociąganiem przyjąłem pieniądze za części. Obiecałem sobie jednak, że w całości przeznaczę je na prezent gwiazdkowy dla niej. Wciąż mówiła o jakimś ładnym steganografie i wymyśliłem, że to właśnie dla niej kupię. Zachwycała się nim tak bardzo, że przez dość długi czas myślałem, że to jakaś jedna z tych magicznych rzeczy, które używają dziewczyny w swoich szafach do zmian koloru lub kroju sukienek, ale na szczęście w porę zorientowałem się, że to przyrząd do zapisywania zaklęć według jakiegoś narzuconego klucza.
Sporo czasu spędzaliśmy w pokoju życzeń. Dużo rozmawialiśmy, ale pozwalała też mi się całować i obejmować, i musiałem przyznać, że ta forma spędzania czasu najbardziej przypadła mi do gustu. Bez sentymentu porzucałem eliksiry, by móc być z nią sam na sam w miejscu, gdzie nikt nas nie znajdzie i z radością witałem jej usta na swoich. Nie odważyłem się na nic więcej. Moje fantazje wykraczały daleko poza pocałunki, ale nie chciałem niczego przyspieszać. Czułem, że było jeszcze za wcześnie i nie byłem pewien, czy ona była już gotowa na kolejny etap, dlatego cierpliwie czekałem na jakiś znak.
Solem zapanowała nade mną całkowicie. Zapomniałem o Evans i teraz już nawet nie pamiętałem o co się z nią pokłóciłem. Moja dziewczyna była inna pod każdym względem. Szanowała mnie i nie miała nic przeciwko temu, jak spędzałem wolny czas. Nie wzdrygała się, gdy pokazywałem jej jakieś robaki, które później pomagała mi przygotować do eliksirów i nie narzekała, gdy czasem się zapominałem i mówiłem cały wieczór o swoich projektach. Raz tylko poprosiła mnie o notatki z eliksirów, ale była wówczas przeziębiona i spędziła cały dzień w skrzydle szpitalnym. Sama zresztą odwdzięczyła się tym samym, kiedy i ja się rozchorowałem. Nie dość, że wszystko dla mnie dokładnie skopiowała, to jeszcze wytłumaczyła zawiłości pewnych zaklęć maskujących, które były w ostatnim czasie omawiane. Ani przez chwilę nie czułem się przez nią wykorzystany i sam także nie chciałem wykorzystywać jej.
Nie miałem pojęcia, co mogło się stać, dlatego ruszyłem za nią, gdy tylko podniosła się ze swojego miejsca. Byliśmy umówieni po lekcjach, ale nie chciałem czekać.
– Sol. – Zatrzymałem ją tuż przed wejściem.
– Severus. – Uśmiechnęła się na mój widok i pozwoliła, bym pocałował ją w policzek.
– Co się stało? – Rzuciłem zaniepokojone spojrzenie jej koleżance i na moje szczęście Amelia pożegnała się i zostawiła nas samych.
– To nic takiego. – Próbowała mnie uspokoić, ale nie dałem się zwieść. Jej twarz pomimo uśmiechu, wciąż pozostawała smutna.
– I kogo próbujesz oszukać? Co się stało, słonko? – Objąłem ją i leciutko przytuliłem.
– Jakiś czas temu wysłałam swoje rysunki na konkurs do jednego z wydawnictw czarodziejskich – zaczęła. – Nagrodą było zlecenie na wykonanie ilustracji do dużej serii książek dla dzieci. Za każdą, w zależności od ilości wykorzystanych, płacili całkiem sporo pieniędzy. Miałam cichą nadzieję, że mi się uda i będę mogła przez cały kolejny semestr odłożyć przynajmniej na jeden z kursów po szkole. Liczyłam, że może jeśli byliby zadowoleni, przedłużyliby moją umowę na kolejny rok. Ta praca nie wymaga chodzenia do wydawnictwa i myślę, że z powodzeniem mogłabym robić te ilustracje i studiować na dwóch kursach, ale dziś przysłali mi odpowiedź, że owszem moje prace podobają im się, ale nie mogą wziąć udziału w konkursie, gdyż nie ukończyłam jeszcze szkoły i zatrudnienie mnie do tak dużego zlecenia nie jest zgodne z kodeksem pracy, a oni ruszają z wydaniem tych książek już od stycznia. – Posmutniała jeszcze bardziej. Pogładziłem ją delikatnie po włosach i mocniej przytuliłem. – Szef działu grafików, napisał w tym liście, że chce się ze mną spotkać. Wyznaczył spotkanie na dziś po kolacji w biurze profesora Flitwicka, także nie wiem, o której będę się mogła z tobą spotkać. Nie gniewasz się?
