Rozdział IV
Ty chwyciłeś moją dłoń i dotknąwszy włosów mych
Osuszyłeś swym uśmiechem zapłakane oczy me
I nie było ważne to, kto jest sprawcą moich łez
Wystarczyły Twoje słowa...
„Spotkanie" Kilku Przyjaciół
Następnego dnia przed wejściem do Opery stanął powóz z herbem de Chagny. Amanda widziała go z okna. Do momentu kiedy Christine zapukała do jej drzwi, Calvieri zdążyła poszarpać jeszcze jedną chusteczkę. Bała się. Ale za pół godziny powinna już mieć to za sobą. Tak, czy inaczej.
- Christine... - Amanda nie wiedziała jak zacząć. Westchnęła. - Ja muszę ci o czymś powiedzieć... - A co tam, będzie prosto z mostu. - Oszukałam cię.
Christine zamrugała i popatrzyła uważniej.
- Ne rozumiem. Co ty mówisz? Kiedy mogłaś mnie oszukać?...
Boże, czy Christine nie mogłaby się po prostu wszystkiego domyśleć? Czy koniecznie trzeba jej wszystko opowiadać?
- Wtedy, przed premierą "Dyrektora Teatru", widziałam się z Upiorem. Cały ten spektakl miał zdecydować, którą z nas Upiór będzie uczył. Przynajmniej ja to tak rozumiałam. Wtedy specjalnie otworzyłam nocą okno. Żebyś się przeziębiła. I to ja napisałam list do Raoula, żebyś za niego wyszła... sama rozumiesz.
Christine popatrzyła na nią jak na różowego kota.
- Ależ Amando... list napisał Upiór.
- Żaden Upiór. Sama go napisałam.
- Nieprawda.
Niebiosa, cierpliwości! Christine, nie denerwuj mnie.
- Przecież pamiętam, co zrobiłam.
- Ależ list, który dostałam, napisany był jego pismem. I był z jego pieczęcią, tą z trupią czaszką. Jak chcesz to wytłumaczyć? Naprawdę podrobiłaś go tak idealnie?
Zapadła cisza. Amanda wpatrywała się w Christine z otwartymi ustami.
- A... nie. Nic nie podrabiałam - odpowiedziała głupio, próbując zrozumieć. - Chcesz powiedzieć... że ja wcale nie musiałam pisać tego listu?
Nie! Nie tak! Jeszcze gdyby zbrodnia się jakoś liczyła! Ale tak głupio i niepotrzebnie?! Kto to powiedział, że człowiek woli być tym złym niż tym śmiesznym? Molier?
- Upiór napisał... no ogólnie to napisał, że jestem wolna. Że będzie uczył ciebie.
- Ale... - Amanda bezsilnie opuściła ręce. Więc cała awantura... była o nic? Boże, dlaczego ja tak bez powodu muszę sobie całe życie poplątać? Zresztą nie tylko ja, Upiór też... Głupi Upiór, zepsuł całą intrygę.
- Christine... Ja przecież i tak muszę cię przeprosić. Teraz już poważnie. Przecież to wszystko jedno, czy Upiór napisał list. To znaczy tylko tyle, że miałam więcej szczęścia niż rozumu... Przecież i ja go napisałam, jakby nie patrzeć. I to okno...
- Wybaczam ci... - powiedziała Christine poważnie. Wydawała się dojrzalsza, niż dawniej, może to małżeństwo tak robi? Może ja też powinnam wyjść za mąż?
- Dziękuję...
- Kiedy pójdziesz to powiedzieć Upiorowi?
Cisza.
- E... co?
- No przecież musisz do niego iść. Jego skrzywdziłaś bardziej niż mnie. Nawet jeśli on sam zdecydował tak samo.
Amanda poczuła się, jakby spadała w przepaść. Ziemia się obsunęła, choć wszystko zapowiadało tylko podziwianie pięknych widoków... Tak, Christine miała rację. Tym bardziej ją to przerażało.
- Amando, uważaj co robisz. To wrażliwy człowiek. I bardzo samotny. A ty nie przejmujesz się innymi ludżmi. Przecież nie przeprosiłaś mnie ze względu na mnie, tylko żeby poczuć się lepiej.
