Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.

Link do oryginału znajduje się na moim profilu.


~ IV ~

Ta noc stanowiła początek wielu rzeczy.

Obudziłam się, gdy za oknem wciąż panował mrok. Przez dłuższy czas nie mogłam ponownie zasnąć, więc zeszłam po ciemku na parter, by napić się wody, po czym wróciłam do mojego pokoju, gdzie na łóżku siedział...

...Damon Salvatore.

— Damon? — wykrztusiłam. — Co ty...? To sen. To na pewno sen...

Uśmiechnął się. — W takim razie musi zaliczać się on do tych z rodzaju niezmiernie przyjemnych.

— Ja... Ja... — wyjąkałam, zwilżywszy wargi, lecz nie udało mi się dokończyć zdania, gdyż niespodziewanie wylądowałam na jego kolanach. — Zazwyczaj nie mam takich snów — zapewniłam. — Ja nie... Ja nawet...

Delikatnym ruchem odgarnął kosmyk włosów z mojej twarzy. — Wiem. Dużo o tobie wiem. — Spojrzał mi prosto w oczy. — I ty wiesz dużo o nas, prawda?

— O nas? — powtórzyłam. — Co masz na myśli?

— Nie ma potrzeby zgrywania głupiej, Amy... — odparł, muskając palcem moje kości policzkowe.

Pomimo wyraźnie niesprzyjających okoliczności ciągle walczyłam o zachowanie trzeźwości umysłu. — Ja nie...

Położył mi kciuk na ustach. — Szsz... — szepnął. — Jeżeli to rzeczywiście sen, to dlaczego nie uczynimy go nieco bardziej... interesującym?

I nagle jego wargi przylgnęły do moich.

Nie opierałam się zbyt długo — już po sekundzie, bo właśnie tyle czasu potrzebowałam na zażegnanie szoku, zarzuciłam mu ramiona na szyję i przysunęłam się bliżej. Wkrótce leżałam pod nim na własnym łożku, czując, że jego usta przesuwają się coraz niżej wzdłuż mojej szyi. Jęknęłam cicho, a potem...

...zadzwonił budzik.

Gwałtownie otworzyłam oczy, cała się trzęsąc. Serce biło mi jak szalone, policzki płonęły żywym ogniem. Proste przełknięcie śliny nie zdołało złagodzić tego dziwnego rozgorączkowania, więc poszłam do łazienki, żeby oblać twarz zimną wodą.

Zwykły sen. Przecież ludzie miewają takie sny. To zupełnie normalnie. Bardzo normalne... Mówiłam już, że to normalne?

Po powrocie do pokoju ubrałam się, zabrałam torbę i zeszłam na dół.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry — odpowiedziałam Danowi. — Hej, czy mógłbyś...? — poprosiłam, podając mu mój naszyjnik, żeby pomógł mi go zapiąć.

— Czemu jesteś pomidorowo-czerwona?

Och. Cholera.

— Chyba trochę za mocno potarłam twarz ręcznikiem — skłamałam. — A gdzie pozostali?

— Mike nadal śpi, a Will już wyszedł — wyjaśnił. Odpowiedziałam mu niewyraźnym mruknięciem. — A ty po co zerwałaś się aż tak wcześnie?

Usiadłszy przy stole, wzięłam z koszyka jabłko. — Mamy dziś w szkole jakieś pogadanki na temat studiów. Chociaż jak znam życie, pewnie ograniczy się to rozdania stert ulotek i wysłuchiwania haseł typu: „Nasz uniwerek jest najlepszy!".

— Ach, studia, co? — spytał niepewnie.

— Tak — odparłam. — Stopnie niby mam w porządku, ale nie wiem, czy są wystarczająco dobre... — Przerwałam, przyglądając mu się z troską. — Hej, coś nie tak?

— Nie, nic — zaprzeczył z uśmiechem. — Tak sobie tylko pomyślałem, że już niedługo... zaczniesz żyć na własną rękę. I czuję się z tym trochę dziwnie.

Zamarłam. — Dan, przecież się zgodziłeś...