– Oczywiście, że nie. – Odsunąłem ją delikatnie od siebie i spojrzałem jej w oczy. – Poczekam na ciebie w pokoju – zapewniłem. – Sol, słoneczko, jestem pewien, że docenią twoje prace, a jeśli nie będą mieli żadnej konkretnej propozycji, to z pewnością twój projekt z zaklęć przebije wszystkie inne w walce o stypendium.
– Bardziej martwi mnie pozytywna opinia profesor McGonagall – westchnęła. – Uwzięła się chyba na mnie. Wciąż stawia mi PO za każdą pracę i ja już nie wiem co zrobić, żeby zadowolić ją do tego stopnia, by dostać W.
– Dostałaś PO z ostatniego eseju? Sol, on był więcej niż perfekcyjny – oburzyłem się. Poprosiła mnie, bym go sprawdził dla niej przed oddaniem i z zazdrością stwierdziłem, że był dużo lepszy niż mój, a bez trudu dostałem najwyższą ocenę.
– Jej to powiedz – burknęła.
– Mam dziwne przeczucie, że któryś z jej ulubieńców walczy o to samo stypendium co ty – mruknąłem.
– Przecież komisja nie ograniczyła liczby stypendiów i ma je dostać każdy, kogo zaakceptują, więc teoretycznie nie zagrażam żadnemu z jej lwiątek. – Spojrzała sceptycznie.
– Ale tylko najlepszy dostanie podwójne stypendium – wyjaśniłem.
– Tylko, że ona robi wszystko, żebym nie dostała go w ogóle – jęknęła. – Sev, bez tego stypendium nie będę mogła podjąć obydwu kursów i nie mam pojęcia na co się zdecydować.
– Masz jeszcze trzecią i czwartą opcję. – Uśmiechnąłem się przekornie.
– Rozumiem, że pod trzecią masz na myśli studia malarskie, przyznaję, także je czasem rozpatruję, ale to dla mnie raczej hobby. Chciałabym robić coś pożytecznego, nie tylko twórczego. – Skrzywiła się. – A jaka jest niby czwarta opcja?
– Mogłabyś wybrać kurs warzycielski i studiować razem ze mną. – Uniosłem brew w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Mój drogi, chcesz mnie w niecny sposób wykorzystać jako swoją pomoc w obieraniu pancerzyków żuków błotnych, wmawiając talent do eliksirów? – Spojrzała na mnie z groźną miną. – Wiem, że nikt nie robi tego lepiej ode mnie, ale obiecuję pomagać ci z nimi bez względu na to, na jakich kursach będę – zaśmiała się. – Zaczynam od transmutacji, więc lepiej dla mnie, żebym się nie spóźniła. – Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę schodów prowadzących do klas.
Widziałem czujne spojrzenie Evans, gdy zbliżaliśmy się do korytarza, w którym musieliśmy się rozstać i wciąż czując jej wzrok, pocałowałem Solem z czułością w usta. Uśmiechnęła się do mnie promiennie i już bez oznak smutku ruszyła do klasy McGonagall. Lily przez cały dzień bacznie mi się przyglądała. Nie miałem pojęcia czego mogła chcieć, ale czułem, że mój pierwotny plan zaczynał działać. Do tej pory nie afiszowaliśmy się z Solem ze swoim związkiem i dziś był chyba pierwszy raz, gdy pozwoliłem sobie ją publicznie pocałować. Najwyraźniej fakt, że i ja mogłem sobie znaleźć kogoś innego, podziałał na Evans w taki sposób, jaki sobie dokładnie zaplanowałem. Domyślałem się też, że nie podobała jej się moja szczęśliwa mina i uroda wybranki mojego serca. Wolałaby zapewne, żebym wciąż się za nią uganiał, pisząc za nią eseje i kopiując notatki. Zauważyłem, że nie za bardzo w ostatnim czasie układało się jej z Potterem. Ten najwyraźniej wolał spędzać czas z kolegami i latając na miotle niż z nią. Widziałem go też kilka razy w towarzystwie innych dziewczyn i zastanawiałem się, czy to prawda, że nie miała z kim iść na bal.
