„Przebaczyć sobie"
Autor: Zilidya D. Ragon
cz. 4
OOO
Poranek otoczony był ciszą. Harry nie widział dalej, jak ma zachować się względem Draco. A skoro nie był pewien jego dalszych reakcji, wolał zaczekać aż samo się to rozwiąże. Natomiast Malfoy był całkiem z siebie zadowolony. Zachowanie czarodzieja bawiło go niepomiernie. Dostrzegał jego zaniepokojenie, ciągłe uniki, ale z drugiej strony brak zdecydowania do odejścia, które początkowo zobaczył, że świtało w umyśle Harry'ego, podczas pakowania obozu.
Niewiele mówiąc do siebie, ruszyli za pasącymi się mantikorami. Zwierzęta reagowały posłuchem na Draco, ale bardziej życzliwe były w stosunku do Harry'ego, któremu pozwalały nawet na krótkie przejażdżki na swoich grzbietach.
Kilka godzin przed zmierzchem mogli już dostrzec w oddali pierwsze zabudowania ziemskich przybyszów. Harry był już kilka razy w podobnych miastach, a jednak to było dużo większe niż te spotykane poprzednio. Wysokie, metaliczne wieże wzbijały się w niebo niczym sztylety. Domy mogły pomieścić kilka rodzin na raz, co w porównaniu do maleńkich chatek czarodziei, mocno rzucało się w oczy Harry'emu. Nigdy nie przypuszczał, że można żyć tak blisko innej rodziny. Ich domy znajdowały się przeważnie w sporej odległości od siebie, by nikomu nie przeszkadzać.
Gdy znaleźli się kilkanaście metrów od bramy, Harry zaczął się denerwować. Mantikory same umiejscowiły się na pastwisku przed miastem wśród innych już stad, objęte teraz ochroną ludzi, którzy pomachali na powitanie Malfoyowi. Ten odpowiedział ochoczo.
Czarodziej poczuł nagle strach. Jak ludzie zareagują na niego? Zwykle nie kontaktowali się z przybyszami, pozostawiając ich w spokoju. Świat był na tyle ogromny, że nie wchodzili sobie w drogę. Zatrzymał się po środku drogi kilka kroków przed bramą.
Draco zauważył jego nagłe zatrzymanie dopiero po krótkiej chwili.
― Coś się stało? ― Zawrócił i stanął przed nim.
― Nie chcę tam wchodzić ― odparł chłopak.
― Nikt nie zrobi ci tu krzywdy. ― Wyciągnął w jego stronę zachęcająco rękę. ― Jestem tuż obok.
Harry cofnął się o krok i wskazał na swoją twarz.
― Z tym nikt mnie nie toleruje. Jestem wyrzutkiem.
― Tutaj nie wiedzą, co to oznacza. Chodź, mój dom jest niedaleko.
Czarodziej nie był zbyt chętny, ale Draco zwyczajnie złapał go za przedramię i wciągnął przez bramę, która zamknęła się za nimi cicho. To odcięcie możliwości ucieczki trochę wstrząsnęło Harrym. Zaczął się w lekkiej panice rozglądać dookoła, szukając innego wyjścia.
― Brama otwiera się automatycznie. Wystarczy do niej podejść. Zamykamy ją tylko dlatego, że mantikory czasami wchodziły do miasta i robiły bałagan ― uspokajał go Draco. ― Możesz wyjść poza obręb bariery w każdej dowolnej chwili. Nie zatrzymam cię tutaj siłą.
― Co on tu robi?! ― Nagły krzyk za plecami Malfoya zatrzymał go w połowie ruchu, gdy chciał już pocieszająco objąć Harry.
― To mój gość. ― Odwrócił się do starszego mężczyzny w mundurze wojsk ziemskich, który nie wydawał się w tej chwili przyjaźnie nastawiony. Harry spiął się, rozpoznając go natychmiast i opuścił głowę. Przeczuwał, co teraz nastąpi.