— I nie zmienię zdania — uspokoił mnie. — Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Ale... po prostu nie wiem. Czas zdaje się pędzić na łeb na szyję. Już wkrótce się wyprowadzisz i będziesz wpadać do nas co najwyżej raz do roku...

— Teraz, mój drogi kolego, to zaczynasz gadać głupoty — stwierdziłam bezceremonialnie. — Nie tak łatwo się mnie pozbyć, nawet o tym nie marzcie. — Uśmiechnęłam się. — Pójście na studia wcale nie jest równoznaczne z zerwaniem wszystkich wcześniejszych kontaktów... To znaczy... Och, daj spokój! Jak w ogóle mogło ci coś takiego przyjść do głowy? Jesteśmy rodzeństwem! Jesteśmy na siebie skazani! Przygnębiające, co?

Zaśmiał się.

— Dzięki studiom stanę się po prostu... nieco mądrzejsza. Wiesz, zajęcia będą pewnie znacznie trudniejsze od tych obecnych i w ogóle... — Zamilkłam na moment, nie wiedząc, jak poprawnie sformułować następne zdanie. — No i... spotkam jakichś nowych ludzi, z którymi nie będę musiała pożegnać się już po dwóch, trzech latach...

Westchnęłam, przygryzając wargę. Zdecydowanie nie powinnam tego mówić. Kiedy wreszcie nauczę się w odpowiednich chwilach zamykać buzię na kłódkę?

Dan spojrzał mi w oczy. — Amy, wiem, że nie miałaś najszczęśliwszego dzieciństwa na świecie i naprawdę mi z tego powodu przykro, ale ja mam z kolei nadzieję, że pewnego dnia to zrozumiesz.

Zmarszczyłam lekko brwi. — O czym ty mówisz?

Zawahał się, zanim odpowiedział: — O niczym. Chyba Mike ma rację. Starzeję się.

Przewróciłam oczami, on natomiast podjął próbę zmiany tematu.

— Tak czy owak, nadal rozmawiamy o studiach. Ciągle marzysz o dziennikarstwie?

Skinęłam głową. — Tak, tylko że trudno się tam dostać — zmartwiłam się. — Nie wiem, czy mi się to uda, a jeśli nawet, to czy później sobie poradzę. Jest tylu ludzi o wiele lepszych ode mnie, takich, którzy mają już jakieś doświadczenie...

— „Wykorzystuj swoje talenty; las byłby niezwykle cichy, gdyby śpiewały w nim jedynie ptaki, które robią to najlepiej".

Uśmiechnęłam się. — Henry van Dyke?

— Zgadza się — potwierdził, a ja westchnęłam.

— Dan... — zaczęłam. — Jeszcze słowo odnośnie tego, co powiedziałeś o moim dzieciństwie: wszystko z nim w porządku, naprawdę. Nie zamieniłabym go na żadne inne. Poza tym, zanim wyprowadziliśmy się od wujka, zapytaliście mnie, czy chcę z wami jechać, prawda?

— Miałaś siedem lat, Amy — przypomniał mi. — Czasem myślę, że popełniliśmy błąd, zabierając cię stamtąd. Jak każde dziecko powinnaś rozwijać się w swoim tempie, a ty zupełnie niepotrzebnie dojrzałaś zbyt wcześnie... Mentalnie, emocjonalnie... — Westchnął. — Może lepiej by było, gdybyś spędziła dzieciństwo w jednym miejscu.

Zwilżyłam wargi i zasugerowałam: — Nadal da się to naprawić. Może powinniście... to znaczy, powinniśmy zatrzymać się tutaj na odrobinę dłużej, co? Po prostu przestańmy się przeprowadzać i...

— To trochę skomplikowane.

— Jak bardzo?

— Błagam, nie pytaj.

Właśnie otwierałam usta, nie mając zamiaru spełnić jego prośby, kiedy rozległ się okrzyk Michaela: — Dzień dobry, kochane rodzeństwo! — po którym on sam wkroczył do kuchni i zaczął robić sobie kawę. — Co tak wcześnie? — spytał, patrząc w moją stronę.