Solem
– Panno Stanley. – Profesor Flitwick powitał mnie z uśmiechem, gdy weszłam do jego gabinetu. Mężczyzna z wydawnictwa już tam czekał i wstał ze swojego miejsca, żeby się przywitać.
– Henry Mendez – przedstawił się. Z lekkim uśmiechem odwzajemniłam grzeczność i usiadłam na wskazanym przez profesora miejscu.
– Panno Stanley – zaczął opiekun domu – zna pani moje zdanie na temat jej dalszej edukacji. Dość dokładnie zaznajomiłem się z twoim projektem łączonym z zaklęć i astronomii z elementami numerologii i wciąż uważam, że to zaklęcia są kursem jaki powinnaś wybrać po ukończeniu szkoły. Mam nadzieję, że bez większego trudu uzyska pani podwójne stypendium i z powodzeniem pociągnie pani obydwa kursy jakie zamierza wybrać. Wiem też o twoim zamiłowaniu do malarstwa i rysunku, a pan Mendez uświadomił mi dziś, jak dużo mogłabyś osiągnąć w tej dziedzinie, dlatego zgodziłem się, za wcześniejszym porozumieniem z twoimi rodzicami, by przedstawił ci pewną propozycję. – Słuchałam uważnie, co i rusz spoglądając na pana Henry'ego.
– Panno Stanley – wtrącił mężczyzna z wydawnictwa – z ubolewaniem musieliśmy odrzucić pani prace przysłane na konkurs. Powody wyjaśniłem w liście i ufam, że są dla pani zrozumiałe. – Lekko przytaknęłam niepewna dalszego ciągu. – Wydawnictwo jednak, nie chciałoby stracić tak znakomitej okazji do pozyskania utalentowanego rysownika, a tym bardziej wielką stratą dla nas byłoby, gdyby konkurencja sprzątnęła nam panią sprzed nosa. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Po konsultacji z radą wydawnictwa mam dla pani propozycję. Jeśli już dziś zgodzi się pani podpisać z nami umowę na dziesięć lat od ukończenia przez panią studiów, sfinansujemy pani kursy magicznych sztuk plastycznych, a także jeden z wybranych przez panią kursów dodatkowych. Z wcześniejszej rozmowy z pani opiekunem domyślam się, że będą to studia z zaklęć albo astronomia. Pragnę zaznaczyć, że umowa nie będzie na wyłączność. Będzie pani zobowiązana do wykonania określonej ilości ilustracji, nie będzie pani mogła pracować dla żadnego innego wydawnictwa, nie będzie też pani mogła sprzedawać swoich prac plastycznych komuś innemu bez zgody wydawnictwa, jednak będzie pani mogła podjąć inną pracę. Ilość rysunków, jakie będzie pani musiała wykonać w ramach tego stypendium nie będzie szczególnie duża, proszę się nie martwić, z powodzeniem znajdzie pani czas na pracę i życie prywatne.
– Ile ilustracji musiałabym wykonać? – spytałam trochę bezmyślnie, oszołomiona propozycją.
– Zakładam, że zobowiążemy panią do jednej książki na trzy miesiące w czasie trwania pani edukacji, co stanowi jakieś dziesięć do dwunastu rysunków, natomiast po studiach chcielibyśmy skrócić czas do półtora - dwóch miesięcy w zależności od grubości książki – wyjaśnił rzeczowym tonem. – Istnieje też możliwość zatrudnienia pani na pełnym etacie i nie ukrywam, na to po cichu liczymy. – Spojrzał na mnie wyczekująco.
