John wpatrywał się w parę unoszącą się znad kubka kawy. Nie spał zbyt dobrze, więc cieszył się, że ma dziś wolne. Chociaż usiłował spać, to i tak cały czas budził się i szedł do pokoju Sherlocka, sprawdzając, jak on się czuje. Miał wątpliwości, czy nie powinien jednak wezwać pogotowia, bo nie wiedział, czy Sherlock naprawdę wymierzył bezpieczną dawkę. Jednak jego oddech był w normie i spał cały czas.
Teraz John zastanawiał się, czy powinien go obudzić, czy pozwolić mu się wyspać. Usłyszał jednak odgłosy na górze, które po wyraźnym przysłuchaniu się nie dawały powodów do niepokoju. Wstał i zaczął podgrzewać grzanki. Ustawił talerz z grzankami i kawą na stole i wrócił do picia swojej. Po chwili do kuchni wszedł Sherlock. Oczywiście, miał na sobie koszulę i eleganckie spodnie, ale był bardzo blady i potargany. John był pewny, że na jego miejscu wyglądałaby tysiąc razy gorzej i rozważał, czy to wynik odporności Sherlocka na narkotyki, czy tylko jego tendencja do perfekcyjnego wyglądu w każdej sytuacji.
- Jedzenie – wskazał ręką na miejsce przed sobą. Sherlock skrzywił się i powiedział zdecydowanym tonem:
- Nie będę jadł.
- Ależ będziesz. Wiem, że masz teraz obrzydzenie do jedzenia, ale to sprawi, ze poczujesz się lepiej. Poza tym, jestem pewny, że nic nie jadłeś przed zaćpaniem, prawda?
Sherlock obrażony odwrócił twarz.
- No, właśnie – kiwnął głową John – Siadaj i jedz.
Sherlock z łoskotem opadł na krzesło i wyciągnął przed siebie nogi, zmuszając Johna do zwinięcia swoich.
- No więc? – John odstawił kubek.
- Od bardzo dawna się nikomu nie tłumaczę, tobie też nie zamierzam – Sherlock odsunął od siebie talerz z grzankami i napił się kawy, krzywiąc się przy tym.
- Nie karze ci się tłumaczyć, ale powiedziałem ci, zanim się wprowadziłem, że nie mogę mieszkać z kimś kto ćpa. Nadal tak uważam – powiedział John.
Sherlock mruknął coś niewyraźnie.
- Co? – John nachylił się do niego.
- Nie moja wina, że wróciłeś wcześniej.
John odchylił się na krześle i zamknął oczy.
- Czyli uważasz, że możesz ćpać kiedy na przykład wychodzę do pracy?
Sherlock wreszcie spojrzał na niego:
– Dobrze wiesz, że nie, bo znasz czas działania morfiny.
- A tylko jej używasz? – i nie czekając na odpowiedź dodał – Więc co proponujesz?
Sherlock uśmiechnął się przebiegle:
– Nie chcesz wiedzieć co jeszcze brałem? Do morfiny doszedłem stopniowo, bo daje najlepsze efekty przy najniższych kosztach zażywania. Amfetamina dawała świetne efekty, ale byłem po niej tak aktywny, że w końcu padałem, często w miejscach, które nie nadawały się do padania. Heroina była cudowna, ale szybko uzależnia. Opowiedzieć ci co robiłem po narkotykach?
- Ani mi tym imponujesz, ani mnie straszysz. Moja siostra jest alkoholiczką, wiem wszystko o uzależnieniach. Zbierałem ją zarzyganą z różnych miejsc, także z takich, które nie nadają się do padania. Przechodzi odwyk już drugi raz, myślę że znowu nie zadziała. Ma dopiero dwadzieścia dwa lata. Tego nie wydedukowałeś?
Sherlock patrzył na niego, a potem chwycił kubek i pociągnął łyk.
