Słowa Dereka dotyczące Deucaliona nie chciały wyjść mu z głowy. Jego instynkt, prócz seksualnej części, na dobrą sprawę nie działał nigdy poprawnie. Nie wyczuwał zagrożenia i nie wiedział przeważnie jak powinien się zachować. Od tego miał Lydię, która zapamiętale truła mu o wszystkich zasadach dotyczących spotkań z ludźmi i wilkołakami. Dodatkowo przypominała mu przy każdym wyjściu na wszelki wypadek.
I tak zawsze zapominał, że nie powinien podawać dłoni jako pierwszy, bo stawiał się powyżej innych.
Nie zawsze wstawał też na powitanie co było kolejnym błędem.
Życie było okropne, ale to konwenanse stanowiły jego prywatne piekło.
Derek oczywiście potrafił znaleźć się w każdej sytuacji. Peter zaprosił ich wszystkich na doroczny bal organizowany w firmie, żeby Deucalion poznał wszystkich pracowników. Aiden towarzyszył mu i Stiles po prostu wiedział, że nie jest to przypadek.
Syn Deucaliona wodził za nim oczami przez cały wieczór, chociaż Stilinski miał jedną kategoryczną zasadę nie mieszania spraw łóżkowych do biznesu, więc w zamian unikał go jak mógł.
W ciągu następnego tygodnia miało stać się wiele ważnych rzeczy jak podpisanie pierwszych umów wstępnych, po których rozpoczynały się prawdziwe boje o pieniądze oraz początek jego cyklu, który w zasadzie znosił najgorzej. Lydia już ustaliła z Boydem terminy spotkań w ten sposób, żeby przeskoczyli dwa najcięższe dni, więc Derek nie mógł w żaden sposób wpłynąć na jego decyzyjność.
Mężczyzna w zasadzie zachowywał się książkowo profesjonalnie. Ich prywatne rozmowy nie wypływały podczas oficjalnych spotkań i to był jeden z głównych powodów, dla których Stiles wciąż się z nim widywał. Czasami zastanawiał się czy Derek nie ma nic lepszego do roboty niż przesiadywać z nim sam na sam w barze, ale najwyraźniej Hale lubił po prostu wspominać studia. Co prawda patrzyli na Yale w całkiem odmienny sposób, ale Derek nie wydawał się być urażony. Zdanie o profesorach w końcu mieli jedno.
Aiden ponownie przemieścił się po sali pełnej ludzi tak, by stać jak najbliżej niego, więc Stiles uśmiechnął się do niego lekko, acz niezapraszająco. Lydia wciąż krążyła w poszukiwaniu toalety, ale odmówił użycia swojego nosa w celu wyszukania intensywnego i charakterystycznego zapachu.
- Mój ojciec jest pod wrażeniem twojej pracy – zaczął mężczyzna. – Generalnie bardzo wiele o tobie słyszeliśmy – dodał.
- Dziękuję – odparł nie starając się nawet udawać, że komplement nie sprawił mu radości.
W końcu po części osiągnął sukces, bo chciał, żeby go podziwiano.
- Chciałbym zaprosić cię do Hamptons, do naszej letniej rezydencji. Za tydzień mam urodziny i będzie kilku znajomych – urwał, czekając ewidentnie na jego reakcję.
- Niestety jestem zajęty pracą w tej chwili. Sam rozumiesz, że takie sprawy wymagają czasu i zaangażowania – odpowiedział. – Jednak, jeśli po zakończeniu transakcji wciąż będziesz zainteresowany – sugestywnie zawiesił głos i Aiden skinął głową.
- Nie mieszasz pracy z przyjemnością – stwierdził bardziej niż spytał, ale Stiles skinął głową z lekką ulgą.
Lydia zmaterializowała się jakoś po jego prawej stronie, ciągnąc za sobą Danny'ego, który nagle bardzo zainteresował się talerzykiem z przystawkami, które niósł kelner.
- Świetne przyjęcie – zaczęła konwersacyjnym tonem, unosząc pytająco brwi i spoglądając na Aidena kątem oka.
Kto to jest? – pytała.