― Myślę, że powinienem odejść, Draco. To nie był dobry pomysł, żebym tu przychodził ― rzekł i zaczął się odwracać, by odejść.
― Też tak uważam ― potwierdził chłodno nowo przybyły.
Jego dobitny głos zaczął przyciągać ciekawskich, dotąd zajętych swoimi sprawami.
― Albusie, co w ciebie wstąpiło?
― To wyrzutek czarodziei. Niech wraca tam, skąd przybył! ― warknął wyraźnie rozwścieczony czymś mężczyzna.
― Nie masz prawa go wypędzać. To mój gość! ― Draco natychmiast ukrócił próbę ucieczki, łapiąc Harry'ego za ramię i przyciągając do siebie.
― To morderca!
Ciche dotąd szepty zaciekawionych zamieniły się w okrzyki przerażenia.
― Wiem. Przyznał się od razu, gdy się spotkaliśmy. Nie wierzę w to! ― Harry drgnął w jego ramionach i spojrzał do góry zszokowany. ― Nie wierzę, by mógł tego dokonać ― mówił dalej Malfoy, bardziej kierując te słowa do Harry'ego, niż zebranych. ― On nie mógł tego zrobić.
― Byłem świadkiem tej zbrodni, Draco. Wszedłem do chaty chwilę po tym, jak to zrobił. W dłoni nadal trzymał zakrwawiony nóż.
― Co? ― Draco zmarszczył czoło. ― Co robiłeś w ich wiosce?
― Poprosili o pomoc, ale nie byliśmy w stanie im jej udzielić. ― Kiwnął w stronę zebranych, by wrócili do swoich zajęć.
Podszedł następnie bliżej Malfoya, nieprzychylnie patrząc na Harry, który bezskutecznie próbował uwolnić się z ramion przybysza.
― O co prosili? ― Malfoy domyślał się, że nie mogło to być nic błahego, i że ma to oczywiście związek z Harrym.
― Jeden z ich kapłanów zachorował.
― Przecież oni sami się leczą. Tak jak Harry wyleczył mnie dwa dni temu, za co jestem mu wdzięczny. ― Nie dodał, że zranienie też spowodował, bo nie sądził, aby to pomogło, a wręcz zaszkodziło.
― Widocznie mają ograniczenia. Kapłan umierał. Cierpiał, ale nasze eliksiry mu nie pomagały. Godzinę po mojej diagnozie ten osobnik go zabił. Nie znam ich hierarchii, ale z tego, co zauważyłem, dziedziczą stanowiska. A kapłan wychowywał go od śmierci jego matki. Ładne mi podziękowania. ― Splunął pod nogi Harry'rego. ― Masz dużo szczęścia, że nie obowiązuje cię nasze prawo. Nie latałbyś sobie wolny jak ptaszek. Przynajmniej nie nadali ci stanowiska po kapłanie.
Draco milczał przez minutę, z całych sił hamując swój gniew.
― Harry jest moim gościem. Nie znasz dokładnych motywów, dlaczego to zrobił, jeśli faktycznie to zrobił. Nie sądzę, aby stanowisko kapłana było tym, czego pożądał, żeby dokonać morderstwa na swym opiekunie.
― Jeszcze się wymiguje od odpowiedzialności!
― Nie. Przyznaje się, ale i tak mi to nie pasuje. Jego osobowość za żadne skarby nie pasuje do mordercy.
― Omamia cię ładną buźką. Draco, otwórz oczy. Jesteś zbyt łagodny dla wszystkich. On to tylko wykorzystuje.
― Komandorze, proszę przestać.
U jego boku pojawiła się nagle kobieta i, mijając go, stanęła u boku Draco, kładąc mu dłoń na ramieniu. Niemy znak, że stoi po jego stronie.
― Mamo. ― Malfoy uśmiechnął się do niej lekko na powitanie.
― Jeszcze ciebie mi tu brakowało, Narcyzo.