Zabolało, tym bardziej, że to była prawda. No nie, to nie tak miało być, to nie jest Christine jaką Amanda znała. Małżeństwo naprawdę jej służy. Amanda desperacko próbowała obrócić całą sytuację w żart, choćby tylko w myślach. A i Christine nie była bez grzechu, przekonywała samą siebie. Jeśli tak się martwiła o Upiora, to powinna była z nim zostać, a nie tchórzliwie uciekać do wicehrabiego. A teraz niech nie wymądrza się, bo już nie ma do tego prawa!
Saglatt siedział w swoim kolorowym gabinecie i się zastanawiał. Upiór uczący Amandę, był ze wszech miar zjawiskiem pożądanym i opłacalnym. Ale Upiór sabotujący przedstawienia w sposób grożący czyjąś śmiercią z pewnością już nie. Upiór wyciągający tyle pieniędzy ile się da, również. Być może Calvieri zdoła unormować sprawę. Jeśli nie, trzeba będzie podjąć bardziej stanowcze środki.
A poza tym... Jaki wariat może mieszkać w piwnicach i szantażować Operę? Ktoś mógł dzisiaj zginąć. Fala zimnej wściekłości zalała Saglatta. Boże, przebrać się w pelerynę i zrobić przedstawienie! Romantyczny, tragiczny, żałosny bohater! Jakie to proste. Niech inni się męczą, ja zostanę Upiorem i też mi zapłacą! Ja najmądrzejszy, najlepszy... Ludzie, czemu sam nie wpadł na ten pomysł?! Po co było się tyle męczyć?!
Dziś znienawidził Upiora do reszty.
Najpierw Amanda poszła do Saglatta. Powiedzieć, ze przeprasza, rozumie, dziękuje i będzie śpiewać najlepiej jak może.
W końcu Upiór naprawdę ją wybrał.
- Dobrze. - Saglatt skinął głową. - W tej chwili jestem zajęty, ale może znajdę chwilę czasu, żeby z tobą poćwiczyć. Jak nie, to poproś Maestro Lerouxa. I ma być lepiej niż wczoraj.
- Tak jest, panie dyrektorze...
Czy ten człowiek nie mógłby się raz w życiu normalnie ucieszyć? Chociaż jeśli ma to być tylko raz w życiu, to zapewne powrót śpiewaczki marnotrawnej nie wystarczy jako powód.
Ale wieczorem zaśpiewała. Zły humor Saglatta wytłumaczyła sobie jakoś, widząc dyrektora muzycznego rozmawiającego z Vermettem. Saglatt był blady i wściekły jak malowanie. To znaczy tak cyniczny, złośliwy i sarkastyczny jak tylko mógł. A Vermett miał minę człowieka, który wypełnił swój obowiązek i wszelkie sprzeciwy są bardzo nie na miejscu. Saglatt siedział w loży dyrektorskiej, a strzępek rozmowy jaki wychwyciło przez zamknięte drzwi czułe ucho Amandy brzmiał:
- Myślałem, że jest pan na tyle kompetentnym dyrektorem, żeby nie podejmować kroków prowadzących do bankructwa! Cóż, jeśli chcemy dożywiać jakieś zjawiska nienormalne, to chyba tylko ze względu na reklamę. Ale reklama niestety jest tylko wtedy, gdy wyżej wymienione zjawiska są niezadowolone, więc cały pomysł mija się z celem...
Ano tak... Gdyby Amanda miała czyste sumienie, mogłaby powiedzieć Upiorowi co myśli o podobnych sztuczkach jak wczoraj. Zwłaszcza o głosie Carlotty, choć gdyby to nie było niebezpieczne, a pewnie było, byłoby fantastyczne.
Po przedstawieniu, paru uwagach gości ("Dlaczego nie było tak ciekawie jak wczoraj, gdy moja siostra była?") i krótkim komentarzu Saglatta ("Powiedzmy, że lepiej. Ale jak na ciebie, to nadal kiepsko.") Amanda czekała w garderobie. Postanowiła czekać całą noc, gdyby było trzeba. I następną noc również. Ale może nie będzie trzeba czekać. Może Upiór sam się pojawi. Przecież nie pokłócili się tak naprawdę. Upiór powiedział, że ona zagra... no i zagrała. No. Więc wszystko w porządku.