- Będzie tak. I mówię to ostatni raz, bo o obietnicach uzależnionych wiem wszystko. Nie ćpasz dopóki tu mieszkam. Mieszkam, to znaczy, że moje rzeczy znajdują się tutaj i wracam tu, nieważne jak długo mnie nie ma. Chcesz ćpać, piszesz do mnie, wymyśl sobie hasło jakie ci pasuje. Wtedy rozmawiamy o tym, bo tak się składa, że uzależnieni zawsze mają jakiś powód. Jeśli nie uda się tego rozwiązać, to ty zaćpasz, a ja się wyprowadzam. Nie mam zamiaru przeszukiwać twojego pokoju w poszukiwaniu narkotyków ani kablować do Mycrofta. Jesteś dorosły, sam zdecydujesz. Nie radzisz sobie, to idź na odwyk. Chociaż współczuję twojemu terapeucie. Tak czy nie?
Przez całą przemowę Johna, Sherlock wbijał wzrok w stół, teraz otworzył usta, żeby coś powiedzieć.
- Nie chce tłumaczeń, tak czy nie? – John odstawił głośno kubek z resztką kawy.
- Tak – Sherlock powiedział to tak cicho, że John nie był pewien, czy naprawdę to usłyszał.
- Świetnie. Pamiętaj, nie ma więcej szans. Czekasz na moją odpowiedź. A teraz jedz.
John wstał, zabierając kubek do zmywarki. Usłyszał, że Sherlock coś powiedział, więc cofnął się.
- Co?
- Watykańskie kamee.
John spojrzał na niego zdumiony.
- Hasło – dodał Sherlock.
John parsknął śmiechem. – Jedz.
Kolejne miejsce zbrodni, kolejne ciało. John zaczął traktować to jako swoją codzienność, co nieco go niepokoiło. Tym razem kobieta miała około pięćdziesięciu lat, krótkie włosy i miała na sobie sportowe ubrania. Znaleziono ją na parkingu centrum handlowego, Sherlock i John pojawili się na miejscu godzinę później niż policja. Sherlock, w typowy dla siebie sposób zawładną całym miejscem, rozstawiając po kątach policję.
- Oczywiście że nie biegała gdzieś niedaleko, tylko jakieś dwadzieścia pięć kilometrów stąd! – wykrzyknął Sherlock, stojąc przed Lestradem.
John jak zawsze trzymał się z boku, tym razem Sherlock postanowił dać lekcję nowej policjantce, do której Lestrade zwracał się Sally.
- Szefie, dobrze wiesz że to niemożliwe, przeanalizowaliśmy drogę samochodu, który ja tu prawdopodobnie wyrzucił! – wykrzyknęła Sally.
- Donovan, spokojnie. Posłuchajmy Sherlocka – Lestrade wyglądał, jakby chciał być zupełnie gdzieś indziej.
- Nie biegała niedaleko, bo ślady na jej ubraniach wskazują coś innego. Czy wy naprawdę jesteście tak ograniczeni, że tego nie widzicie?! - Sherlock rozejrzał się po zebranych.
John już dawno postanowił nie brać do siebie jego obelg.
– Spójrzcie na jej nogawki z tyłu spodni. Ma na nim błoto pomieszane z drobinkami liści. W centrum Londynu od dawna nie padało, nie ma też tego rodzaju roślinności. Wystarczy zanalizować gdzie w pobliżu znajduje się takie podłoże i mamy odpowiedź, że to prawie trzydzieści kilometrów stąd! – wskazał coś Lestradowi na komórce.
- Szefie – parsknęła kobieta – My wierzymy w naukowe metody, a nie bełkot jakiegoś świra.
John wzdrygnął się w duchu, ale zanim zdążył zrobić jakiś ruch, Sherlock już zaatakował.
- Na podstawie tych samych metod, z który wydedukowałem jej położenie w chwili śmierci mogę także wydedukować parę faktów o tobie – zwrócił się do kobiety, podnosząc głos
- Sherlock, nie… - John podszedł bliżej, ale Sherlock podniósł rękę i gestem zatrzymał go.