– Muszę już dziś zdecydować? – Przygryzłam lekko dolną wargę. – To znaczy proszę mnie źle nie zrozumieć, to bardzo dobra propozycja i mam wielką ochotę podpisać umowę już od razu, jednak rozsądek nakazuje mi chwilę się zastanowić, przeczytać dokładnie umowę, a także powinnam skonsultować to z rodzicami i profesorem Flitwickiem – wyjaśniłam swoje wahanie.
– Oczywiście, to zrozumiałe – zaśmiał się. – Także podpisanie umowy będzie wymagało obecności pani rodziców. Jej kopię pozwoliłem sobie przesłać do nich już dziś, a tutaj zostawiam ją także dla pani. Proszę mi powiedzieć, jak dużo czasu pani potrzebuje?
– Nie wiem, kiedy mogłabym porozmawiać z rodzicami, nie wydaje mi się, żeby to była sprawa, którą mogę załatwić korespondencyjnie, a przynajmniej nie chciałabym tego w taki sposób załatwiać.
– Solem – wtrącił się do rozmowy profesor zaklęć – umówiłem się z pani rodzicami na jutro na godzinę siódmą po południu. – Przytaknęłam z szerokim uśmiechem.
– W takim razie, panie Mendez, jutro o godzinie ósmej będę gotowa, by dać panu odpowiedź – zwróciłam się z powagą do starszego mężczyzny. – Naprawdę uważa pan moje prace za dobre? – odważyłam się zadać pytanie, które błąkało się w mojej głowie przez całe spotkanie.
– Tak, panno Stanley. – Spojrzał uważnie. – Proszę mi wierzyć, że mam dość spore doświadczenie w tej dziedzinie i niewielu z rysowników nadaje się, by posiąść magiczną wiedzę plastyczną. Nie każdy czarodziej może ożywić obraz, nawet jeśli posiada niezwykłą moc. To sztuka, której nauczyć się może niewielu i ja jestem pewien, że pani będzie w stanie ją opanować do perfekcji.
– A jeśli nie dostanę się na kurs magicznej sztuki plastycznej? – spytałam zdenerwowana.
– Nie mogę pani zapewnić, że panią przyjmą, bo nie zależy to ode mnie. Jednak, gdybym się pomylił i okaże się, że komisja uniwersytecka nie dostrzeże w pani talentu, całą odpowiedzialność biorę na siebie – zapewnił z ciepłym uśmiechem. – Wydawnictwo nie odbierze pani stypendium i będzie pani mogła wybrać takie dwa kursy, jakie pani zechce. Jednak nadal nie będziemy chcieli zrezygnować z pani prac. Nie wszystkie nasze książki wydajemy z magicznymi ilustracjami, tak naprawdę jest ich niewiele. – Nieco uspokojona uśmiechnęłam się do obydwu mężczyzn i rozluźniłam, zapadając wygodniej w krześle.
Jeszcze przez chwilę porozmawiałam z panem Mendezem na temat ewentualnej pracy, tematyce książek jakie miałabym ilustrować, po czym mężczyzna pożegnał się i z prośbą o szybki kontakt następnego dnia udał do wyjścia. Miałam ochotę wybiec z gabinetu profesora i czym prędzej podzielić się nowinami z Amelią i Severusem, ale Flitwick zatrzymał mnie jeszcze, chcąc omówić projekt, którym podzieliłam się z nim kilka dni wcześniej. Przez całą rozmowę nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu i opiekun co chwilę kręcił z niedowierzaniem głową. Zamiast na gwiazdach i zaklęciach, jedyne nad czym się teraz mogłam skupić była moja przyszłość. Zastanawiałam się, który z kursów jako drugi wybrać, gdybym nie otrzymała dodatkowego wsparcia od rady nadzorczej Hogwartu i Ministerstwa, a w razie gdybym jakimś cudem mogła studiować na trzech kierunkach, czy uda mi się jeszcze wówczas znaleźć czas na pracę i życie. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe, ale jeśli rozpoczęcie jednego z fakultetów przesunęłabym o rok, wówczas byłam pewna, że uda się wszystko ogarnąć. Zwłaszcza, że z astronomii miałam dość solidne przygotowanie i nie spodziewałam się, że edukacja na wyższym poziomie mogłaby sprawić mi trudności.