— Szkolne sprawy — wyjaśniłam bez zbędnego wdawania się w szczegóły i z powrotem skupiłam uwagę na Danie. — Dan, zadałam ci pytanie. Jak bardzo jest to skomplikowane?

— O czym rozmawiamy? — odezwał się Mike.

— Dan przed chwilą mówił mi, dlaczego tak często się przeprowadzamy.

Kubek Michaela zamarł w połowie drogi do jego ust.

— Nie ma o czym dyskutować — stwierdził Dan. — Przeprowadzamy się i już. Ot tak, po prostu.

— Ale dlaczego?

— Amy, nie musisz iść do szkoły czy coś? — wtrącił Mike.

— Nigdzie mi się nie spieszy. Dan?

— Powiedziałem już, że nie ma o czym dyskutować.

— Jesteśmy objęci programem ochrony świadków czy coś w tym stylu? O co chodzi z tymi wszystkim tajemnicami?

— Nie bądź śmieszna, Amy, oglądasz za dużo telewizji. — Głos Dana stał się lodowaty. — Nic się za tym nie kryje i nie ma żadnych tajemnic, zrozumiano?

Zacisnęłam zęby. — Dobra — odburknęłam, zarzucając torbę na ramię.

— Gdzie ty...?

— Do szkoły! — zawołałam ze złością i trzasnęłam drzwiami, a następnie szybkim krokiem ruszyłam wzdłuż ulicy. Uspokoiłam się nieco dopiero po dotarciu do skrzyżowania.

Niekiedy zachowywałam się tak bardzo jak typowa nastolatka, że przyprawiałam samą siebie o mdłości.

~o~

Kiedy usiadłam na krześle, trzymając w dłoni ulotkę o jakiejś uczelni, usłyszałam dzwonek telefonu.

— Dan — przywitałam się, odebrawszy połączenie.

— Zapomniałaś wziąć kluczy od domu — oznajmił nadal nieco chłodnym tonem. — Włożę je pod figurkę w ogrodzie.

— Och — mruknęłam z zakłopotaniem. — W porządku. Dzięki.

— Nie ma za co. Mike i ja wrócimy późno. Do zobaczenia.

Rozłączył się, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, więc odłożyłam komórkę na stolik, zaciskając szczękę.

— Zmęczona? — zapytał Stefan, zajmując miejsce obok.

— Tak — odparłam z lekkim uśmiechem. — Zęby mnie rozbolały od tej ciągłej paplaniny. Dziwne, co?

Odwzajemnił uśmiech i powiedział niepewnie: — Amy, chciałbym z tobą porozmawiać.

Zmarszczyłam lekko czoło. — O czym?

Odchrząknąwszy, przypomniał mi: — Wczoraj miałaś okazję poznać mojego brata.

— No... tak.

Zawahał się na sekundę lub dwie. — Amy, Damon to trochę... nietypowa osoba. Raczej nie chciałabyś przebywać w pobliżu niego.

Zamrugałam parę razy, całkowicie zaskoczona. — Nie jestem pewna, czy rozumiem, o co ci chodzi, Stefan.

— Spójrz — zaczął. — On potrafi być z lekka... niebezpieczny dla osób ze swojego otoczenia, więc trzymaj się na baczności. Rani i wykorzystuje każdego, kto się do niego zbliży. I to jedynie dla własnej uciechy. — Westchnął. — Wierzę, że mądra z ciebie dziewczyna i weźmiesz tę radę na poważnie. Damon potrafi być bardzo... przekonywujący, o ile tylko się postara, więc jeżeli kiedykolwiek będzie usiłował się z tobą skontaktować, spędzić z tobą trochę czasu albo wejść do twojego domu, to po prostu odmów, dobrze?

— A niby po co miałby to robić? — zapytałam. Już sama myśl o tym wydawała się kompletnie absurdalna. Faceci tacy jak Damon Salvatore nigdy nie spoglądali w moją stronę dwa razy. Albo nawet raz. Działaliby wówczas wbrew prawom natury.

— Powiedzmy, że ma swoje powody — odpowiedział Stefan. — Bliższa znajomość z nim nie skończy się dla ciebie dobrze. Nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jak mocno może cię skrzywdzić. Pamiętaj o tym.