– Zaczęłaś dopiero pracę w tym zespole, wcześniej przechodziłaś przez wszystkie najniższe stopnie kariery. Jesteś tu nowa i jesteś kobietą, więc podwójnie chcesz się wykazać. Udałoby ci się to, gdybyś stosowała naukowe metody, a nie upierała się przy swoich racjach. Nie pochodzisz z bogatej rodziny, studia ukończyłaś raczej ciężką pracą. Masz problem w kontaktach z kobietami, dlatego wolisz przypodobać się mężczyznom. Stosujesz na to różne metody: zostajesz po godzinach, to jedno, ale także wdałaś się w romans w jednym z kolegów, który dzięki temu wprowadzi cię lepiej w strukturę zespołu. Jesteś zdeterminowana, żeby osiągnąć sukces, tak bardzo, że nie przeszkadza ci romansowanie z żonatym mężczyzną. Prawda, Anderson? – odwrócił się w stronę technika.
W miarę jak Sherlock mówił, twarz Donovan robiła się coraz bardziej czerwona.
- Przecież to absurd, czemu ktoś miałby wierzyć w to, co on wygaduje! – krzyknął Anderson.
Sherlock jednak nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń, tylko ruszył do wyjścia z parkingu. John podbiegł za nim i szli w milczeniu, dopóki nie wyszli z parkingu na słoneczną ulicę.
- Słuchaj, wiesz że ona nie ma racji, prawda? – zaczął John, patrząc na zaciętą twarz Sherlocka – Nie jesteś świrem.
Sherlock nadal szybko szedł przed siebie, tak, że John nie mógł za nim nadążyć. Podbiegł do niego i złapał za rękaw płaszcza. Sherlock zatrzymał się i odwrócił w jego stronę, otwierając usta, żeby coś powiedzieć.
- Słyszysz co powiedziałem? Nie jesteś świrem, jestem ponadprzeciętnie inteligentny. Ale ludzie mają problem z tym, jak to pokazujesz, co nie zmienia faktu, że nie mają prawa cię obrażać – Sherlock wpatrywał się w niego tak intensywnie, że John poczuł się głupio i puścił jego rękaw. Spojrzał w ziemię, a potem podniósł wzrok i dokończył:
– I nie musiałeś wytykać jej romansu z Andersonem przy wszystkich. Swoją drogą, skąd wiedziałeś?
Sherlock powoli ruszył i odpowiedział:
– Pachnie jego perfumami.
John spojrzał na niego zdziwiony:
– Jezu, perfumy też wyczuwasz?
- Kiedyś zrobiłem kurs. Obiad?
John wysiadł z taksówki przed szpitalem św. Bartłomieja. Sherlock poprosił go, żeby po pracy odebrał coś od Molly. John nie miał siły kłócić się, że zajmie mu to dwa razy więcej czasu, niż gdyby zrobił to Sherlock. Wbiegł po schodach i zapukał do drzwi laboratorium. Nie słysząc odpowiedzi otworzył je i na drugim końcu sali zobaczył Molly, pochyloną nad czymś.
- Cześć – powiedział, ale nie doczekał się odpowiedzi, nawet się nie odwróciła. John podszedł bliżej i zauważył, że ma w uszach słuchawki. Nie chciał jej wystraszyć, więc podszedł na tyle blisko, żeby go zauważyła. Podskoczyła i strąciła coś na podłogę. Wyrwała z uszu słuchawki i spojrzała na Johna.
- Bardzo przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć!- John schylił się, żeby podnieść to, co upadło.
Molly też się schyliła i zaczęła się tłumaczyć :
– Nie, to moja wina, ale słucham muzyki, bo o tej porze nikogo już nie ma w laboratorium.
Kiedy oboje się wyprostowali dodała:
- Czasem wieczorami przychodził tu Sherlock, bo jest tak spokojnie, ale… jak wam się układa? - dodała speszona.
