NOTA ODAUTORSKA: Przed wami czwarty i ostatni rozdział, jaki napisałam przed zupełnym porzuceniem całej opowieści. Nie jest to, jednak na pewno koniec tworzenia ff do Svtfoe. Naprawdę dobrze bawiłam się przy opisywaniu relacji Moon i Glossarycka, i Moon i Chancey'ego. Poza tym pisanie Rasty'ego i Sunny (vel Miss H.) okazało się na tyle zabawne i zajmujące, że postanowiłam stworzyć historię poświęconą ich wspólnym przygodom. Oczywiście Toffee też tam będzie. Stay tunned!
Rozdział 4
Spektakularna Ucieczka
Toffee ułożył się na zimnej, więziennej podłodze, gotowy zasnąć. Cały dzień rozmyślał nad możliwymi sposobami ucieczki. Zajadał się przy tym wielkodusznie podarowanym kukurydzianym chlebkiem, który powoli się kończył. Musiał, jak najszybciej obmyślić jakiś plan. Obserwował, zapamiętywał, analizował, szukał luk w ochronie. Powoli, jednak powieki stawały się coraz cięższe, a sen, mimo okropnych warunków, kusił coraz mocniej. Wtem rozległ się odgłos gwałtownego wybuchu, dobiegający z góry. Wzdrygnął się ożywiony, zastanawiając się cóż takiego się stało. Kolejnym równie zaskakującym, ale znajomym dźwiękiem okazało się warczenie piły mechanicznej. Z ciasnego, międzywymiarowego portalu wyłonił się niezdarnie barczysty, wysoki jaszczur, okryty fioletową peleryną.
– O, to ty Rasty. Miło Cię widzieć – Toffee rzucił beznamiętnie, wstając na równe nogi.
– Oczekiwałem większego entuzjazmu – rzekł zasmucony. – Może trochę wdzięczności, co, dzieciaku?!
– Sam bym się wydostał – zapewnił chłodno.
– Świetnie! Jak tak Ci tu dobrze, możesz zostać!
Tymczasem z wciąż otwartego portalu wyszła kolejna osoba – wysoka dziewczyna z burzą srebrnych loków, okalających pociągłą, chudą, ale przede wszystkim wyniosłą twarz. Zamknęła portal, po czym stanęła obok osiłka.
– Mniej gadania, więcej uciekania! – krzyknęła donośnie, poirytowana dziecinnym zachowaniem dwójki – Chcecie, żeby zaraz zebrało się tutaj całe wojsko Mewni?!
Rasty nie czekając dłużej chwycił niepokornego młodzieńca pod pachę. W trójkę wskoczyli do portalu. Znaleźli się na nieprzychylnej, niemal pustej przestrzeni, pełnej kamieni i wyschniętych drzew. Rasty postawił Toffee'ego na ziemi. Z trudem zamknął portal. Piła nagle wypadła z rąk wielkoluda. Z urządzenia posypały się iskry.
– Zepsuła się! Znowu! – wykrzyknął wściekły. – Chciałem przenieś nas w bezpieczniejsze miejsce. Cóż... Musimy jakoś sobie poradzić – westchnął. Cicho przeklął pod nosem.
– Nie martw się, Rasty. Naprawię to! – dziewczyna ochoczo zapewniła.
Zabrała ze sobą międzywymiarową piłę. Usiadła obok jednego z większych kamieni. Starannie rozłożyła na jego powierzchni narzędzia poukrywane po różnych kieszeniach.
– Kim ona jest? – Toffee szepnął w stronę swojego wybawiciela – Nie wiedziałem, że prowadzasz się z ludźmi – skwitował z pogardą.
Rasty wyprostował się.
– Ma na imię Sunny. I jest cudowna! – skrzyżował ręce, wyraźnie urażony kąśliwą uwagą Toffee'ego.
Młodzieniec pokiwał obojętnie głową. Postanowił więcej nie wnikać w naturę związku tajemniczej dziewczyny i Rasty'ego. Usiadł pod jednym ze spróchniałych drzew.
– Masz szczęście, że to ja Cię znalazłem, Młody – usiadł obok Toffee'ego.