Skinęłam powoli głową. — Okej. Przyjęłam do wiadomości — zapewniłam, chociaż nie było to do końca zgodne z prawdą, ponieważ mój mózg ciągle starał się rozgryźć, o co właściwie chodziło w tej rozmowie.

— W każdym razie, lepiej pójdę już poszukać Eleny — oznajmił znienacka. — Do zobaczenia później?

— Tak, później — powtórzyłam, po czym Stefan wstał i odszedł, zostawiając mnie sam na sam z milionem myśli...

Potrząsnąwszy mocno głową w próbie pozbycia się ich, prychnęłam cicho niczym rozjuszony kocur i opuściłam pomieszczenie. Odgłos moich kroków odbijał się echem w korytarzu, aż w końcu znalazłam się na zewnątrz.

— Hej, poczekaj! — usłyszałam czyjś okrzyk i odwróciłam się.

— Tak?

— To chyba twoje — stwierdził jakiś chłopak z ciemnobrązowymi włosami i ciepłymi, orzechowymi oczami, podając mi znajomy telefon. Mój telefon.

Z wrażenia na chwilę oniemiałam, po czym zawołałam: — O Chryste, wielkie dzięki! Właśnie uratowałeś mi życie!

— Żaden problem — odparł, wyciągając rękę w geście powitania. — Jestem Luke.

— A ja Amy — przedstawiłam się, uścisnąwszy jego dłoń.

— Wiem. Ta nowa.

— To chyba moja nowa ksywka, co? — pożaliłam się. — Poczekaj... Mogę cię o coś spytać? Skąd wiedziałeś, że to moja komórka?

— Obserwowałem cię... — Przerwał na moment. — Okej, to chyba zabrzmiało jak wyznanie jakiegoś podglądacza-psychopaty. Po prostu zauważyłem, że tam siedziałaś, a potem znalazłem telefon, do którego nikt nie chciał się przyznać, więc...

Zaśmiałam się cicho. — W takim razie w porządku. Jeszcze raz dzięki.

— Jeszcze raz: żaden problem — powtórzył. — Dobra, teraz powinienem chyba pójść pogadać o mojej przyszłości z kompletnie obcymi ludźmi, którzy udają, że ich to obchodzi.

— Tak, zrób to. — Uśmiechnęłam się. — Miło było cię poznać.

— Ciebie też — odparł i odwróciwszy się, ruszył w kierunku, z którego przybył, podczas gdy ja spojrzałam na wyświetlacz mojej komórki.

Żadnych wiadomości. Żadnych połączeń nieodebranych. Bardzo dobrze...

Zaprzestałam inspekcji, kiedy na kogoś wpadłam.

— Och, bardzo... — zaczęłam przepraszać, podnosząc głowę.

Uch...

— Damon — wydusiłam na bezdechu. — Cześć. Przepraszam. Do widzenia.

— Hola, hola, chwileczkę! — zaśmiał się. — Skąd ten pośpiech?

Znowu poczułam się wewnętrznie rozdarta, a instynkt natarczywie podszeptywał mi, że powinnam natychmiast rzucić się do ucieczki i biec tak długo, aż znajdę się w bezpiecznym miejscu...

Bezpiecznym? O Boże, przecież to niedorzeczność! Co tak właściwie Damon mógł mi teraz zrobić?

Jednak jego wygląd faktycznie sugerował, że mógł być niebezpieczny. Po nieco dłuższej obserwacji dało się bowiem stwierdzić, że pod tym zapierającym dech w piersiach pięknem kryło się coś jeszcze, coś, czego nie potrafiłam zdefiniować, ale co zdawało się wrzeszczeć, że przebywając w towarzystwie tego człowieka, stąpam po cienkim lodzie.

Poza tym pamiętaj, co powiedział ci Stefan, pomyślałam. Trzymaj się z daleka.

— Muszę iść — oświadczyłam. — Stefan jest w środku, jeśli go szukasz.

W odpowiedzi obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakby sam pomysł, że przyszedł tutaj do brata był czystym idiotyzmem.

