Jethro zerwał się w nocy z łóżka, gdy usłyszał płacz Tony'ego. W pierwszej chwili spanikował, przeraził się, że coś mu się stało, a on nie zdąży mu pomóc. Na szczęście powód płaczu był zgoła inny, niż Jethro zakładał. Tony po prostu tak się obślinił przez sen, że zaczął płakać. Wytarcie śliny przez Jethro niewiele pomogło, bo po chwili znowu pojawiło się jej całe mnóstwo, a to oznaczało tylko jedno. Zaczął się jeden z najgorszych koszmarów zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica. Ząbkowanie.

Jethro nie miał pojęcia ile jeszcze minie czasu, nim Tony zacznie odczuwać ból, ale wolał się na to od razu przygotować.

Na szczęście oprócz złych wiadomości, pojawiły się również dobre, wręcz wspaniałe. Tony zaczynał siadać, dużo wcześniej, niż zazwyczaj się to dzieje. Leżał wtedy w łóżeczku, szukając wzrokiem taty. By mieć lepszy widok, zaczął niezgrabnie siadać, pomagając sobie na przemian rączkami i nóżkami. Próbował zaczynając najpierw na plecach, potem na brzuchu, aż w końcu mu się udało i zmęczony usiadł, opierając się o szczebelki łóżeczka.

Gdy Jethro wrócił do sypialni, nie mógł uwierzyć własnym oczom, jednak szok szybko minął i zamienił się w radość oraz dumę.

Tony natychmiast go zobaczył i zaczął wymachiwać rączkami i piszczeć, tylko czasami jego wołania brzmiały jak sylaby.

Jethro podszedł do syna, ale nie wziął go na ręce, pogłaskał go jedynie po głowie, na co Tony zareagował kolejnym radosnym piskiem.

- Nie masz nawet pojęcia, jak dumny się dzięki tobie czuję. – powiedział Jethro, chwytając malutką dłoń syna.

Tony uśmiechnął się szeroko i trzymając mocno taty, przewrócił się radośnie na plecy, śmiejąc się, gdy Jethro uniósł go nieznacznie nad materac.

- Dzisiaj poznasz kogoś nowego. Mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu, bo nie chcę pocieszać kolejnej osoby.

Dzisiaj Jethro postanowił powiedzieć o wszystkim Abby. Wiedział, że w niedługim czasie będzie potrzebował jej pomocy, gdy tylko ojciec wyjedzie. Chciał też wprowadzić ją w sytuacje jak najszybciej, głównie dlatego, bo chciał jej powiedzieć. Odczuwał silną potrzebę opowiedzenia większej ilości osób, że znowu jest ojcem. Oczywiście nie zamierzał z tego powodu chodzić po ulicy i wszystkim o tym opowiadać, ale musiał przekazać te wieści chociaż najbliższym osobom, a Abby właśnie taką była. Nie miał wątpliwości, że zachwyci się ona Tonym i będzie go rozpieszczać, choć nie sądził, by było to konieczne. Sam skutecznie zamierzał to robić. Zielone oczy Tony'ego już go hipnotyzowały, sprawiały, że nie mógł chłopcu niczego odmówić, a to był dopiero początek.

- Chodź, idziemy coś zjeść, co ty na to? – powiedział i wziął malca na ręce.

Tony natychmiast złapał się mocno jego ubrania. Zrobił tak, bo wiedział, że za chwilę zobaczy Jacksona, a wciąż się go bał.

Obaj mężczyźni próbowali jakoś pomóc mu się przyzwyczaić, ale Tony wciąż był przestraszony. Nie płakał ani nie krzyczał, ale nie chciał być nie trzymany przez Jethro, gdy starszy mężczyzna był w pobliżu.

Jethro zaczął się nawet obawiać, że ten lęk, to coś więcej niż tylko typowa niechęć do nieznajomych, jaką dzieci mają w tym wieku. Zapamiętał już nawet, by zapytać o to Ducky'ego, który na pewno mógł mu polecić jakiegoś dobrego pediatrę, który być może wyjaśniłby to zjawisko.