W tej chwili kłopoty
Spław go
Staram się
- Dziękujemy. Zawsze staramy się zacieśniać więzy z pracownikami. Niekiedy nasze rodziny znają się od stu, stu pięćdziesięciu lat – odparł Peter, podchodząc do nich z drinkiem.
Derek z Deucalionem pojawili się w chwilę później i starszy Hale podniósł swój kieliszek do góry, stukając w niego delikatnie łyżeczką.
Na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał, a Peter odchrząknął.
- Za dobry rok – wzniósł toast i każdy powtórzył te słowa po nim, jakby to też była w pewnym sensie tradycja.
Derek obserwował Stilesa przez dłuższą chwilę, więc ten po prostu uśmiechnął się lekko zakłopotany.
Obserwowanie Hale'a w biurze, w garniturach niemal co drugi dzień, odrobinę uodporniło go na czar mężczyzny, ale dzisiaj Derek miał na sobie cholerny smoking, który wyglądał na jeszcze bardziej dopasowany niż jakakolwiek marynarka wcześniej. I podobnie jak od Aidena, od Hale'a Stiles starał się trzymać z daleka. Jego hormony już i tak buzowały pod skórą jak szalone, i nie pamiętał kiedy ostatni raz przyprowadził kogoś do mieszkania na noc.
To było niezdrowe.
Lydia wymieniła kieliszek w jego dłoni na pełny i poprawiła jego muszkę, która przekrzywiała się już chyba dziesiąty raz.
- Wybiła północ, wszystkie księżniczki idą spać – oznajmiła mu bezpardonowo i Stiles się uśmiechnął.
Faktycznie godzina była już późna, a możliwe też, że za dużo wypił, chociaż to akurat była wina Lydii.
- Przyjechałeś tutaj samochodem? – spytał niemal natychmiast Derek.
Stilinski odwrócił się w jego stronę zdziwiony, bo pozostali już zdążyli przemieścić się na taras, gdzie Peter pokazywał im ogrody przed firmą. Coś, co jeszcze prababka Dereka zainicjowała, żeby dzieciaki pracowników miały gdzie biegać.
- Tak – odparł, bo to chyba było oczywiste.
Siedziba Hale Co. znajdowała się dobre dwadzieścia kilometrów na zachód od Nowego Yorku.
- Odwiozę cię. Nie możesz prowadzić w takim stanie – poinformował go alfa.
- Lydia zabiera nas z powrotem – oznajmił mu pospiesznie. – Przeważnie umawiamy się w ten sposób, bo ona nie przepada za alkoholem na takich imprezach. Nigdy nie wie, w którym kieliszku nie ma tojadu – dodał gwoli tłumaczenia.
Nie chciał, żeby Derek pomyślał, że wykorzystuje tak okropnie swoją asystentkę. Byli w Lydią przyjaciółmi od lat.
- Dobranoc – pożegnali się jeszcze, gdy Martin zabrała swój płaszczyk z szatni.
Derek skinął im tylko głową.
ooo
Stiles nie cierpiał, kiedy otaczało go zbyt wiele bodźców. Nigdy nie wiedział na czym powinien skupić się najpierw. Oczywiście prym wiodła praca, ale ze Scottem, który nudził o swoim zbliżającym się już za trzynaście miesięcy ślubem, Deucalionem i spotkaniami z Derekiem, naprawdę nie wiedział w co włożyć ręce. Na domiar złego Aiden po prostu był wszędzie. Ethan musiał dać mu jego prywatny numer, bo już następnego dnia po imprezie w Hale Co. czekał na niego sms dotyczący urodzin w Hamptons. Aiden przesłał mu co prawda tylko adres (tak na wszelki wypadek), ale Stiles i tak doskonale wiedział do czego to zmierza. W ciągu najbliższych dni będzie musiał w niezbyt miły sposób rozmówić się z mężczyzną z nadzieją, że jednak nie będzie to oddziaływać na jego pracę.