― Bardzo mnie cieszy, że uwielbiasz moje towarzystwo, Albusie. Teraz racz wybaczyć, ale nasz gość jest znudzony twoją impertynencją, którą mogłeś załatwić wśród czterech ścian mojego domu. Sprawy niewojskowe załatwia się ze mną. Proszę za mną, chłopcze, Draco.
― Tak, mamo.
― Nie możesz, Narcyzo! ― Próbował ją powstrzymać, ale minęła go bez słowa.
Ludzie dotąd zebrani dookoła zaczęli się rozchodzić, przestając się całkowicie interesować całą sprawą. Ktoś tam jeszcze pomachał kobiecie, która ciągnęła delikatnie swego syna za sobą. Harry, niewypuszczony nawet na sekundę, nie miał zbytniego wyjścia, jak podążać za Draco.
Po kilku minutach został wprowadzony po wąskich schodach do ziemskiego domu.
― Możesz już go puścić. Wystraszyłeś go takim traktowaniem. Wygląda jak przerażony pufek po przymusowej kąpieli.
Ujęła podbródek Harry i zaczęła go oglądać, marszcząc brwi.
― Czy ja cię skądś znam? Kojarzę te zielone oczy.
― Tak. ― Harry od razu ją rozpoznał, choć odrobinę się postarzała. ― Widziałem cię tego dnia, gdy ojciec cię uczył. Urodziłaś już.
― Tyle lat to go raczej nie zamierzałam nosić ― roześmiała się i Harry prychnął rozbawiony. ― Ten mały łobuz, którego wtedy dotykałeś, stoi obok ciebie.
― To był Harry?! ― krzyknął rozradowany Draco. ― To o nim ciągle mi opowiadałaś?
― Jak widzisz. Jego śmiech uspokoił wszystkich. Bo skoro dziecko czarodziei nie miało złych zamiarów, przestano się bać i starszych, którzy przecież przyszli do nas z własnymi dziećmi. Nikt nie bierze dzieci, gdyby chciano walczyć.
― Nigdy nie walczyli ― stwierdził chłopak, uciekając przed tymi dłońmi, które głaskały go po głowie, jakby ciągle był mały.
― Teraz to wiemy, ale wtedy po prostu się baliśmy.
― Wiem. Dziecko też się bało ― przypomniał sobie jak je uspokoił.
― Tym dotykiem akurat mnie przeraziłeś. Myślałam, że je jakoś zabiłeś, bo tak niespodziewanie przestało się ruszać.
Harry zbladł i cofnął o krok, ściskając dłonie w pięści. Draco objął go ramieniem w obronnym geście i zgromił wzrokiem matkę. Kobieta natychmiast się poprawiła:
― Nie to miałam na myśli, ale wtedy…
― Zostaw nas, proszę ― poprosił cicho syn, przerywając jej, zanim powie coś, co jeszcze bardziej zrani Harry.
Posłuchała, znikając w głębi domu i zaraz dotarły do nich odgłosy z kuchni.
― Lepiej już? Wybacz jej. Mówi to, co myśli. ― Mężczyzna uwolnił czarodzieja i odsunął się na długość ramion. Dłonie nadal trzymał na barkach Harry.
― Masz to po niej ― szepnął cicho chłopak, nie patrząc mu w oczy.
― To fakt. ― Uśmiechnął się ten lekko, widząc już spokojniejszego gościa. ― Zapraszam do salonu. Mama zaraz przyniesie coś do jedzenia. Uwielbia wszystkich rozpieszczać swoją kuchnią.
― Wiesz, że naprawdę mogłem to zrobić? Uczą mnie tego. ― Nie poruszył się z miejsca.
― Przecież podobno nie zabijacie.
― Gdyby dziecko było chore, albo mogłoby swoim przyjściem zabić matkę, usypiamy je na zawsze. Matka może mieć więcej dzieci, niż to jedno, które i tak mogłoby nie przeżyć.
― To nadal morderstwo.