Ten od razu odsunął się o parę centymetrów. Miał już zapytać w jaki sposób jedyny przyjaciel, jakiego miał, zdołał go odnaleźć. Szybko, jednak zrezygnował z tego pomysłu. Rasticore potrafił z łatwością wpaść w niepowstrzymany słowotok, kiedy opowiadał o swoich przygodach. Toffee postanowił sam zrekonstruować przebieg zdarzeń – przecież doskonale wiedział, że Rasty z łatwością uzyskiwał wszelkie potrzebne mu informacje, wykorzystując rozległe znajomości i trochę koniecznej w tym biznesie przemocy.
– Rabarbar wysłał za Tobą swoich opryszków. Ucieczka do Mewni była dobrym rozwiązaniem..., przyznaję..., ale wyłącznie krótkoterminowym – Rasty ciągnął dalej – Teraz nie musisz się o nic martwić! Wprawdzie zrządzeniem losu trafiliśmy na tereny rządzone przez Rabarbara, ale ze mną i Sunny jesteś bezpieczny – zapewnił, kładąc głowę na splecionych dłoniach. Oparł się o drzewo – Co ty mu tak właściwie zrobiłeś?
Toffee uśmiechnął się nieznacznie, wyciągając z kieszeni ciemnoniebieski, błyszczący kamień.
– Ukradłeś jedno z jego świecidełek, prawda? Tak myślałem! – wykrzyknął wściekły. – Może po prostu oddasz mu grzecznie to co wziąłeś? – spytał naiwnie. Młodzieniec pokręcił przecząco głową z pełną stanowczością – Sam prosisz się o to, żeby ktoś posłał Cię do grobu, co? – Rasty westchnął zaniepokojony.
Miał pewność, że ambitny, niebywale przebiegły chłopak zadrze kiedyś z kimś o wiele potężniejszym, niż Rabarbar. Obawiał się, że wówczas nie zdoła mu pomóc. Znali się od tak dawna, a mimo to Rasty wciąż nie potrafił odgadnąć, co tak właściwie siedziało w głowie Toffee'ego. Zamknięty w sobie, zawsze opanowany młodzieniec bywał nieobliczalny. Jednego dnia mógł spokojnie ślęczeć nad grubymi książkami, a drugiego uciekać przed ludźmi Rabarbara ze skradzionym kamieniem. Nigdy nie było nic pomiędzy.
– To nie są zwykłe świecidełka, Rasty! – zrugał wielkoluda. – Te wszystkie niezwykłe przedmioty marnują się u kogoś takiego jak Rabarbar – Toffee objaśnił stanowczym, pełnym zawodu tonem. ¬– Ten głupiec nie zdaje sobie sprawy z tego, jak potężne są niektóre z nich.
– Ale za to ty już tak, co Młody? - spytał, choć doskonale znał odpowiedź.
– Owszem. Ten mały, niepozorny kamyk, potrafi cofać czas – wyjaśnił cierpliwie, opanowując emocje.
Dotychczas zajęta naprawą Sunny zainteresowała się blaskiem tajemniczego kamienia. Odłożyła narzędzia. Podbiegła do Rasty'ego i Toffee'ego.
– Czemu nie użyłeś tego, kiedy ścigali Cię królewscy strażnicy? ¬– oparła się o drzewo.
– Nie chce jeszcze ze mną współpracować, ale to tylko kwestia czasu – oświadczył pewnie, powoli chowając kamyk.
W ciemnych, dotychczas chłodnych oczach Sunny nieoczekiwanie pojawił się cień smutku. Wspomnienia dawnego, odrzuconego życia, zaczęły gwałtownie migać przed oczami dziewczyny. Magia nigdy nie przynosiła ze sobą nic dobrego. Potrafiła jedynie niszczyć.
– Tak potężna magia bywa nieprzewidywalna – rzuciła jedynie cicho, oddalając się od drzewa. Powróciła do naprawy. Próbowała ze wszystkich sił skupić się na znajdującym się przed nią mechanizmie. Wprawdzie działał dzięki magii, ale oprócz tego nie różnił się od innych mechanizmów, z którymi pracowała.