John zauważył, że lekko się zarumieniła:
– Nie jesteśmy z Sherlockiem parą, wiesz o tym, prawda? Wszyscy nas o to pytają.
-Tak? – Molly wyglądała na autentycznie zdziwioną – Bo on nigdy wcześniej nie spotykał się z nikim tak długo i nie przyprowadził nikogo tutaj, więc pomyślałam…
John nie bardzo wiedział co powiedzieć, więc odpowiedział krótko:
- Ale my naprawdę nie jesteśmy parą. On nie wydaje się być osobą, która wchodzi w dłuższe związki – dodał pocieszająco - Podobno miałem coś odebrać dla niego?
- A tak, wyniki badań – Molly podeszła do biurowej części laboratorium i zajrzała do szuflady:
– Dzwonił do mnie, bo potrzebuje pełnej wersji, a nie tylko skróconej.
John odebrał kopertę i skinął głową.
- Co badasz? – spojrzał na stół.
- Robię analizę włosów, ale mam problem. Potrzebuje męskiego włosa do analizy porównawczej, a teraz już nikogo tu nie ma, a pacjentów nie będę raczej prosić – nagle odwróciła się w jego kierunku z rozradowanym wyrazem twarzy.
John po sekundzie zrozumiał o co chodzi, przeczesał dłonią włosy i położył na stole kilka blond włosów.
- Och, dziękuję, to takie miłe! Sherlock też mi raz pomógł…- urwała i znów się zarumieniła.
- Pójdę już, Sherlock czeka – pomachał kopertą – Miłego wieczoru – uśmiechnął się.
Kilkadziesiąt minut później John wbiegł po schodach do mieszkania. Zastał Sherlocka przy stole kuchennym, mieszającego jakąś dziwną substancję w misce. Położył przed nim kopertę, ale Sherlock nie odwracał wzroku od miski. John oparł się o futrynę i zaczął:
- Byłem u Molly po kopertę. Czemu jej nie powiesz?
- Czego jej nie powiem? – Sherlock schylił się i powąchał zawartość miski.
- Że nie jesteś nią zainteresowany – doprecyzował John.
- Nigdy nie dawałem jej żadnego powodu do tego, żeby myślała, że jestem.
John przewrócił oczami:
– Ale nie powiedziałeś jej tego, a zachowujesz się…- John szukał wyrażenia w głowie.
- Jak się zachowuje? – Sherlock nabrał część substancji z miski i rozsmarował na papierze.
- Po prostu zachowujesz się tak, że można tak pomyśleć.
- Żaden argument –Sherlock pochylił się nad mikroskopem.
- Po prostu powiedz jej, że nie jesteś nią zainteresowany, że interesują cię mężczyźni, wtedy nie będzie jej tak przykro – John wcisnął ręce do kieszeni.
Sherlock podniósł oczy znad mikroskopu i spojrzał na Johna:
– Skąd wniosek że interesują mnie mężczyźni?
John nagle zaczął się czuć bardzo głupio:
– No bez przesady, dobrze wiesz dlaczego.
Sherlock wyprostował się i odłożył szkiełko:
– W zasadzie nie.
- Och, na litość boską! – John podszedł do kanapy, usiadł na niej i głośno włączył telewizor.
John nie miał ochoty przyjeżdżać na aktualne miejsce zbrodni, bo czuł się przeziębiony. Jednak po kilku ponaglających smsach od Sherlocka poczuł się zmuszony i zszedł z kanapy, na której siedział przykryty grubym kocem i przyjechał na stary, opuszczony basen. Ekipa zdawała się kręcić jeszcze bardziej niespokojnie niż zazwyczaj, ponieważ z tego, co John zdążył się zorientować, chodziło o śmierć nastoletniego chłopca. Po wejściu od razu zauważył Sherlocka pochylonego nad ciałem rozciągniętym na podłodze. Nie dał po sobie znać, że zauważył przyjście Johna. Skończył oględziny ciała i wyrzucił z siebie z prędkością karabinu:
- Był wcześniej gdzieś zamknięty przez jakiś czas. Pewnie wyniki badań wykażą, że był pod wpływem silnych leków uspakajających, o czym świadczą wybroczyny na skórze. Kąt ciosów, które ma zadano wskazuje na wzrost o około pół głowy niższy od mojego. Dość silna postura ciała, wysportowany, bo miał na tyle siły, żeby go dość dobrze obezwładnić. Pobraliście jakieś próbki?
