betowała przecudna Tyone :*
Rozdział 4
Wizje
Harry obudził się zlany potem. Krzyk zamarł mu na ustach. Obolałe gardło piekło przez dobrych kilka minut, nim udało mu się wymacać w ciemności przygotowaną szklankę z wodą i upić parę życiodajnych łyków. Kolejnym krokiem, który wykonał niemal mechanicznie, było sprawdzenie kombinacji trzech zaklęć wyciszających, gwarantujących mu dyskrecję. Drżącymi dłońmi ostrożnie odsłonił kotary wokół swojego łóżka tylko po to, by słyszeć głośne chrapanie Neville'a, zanim zapadnie w kolejny nieprzyjemny sen.
Srebrne łzy zmieszane z potem i kroplami krwi wpiły się w poduszkę.
ooo
Wstał, ziewając. Szybki prysznic, liczenie godzin, które udało mu się przespać. Musiał uczciwie przyznać, że przez Snape'a nabawił się paranoi. Przez cały wczorajszy wieczór myślał o tym, co mężczyzna powiedział mu w swoich komnatach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się działo. Nie był kompletnym idiotą, a ostatnie bezsenne noce spędził między innymi w Dziale Ksiąg Zakazanych. Zbieranie informacji o Niewybaczalnych nie należało do najłatwiejszych, ale skoro zdecydował się zrezygnować z pomocy Hermiony…
To nie tak, że nie ufał swoim przyjaciołom. On po prostu świetnie zdawał sobie sprawę tego, co się stanie. I nie było to bynajmniej coś, co mogłoby mu pomóc choć trochę. Ron, jak zwykle spanikowany, jąkałby się, patrząc z nadzieją na Hermionę, a na niego z tym cholernym współczuciem. Gryfonka natomiast po powtórnym przeprowadzeniu badań wykonanych przez niego wcześniej, nalegałaby na wizytę u Dumbledore'a. Tego samego, który po śmierci Cedrika przez całe wakacje nie miał dla niego nawet piętnastu minut na rozmowę.
Otrząsnął się z nieprzyjemnych wspomnień. Fakty mówiły same za siebie. Już dwa dni temu poczuł, że nie trzyma pióra tak pewnie jak wcześniej. Prawa dłoń drżała mu nieznacznie, niezależnie od intensywności koszmarów. Już wtedy, gdy dostał pierwszym Crucio na cmentarzu w dniu odrodzenia Voldemorta wiedział, że nie wszystko jest w porządku. Potem było tylko gorzej, więc od prawie dwóch miesięcy po kryjomu ćwiczył lewą rękę. Może chociaż w ten sposób uda mu się zaskoczyć wroga. Nikt przecież nie powiedział, że musi go zabić prawą.
Schudł też kilka kilogramów, ale nigdy nie był zbyt dobrze zbudowany, więc nikt tego nie zauważył. Za duże ubrania po Dudley'u nareszcie się do czegoś przydały, maskując utratę wagi. Zamierzał wprawdzie wybrać się na zakupy gdy tylko dotarli do Hogwartu, ale byłoby to głupotą, zważywszy na obecną sytuację. Gdyby tylko Ron czy Hermiona zauważyli wystające teraz żebra, czy otarcia od ciągłego rzucania się w łóżku, trudno byłoby mu się wytłumaczyć.
Wszystko więc pozostawało bez zmian. Wciąż miał swoją małą tajemnicę, która została teraz częściowo upubliczniona. I tu znów pojawiała się kwestia Snape'a, który nieoczekiwanie przyszedł mu z pomocą. Jego groźby nikt nie mógł zignorować, nieważne z jakiego był Domu. Zaskakujący był fakt, że choć zazwyczaj cieszyło go, gdy ktokolwiek dokopał Złotemu Chłopcu, Który Przeżył, By Dręczyć Go Swą Nieudolnością, tym razem nie pozwolił plotkom krążyć po szkole. Podobnie jego zachowanie w swoich prywatnych komnatach - nie szydził, nie kpił. A przynajmniej nie więcej, niż zwykle. Wyłożył kawę na ławę, wskazując konsekwencje. Nie przedstawiał mu alternatywy, ale jednocześnie jakby sugerował, że może pomóc. Dał mu wybór. Coś, czego nigdy nie miał i najpewniej nigdy mieć nie będzie. Kłamstwo, ułudę, nadzieję. Czym to było? Nie potrafił zdefiniować. Zawsze, gdy próbował dosięgnąć czegoś, co nosiło chociażby kształt tego, uciekało niekiedy w ciszy, a czasem z diabelskim chichotem, który do złudzenia przypominał mu śmiech ciotki Petuni, gdy zamykała mu drzwi przed nosem podczas największych ulew, udając, że nie widzi stojącego na progu, przemoczonego kilkulatka.