— Na razie — pożegnałam się i zaczęłam iść w przeciwnym kierunku, ale okazał się szybszy niż ja. Najpierw się ze mną zrównał, a potem zastąpił mi drogę.

— Och, nie uciekaj... — Brzmiał na rozbawionego.

Zmarszczyłam brwi. — Nie uciekam.

Próbowałam uciec, nie uciekałam. A to różnica.

Uśmiechnął się fałszywie i wyciągnąwszy rękę, wsunął mi zabłąkany kosmyk włosów za ucho, wywołując tym samym ciarki na moich plecach. Nie byłam w stanie się poruszyć, odezwać ani na niczym skupić.

— Damon... — zaczęłam niepewnie i od razu zamilkłam. Zresztą, co niby miałam mu powiedzieć? I, tak w ogóle, jakim językiem mówiłam?

— Hm?

Przełknęłam z trudem ślinę. — Muszę wracać do domu.

Przy pomocy jednej dłoni uniósł moją głowę tak, abym spojrzała mu prosto w oczy. Znowu przełknęłam ślinę. Co ja robiłam? I co on robił?

Patrzył mi w oczy tak głęboko i wnikliwie, że nagle poczułam się... naga. Zdawał się dostrzegać w nich każdą, nawet tę najstaranniej ukrytą cząstkę mojej duszy, czyniąc mnie przez to kompletnie bezbronną. Wcale mi się to nie podobało. Nie podobało mi się wrażenie bezbronności. Chciałam być silna. I pozostać taka przez resztę życia. Musiałam taka pozostać.

— Ale ty nie chcesz wracać do domu — odezwał się aksamitnym głosem. — Chcesz zostać tutaj, ze mną.

Czy mi się wydawało, czy jego źrenice naprawdę się rozszerzyły?

Pokręciłam delikatnie głową. Co się dzisiaj ze mną działo?

— Na razie, Damon — pożegnałam się po raz kolejny ledwie słyszalnym głosem, zmuszając się zarazem do odejścia.

Jeden krok. Drugi. Trzeci...

Wszystko będzie dobrze.

~o~

(punkt widzenia Damona)

— Co ty tutaj robisz? — usłyszałem za sobą warknięcie Stefana.

Odwróciłem się do niego. — Właśnie mi odmówiła.

— Co?

— Użyłem przymusu, ale nie zadziałało — wyjaśniłem, marszcząc brwi. Cholera. To będzie znacznie bardziej skomplikowane niż przypuszczałem.

Westchnął. — Więc pewnie ma werbenę. Poważnie, Damon, dobrze wiesz, kim ona jest. Czy naprawdę tak trudno w to uwierzyć?

Przewróciłem oczami. — Bawiłem się jej umysłem podczas snu, więc dlaczego teraz mi się to nie udało?

Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. — Zmusiłeś ją do śnienia o tobie?

Uśmiechnąłem się znacząco od ucha do ucha, po czym ruszyłem przed siebie z zamiarem odejścia, ale złapał mnie za ramię.

— Damon, trzymaj się od niej z daleka. Ona o niczym nie wie.

— A ty to kto? Jasnowidz? — zapytałem. Ten facet sprawiał wrażenie tak tępego głupca, że powoli zaczynałem tracić do niego cierpliwość.

Zacisnął zęby. — A jeśli mam rację i ona rzeczywiście o niczym nie wie? Co wtedy?

Wzruszyłem ramionami. — Nic. Zabiję ją. Wtedy przynajmniej dowiedzą się, że nie mają do czynienia z laikami.

Przełknął ślinę. — A jeśli wie?

Uśmiechnąłem się. — Wtedy wyciągnę z niej wszystko, co tylko się da. I dopiero potem ją zabiję. — Przechyliłem głowę na prawo, obserwując wyraz jego twarzy, który wprawił mnie w jeszcze lepszy humor. Warto było popełnić kolejne morderstwo choćby po to, żeby ujrzeć takie spojrzenie. — Mam nadzieję, że nie przyzwyczaiłeś się zbytnio do jej obecności, bracie.

~o~o~