Ale... Amanda znalazła małą, niekomfortową myśl, dobrze schowaną wśród innych. Jednocześnie precyzyjnie i dokuczliwie kłującą.
Dokładnie: a dlaczego nie iść tam samemu. To ty przepraszasz.
Ale on też nie jest święty... Zresztą powinien sam przyjść. Wystarczy poczekać.
No dobra, dobra, już idę.
Wstała i poczuła się jakoś lżej. Nie jest, do diabła, tchórzem. Pójdzie tam i powie mu wszystko, choćby miał ją wykląć i przepędzić na cztery wiatry.
Amanda przyłapała się, że chodzi w kółko przed lustrem.
Nie no, idę tam.
Nie, nie idę.
Może powróżę z płatków kwiatka? Może... z płatków wszystkich kwiatków, które mi tu przynieśli? To by mi zajęło czas do rana co najmniej.
Nie, tak czy inaczej nie może nie powiedzieć Upiorowi. Pójdzie tam i wszystko wyjaśni. Delikatnie i ze skruchą. Prawdziwą, żeby nie było.
Przerwała swoje kółeczko i odsunęła szklaną taflę. Nie chciała przyjść góra do Mahometa, to przyjdzie Mahomet do góry.
Wyszedł z więzienia w pewien wiosenny, deszczowy wieczór.
Bez pracy, bez mieszkania, bez niczego.
Mógł wrócić do rodziny. Ale nie był pewny jak by go przyjęli. Zresztą nie chciał litości rodziców, ani wytykania go przez całe miasteczko palcami.
Szedł bez celu, wsłuchując się w stuk własnych kroków.
Dziewczyna... Tańczyła na scenie kabaretu. Śpiewała. Wydawała mu się dziwnie znajoma. Podszedł bliżej, a ona popatrzyła na niego.
Potem poszedł do jej garderoby. Nie wiedział po co, ale wiedział, że nie dałoby mu to spokoju, gdyby nie poszedł.
Nazywała się Viola. Kiedyś występowała w operze. Zwolnili ją, gdy pojawiła się lepsza śpiewaczka.
O cholera, tylko jak się pływa tą łódeczką? Nie, przepraszam, jak się pływa skoro łódeczka jest zacumowana w Grocie? Amanda umiała pływać, ale przeprawa po czarnym jeziorze, w ciężkiej sukni, nie była dobrym pomysłem. I jeszcze głupia nie zdjęła kostiumu. Zbyt przejęta była Upiorem i od razu wszystkich wyprosiła. No, to teraz ma.
Mogłaby zawołać Upiora. Może usłyszy, echo jest pewnie niezłe.
No... to na trzy-czte-ry "Upiór"...
Trzy...
Czte...
ry...
- ...
Nie, już wolała popłynąć, niż się tu wydzierać. Irracjonalne, owszem, ale głupio jej było. Grota nie była aż tak daleko stąd, nie takie odległości potrafiła przepłynąć. Może mądrzej byłoby zawrócić, ale jak już tu jest, to nie będzie rezygnowała w połowie. Na pewno nie. Nie, nie ma tak dobrze, zawoła raz tego peleryniastego głupka i płynie.
- UPIORZE!
Poczerwieniała na myśl jak głupio to mogło zabrzmieć. Ktoś niewtajemniczony by pomyślał, że bawi się w wywoływanie duchów.
Hm, i w dodatku żadnej odpowiedzi. Mogła się tego spodziewać. No cóż, nie jest delikatną paryską laleczką i potrafi nie tylko śpiewać i ładnie wyglądać.
No dobrze, może i nie potrafi ładnie wyglądać. Jakiś problem?
Zdjęła, z pewnym trudem, ciężki i sztywny kostium. W samej halce, choć obfitej, było chłodno, ale przeżyje. A w Grocie jest mnóstwo grubych i ciepłych tkanin. Nawet stary kostium Królowej Nocy, na oko sprzed pięćdziesięciu lat.