– Panno Stanley? Solem, słuchasz mnie? – Z zamyślenia wyrwał mnie poirytowany głos opiekuna domu.
– Och, przepraszam profesorze. – Spojrzałam na niego z niewinnym uśmiechem.
– Twoje opracowanie wydaje mi się dość dokładne. Oczywiście odkryto już wcześniej związek między rzucanym zaklęciem a czasem w jakim zostało rzucone, ale dotychczas nikomu nie udało się udowodnić, że ma na to wpływ układ słoneczny. Nie jestem jednak zbyt biegły z astronomii, więc dopóki nie skończysz swojej pracy, nie będę w stanie ci zbyt wiele pomóc – powtórzył raz jeszcze, sprawdzając czy tym razem uważnie go słucham. – Na twoim miejscu zastanowiłbym się jeszcze nad doborem zaklęć. Zdaje mi się, że by potwierdzić dokładnie twą tezę należałoby sięgnąć po bardziej zróżnicowane czary, także te używane w życiu codziennym. – Przytaknęłam. Co prawda oznaczało to dodatkową pracę, ale teraz już nie byłam tak bardzo zdeterminowana. Jeśli rodzice zgodzą się na propozycję wydawnictwa, nie będę musiała starać się o wcześniejsze przyznanie stypendium. Wymieniłam z profesorem jeszcze kilka uwag, polecił, którymi czarami powinnam się zająć i zalecił następne seminarium w towarzystwie profesor Sinistry.
Severus
Od godziny krążyłem po pokoju życzeń, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Gdy dotarłem na miejsce próbowałem coś najpierw warzyć, ale kompletnie mi nie szło. Nie mogłem się też skupić na czytaniu czegokolwiek ani nauce. Moje myśli krążyły wokół niej i jedyne czego chciałem to w końcu ją zobaczyć. Nie miałem pojęcia czego dotyczyło spotkanie z mężczyzną z wydawnictwa, ale byłem pewien, że będą to dla niej pomyślne wiadomości. Zamarłem, gdy drzwi się otworzyły i Solem cała rozpromieniona wślizgnęła się do pomieszczenia. Szybko ogarnęła wzrokiem pokój i nawet nie próbowała kryć rozbawienia, widząc porozkładane po całej podłodze książki, notatniki, porzucone na stoliku ingrediencje i nieuruchomiony kociołek. Z zaciekawieniem spojrzała na wielkie łóżko, które stało w miejscu, gdzie zwykle siadaliśmy.
– O czym myślałeś? – spytała, marszcząc brwi.
– Zupełnie przypadkiem wpadła mi do głowy myśl, by się zdrzemnąć – skłamałem gładko. Drzemka zdecydowanie nie była mi teraz potrzebna, ale w ostatnim czasie praktycznie na okrągło wyobrażałem sobie, jak Solem wygląda nago i ciężko mi było to wyobrażenie skierować gdziekolwiek indziej niż łóżko. – Powiesz wreszcie czego chciał ten facet? – spytałem, próbując odwrócić uwagę od mebla. Sol wzruszyła ramionami, rzuciła swoją torbę na podłogę i zmęczona opadła na miękki materac.
– To wcale nie była taka głupia myśl z tym łóżkiem – mruknęła, wciąż się uśmiechając. Położyłem się obok niej i oparty na ramieniu czekałem na odpowiedź. – Sam zobacz. – Wyciągnęła do mnie ściskaną w dłoniach kopertę i zachęciła, bym otworzył.
– Sol, nie wiem co powiedzieć, to wydaje się być bardzo dobra propozycja. Co na to Flitwick i twoi rodzice? – Przeczytałem podaną przez nią wstępną umowę z wydawnictwem i nie potrafiłem ukryć podziwu. – Zgodziłaś się?
– Jeszcze nie, najpierw muszą się zgodzić moi rodzice, a z nimi spotkam się jutro. Flitwick oczywiście jest zachwycony o ile jako drugi kurs wybiorę zaklęcia – zaśmiała się. – Uważasz, że powinnam przyjąć tę propozycję? – spytała poważnie, siadając na łóżku. – Będę z nimi związana przez dziesięć lat.