Toffee spoglądał jeszcze przez chwilę na grzebiącą w urządzeniu dziewczynę, szczerze zainteresowany jej dziwną reakcją.
– Gdzie poznałeś Sunny?
Rusty rzucił chłopakowi pełne zdziwienia spojrzenie. Szybko, jednak porzucił swoją podejrzliwość.
– To wspaniała historia, pełna zwrotów akcji i odrobiny dreszczyku. Cieszę się, że chcesz jej wysłuchać - uśmiechnął się, pełen entuzjazmu.
Toffee'emu od razu zrzedła mina. Zaczął żałować, że w ogóle o to zapytał. Teraz musiał przygotować się na długą, pełną nieścisłości, podkoloryzowaną opowieść Rasticore'a. Szczęście jednak wkrótce uśmiechnęło się do chłopka.
– Potwory Rabarbara się zbliżają! – Sunny krzyknęła donośnie.
Rasticore błyskawicznie stanął u boku dziewczyny, gotowy do walki.
Toffee spoglądał w stronę dwójki z niewielkim zainteresowaniem. Doskonale wiedział, że rozprawienie się z hałastrą Rabarbara to dla Rasty'ego kwestia paru minut. Wokół walczących zaczęły unosić się kłęby kurzu. Zakłóciły chłopakowi widoczność. Nie rozpaczał. Jedynym co mogło w tej chwili budzić jego ciekawość były możliwości bojowe Sunny, toteż w skupieniu czekał, aż dziewczyna pokaże co potrafi. Kłęby kurzu powoli zaczęły opadać. Czterech z ośmiu potworów Rabarbara leżało już na ziemi. Na nogach pozostali jedynie najwytrwalsi. Dzielnie parowali błyskawiczne ciosy Rasticore'a i Sunny. Powoli, jednak tracili siły. Dwójka była szybka, wyjątkowo zgrana i precyzyjna. Potrafili ze sobą współpracować. Dziewczyna dodatkowo używała niewielkich, niepozornych bomb, które od niechcenia rzucała to tu, to tam. Ciągłe unikanie śmiercionośnych zabawek również wyczerpywało ostałych wojowników. Wkrótce trójka z nich nie zdołała uciec. Padli pod wpływem wybuchu. Pozostał jeden, puchaty potwór, przypominający niedźwiedzia. Rozprawili się z nim z łatwością. Sunny zadała mu cios łokciem w brzuch, a później w głowę. Po chwili leżał na ziemi razem z resztą swoich kompanów. Dziewczyna uśmiechnęła się szelmowsko do Rasty'ego. Wielkolud zarumienił się. Odwzajemnił uśmiech. Toffee przewrócił oczami zażenowany. Podbiegł powoli do dwójki.
– Dobra robota ¬– skwitował.
– Mogliśmy jednego zostawić ¬– Sunny westchnęła zawiedziona.
– Racja. Przekazałby Rabarbarowi, że z nami się nie zadziera! ¬– Rasty potaknął ochoczo, uzupełniając myśl dziewczyny.
Dwójka stała dłuższą chwilę wpatrzona w siebie, zupełnie tak jakby nic innego nie istniało. Promienne uśmiechy nie schodziły im z twarzy.
– Co teraz? – Toffee stanął między nimi poirytowany.
Nie uzyskał odpowiedzi.
– Hej! – podniósł głos.
Niechętnie otrząsnęli się.
– Musimy znaleźć jakieś inne miejsce – Sunny stwierdziła, odwracając się od Rasty'ego.
– Tak – Rasty potaknął zakłopotany.
Cała trójka zaczęła podążać przed siebie, wraz z zachodzącym słońcem. Kroczyli przed siebie w zupełnej ciszy. Skupili się na znalezieniu odpowiedniej kryjówki. Sunny i Rasticore zachowali należytą czujność, gotowi na kolejny atak potworów Rabarbara. Wkrótce przed bohaterami rozpostarła się opustoszała, zrujnowana świątynia. Porośnięta gęstym mchem niewielka budowla w kształcie kopuły wyłaniała się wprost z odmętów ziemi.
– Nasza kryjówka? – podsunął Toffee, szczerze zaintrygowany znajdującym się przed jego oczami miejscem.
