Trochę inspiracji z Hunger's Game. Dziękuję wszystkim za komentarze i życzę miłej lektury:))

Leżała na polanie, schowana w trawie i patrzyła w płynące po niebie obłoki. Nieboskłon zmienił barwę na ciemnogranatowy, zwiastując nadchodzącą noc. W chmurach odbijały się pomarańczowe promienie słońca, przeistaczając je w miodne cętki na ciemnym tle. Wszystko stało w miejscu, żadnego wiatru, żadnego chłodnego podmuchu - parne powietrze sprawiało, że człowiek pocił się nawet śpiąc. Miejsce to nie zaznało ciszy - bezustanne cykanie bliżej niezidentyfikowanych owadów, będących najpewniej błędem systemu, krzyki małp gdzieś w oddali, a w pewnej chwili nawet ryk jaguara. Cyfrowe życie trwało obok Inspektor Shepard, ale nie przejmowała się tym, że to wszystko tylko w jej głowie. Pewną cząstką była właśnie na Ziemi, w nietypowym lesie tropikalnym, może troszeczkę udoskonalonym i zmodyfikowanym przez technologię, ale ziemskim.

Ciemność zapadła dość szybko, ale upał, jak i bezruch powietrza pozostał. Podniosła się z trawy, by przekonać się, że jej kości się zastały. Uśmiechnęła się, czując przyjemne mrowienie w nogach. Ruszyła w kierunku ściany lasu, włócząc nogami i starając się powstrzymać cisnący na usta śmiech. Mrowienie, które większość ludzi boli, ją łaskotało.

Usiadła pod jednym drzewem, nasłuchując dżungli, po czym przycisnęła słuchawkę bardziej do ucha, by lepiej rozróżnić głos Vicki. SI była cały czas z kobietą, ale nie relacjonowała poczynań drużyny, nie informowała o ich stanie czy położeniu. Mówiła jedynie o stanie zdrowia i kondycji psychicznej, ale tylko wtedy, gdy sama uznawała, że wskaźniki przekraczają normę.

- Jak stan drużyny? - zapytała cicho kobieta, rozglądając się w poszukiwaniu zagrożenia. W tym miejscu była równie zagrożona jak pozostali, a jedyną przewagą w jej przypadku okazała się znajomość terenu.

- Sail nie żyje - powiedziała, a Shepard drgnęła zaskoczona. Turianin nie żyje? - Reszta...

- Nie mów - upomniała ją Ziemianka. - Sama ich wytropię.

- Nie wątpię, Shepard. Miłego polowania.

Dżungla za dnia wydawała się miejscem złowrogim i niebezpiecznym, ale po zmroku to wrażenie potęgowało się do tego stopnia, że osoba nieprzyzwyczajona z łatwością mogła wpaść w panikę, a co więcej, w pułapkę. Taki też był zamiar Elizabeth - nie zamierzała strzelać do nich jak do kaczek, zamierzała ich prowokować w taki sposób, by wpadali w rozstawione przez nią pułapki.

Kobieta biegła w pozycji pochylonej, starając się nie poruszać za bardzo krzakami i nie robiąc wokół siebie zbyt wielkiego szumu. Czuła na sobie spojrzenia stada pawianów siedzących cicho nad jej głową, wyczekujących rozwoju wydarzeń. Uważała na każdy krok, nie chcąc nadepnąć na jakichś drogocenny dla naczelnych przedmiot. Jednocześnie wszystko trzymała blisko ciała, wiedząc, że jeśli coś zostanie przez nie odebrane, już tego nie odzyska. Wszelakie próby najpewniej skończyłyby się furią całego stada, które widziała niegdyś w starej, Disneyowskiej bajce Tarzan.

Ziemia była wilgotna, w powietrzu było jednak więcej wody niż na podłożu. Czuła kropelki spływające po plecach, ubrania przesiąkły zapachem gleby i liści, a każda roślina, którą dotknęła, upuszczała zmagazynowaną wodę na ziemię.

Shepard zatrzymała się by przekonać się, że dżungla jest jeszcze cichsza. Wiedziała, co to znaczy. W mroku niewiele widziała, ale najwyraźniej znalazła się w obszarze zagrożonym, jak wielokrotnie powtarzano na ziemskim szkoleniu. Obszar zagrożenia to teren łowiecki drapieżnika, ale nie jest to jednoznaczne z tym, że zwietrzył on ofiarę.