Tylko ta woda taka jakaś... mętna. Nie były to ścieki, wtedy w ogóle cały pomysł odpadał, ale też nie było toto czyste. Taka zamulona woda, jak z dna jeziora. I z glonami, którym światła dostarczały, rozpalane przez Upiora, gazowe lampy. Ciekawe, ile dyrekcja płaci za gaz?
Weszła ostrożnie do wody.
-Nienienieniebędękląć!
Weszła głębiej.
-CholerazimnezimnezimneSaglattmniezabijejaksięmuprzeziębięnaprzedstawienieAAAdobrzemitak mamzaswojealeUpiórteżoberwie!
No nic. Popłynęła. Przecież nie pierwszy raz płynęła w zimnej wodzie. Choć chyba pierwszy raz w tak brudnej. Dobra, teraz nie pomylić drogi, bo te korytarze trochę rozgałęzione. Matko, właściwie czemu ona tak się poświęca żeby aż w kanałach pływać?!
Popatrzyła na mury dookoła. No niby miały jakieś tam ozdoby, kratki. Jakby zdarła sobie wszystkie paznokcie, to może doszłaby po murach. Ale nie, bo i tak musiałaby przepływać z jednego na drugi.
Swoją drogą, dzięki niebiosom, że latarnie na murach się paliły. Po ciemku by jednak nie popłynęła.
Nagle zza zakrętu wynurzył się dziób łodzi Upiora.
Nie ma to jak kwadrans spóźnienia. Zirytowała się. Właściwie na siebie, bo tyle mogła wymyślić, że Upiór jej nie odkrzyknie i poczekać.
- Amanda?!... - Upiór uklęknął na łodzi, aż kolana grzmotnęły o drewno. - Kobieto, co ty robisz? Uczysz się pływać? Życie ci niemiłe?
Amanda zabulgotała, bo chcąc się zatrzymać, napiła się trochę wody. Byle nie myśleć co było w tej wodzie.
Nie, topię się. Wyciągniesz mnie, mężczyzno? Bohater nie zastanawia się, czy tonąca piękność uczy się pływać, tylko od razu skacze jej na ratunek.
Wyciągnął. A nawet zdjął pelerynę i okrył nią Amandę, która poczuła się przez to jakoś tak... miło. I, mimo dzwoniących zębów, ciepło. Może nie będzie tak źle?...
Dopłynęli do Groty w ciszy. Amanda czuła na sobie palące spojrzenie Upiora. Dużo by dała, żeby wiedzieć o czym on teraz myśli. To znaczy: co o niej myśli?
Łódka zaryła dziobem w żwir. Upiór oparł drąg o skałę i wziął Amandę na ręce. Tak jak kiedyś, było to takie... rozczulające. Taki straszny Upiór i taki troskliwy.
Chyba się przeziębiłam i mam gorączkę, bo zaczynam bredzić.
Ostrożnie położył ją na łóżku i przyniósł jakieś dziwne materiały.
- Wytrzyj się - powiedział. Czy to złudzenie, czy był zakłopotany? - Znajdę ci ubranie.
Stary kostium, czy czarny frak? Z rozkoszą zdjęła mokre rzeczy i wytarła się energicznie. Ciepło, ciepło, już trochę cieplej...
Strój okazał się przedziwną mieszanką. Dostała białą koszulę, należącą niewątpliwie do Upiora, powłóczystą, mieniącą się spódnicę z opery, której nie była w stanie zidentyfikować, chustę cygańską, a nawet koronkową halkę od jakiegoś kostiumu. Jako buty trochę za duże szpilki, też od kostiumu. Stanowczo najmniej wygodna rzecz. Pierwsze co zrobiła, to podeszła do lustra. Lustro w Grocie było tylko jedno i w dodatku zasłonięte. No ale nawet Upiór musiał czasem się w nim przejrzeć, uczesać i poprawić krawat. A na widok swojego odbicia Amanda miała ochotę się roześmiać. Straszydło, tym bardziej, że mokre włosy owinęła czymś, co od biedy można było nazwać turbanem, a dawniej było zapewne ręcznikiem. No i ten rozmyty makijaż.
