IV

Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do znajomych, u których jej rodzina od lat wynajmowała domki na lato i załatwiła sobie jeden. Dostała swój ulubiony, skoro było już praktycznie po sezonie. Z dala od reszty zabudowań, otoczony wianuszkiem drzew, stał sobie blisko jeziora, a z ganku rozciągał się cudowny widok.

Lubiła to miejsce…

Jak tylko dojechała i rozpakowała swoje rzeczy, zrobiła sobie słodkiej herbaty i usiadła na „swoim" schodku.

Myślała o tym, jak poprzedniego wieczora żegnała się z przyjaciółkami, jak wiele różnych emocji czuła. Na pewno jej ulżyło, że nie musiała być w D.C. w czasie, gdy ON się żenił, ale jednocześnie brakowało jej przyjaciółek. Och, nie przepadała za ich ciągłymi pytaniami i sugestiami, które czasem bywały męczące, ale tęskniła za nimi, za tym, jak ją zawsze wspierały, jak się z nią śmiały i płakały, zajadając się wiaderkiem lodów oraz tonami czekolady.

Zdawała sobie sprawę, że gdyby nie pozwoliła, aby sprawy zaszły tak daleko, zapewne siedziałyby teraz razem w swoim salonie, oglądając jakąś idiotyczną, romantyczną komedię, racząc się niezbyt zdrowymi przekąskami i powoli delektując kieliszkiem dobrego caberneta. Wina za ten stan rzeczy leżała głównie po jej stronie, bo uciekając przed NIM, przed cierpieniem, powoli, mimowolnie uciekła też od nich. Ostatnio zbyt mało czasu spędzały razem. Pracowała tak dużo, że widywały się tak naprawdę tylko w pracy. Właściwie wyprawa po sukienkę była pierwszą wspólną od dłuższego czasu i zrobiło jej się przykro, że tak je zaniedbała.

- Wynagrodzę im to.- przysięgła sobie solennie. Straciła miłość mężczyzny (choć, czy kiedykolwiek ją miała?), ale przyjaźń wspaniałych ludzi wciąż była jej udziałem.

Nie była sama.

Kolejne parę dni poświęciła na odpoczynek, niekoniecznie ten bierny, choć nie przesadzała z aktywnością. Spacerowała znajomymi ścieżkami, trochę pływała kajakiem, a w międzyczasie starała się jeść zdrowo i wypoczywać na ganku, jeśli tylko nie było zbyt chłodno.

Każdy dzień zaczynała i kończyła kubkiem herbaty na schodach. Nie zapominała też o swoich witaminach oraz żelazie, dzięki któremu już wkrótce poczuła się silniejsza. Jej skóra nabrała lepszego kolorytu, a sen sprawił, że cienie pod oczami zbladły znacząco.

Och, daleko jej jeszcze było do „dawnej siebie", ale z dala od tego, co ją boli, od stresu towarzyszącego jej pracy, powolutku wracała do sił.

Wiedziała, że zanim odzyska dawną figurę, minie trochę czasu. Postawiła więc na regularne posiłki i zbilansowaną dietę. Gotowała sama. Jej gospodarze zawsze dobrze zaopatrywali lodówkę, gdy miała przyjechać, ale nie zakłócali jej pobytu swoimi częstymi odwiedzinami. Zazwyczaj wpadali tylko raz, by zobaczyć, czy wszystko jej odpowiada, a potem, szanując jej poczucie prywatności, zostawiali ją w spokoju.

Pasowało jej takie rozwiązanie, zwłaszcza teraz. Zawsze przyjeżdżała tu, kiedy potrzebowała odpoczynku, perspektywy. Spokój tego miejsca ją wyciszał . Dziś znów potrzebowała jego cudownej magii, żeby dojść do ładu nie tylko ze swoim zdrowiem, ale i emocjami.

Nie było jej łatwo. Tak naprawdę w sercu czuła zadrę i nie sądziła, by ta szybko się zabliźniła.

Wszystko, na co miała nadzieję przez te wszystkie lata, wszystko, co związane z NIM, legło w gruzach. Tyle czasu czekała, modliła się, by wreszcie zauważył jak dobrze mogłoby im być razem. Stała przy nim bez względu na wszystko, od samego początku cierpliwie znosząc kolejne jego flirty, błędy, robiąc dobrą minę do złej gry za każdym razem, gdy zadał jej ból. Wierzyła, że ON się przebudzi, że zrozumie, co od dawna ma pod nosem i dostrzeże, że nikt nie będzie go kochał tak jak ona.

Jak naiwna się okazała, jak głupia…

Zdenerwował ją, gdy rozmawiali ostatnim razem. Nie dość, że potraktował ją jak niedojrzałą smarkulę, która nie umie o siebie zadbać (fakt, nie popisała się w tym względzie, lecz nie musiał być aż tak obcesowy), to jeszcze wyskoczył z tymi rzekomymi wyrzutami sumienia i uznał za jej protektora, choć już prawie nie pamiętała, kiedy ostatnio spędził z nią czas, kiedy zainteresował się tym, co robiła.

Dawniej wiedziałby, że się zapracowywała, dawniej wyczułby, że coś ją gnębi i nalegał, by z nim porozmawiała. Dawniej zaciągnąłby ją na coś dobrego i stał jak kat nad dobrą duszą pilnując, by jadła. Tymczasem zajął się swoją dziewczyną, potem narzeczoną, a gdy przyszło co do czego, zachowywał jak właściciel, który pod wpływem miłosnego haju zapomniał nakarmić swoje zwierzątko i przypomniał sobie o nim, gdy zostało, jak to zgrabnie ujął, „cieniem siebie". Przejął się, bo zemdlała w biurze, ale przed incydentem praktycznie zapomniał, że istniała!