Jackson był już w kuchni i jadł śniadanie, kiedy Jethro wszedł do niej wraz z Tonym na rękach. Od razu po przekroczeniu progu, chłopiec przytulił się mocniej do taty. Jacksonowi serce pękało na ten widok. Nigdy nie przerażał żadnego dziecka, a ze względu na swój sklep miał kontakt z wieloma, ale Tony był pierwszym, który autentycznie się go bał, jakby był jakimś przerażającym stworem.

To jednak nie był tak dobry pomysł, by zostawać tu tak długo i straszyć to biedne dziecko jeszcze bardziej.

Jackson westchnął i wstał od stołu. Stracił już cały apetyt.

- Gdzie idziesz? – zapytał Jethro, zmartwiony zachowaniem ojca, który nigdy nie zostawiał nie zjedzonego śniadania, nawet, gdy mu się spieszyło.

- Idę się spakować.

- Dlaczego? Coś nie tak?

- Jakbyś jeszcze nie zauważył, Tony niezbyt dobrze się przy mnie czuje.

Jethro spojrzał na chłopca, który miał twarz wtuloną w jego pierś.

- Nie musisz wyjeżdżać. – powiedział znów spoglądając na ojca.

- Nie zamierzam przestraszyć tego dziecka na śmierć.

- Po prostu cię jeszcze nie zna.

- Jestem tu już prawie tydzień, a on wciąż się boi. Tobie zaufał od razu, więc to ze mną musi być coś nie tak. Zastanawiam się, czy nie przypominam mu ojca, którego mógł zapamiętać jako strasznego.

- Tym bardziej powinieneś zostać. – Jethro wstał i podszedł z Tonym do ojca. Bez trudu wyczuł, jak palce chłopca zaciskają się mocniej na jego ubraniu. - Jeśli teraz wyjdziesz, a on się do ciebie nie przyzwyczai, to później będzie już tylko gorzej.

- Co więc chcesz zrobić?

- Daj mi rękę. – poprosił.

Jackson nie miał pojęcia, co jego syn próbuje zrobić, ale zaufał mu i podał swoją dłoń.

Jethro wziął Tony'ego za rączkę i choć ten się nieznacznie opierał, położył ją na dłoni Jacksona. Chłopiec nawet się nie poruszył, ale i nie zabrał ręki.

- Uściśnij ją. – polecił ojcu, uspokajając Tony'ego, jak najlepiej mógł.

Jack niechętnie to zrobił. Miał przeczucie, że wystraszy to malca jeszcze bardziej, ale ku jego zdziwieniu, Tony odważył się na niego spojrzeć. Nigdy nie widział tak zielonych oczu, jak te, które patrzyły na niego z ufnością, która powoli zastępowała strach. Jackson był pewny, że Tony jeszcze w pełni mu nie zaufał, ale zdecydowanie był to przełom.

Chłopiec mruknął kilka razy i nie odwracając wzroku, zabrał swoją dłoń, którą na powrót złapał Jethro za koszule.

- Nadal chcesz wyjechać?

Prawda była taka, że nie chciał, zwłaszcza po tym, jak Tony obdarzył go swoim dziecięcym zaufaniem.

- Nie. – odpowiedział siadając na powrót do śniadania. – Ale jeśli nic się nie poprawi, to jadę.

- Poprawi się. – zapewnił Jethro. Tym razem to jemu przypadła rola pocieszyciela. – Prawda, Tony? Nie chcemy, żeby dziadek wyjechał.

Tony uśmiechnął się i to w zupełności wystarczyło za odpowiedź.

xxx

Zaraz po śniadaniu, Jethro zadzwonił do Abby i zaprosił ją na obiad, na szczęście udało mu się trafić w dzień wolny kobiety, która zgodziła się na przyjście, nie znając nawet powodu zaproszenia.