Lydia notorycznie nudziła o Boydzie, który okazał się całkiem przyjemnym i kulturalnym wilkołakiem. Przysłał jej nawet kwiaty do biura, chociaż akurat storczyki w doniczce nie stały zbyt wysoko w jego osobistych rankingach i wiedział, że Martin ma podobne zapatrywanie.
Na domiar tego z wtorku na środę przypadał dla niego najgorszy okres w roku i pomimo tego co powiedział Derekowi, tym razem nie mógł spędzić pierwszego dnia cyklu w pobliskim barze. Hale pachniał zbyt dobrze, żeby oparł się pokusie zaciągnięcia go do mieszkania i zrobienia z nim wielu bardzo przyjemnych i energicznych rzeczy, po których obaj cuchnęliby seksem przez wiele dni.
Potem jednak nie mógłby spojrzeć mężczyźnie w oczy, bo większego upokorzenia nie doznałby od czasów szkolnych, gdy Lydia sprowadziła go parteru za pomocą linijki i długopisu wbitych w bardzo witalne części jego organizmu. I nie chodziło tylko o kwestie uszkodzeń, ale sam fakt, że lżejsza o kilka kilogramów ludzka kobieta dała mu radę zanim zdążył dokończyć poemat o jej włosach o kolorze truskawek w lecie.
Stiles postanowił wykorzystać te fatalne dwa dni na przejrzenie informacji o Deucalionie. Coś cały czas mu nie pasowało. Część z firm, które były w posiadaniu mężczyzny należało bezpośrednio do niego. Innymi zarządzał w imieniu Rady Nadzorczej Aiden i chociaż to było całkiem normalne, Stilinski ufał swojemu instynktowi. Nie zamierzał mieszać się w nic nielegalnego albo cokolwiek, co nielegalnym miało się stać. Szarganie nazwiska, które z takim trudem zaczęło coś znaczyć w tej branży nie było warte żadnych pieniędzy. Mógł to odrobić w ciągu kilku lat, chociaż nie bez trudu.
ooo
Sen przyszedł bardzo szybko i już stąd wiedział, że będzie ciężko. Wokół otaczał go zapach Dereka, chociaż Hale nie był nigdy w jego mieszkaniu. Już same resztki aromatu z dokumentów, które dotykał wilkołak kilka dni wcześniej, wystarczyło, żeby wzbudzić w nim niezdrowe emocje.
Tego właśnie nienawidził najbardziej. Przyzwyczaił się, że jego hormony buzowały i czasami dawały mu się we znaki, ale czysty umysł ratował go przed blamażem. Z Derekiem było inaczej. Musieli się widywać i dogadywać. Nie mógł omijać go szerokim łukiem i przede wszystkim nie mógł pozwolić sobie cuchnąć przy nim jak nabuzowany hormonami nastolatek po mokrym śnie. Jakkolwiek często Derek nie byłby ich powodem.
Podobnie jak teraz, gdy w nozdrza wbijał mu się zapach, którego nie potrafił nazwać inaczej niż smakowitym. Najchętniej zlizałby każdą kroplę potu z ciała, które niosło tę woń. Zacząłby od stóp i przesuwałby się wyżej, na koniec zostawiając najbardziej interesujące rejony ciała, żeby jego partner był maksymalnie pobudzony, gdy sam nabijałby się na jego członek.
Derek wyglądałby znakomicie na jasnej pościeli, rozpostarty na łóżku. Przywiązany do drewnianych kolumienek. I…
Stiles obrócił się na bok, spychając papiery na dywan.
Praca też była najwyraźniej poza jego zasięgiem. Chcąc nie chcąc nakrył się mocniej kołdrą i po prostu próbował zasnąć.
ooo
Lydia nie skomentowała jak bardzo źle wyglądał, gdy w czwartek pojawił się w biurze. Derek zostawił mu kilka wiadomości, których po prostu nie mógł odebrać w mieszkaniu, więc jego sekretarka zajęła się tym za niego. Telefon jednak mimo wszystko rozbrzmiał i tego poranka, więc pomimo cieni pod oczami, odebrał.
- Stilinski – mruknął.
- Derek Hale – przedstawił się, chociaż obaj mieli swoje numery.