- Nie mam tylko nic, co mógłbym dać ci ciepłego do picia - powiedział Upiór podchodząc. - Skończyłaś podziwiać się w lustrze?
- Och, nie mów, że nie ma czego podziwiać? - Mrugnęła do niego i się roześmiała.
I kogo ona chce oszukać? Przecież to tylko gra na czas.
- Upiorze... chciałam ci coś powiedzieć.
- Domyślam się, że coś ważnego, skoro wlazłaś do tej zupy.
- Nie bądź złośliwy... Nie, naprawdę, to nie jest śmieszne... ja zrobiłam coś złego i naprawdę chcę ci o tym powiedzieć, bo jest mi bardzo przykro, ale żałuję tego, wysłuchasz mnie? - wyrzuciła jednym tchem.
- Tak... - nieco oszołomione spojrzenie. - Co takiego zrobiłaś?
Popatrzyła podejrzliwie. Nie mówi złośliwie, lub by ukryć złość?
No cóż, wierzmy, że nie. I tak to powie.
Powiedziała. Krótko i na temat, choć mogłaby długo przepraszać.
- Amando... - zawahał się. - Nie tego się spodziewałem. Mógłbym cię rozszarpać za to, co zrobiłaś Christine. Czy Christine...
- Wie - przerwała Amanda. - To ona przekonała mnie, że muszę ci powiedzieć. Inaczej bym się nie odważyła.
- To ona... - Upiór wyglądał jakby coś rozważał, jakieś za i przeciw.
Upiór patrzył na groteskowo przebraną dziewczynę przed nim. Była do tego zdolna. Niby szczerze żałowała... Patrzyła niepewnie, spuściwszy głowę. Czekała na wybaczenie.
Wybaczenie. Po co? Nie o to chodzi. Czy mógłby jej wybaczyć, że skrzywdziła Christine? Nawet jeśli Christine wybaczyła. I w dodatku teraz, kiedy po trzech miesiącach w miarę przywykł do życia bez Christine, kiedy Christine znów stała się pięknym snem, marzeniem, częścią jego muzyki, czymś bez czego nie mógłby żyć... teraz ta idiotka przypomina mu o Christine prawdziwej, żywej! Opanował chęć spoliczkowania jej. Najlepiej zachować dystans. Ta dziewczyna nie była ważna. Chodziło o jej głos. A głos w niczym mu nie zawinił.
- Nie wracajmy więcej do tego - zobaczył, że ucieszyła się, uśmiechnęła. To to nie pozwalało jej śpiewać, blokowało ją. - Czy możesz teraz zaśpiewać?
- Mogę.
- Więc chodź.
- Hmm... Antoine Saglatt... Pamiętam tą aferę z Prescottem.
Szli w deszczu. Zaproponował, że odprowadzi ją do domu.
- Więc wszystko wiesz - wzruszył ramionami. - Dziś wyszedłem z pudła.
Miała bardzo intensywnie niebieskie oczy i bardzo złote włosy. Cała była tak wyraźna, że sprawiała wrażenie rysunku albo lalki, nie żywej dziewczyny.
- Nieciekawie - też wzruszyła ramionami. - Jedziemy na jednym wózku. Śpiewam w marnym kabarecie, ledwo co mi płacą... Czasami mam dość takiego życia.
Spotkali się jeszcze kilka razy. Pewnego dnia przyszła z oczami zapuchniętymi od płaczu.
- Straciłam robotę – powiedziała krótko.
- Nie martw się – wziął ją za rękę.
- Łatwo ci mówić... - przysunęła się do niego. - Skoro tak, to może powinieneś coś z tym zrobić, nie sądzisz?
Pachniała pomarańczami.
Jak zwykle, najpierw śpiewał on, potem ona powtarzała. Zasłuchała się w jego muzykę. Śpiewał tak pięknie, tak porywająco, potrafił w jednym dźwięku zawrzeć tyle uczucia, że nie znając zupełnie języka, człowiek doskonale wiedział o co chodzi.
- Nie śpij. Teraz ty.
Zaśpiewała, starając się jak najwierniej oddać uczucia. Jak on. Skoro Upiór tak mówi, to będzie to ćwiczyć. Christine nie musiała jej przypominać, że on jest geniuszem.