Inspektor w pierwszej chwili chciała poprosić Vicki o przeskanowanie i zdanie relacji, jednak nie zrobiła tego. W normalnych warunkach SI nie mogła spełnić tej prośby, więc i w tych nie powinna - w końcu szkolenie miało służyć opanowaniu sztuki radzenia sobie w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. I tak miała miażdżącą przewagę.

Nie biegła, ale też nie szła - obrała idealne dla siebie tempo, dzięki któremu nie męczyła się za bardzo. Nie musiała śledzić pozostałych członków drużyny - głośny i wiecznie narzekający Howex ułatwiał określenie ich położenia, dzięki czemu Shepard krążyła wokół nich, unikając większych od siebie drapieżników. Nie strzelała do nich, nie zakładała pułapek - słuchała.

- Chrzanić to - burknęła Shepard i przestawiła swój nadajnik na częstotliwość ich radia. Zagranie poniżej pasa, ale musiała wiedzieć co knują, zresztą, prawdziwy wróg zrobiłby na jej miejscu dokładnie to samo. Przez delikatne zakłócenia przebił się wyraźna rozmowa.

- Nie znajdziemy jej w tej dziczy! To jest nie fair! - fuknął Howex, wyraźnie sfrustrowany, w efekcie czego Elizabeth parsknęła. Radio przekazało to drużynie, jednak utonęło w szumie.

- Stul dziób. - Warknął Maio, za pomocą olbrzymiego noża przecinając gąszcz.

- Gorąco tu i śmierdzi tymi no...

- To kwiaty - kłótnię przerwała Alsaja, idąca z boku i obserwująca ciemny gąszcz z lękiem. Księżyc został zaprogramowany tak, by dawał tyle światła co podczas pełni, jednak ciemne chmury chwilami przesłaniały go, przez co postacie ginęły w cieniu.

- Śmierdzą - warknął Howex, ucinając wszelką dyskusję.

- Nie kojarzę w ogóle takiej fauny i flory - warknął Maio, szarpiąc się z tasakiem, który utknął w drzewie. Nie radził sobie z tym najlepiej, więc Kroganin chciał mu pomóc, a zakończyło się to ostrą wymianą zdań. Byli tak pochłonięci awanturą i próbą przejścia pomiędzy pnączami, iż nie zauważyli, że Shepard idzie praktycznie z nimi krok w krok, równolegle, schowana pomiędzy krzewami. Od Alsaji dzieliły ją ledwie dwa metry, a Asari nie słyszała szelestu liści i pękających gałęzi.

Elizabeth robiła to celowo, sprawdzała ich czujność i przygotowanie do pracy w terenie. Tak jak się spodziewała, przyzwyczajeni byli do budynków i wieżowców, w których dotychczas ćwiczyli, ale na otwartym i dzikim terenie starali się bezbronni. Rozległ się wrzask bólu Maio a następnie śmiech Howexa.

Salarianin rozciął sobie dość poważnie rękę - praktycznie cała dłoń wisiała na kawałku skóry. Niebieska krew wyciekała obficie, a nieszczęśnik darł się i trząsł ręką, jakby miało to uśmierzyć ból. Alsaja odepchnęła Howexa i uderzyła Maio, uspakajając go tym samym.

W ciągu kilku minut zrobiła prowizoryczny opatrunek i usztywniła rękę.

- Trzeba będzie odkazić - powiedziała poważnie Asari, a Howex prychnął.

- Nie umrze od tego, przecież to tylko symulacja.

- Ból jest prawdziwy! Ta kurwa coś zrobiła z systemami! - wydarł się Maio, a echo jego głosu jeszcze przez chwilę niosło po dżungli.

- Ból nie może być prawdziwy - odparła Howex, ale Maio nie zamierzał się poddać w kłótni.

- Ból może wydawać się prawdziwy. Maio, to po prostu jest wystarczająco realistyczne, byś myślał, że czujesz ból - próbowała go uspokoić Alsaja, jednocześnie klepiąc Kroganina w ramię i nakazując mu milczenie.

- Ból może być prawdziwy. - Rozmowę przerwał słaby głos Thasha, a wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. Ten zrobił krok do tyłu i opuścił głowę, jak dziecko przyłapane na czymś wstydliwym.

- Może? - pozostała dwójka spytała jednocześnie, ale ich miny świadczyły, że nie chcą znać prawdy.

- Wiem, że są specjalne kody i podłączenia neuronowe, które sprawiają, że w wirtualnej rzeczywistości odczuwamy ból, pragnienie i wszelkiego typu niedogodności - powiedział, a następnie pokręcił głową. - SI Shepard mogła samoistnie stworzyć taki wzorzec i wprowadzić go do komputerów.