- Jestem już dostępny – odparł starając się z całych sił, żeby nie zabrzmiało to dwuznacznie.
Chyba nie całkiem się to udało, bo Lydia skrzywiła się.
- Mam wstępne umowy. Mój wuj podobnie jak ja już je zatwierdziliśmy. Potrzebny jest twój i Deucaliona podpis – przypomniał mu.
Stiles zerknął na zegarek i tęsknie na kawę, którą Lydia postawiła przed nim przed zaledwie paroma minutami. Derek pewnie znajdował się w nowojorskiej siedzibie firmy, w której spotykali się do tej pory, ale Stiles naprawdę nie miał ochoty przebijać się przez całe miasto. Dodatkowo czuł się lepiej w swoim gabinecie, który po prostu uspokajał go swoją nijakością.
- Podeślę ci adres mojej firmy. Wyślij asystenta. Jestem upoważniony do podejmowania decyzji w imieniu mojego klienta – odparł tylko.
To była kolejna sprawa, która nie dawała mu spokoju. Deucalion zostawił w jego rękach firmę kilka wartą kilkaset milionów. Filie Hale Co. były tak liczne, że w zasadzie nie można było nie znaleźć kraju, w którym nie znajdowała się chociaż jedna fabryka.
- Przyjadę osobiście – odpowiedział Derek. – Mamy jeszcze kilka rzeczy do omówienia – dodał, po czym rozłączył się i Stiles spojrzał na Lydię, która czekała na jakiekolwiek polecenia z jego strony.
- Będziemy mieli gościa lub gości. Hale nas odwiedzi z dokumentami – powiedział i kobieta skinęła głową.
Wyszła bez słowa i Stiles wiedział, że zaraz zapewne pojawi się w odrobinę krótszej spódnicy na wszelki wypadek, gdyby Boyd pojawił się wraz z Derekiem.
Hale pojawił się z asystentem prawie czterdzieści minut później i Lydia przygotowała już coś zimnego dla ochłody. Dzień był naprawdę gorący, chociaż klimatyzacja w biurze szumiała przyjemnie przypominając o sobie. A może Stilesowi było zbyt ciepło. Nigdy nie był dobry w kontrolowaniu temperatury swojego ciała.
Stilinski sięgnął po przygotowane dokumenty i przejrzał je pobieżnie. Derek nie dodał niczego od siebie i nie pominął też żadnej linijki z tego, co wcześniej ustalili, więc Stiles wykonał zamaszysty podpis na ostatniej stronie i wrócił, aż do początku, gdzie parafkami oznaczył każdą kartkę.
- Wciąż potrzebuję wglądu do ksiąg rachunkowych. Wstępnie podana przez nas cena jest oczywiście niższa, ale na pewno ulegnie zmianie, gdy zorientujemy się w faktycznej kondycji firmy – oznajmił, zabierając się za podpisywanie drugiego bliźniaczego egzemplarzu. – Lyds, trzy kopie – poprosił od razu i Martin sięgnęła po papiery.
Boyd podążył za nią bez słowa, gdy Derek skinął na niego palcem.
- Wyglądasz na zmęczonego – zaczął mężczyzna, spoglądając na niego z czymś dziwnym w oczach.
Stiles odsunął się lekko od biurka, żeby móc swobodnie obracać się w fotelu, ale okazało się to nie najlepszym pomysłem. Powietrze chociaż przefiltrowane przesiąknięte było zapachem Dereka. Tym razem jednak nie było to tylko mydło i pianka po goleniu, ale też coś gorzkiego i ciężkiego, co mogło być tylko nasieniem, więc nie tylko Stiles spędził intensywnie ostatnie dni.
Zastanawiał się czy Derek czuje na nim pozostałości po zakończonym cyklu. Spędził prawie cały dzisiejszy poranek w wannie, ale czasami – naprawdę rzadko – komuś udawało się dojść do tego dlaczego nagle wyjeżdżał w delegacje i nie był dostępny przez parę dni.
- Podróż tam i z powrotem czasami bywa męcząca – stwierdził po chwili.