Po telefonie do Abby, czekał go jeszcze jeden telefon, do dyrektora, z którym ostatecznie ustalił kwestię pracy, nad którą rozmyślał poprzedniego dnia. Zdecydowali, że raz na jakiś czas, kiedy Jackson przyjedzie opiekować się Tonym, Jethro będzie chodził do pracy z samego rana, ale tylko do południa. Podobnie zamierzał robić, gdy chłopiec podrośnie i pójdzie do przedszkola, a później i do szkoły. Zostawianie dziecka na pół dnia może nie było najlepszym, ale jedynym rozwiązaniem, Jethro po prostu nie miał wyboru, musiał chodzić do pracy, chciał pracować. Taki rytm dnia nie był najłatwiejszy, ale zdecydował, że temu podoła.

Dyrektor przystał na wszystko, oferując swoje wsparcie w razie potrzeby, której obaj mieli nadzieję nie spotkać.

Na czas przyjścia Abby, Jackson zdecydował się wrócić do Stillwater, by zabrać kilka dodatkowych rzeczy, ale jeszcze tego samego dnia miał wrócić.

Podczas gdy Tony bawił się w kojcu - często wyrzucając zabawki na zewnątrz – Jethro właśnie kończył obiad, gdy przyszła Abby. Wiedziała, że nie musi pukać, więc weszła bez tego, a pierwszym, co usłyszała, był śmiech dziecka.

- Gibbs?! – zawołała niepewnie. Nie miała pojęcia, czy się przesłyszała, czy rzeczywiście słyszała niemowlaka.

Odpowiedzi udzielił jej Jethro, który wraz z Tonym na rękach, wyszedł jej na spotkanie.

- Cześć, Abby, przyszłaś w sama porę. – powiedział podchodząc bliżej do zaskoczonej kobiety.

Abby kilka razy próbowała coś powiedzieć, ale za każdym razem słowa utykały jej w gardle. Nie zupełnie miała pojęcie, na co właśnie patrzy, a patrzyła na Jethro, w którego pobliżu nigdy nie spodziewała się zobaczyć dziecka. Nawet nie wiedziała, że lubi dzieci.

Jej wzrok powędrował na Tony'ego, który przyglądał jej się wielkimi oczami. Wyglądał przy tym całkiem strasznie, ale dla Abby było to też bardzo słodkie, toteż jej początkowy szok szybko zamienił się w zauroczenie malcem.

- Jaki słodki malec! – zawołała, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo podniosła głos.

Tony był tego bardziej świadom. Zaniepokojony i przestraszony nagłym hałasem, a także nieznaną mu osobą, zaczął cicho płakać, wtulając się mocno z Jethro, który objął go troskliwie.

- Abby, przestraszyłaś go.

- Oh, przepraszam, skarbie. – powiedziała głaszcząc Tony'ego po główce. – Nie chciałam cię przestraszyć. Gibbs, czy ze mną jest coś nie tak? – zapytała. – Nigdy nie przestraszyłam żadnego dziecka.

- Wszystko z tobą w porządku, Abby, mojego ojca też się boi. W takim wieku dzieci nie lubią obcych.

Abby nie miała pojęcia, gdzie Jethro się tego dowiedział, ale nie zamierzała pytać. Wciąż była zachwycona chłopcem, który już nieco spokojniejszy, znowu na nią patrzył.

- Kupię mu masę zabawek, by go sobie zjednać. – stwierdziła uśmiechając się do malca. – To zawsze działa.

- Już chcesz go rozpieszczać? – zapytał rozbawiony. Cała Abby, stwierdził w duchu.

- Po to są ciocie. – odparła, samemu się tytułując. – Lepiej pilnuj swojego ojca. Dziadkowie kochają swoje wnuki.

- Bez obaw, Abby. Będę miał was oboje na oku. – obiecał. – Chodź, obiad już gotowy.