- Niby kiedy? - spytała Alsaja, a Maio oddychał, kładąc rękę na klatce piersiowej. Wyglądał, jakby miał zemdleć lub zejść na zawał.

- Była przy komputerach, kiedy my przygotowaliśmy się do przejścia. Kilka minut jest wystarczające dla SI.

- Czyli kiedy będziemy umierać, to będziemy prawie na naprawdę? - spytał mało inteligentnie Howex, jednak sens jego pytania został zachowany. Co więcej, przeraził on wszystkich.

- Skoro ból jest rzeczywisty, to i... - zaczęła Alsaja, a następnie odwróciła się w kierunku Maio. Jej twarz zdradzała zbyt wiele emocji, by móc określić tę, która w danej chwili nią szarpała.

- Tak, możemy się wykrwawić, dostać zakażenia lub umrzeć w niewyobrażalnych męczarniach. Kiedy stracimy nogę, to nie będziemy tylko na to patrzeć, ale będziemy czuć tak, jakbyśmy naprawdę stracili kończynę. Nasze ciała nawet po wyjściu z tego stanu będą odczuwać ból, o ile nie zostaną trwale uszkodzone.

- Ło kurwa - szepnął Howex, a Asari natychmiast odzyskała rezon.

- Musimy znaleźć bandaże i coś, czym będziemy mogli odkazić ranę.

Nie czekała, tylko złapała za maczetę, wyszarpnęła ją szybkim ruchem i zaczęła siec wiszące pnącza. Shepard patrzyła na to po części z zadowoleniem, bo osiągnęła zamierzony, przynajmniej po części, efekt. Chciała, by drużyna poznała smak prawdziwego bólu, bo jako elitarne jednostki, wysługiwali się pozostałymi i działali na własną rękę. Tutaj stanowili jeden organizm i kiedy jeden organ został ranny, reszta musiała mu jakoś pomóc, a nie dobić. Wcześniejsze szkolenia w większości przypadków kończyły się jatką, bo każdy patrzył tylko na siebie, a nie na dobro grupy. Tu nie było miejsca na takie myślenie.

Nagle małpy zaczęły wrzeszczeć, ogłuszając praktycznie Elizabeth. Obszar zagrożenia to teren łowiecki drapieżnika, ale nie jest to jednoznaczne z tym, że zwietrzył on ofiarę. Teraz najwyraźniej coś dużego zwietrzyło zapach i ruszyło do ataku, a małpy zareagowały zgodnie ze swoim programem - zaczęły alarmować potencjalne ofiary.

Drużyna z początku nie wiedziała, co się dzieje, a fakt, że do tej pory nie znaleźli broni wyraźnie ich sfrustrował. Stanęli do siebie tyłem, rozglądając sie za zagrożeniem, za które uznali Shepard. Ta jednak wraz z pierwszymi wrzaskami małp padła na ziemię. Nie czekała, tylko przeczołgała się do najbliższego drzewa i położyła się tak, by przypominać korzeń. Strój moro oraz błoto, w którym zdążyła się utopić stanowiły doskonały kamuflaż. Wszystkie dźwięki mieszały się, tworząc dziką orkiestrę natury. Shepard leżała spokojnie, tuląc do piersi pistolet i nasłuchując.

Wrzaski drużyny rozbrzmiały wraz z symfonią małp. Kobieta domyśliła się, że drapieżnik już na nich wyskoczył i najpewniej rozdzielili się, biegnąc w swoją stronę. Jakby na potwierdzenie domysłów, Alsaja przebiegła obok Elizabeth, nawet jej nie zauważywszy. W pierwszej kolejności ziemianka chciała się podnieść, zawołać ją, pomóc jakoś, ale zawahała się na ułamki sekund i to właśnie one uratowały jej życie. Jaguar przeskoczył nad kobietą z gracją, nie zatrzymując się ani nie zwietrzając ludzkiego zapachu. Gnał za nowym zapachem, krwawiącą ofiarą - przerażoną Asari.

- To nie są vareny - pomyślała cicho Elizabeth i przymknęła oczy. Nie myślała nad tym by dobić towarzyszkę by ta nie cierpiała, nie miało to większego sensu. Musieli przekonać się o swojej śmiertelności, o cierpieniu ciała i braku litości. Kiedy działali jako drużyna, powinni stanowić jeden organizm. Nie powinni się rozdzielać, nie powinni działać na własną rękę. Tego chciała ich nauczyć, bo dostrzegała cel Valara w tym, iż skład stanowiły zupełnie różne odmienne osobowości. Rada chciała sprawdzić, czy różne rasy potrafią ze sobą współpracować, a Aot'soni robił krok dalej.