- Odcisk buta i kilka włosów – odpowiedział zasępiony Lestrade. – Nie ma żadnych śladów tego, jak tutaj trafił.
- Widocznie zabójca był na tyle sprytny, że nie zwrócił na siebie uwagi niosąc tak duży pakunek. Biorąc pod uwagę ilość leków, którą chłopak był odurzony, zabójca prawdopodobnie miał do nich dostęp zawodowo, bo monitorujecie rynek nielegalnych leków i złapalibyście go wcześniej. Można założyć więc, że to sanitariusz bądź lekarz. Mógł podrzucić tu ciało karetką, bo wtedy nie zwróciłby na siebie dużej uwagi otoczenia. Jakiego rozmiaru ślad stopy znaleźliście? – zwrócił się do Lestrada.
Lestrad podszedł do techników i po chwili wrócił, odpowiadając: - Czterdzieści trzy.
John już otwierał usta, żeby powiedzieć, że w takim razie szukają kogoś takie jak on, bo to jego rozmiar buta i jest lekarzem, ale nagle Sherlock odwrócił się i patrząc mu w oczu powiedział:
– Watykańskie kamee.
John wyprostował się i rzucił do Lestrada:
- Wychodzimy.
Na jego głośne protesty dorzucił:
– Sherlock wyśle wam wyniki smsem.
Ruszył za Sherlockiem, który był już przy drzwiach.
- Na miejscu zbrodni? – John starał się ukryć zdziwienie.
Od czasu konferencyjnej sytuacji, Sherlock tylko dwa razy użył tego wyrażenia w przeciągu kilku miesięcy. John obstawiał, że Sherlock stara się ukryć przed nim jeszcze kilka razy, ale nie przyłapał go nigdy pod wpływem. Pierwszy raz zdarzył się w słoneczne popołudnie, kiedy Sherlock wrócił ze spotkania z Mycroftem. John nie starał się wyciągać z niego co się stało, bo nauczył się już, że nie ma to najmniejszego sensu. Podał więc Sherlockowi jego płaszcz i poszli nad Tamizę, gdzie John zachęcał Sherlocka do dedukowania na temat spacerujących tam ludzi. Początkowo Sherlock podszedł do tego niechętnie, obrażając Johna i twierdząc, że nie zajmuje się tak łatwymi zadaniami, ale kiedy John nieudolnie usiłował go zastąpić i zaczął wygłaszać obserwacje na temat przechodzących ludzi, Sherlock nie mógł powstrzymać się nad poprawianiem go.
Drugi raz miał miejsce, gdy John był na nocnym dyżurze w pracy i odpisał dopiero po dwóch godzinach, niepokojąc się czy Sherlock nie zdążył już zrobić czegoś głupiego. Wiedział, że musi wymyślić coś, co skutecznie przyciągnie jego uwagę. A na nieszczęście Johna nic tak nie przyciągało uwagi Sherlocka, jak rzeczy, które chciało się przed nim ukryć.
Ok. Masz pięć pytań do mnie, które zawsze chciałeś zadać, a ja muszę ci na nie odpowiedzieć. Musisz czekać na odpowiedź, bo jestem w pracy. John
ODPOWIESZ NA KAŻDE ?SH
Tak, chociaż już czuję, że pożałuje tej odpowiedzi.