- I jak? - zapytała nieśmiało.
- Lepiej. Powtórzmy jeszcze raz całość.
Śpiewali długo, Upiór i Królowa Nocy, aż Amanda nie usiadła obok Upiora.
- Mogę chwilę odpocząć?...
- Możesz.
- Zagraj mi coś... - Amanda oparła się ramieniem o jego ramię. Tak po prostu, po przyjacielsku, ze zmęczenia. I fizycznego i psychicznego.
Zaśpiewał. „Romeo i Julia". Takie to niby banalne, a tak piękne gdy on to śpiewał. Jak to się robi? I dlaczego on siedzi ukryty w tym lochu, i nie pokazuje światu co potrafi? Dlaczego marnuje czas na uczenie jej? Dołączyła później, śpiewając partię Julii. Tak szczęśliwa nie była nigdy, odkąd przybyła do Opery.
No proszę, jakoś się wszystko naprawiło, pomyślał Upiór grając. Amanda odzyskała głos.
Wtedy znów poczuł ból, jeszcze niezbyt silny, ale nie wiadomo, co będzie dalej.
No nie. Nie w takiej chwili. Nie kiedy nie jest sam.
- Amando... - przerwał grę. Popatrzyła na niego zdziwiona. - Idź już spać. Rano odwiozę cię do Opery.
- Dlaczego?... Wolałabym wrócić teraz.
- Nie – wstał od organów. - Idź spać.
Powoli podszedł do stołu. Z trudem poruszał się wyprostowany.
- Jak długo mam czekać? Nie słyszałaś?
- Co się stało? - zmarszczyła brwi. Przyglądała mu się uważnie.
- Nic się nie stało. Zrób, co mówię.
Poszła, wreszcie. Jeszcze oglądała się co chwila. Diabli nadali, muszę zrobić drugie łóżko.
Oparł głowę na rękach, próbując zwalczyć falę mdłości. Nie miało kiedy...
Powoli dochodził do siebie. Zamyślił się. Ile czasu mu jeszcze zostało? Chciałby tylko skończyć tą jedną rzecz, a potem... potem może się stać cokolwiek.
Amanda powoli wyszła przed publiczność. Obcasy zastukały o deski sceny.
Zaczęła śpiewać.
Aria, sławna aria Królowej Nocy.
Głos brzmi mocno, pewnie. Sala wypełnia się jej śpiewem.
Il sopracuto Fa, powtarzane jak dźwięk dzwonka, najsłynniejszy moment arii.
Czuła, że publiczność zasłuchana jest w jej śpiew. Że ją podziwiają. Że rozkoszują się każdą nutą.
Dramatyczny finał. Rozentuzjazmowana publiczność bije brawo.
Zamknęła oczy, bo nagle ją zapiekły.
Upiór kończył przepisywać nuty. Cały stół zasłany był arkuszami papieru, a każdy arkusz tłoczącymi się gęsto szlaczkami pięciolinii. Upiór patrzył na nie jak na własne dziecko, z dumą i czułością. Tym nutom poświęcił już prawie dziesięć lat swojego życia. Zapisał nimi wszystko co czuł, wszystko przez co musiał przejść.
Napisał ostatni znak. Więcej już dziś nie zrobi. I tak pracował... ile? Stracił rachubę, ale było to wiele godzin. Przetarł zmęczone oczy. Kiedy dopadało go natchnienie, potrafił pracować całą dobę, nie zawracając sobie głowy snem, czy jedzeniem.
Trzeba odszukać w tym bałaganie zegar. To chyba dziś ma próbę z Amandą.
Pogładził arkusz czubkami palców. Potem poskładał wszystkie kartki i schował do teczki z napisem „Don Juan Zwycięski".
Państwo Saglatt wprowadzili się do nowego mieszkania. Na razie skromnego. Ale Viola, w marzeniach snutych co dzień na głos, wyjaśniła dokładnie, co chciałaby dostać od życia.
Był jej za to wdzięczny. Z jej powodu zaczął starać się o dobrą pracę, a kiedy już zaczął się starać, wróciły do niego cały zapał i ambicja.
Znów patrzył w gwiazdy, a one uśmiechały się do niego.