Shepard leżała jeszcze krótką chwilę, aż przerażenie Asari przerodziło się w ból, a wrzaski przebiegły po całej dżungli. Elizabeth mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem, a następnie zerwała się na nogi i ruszyła przed siebie. Jeden drapieżnik, jednak ofiara - pozostali rozpierzchli się po dżungli jak przerażone dzieci. Nie spodziewali się zagrożenia innego niż ona sama. Nie uwzględnili, że również dzicz może na nich polować i właśnie takie myślenie sprawiło, że drużyna liczyła o kolejnego członka mniej.

Z łatwością zorientowała się w którą stronę pobiegli - za Maio ciągnął się krwawy ślad, Howex taranował wszystko na swojej drodze. Jedynie Thash zaginął, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Gdyby Shepard miała ze sobą Leonarda, a raczej był on nieodłącznym partnerem, to siedziałaby na szczycie drzewa i rzucała owocami, które mały robot miałby przynieść z powrotem. Zajęcie absorbujące na tyle, że drużyna miałaby czas na ponowne odnalezienie się.

Ta sytuacja była jednak inna. Shepard szła śladami Maio, próbując zmniejszyć dzielący ich dystans. Nie zamierzała mu pomóc, nie zamierzała również mu przeszkadzać. Chciała się przekonać jak poradzi sobie najlepszy członek OZS. Znalazła go, oraz zgubę, kilkanaście minut później, kilkadziesiąt metrów od drapieżnika, przy strumieniu. Tam również leżała skrzynia zamknięta na zamek - na całym obszarze leżały skrzynie, ale i pojedyncze przedmioty poukrywane w dziuplach i norach.

- Otwieraj to szybciej! - warknął Maio, bledszy niż zwykle. Wyraźnie się wykrwawiał, bo niebieska substancja ciekła z kikuta dłoni.

- Nie poganiaj mnie - odparł Thash, a głos trząsł mu się niewiarygodnie. Za pomocą dwóch wytrychów próbował otworzyć najzwyklejszy zamek na klucz. Zmagał się z mechanizmem przez dłuższy czas, ale miał wystarczającą wprawę, by otworzyć skrzynię. W środku znajdowała się butelka spirytusu oraz bandaże.

- Alsaja mówiła, że trzeba oczyścić ranę - przypomniał Thash, a Maio potaknął głową. Usiadł posłusznie na ziemi i wyciągnął rękę przed siebie, a Quarianin zdjął prowizoryczny opatrunek, a następnie polał kikut spirytusem. Wrzask bólu był niewiarygodnie głośny, a echo niosło się po dżungli kolejne minuty. Odpowiedziały na niego małpy, ukryte w koronach drzew gdzieś w oddali.

Thash dość niezdarnie zrobił opatrunek, jednak wystarczająco dobrze, by zatamować krwawienie.

- Powinniśmy to przypalić jakoś - powiedział cicho Thash, odwracając się w kierunku skrzyni i grzebiąc w jej wnętrzu. Pomijając środki pierwszej pomocy, znajdowała się tam również broń. Shepard zagryzła wargi i zacisnęła dłonie na snajperce, obserwując z ukrycia, jak Quarianin oddala się w stronę strumienia, by przynieść misę z wodą rannemu. Salarianin w tym czasie sięgnął do skrzyni i wyciągnął pistolet, najzwyklejszego kolta. Przyglądał mu się dłuższą chwilę, po czym bez słowa wycelował w plecy towarzysza i bez zawahania, pociągnął za spust.

Pocisk przeszedł przez ciało na wylot, a huk wystrzału spłoszył ptaki z pobliskich drzew. Shepard nawet nie drgnęła, tylko patrzyła, jak Maio odkłada broń na miejsce, a następnie wstaje i podbiega do jeszcze żyjącego Thasha.

- Żyjesz? Oberwałeś? - zapytał z przesadną troską, odwracając Quarianina na plecy. Nieszczęśnik krztusił się własną krwią a infekcja obejmowała jego ciało z zastraszającą prędkością.

- Ziemianie, nie można im ufać - powiedział przejęty Maio, zaciskając zdrową rękę na dłoni umierającego Thasha. Shepard patrzyła na to z boku, patrzyła bez emocji, ponieważ oczami wspomnień widziała tam zupełnie inne osoby. Dawno już martwych ludzi.