– Jeśli mam być szczery, to te dziesięć lat nie wyglądają tak strasznie, biorąc pod uwagę wymiar w jakim chcą, żebyś dla nich pracowała. – Spojrzałem na nią uważnie znad przeglądanych papierów. – Chociaż nie sądzę, bym był adekwatną osobą do wyrażania opinii na ten temat. Nie chcę byś uznała, że jestem nieobiektywny.
– Dlaczego miałbyś być nieobiektywny? Jestem ciekawa co masz na ten temat do powiedzenia. – Zmarszczyła brwi i przygryzła lekko wargę. – Mnie ta propozycja wydaje się uczciwa, a wykonanie kilku ilustracji w ciągu miesiąca nie zajmie mi wiele czasu, zwłaszcza, iż nie oczekują w nich magii.
– Dla mnie każda twoja praca jest magiczna – szepnąłem i pociągnąłem ją na łóżko. Uśmiechnęła się lekko i musnęła moje usta. – Wolałbym jednak nie doradzać ci w tej kwestii.
– Dlaczego?
– Spójrz na koniec pergaminu i zobacz czyj podpis widnieje po stronie wydawnictwa. – Sięgnęła po dokument i pospiesznie go rozwinęła.
– Tobias Snape – przeczytała głośno. – Twój tata jest tam szefem? – Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Jest też właścicielem – szepnąłem.
– Sev, czy ty … czy … – urwała, spoglądając na mnie z powagą.
– Nie, Sol, przysięgam, że nie mam z tym nic wspólnego. – Chwyciłem ją za ręce. – Ta propozycja to całkowicie twoja zasługa – zapewniłem. Wyglądała niezwykle uroczo, gdy leciutko zmarszczyła nosek i westchnęła cichutko.
– Wierzę ci – wyszeptała i uśmiechnęła się promiennie. Przyciągnęła mnie za szyję i pocałowała namiętnie. Nie odrywając się od jej ust, delikatnie ułożyłem się na niej i pogłębiłem pieszczotę. Uwielbiałem wplatać palce w jej włosy, tym razem jednak pozwoliłem sobie na nieco więcej. Nie miałem pojęcia, co mnie do tego skłoniło. Nie byłem pewien, czy odważyłem się pod wpływem jej dobrego nastroju, czy dlatego, że wyglądała tego dnia niezwykle pociągająco. Coraz trudniej było mi skupić uwagę na czymś innym niż jej piersi, no może czasem jeszcze myśl o zgrabnym tyłeczku wkradała się do mojego umysłu. Starałem się nad sobą panować, ale napięcie jakie się we mnie tworzyło stawało się nie do zniesienia. Przesunąłem usta na jej szyję i z zadowoleniem przyjąłem fakt, że odchyliła głowę, pozwalając mi na tę pieszczotę. Przeczesywała delikatnie moje włosy, przyciskając do siebie nieco mocniej. Po chwili poczułem jak oplata moje biodro nogą i ta bliskość sprawiła, że nie umiałem już nad sobą dłużej zapanować.
Powoli przesunąłem dłonie i nieśmiało rozpiąłem pierwszy guziczek jej szkolnej koszuli. Jej oddech nieznacznie przyspieszył i lekko się spięła. Ponownie przywarłem ustami do jej słodkich warg i z pasją zacząłem penetrować usta językiem. Ochoczo odpowiedziała na tę pieszczotę, a po chwili poczułem, jak cała sztywnieje, gdy pozwoliłem sobie na rozpięcie kolejnego guzika. Wstrzymałem na chwilę oddech, ale nie przerwałem pocałunku. Nie chciałem posuwać się za daleko, ale póki co, czekałem na jasny sygnał. Nie oderwała się ode mnie, tylko nadal pozwalała się całować.
Powoli przesunąłem jedną rękę na udo, którym mnie oplatała i leciutko wodziłem po nim koniuszkami palców. Z każdą chwilą moje spodnie stawały się coraz ciaśniejsze w kroku i modliłem się w duchu, by tego nie poczuła. Bardzo nie chciałem się teraz zatrzymywać, ale nie byłem też pewien, na ile mogłem sobie pozwolić.