Nieważne, co się działo – i tak pozostawiało to dużo głębsze rysy, niż cruciatus Voldemorta.
- Stary, bo odmokniesz – warknął ktoś za nim. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że stoi sam pod prysznicem od dobrych kilkunastu minut nie ruszając żadną ze skostniałych kończyn. A woda, która opłukiwała ciepłym strumieniem obolałe ciało była lodowata. Wszyscy byli już ubrani w szkolne szaty, przygotowując do wyjścia, a Ron właśnie wyrwał go z zadumy, której poddał się, gdy odpoczywał w pustej kabinie.
- Dzięki. Zamyśliłem się – mruknął niewyraźnie. Drzwiczki niewysokiej kabiny zasłaniały go przed kolegami, gdy sięgał po ręcznik. Szybkie zaklęcie suszące dokończyło roboty.
ooo
Snape z cichą satysfakcją obserwował, jak Potter w towarzystwie przyjaciół wchodzi do Wielkiej Sali. Kilka rzuconych przelotnie spojrzeń w kierunku Slytherinu utwierdziło go w przekonaniu, że może czuć się w miarę bezpieczny, przynajmniej dopóki nie dojdzie do bezpośredniej konfrontacji. Wczorajsza rozmowa z Draconem nie przyniosła nic, a jednocześnie dała odpowiedzi na tak wiele pytań. Młody Malfoy poprosił o ilość veritaserum wystarczającą na dokładne przesłuchanie całego Domu. Zapewnie to właśnie planował i, jak widać, nie zamierzał się z tym kryć. Powiedział też, że jego życie jest ważniejsze, niż jakiś głupi Gryfon i jego niedorzeczne wizje. Mistrz Eliksirów wywnioskował więc, iż Lucjusz Malfoy właśnie stracił informatora.
Co jednak zmierzali?
Nie ufali sobie aż tak bardzo, by wyjawić zawiłe plany. Zależności i ich powody. Nigdy nie dają sobie tyle władzy. Podstaw do szantażu.
Tymczasem Potter jakimś cudem nabrał cały swój rocznik, który ewidentnie nie grzeszy inteligencją. Prawie nikt nie przygląda mu się z niepokojem. Jedynie ta Granger próbuje karmić go siłą, ale widać, że chłopak jest zbyt zmęczony, by ugryźć choć jeden kawałek tosta, który dla niego przygotowała. W końcu bierze go do ręki, lecz gdy Gryfonka obraca się bokiem, podaje go chętnemu rudzielcowi. Nic dziwnego, że udało mu się wszystkich oszukać, skoro nie wie prawica, co czyni lewica. Coś takiego byłoby nie do pomyślenia w jego Domu.
Gryfoni natomiast pozwalają sobie dalej, ignorując ukradkowe spojrzenia rzucane przez Malfoya. Dziedzic fortuny jest tak zamyślony, że nie dopija swojej ulubionej porannej kawy, co jest samo w sobie ewenementem i choć zostaje to szybko zauważone przez najbliższych kolegów, o dziwo nie zwracają mu uwagi. Napój natomiast stygnie i zostaje zabrany przez jednego ze skrzatów.
- Severusie, czy miałbyś ochotę na herbatę dziś po południu? – pyta Dumbledore. Te cholernie radosne błyski w jego oczach chyba same w sobie są szalone. Jak ktoś może być tak szczęśliwy, gdy w jego szkole jest prawie dziesięciu Śmierciożerców, kolejnych czterdziestu potencjalnych właśnie podnosi swoje kwalifikacje, a poza murami czeka okrutny obłąkaniec, którego nikt nie potrafi pokonać?