Tylko wrodzona łagodność pozwoliła jej ostatecznie zapanować nad sobą i zakończyć tę pełną napięcia rozmowę, nim doszło do eskalacji emocji, i któreś z nich zrobiło coś, czego mogliby żałować.

Pocałunek w policzek był jej pożegnaniem, ostatnim okazanym dowodem uczuć, które do niego żywiła, a które musiały odejść w zapomnienie. Gdy spotkają się znowu, on będzie żonaty i nic między nimi nie będzie już takie samo. Zresztą, kiedy ostatnio było?

Najrozsądniej byłoby zapomnieć, zostawić tę miłość w sferze wspomnień i spróbować znaleźć coś lub kogoś, kto pomoże jej ruszyć do przodu ze swoim życiem, zacząć od nowa.

Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić, chociaż chęci jej nie brakowało. Nie chciała skończyć jako samotna, stara, zgorzkniała panna. Może i dla niej jeszcze zaświeci słońce, nawet jeśli trochę na nie poczeka.

Nie była naiwna, wiedziała, że to potrwa. Złamanego serca nie wyleczy się od razu. Można zszyć ranę, ale żeby się zamknęła na dobre, potrzebowała czasu. Tego jednak, póki co, miała sporo.

- Teraz najważniejsze, bym odzyskała formę.- powiedziała do swojego odbicia w lustrze, kiedy przygotowywała się do snu.- Całą resztą zajmę się krok po kroku. Zaliczę obowiązkowe badania, wrócę do pracy i będę robić swoje, ale już nigdy tak się nie … zapuszczę.- skrzywiła się, rozczesując osłabione i zbyt matowe włosy. Straciły swój blask odkąd zaczęła tracić na wadze, odkąd jadła zbyt mało, by dać organizmowi wszystko, czego potrzebował. Liczyła, że nowy szampon, który kupiła po drodze z miasteczka, z ziołami i mikroelementami, pomoże jej włosom się zregenerować, bo nawet rozczesywały się opornie.

Podobnie było z jej skórą, chociaż ta zaróżowiła się już trochę i nabrała zdrowszego wyglądu. Rozmawiała też z rodzicami. Widać dzwonili do jej domu i dziewczyny powiedziały im o chorobowym, bo kiedy zadzwonili na jej osobisty numer, posypały się napomnienia, ale i wyrazy troski. Jej matka nalegała, by przyjechała do nich na czas rekonwalescencji, ale ona przekonała oboje, i mamę, i tatę, że świetnie sobie radzi, że wyjazd dobrze jej zrobił i pozostanie w Pine Creek jest dla niej najlepszym wyjściem.

- Skoro się upierasz, kochanie…- westchnęła wreszcie jej rodzicielka.- Obiecaj tylko, że będziesz się dobrze odżywiać i wypoczywać.- dodała, zanim się rozłączyły.

- Obiecuję, mamo.- przyrzekła i niedługo potem zakończyły niemal półgodzinną rozmowę.

Spało jej się dobrze. Pod tym względem nie mogła narzekać. Spacery i świeże powietrze działały cuda i sprawiały, że przesypiała całe noce, chociaż wpływu na jej sny nie miały.

Paradoksalnie, pomimo całej urazy, nadal śniła o NIM w dobrym aspekcie. Jej sny były kompilacją przyjemnych wspomnień z czasów, gdy jeszcze była dla NIEGO ważna, gdy jedli razem, śmiali się i… tak, nawet płakali. Cieszyło ją to. Jeśli w przyszłości miała wciąż z nim pracować, nie chciała pamiętać tego, co złe. Nic dobrego by z tego nie wynikło. Gdyby poddała się negatywnym uczuciom, wspomnieniom, prędzej czy później ich współpraca skończyłaby się katastrofą, a tego nie chciała. Dobrze było jej w tej ekipie. Była lubiana i szanowana, a nie postrzegana jako zło konieczne i kula u nogi. Byłaby niepocieszona, gdyby musiała odejść. Poza tym, to wciąż dowodziło, że w głębi duszy się nie zmieniła, że choć jej serce zostało zranione, ona pozostała sobą.

To nie tak, oczywiście, że od ręki zapomni, wybaczy i będzie go traktować jak kiedyś. Była wielkoduszna, ale nawet ona potrzebowała na to czasu. Była jednak przekonana, że kiedyś spojrzy na niego i już nie poczuje bólu, czy żalu. Przyjdzie taki moment, że stanie się dla niej na powrót… przyjacielem. Pewnie nadal nim był, bo przyjaźń nie tak łatwo zniszczyć jeśli jest prawdziwa, ale ta została nadwyrężona i tylko czas pokaże, w jakim stopniu przetrwała.

Dzień jego ślubu był najcięższym, odkąd dowiedziała się o jego powrocie do tamtej kobiety i skłamałaby, gdyby powiedziała, że było inaczej, bo praktycznie go przepłakała. Widać nie była tak silna, za jaką się uważała.

Postarała się, żeby nikt do niej nie dzwonił z wieściami, które mogłyby tylko nasilić jej zgryzotę. Chciała wypłakać się w samotności, by, kiedy obudzi się następnego dnia, zacząć od nowa i więcej o tym nie myśleć.

- Co cię nie zabije, to cię wzmocni, skarbie…- przypomniała sobie słowa ojca i choć na ten moment nie bardzo jej pomogły, to wiedziała, że ostatecznie znów udowodnią swoją prawdziwość, W końcu robiły to już nie raz…

TBC