– Severus – szepnęła, gdy odpiąłem kolejny guzik. Bardzo chciałem udawać, że tego nie słyszę, ale w żaden sposób nie chciałem jej skrzywdzić. Z lekkim ociąganiem oderwałem się od pieszczot szyi i spojrzałem prosto w oczy. Jęknąłem w duchu, gdy spod odpiętej koszuli dostrzegłem bielutki stanik i resztkami silnej woli powstrzymałem się przed zdarciem go z niej. – Severus, ja … – urwała, przygryzając lekko wargę. – Nie byłam jeszcze … jeszcze nigdy, z żadnym. Nie wiem, czy jestem gotowa – wyznała.
– Słonko – wychrypiałem, gładząc ją po policzku. – Ja … – zawahałem się – ja też nigdy nie byłem z żadną i ty jesteś pierwszą, z którą chciałbym. – Ulżyło mi, gdy na jej twarzy dostrzegłem leciutki uśmiech.
– Nie? – Wyglądała na wyraźnie zaskoczoną. – Myślałam, że ty i … i Evans, że … – Zawstydzona odwróciła wzrok.
– Nie, ja i Evans nigdy nie byliśmy razem – wyznałem. – Nigdy nawet nie było blisko byśmy byli.
– Myślałam, że byliście parą, że ona ci się podoba – wyszeptała.
– Sol, ja … przyznaję, że na samym początku chciałem się z tobą umówić, żeby wzbudzić w niej zazdrość, ale …
– Co? – Poderwała się nagle, zapinając nerwowo koszulę. – Severus, umawiasz się ze mną od kilku tygodni, przyprowadzasz do tego pokoju, całujesz w taki sposób … rozkochujesz w sobie do szaleństwa, tylko dlatego, żeby Evans była zazdrosna? – Spojrzała na mnie z wyrzutem. – Ufałam ci. Jak mogłeś? Dlaczego? Co takiego ci zrobiłam? Co zrobiłam, że jesteś dla mnie taki okrutny. – W jej oczach zaszkliły się łzy i bardzo chciałem ją teraz do siebie przytulić, ale wyrwała się z moich objęć.
– Solem, najdroższa, to nie tak. – Stanąłem obok i ponownie próbowałem ją objąć. – Nie obchodzi mnie Evans, już nie. Właściwie …
– Co? – przerwała mi krzykiem. – Jak mogłeś coś takiego zrobić? Myślałam, że ty … że mnie … że … – Łzy potoczyły się po jej policzkach, a mnie ścisnęło za serce.
– Bo cię kocham. – Nie wytrzymałem i wyznałem co od dłuższego czasu próbowałem jej powiedzieć. – Kocham tak bardzo, że czasem to aż boli. Solem, przyznaję, że w pierwszym odruchu chciałem wzbudzić jedynie jej zazdrość, ale to trwało tylko do chwili, gdy po raz pierwszy spojrzałaś na mnie, gdy ujrzałem twoje oczy. Później nie liczyło się już nic. – Stała naprzeciwko mnie i nie mogła wydobyć z siebie głosu. – Pokłóciłem się z nią, zerwała ze mną dla tego idioty i chciałem się na niej odegrać. Wtedy zobaczyłem ciebie. To było tego wieczoru, gdy Black zepsuł twój teleskop. Przypomniało mi się jak go spoliczkowałaś i jak wylałaś kremowe na głowę Pottera w Hogsmeade – tłumaczyłem się pospiesznie. – Pomyślałem, że jak umówię się z dziewczyną, która pogardziła tym dupkiem, którego ona wybrała to wzbudzę w niej jeszcze większą zazdrość i odegram się przy okazji na nich. W jednej chwili miałem już cały plan, jak cię poderwać, jak sprawić, byś umówiła się ze mną, ale z chwilą gdy na mnie spojrzałaś, tam na korytarzu, cały plan był już tylko planem, jak podbić twoje serce. Nie byłem w stanie już myśleć o żadnej innej i żadnej innej nie chciałem. Jedyne czego pragnąłem, to żebyś na mnie patrzyła. Kocham cię – wyszeptałem na koniec i spuściłem głowę. – Wybacz mi.
Kolejny rozdział: „Przedwcześnie rozładowane napięcie"