- Oczywiście, dyrektorze – mówi, ignorując to, że dopija chyba czwartą filiżankę, a nie sądzi, że ta w gabinecie będzie miała choć trochę przyjemniejszy smak, niż cholerna lura podawana przy śniadaniu.
ooo
Harry stara się skupić na Wróżbiarstwie, po raz pierwszy marząc o tym, by Historia Magii nareszcie nadeszła, dając mu dobre dwie godziny względnego spokoju, kiedy nikt nie będzie zdziwiony, gdy przyśnie. O dziwo sen w dzień jest możliwy. Odkrył to prawie tydzień wcześniej, ale ma na to zbyt mało czasu. Ciągłe wymykanie się do Pokoju Życzeń jest szalenie niebezpieczne, a spędzanie dnia w Zakazanym Lesie byłoby idiotyzmem i samo w sobie napędziłoby więcej nieprzyjemnych snów. Tak naprawdę nie potrzeba mu zbyt wiele. Wystarczy nawet kilka minut, nieheblowana ława. Może być też podłoga.
Martwić zaczyna się dopiero kilka dni później, gdy różdżka wypada mu podczas rzucania zaklęć wyciszających i nie może jej podnieść. Pewien, że zaciska dłoń w pięść, stara się ignorować jej drżenie. Wieczorami jest najgorzej, bo demony kroczą cieniem. Od prawie miesiąca unika nieoświetlonych miejsc mając nadzieję, że to coś pomoże. Ale nie pomaga.
Różdżka ponownie wyślizguje się z palców, lądując na łóżku. Przełykając kilka gorzkich łez wyciąga lewą rękę, by zdać sobie sprawę, iż ten dziwny tik palca wskazującego przestaje być tylko tikiem. Duma nie pozwala na mu na szloch wcześniej, niż po rzuceniu zaklęć. Uspokaja się prawie natychmiast, przypominając sobie, że w tym roku uczą się zaklęć niewerbalnych.
ooo
Potter zdaje się funkcjonować normalnie. Schodzi na śniadania, siada z przyjaciółmi. Żartuje, choć z daleka widać, że robi to na siłę, jakby bojąc się, iż odkryją jego mały blef. Takie niewielkie kłamstewko rzucone na pożarcie naiwnych Gryfonów, zbyt zapatrzonych w Wybrańca, by dostrzec chłopca, który potrzebuje ich pomocy. Zastanawia się, dlaczego nie poszedł do Dumbledore'a. Wcześniej zawsze polegał na radach tego starca, ale może nawet on odkrył, że dyrektor jest szalony?
Właściwie cieszy się, że Albus o niczym nie wie. Mógłby wykorzystać go w najokropniejszy z możliwych sposobów. Ileż to razy proponował mu silniejszą więź z Voldemortem, by szpiegować go w ten sposób. Ileż razy odmówił, mówiąc mu, że jest głupcem, który zbyt wiele ryzykuje.
Ale obaj są Gryfonami. Cholernie naiwnymi, szaleńczymi w bezsensownej odwadze Gryfonami, którzy giną przez swoją głupotę. Dopóki śmierć jest samotna może zostać zapomniana, ale tym razem mogą pociągnąć za sobą miliony.
ooo
Francja nie powitała go niczym zaskakującym. Było odrobinę zimniej, mniej słonecznie. Czarodzieje dalej mieszkali poukrywani wśród mugoli i ich społeczeństwo nie było zbyt związane ze sobą, więc czuł się bezpiecznie odwiedzając jednego ze starych znajomych.
Co prawda Carl krzyczał wniebogłosy, gdy tylko spojrzał na niego po raz pierwszy, ale nie zamierzał się tym zbytnio przejmować. Niewysoki brunet o orlim nosie nigdy nie był odważny czy chociażby racjonalny, więc jego osobiste lęki nie martwiły go tak bardzo.
Wbił szybko kły w jego szyję, smakując jedynej w swoim rodzaju krwi. Magicznej, podtrzymującej go przy życiu przez tyle setek lat. To jej zawdzięczał swoją siłę i moc. Czuł energię przepływającą z żył francuskiego maga do jego wampirzego ciała, nadwątlonego wędrówką i słońcem Włoch.
Czarodziej upadł z jękiem na dywan własnego gabinetu i pogrążył się w leczniczym półśnie, a jemu w ustach pozostał posmak camembert. Dlaczego oni nie mogą, u diabła, jeść słodyczy?