Faktycznie – przetrwać to szaleństwo nigdy nie było łatwo. To było jak daleka wyprawa w miejsce, które składało się z samych zmysłów i instynktu, i czasami naprawdę trudno było stamtąd powrócić. Dlatego potrzebował przeważnie kilku dni na odzyskanie równowagi emocjonalnej.
- Podróżowałeś sam? – zdziwił się uprzejmie Derek i Stiles zdał sobie sprawę, że właśnie ma odpowiedź na pytanie czy Hale wie.
Oczywiście, że cykl nie uszedł uwadze alfy. W końcu widywali się już przez pewien czas i mężczyzna zapewne znał jego zapach doskonale. Nie żeby Stiles nie był w podobnie sytuacji. W tej chwili mógłby powiedzieć nawet, że Derek od rana widział się już z kilkoma osobami i przynajmniej z jedną wszedł w bliski kontakt, co wyjaśniałoby zapach nasienia.
- Nie w każdą podróż zabieram ze sobą Lydię – sarknął nawet nie starając się ukryć rozdrażnienia.
Derek oczywiście mógł być początkowo miły, ale najwyraźniej wracali do starych dobrych układów.
Interkom na jego biurku odezwał się po raz pierwszy od dwóch lat i Stiles niemal podskoczył z zaskoczenia. Lydia przeważnie przychodziła do biura, jeśli miała coś do przekazania, jednak najwyraźniej obecność Hale'a wpłynęła też na jej zachowanie.
- Tak, Lyds? – spytał, wciskając odpowiedni guzik.
- Jest pora lunchu. Nie masz umówionych spotkań, więc chciałam zapytać czy zamówić ci to co zwykle i czy pan Hale ma jakieś specjalne życzenia – powiedziała nawet nie starając się udawać, że w tej samej chwili nie flirtuje z Boydem.
Stiles najchętniej pozbyłby się ich obu ze swojego biura, ale Lydia najwyraźniej była w połowie oczarowywania swoją osobą asystenta Dereka.
- Co powiesz na lunch? – spytał Stiles.
- Boyd wie co zamówić – odparł tylko mężczyzna, ponownie wsiąkając w dokumenty przed sobą.
Stiles powiadomił Lydię, że jest wolna przynajmniej na tę godzinę. Nie musiał czekać długo, aż i Boyd zniknął z ich piętra, zostawiając go z Derekiem samego.
- Przepraszam za te insynuacje wcześniej – powiedział w pewnej chwili Hale, gdy przesiedli się na kanapę, aby wygodniej zjeść dostarczone przekąski.
Derek okazał się amatorem sałatek i teraz starał się ułowić plastikowym widelczykiem niewielkiego pomidora, który zaciekle bronił się przed tym, skąpany w śliskim sosie.
- A robiłeś jakieś insynuacje? – zdziwił się nieszczerze Stiles, bo nie bardzo wiedział jak miałby odpowiedzieć na niespodziewane przeprosiny.
- Nie chcę, żebyś… - urwał mężczyzna powstrzymując się przed dokończeniem tego zdania.
Stiles miał ochotę poczekać, aż Derek zdecyduje się w końcu wyjawić o co chodzi, ale dzisiejszy dzień podobnie jak kilka poprzednich był po prostu męczący.
- Naruszyłeś moje terytorium – podjął Stilinski, odkładając pudełko z własną porcją sałatki. – Na moim terytorium w godzinach pracy nie będziemy rozmawiać na tematy prywatne, ponieważ nie widzę w tym sensu – dodał, widząc że Derek obserwuje go z dość dziwną miną, której do końca nie potrafił sklasyfikować. – To nam pozwoli ominąć wiele sytuacji takich jak ta, gdy nie jestem pewien czy pijesz do mnie prywatnie czy zawodowo. Zawodowo zostało ci wybaczone – poinformował go, sięgając po dokumenty.
Mężczyzna zagryzł wargi, ale lekcje Lydii dotyczące zasad terytorialnych chyba nareszcie się opłaciły, bo alfa uznał bezdyskusyjnie jego racje. Zresztą nie bardzo miał najwyraźniej argumenty, żeby podważyć coś tak logicznego i prostego.