Kiedy John sprawdził komórkę po kilku godzinach, czekał na niego sms:
TWOJE DRUGIE IMIĘ? STARAŁEM SIĘ O AKT URODZENIA, ALE AKTUALNIE W URZĘDZIE CYWILNYM MAJĄ URLOP. SH
John parsknął do kubka z kawą, a przechodząca obok pielęgniarka rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
Hamish.
Odpowiedź przyszła tak szybko, że John z niepokojem pomyślał, że Sherlock ma już od dawna przygotowaną taką listę.
KTO TO GRACE? SH
Mój pies z dzieciństwa. Sherlock, nie możesz rozszyfrowywać moich haseł do laptopa i się do niego włamywać, ile razy mam ci to mówić?
Odetchnął lekko, bo pytania były całkiem w porządku, oczywiście jak na Sherlocka. Seria musiała zostać przerwana przez siedmiolatkę z napadami padaczkowymi. Gdy znużony wrócił do pokoju po jej ataku, została mu ostatnia godzina dyżuru. Czekał już na niego kolejny sms:
BYŁEŚ KIEDYŚ ŻONATY? SH
Zdziwiony John zamrugał. Skąd Sherlock mógł to wiedzieć, tym bardziej jeśli nie dokopał się do jego dokumentów?
Tak, na studiach. Skąd wiedziałeś?
PRZY SPRAWIE SŁONIA POWIEDZIAŁEŚ DO LESTRADE, ŻE NIE ZAWSZE W MAŁŻEŃSTWIE JEST TAK, JAKBY SIĘ CHCIAŁO. SH
John pokręcił głową. Małżeństwo z Mary było krótkim, studenckim związkiem, rozstali się jeszcze przed końcem studiów. Oboje uważali, że ich ślub był zwyczajnie zbyt pochopną decyzją i rozstali się bez żalu, utrzymując koleżeńskie relacje. John wiedział, że Mary robiła specjalizację z kardiochirurgii i ponownie wyszła za mąż. Faktycznie, kiedy Lestrade mimochodem oznajmił, że w następny weekend bierze ślub, John pogratulował mu serdecznie, ale nie potrafił powstrzymać się od komentarza. Zbeształ potem Sherlocka za to, że nie uprzedził go o planowanym ślubie Lestrada. Sherlock odpowiedział, że przecież to nieistotne, a małżeństwo jest dziwną instytucją. John w duchu zgodził się z nim. Jego rozmyślania przerwał kolejny sms:
UPRAWIAŁEŚ KIEDYŚ SEKS Z MĘŻCZYZNĄ? SH
John zamrugał. Siedział na korytarzu, po którym co rusz przechodził lekarz lub pielęgniarka, a piętro niżej widać było ludzi wchodzących i wychodzących ze szpitala. Kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa coraz mniej podobał się Johnowi. Szybko odpisał:
Nie masz jeszcze jakiś pytań o moje zwierzęta?
Wstał i ruszył do swojego gabinetu, gdzie zajął się wypełnianiem dokumentacji. Po chwili usłyszał cichy sygnał smsa z kieszeni fartucha. Z ciężkim sercem wyciągnął komórkę.
NIE. ODPOWIEDZ. SH
John skrzywił się i odpisał krótkie „tak", po czym szybko wcisnął przycisk „wyślij". Po chwili znów sięgnął po komórkę i napisał:
Będę w domu za mniej niż godzinę, więc może ostatnie pytanie zostaw sobie na inną okazję.
Teraz John był szczerze zdziwiony, bo z jego obserwacji wynikało, że Sherlock na miejscu zbrodni był najszczęśliwszy.
- Sherlock?
Sherlock nie patrzył na niego, tylko szybko podbiegł do taksówki. Powiedział coś do taksówkarza, po czym oboje wsiedli, pośpieszani przez Sherlocka.
- Sherlock…- spróbował ponownie John.
- Porozmawiamy w domu – odpowiedział Sherlock i odwrócił twarz do szyby.