Podczas jedzenia, Jethro opowiedział Abby o tym, jak znalazł Tony'ego i co stało się z jego matką. Poprosił ją też o ewentualną pomoc przy opiece nad dzieckiem. Tak jak się spodziewał, odpowiedź była pozytywna.

- Żartujesz? Oczywiście, że ci pomogę. – powiedziała poważnie. – Sam jeszcze byś go wychował na zatwardziałego żołnierza. Salutować pewnie zacznie w wieku trzech lat, co?

- Nie przesadzaj, nie wychowam go na żołnierza. Jeśli choćby pomyśli o takiej karierze, to sam go zabiję.

- Dlaczego? Boisz się?

- Oczywiście, że się boję. Wiem, na co są narażeni żołnierze. Oboje wiemy.

- Ale wiesz, że go przed tym nie powstrzymasz?

- Wiem. – odparł smutno. – Tak samo, jak mój ojciec nie mógł powstrzymać mnie. Jeśli tylko nie da się zabić, to będzie w porządku.

- Aww, Tony. – Abby uśmiechnęła się do Tony'ego, który ani raz nie przestał jej obserwować. – Masz najlepszego tatę wszechczasów!

- Dzięki, Abby, ale na pewno mi do tego daleko.

- Nie gadaj głupstw, jesteś najlepszy. Prawda, Tony?

Chłopiec jej nie odpowiedział, tylko w końcu odwrócił wzrok. Spojrzał na Jethro i uśmiechnął się do niego, wyciągając rączki w stronę jego twarzy.

Jethro uniósł go wyżej i ucałował, pozwalając mu, by złapał go za włosy.

- Szkoda, że nie wzięłam aparatu. – westchnęła Abby przyglądając się tej sielance. – Trzeba zacząć robić wam zdjęcia do rodzinnego albumu.

Rodzinny album. Jethro wciąż miał na strychu schowany jeden taki. Najwyższy czas było go odświeżyć.

- To nie jest taki zły pomysł, Abbs. – stwierdził. – Następnym razem możesz przynieść.

- Tak, zrobię wam sesję zdjęciową na miarę gwiazd.

- Myślę, że parę zdjęć wystarczy. – Jethro musiał zahamować zapał przyjaciółki, bo w przeciwnym razie na całym świecie nie znalazłoby się dość dużo albumów, by pomieścić wszystkie zrobione przez nią zdjęcia.

- Nie, trzeba dużo zdjęć. – stwierdziła stanowczo. Nagle na jej twarzy pojawił się wielki uśmiech. – Mogę go potrzymać? – zapytała patrząc błagalnie na Jethro.

- Nie jestem pewien, nawet mój ojciec nie trzyma go zbyt często.

- Proszę! – błagała. – To najsłodsze dziecko, jakie w życiu widziałam.

Jethro westchnął wiedząc, że nie wygra, ale wciąż nie był pewny, czy to dobry pomysł.

- Ale tylko na chwilę. – zgodził się i podał przyjaciółce niemowlę.

Tony zamarł, ale gdy tylko znalazł się na rękach Abby, uspokoił się nieco. Nie czuł się jednak tak swobodnie, jak w ramionach Jethro.

- Dlaczego mnie nikt nie podrzucił takiego dzieciątka pod drzwi? – zapytała z żalem, spoglądając Tony'emu w oczy. Chłopiec złapał się za nogę i uśmiechnął się do kobiety.

- Uważaj, o co prosisz, Abby. – ostrzegł ją Jethro. – Dziecko to nie kot, którego możesz zostawić na cały dzień.

- Wiem, ale on jest taki słodki. Jesteś prawdziwym szczęściarzem, Gibbs.

Jethro miał już zaprzeczyć, ale wtedy Tony skierował na niego swój wzrok i wyciągnął do niego rączki. Wziął malca od Abby bez żadnych sprzeciwów.

- Tak. – zgodził się, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, gdy patrzył na swojego syna. – Chyba tak.