― Wiem. Chociaż kapłani inaczej to widzieli. Mój ojciec był pierwszym, który się temu sprzeciwił. To on ustanowił, że każde życie jest cenne i między innymi, że matka ma prawo decydować o losie dziecka.
― Tego prawa nie było wcześniej?
― Istnieje od dwudziestu trzech lat. Matka nie zgodziła się na uśpienie mnie, gdy urodzenie groziło jej śmiercią. Przypłaciła to zdrowiem i zmarła, gdy miałem trzy lat.
― I to samo prawo teraz cię naznaczyło. ― Smutek w głosie Draco zmartwił Harry'ego.
Nie chciał, aby ten przybysz martwił się tak o niego.
― Nie przeszkadza mi to. Zrobiłbym to ponownie.
― A co zrobiłeś?
Już otwierał usta, aby automatycznie odpowiedzieć, gdy dźwięk otwieranych drzwi go oprzytomnił, że się zapomniał. Wziął głęboki oddech, prostując się.
― Zabiłem. To wystarczy.
Malfoy znów zmarszczył czoło i sapnął trochę zły.
― Niech ci będzie.
Spojrzał z wyrzutem na matkę, która zmierzała w ich stronę z tacą.
― Nie stójcie tu tak. Mam coś pysznego po tak długiej podróży. Rozgośćcie się.
Mężczyzna otworzył przed nią drzwi do pokoju, a następnie zaprosił gestem Harry'ego do środka.
― Jesteś pewien, że nie sprawię kłopotu? ― zapytał ponownie czarodziej.
― Mam to gdzieś. Właźże w końcu. Nie cierpię jeść zimnego.
Ten wybuch był nietypowy dla spokojnego dotychczas Draco, jakiego poznał Harry. Usłuchał już bez zbędnych pytań i zajął wskazane mu miejsce. Salon był sporych rozmiarów i dłuższą chwilę zajęło mu przyzwyczajenie się do tego, że nie są tak naprawdę w lesie, tylko w budynku. Dookoła otaczały go zewsząd rośliny, a większość ścian zastąpiono taflami szkła, wpuszczając światło do środka. Po środku stało kilka kanap i foteli, których część zajęli.
― Mama uwielbia rośliny. Jest zielarzem i szefem tej wyprawy. Mógłbyś jej pomóc w rozróżnianiu niektórych gatunków, na pewno trochę się na tym znasz.
― Nie bardzo. Byłem wychowywany na kapłana.
― Czym zajmuje się kapłan?
― Uzdrawia. Dajemy swoją moc choremu ciału.
Kobieta usługiwała im dotychczas w ciszy. Rozkładała talerze, nalewała jakiś rodzaj gulaszu.
― Na co chory był twój ojciec, Harry? ― zapytała, siadając naprzeciw.
Dłonie czarodziej zadrżały.
― Mamo! ― oburzył się jej syn.
― Wiem co zaszło od komandora. Znam jego wersję wydarzeń. Chciałabym poznać twoją, skoro będziesz tu spał.
Draco zerwał się z fotela, potrącając stolik. Harry obserwował jak zahipnotyzowany wąską strużkę gulaszu, skapująca na podłogę.
― Siadaj ― nakazała spokojnie kobieta, sprzątając bałagan jednym ruchem różdżki, która pojawiła się znikąd w jej dłoni. ― Domyślam się co się stało i wierz mi, nawet na Ziemi uważano to za straszne przestępstwo i złamanie praw boskich. Eutanazja w każdym kręgu była karana.
― Eutanazja? ― Draco usiadł, ale jego czoło ani na moment nie złagodniało.
Czarodziej czuł się teraz bardzo nie na miejscu, choć przecież rozmowa dotyczyła właśnie jego.
― Uśmiercenie kogoś na jego własną prośbę. Tutaj nie zastosowano jej jeszcze ani razu, dlatego nic nie mówiłam. Całe szczęście nie mieliśmy dotąd tak drastycznego zdarzenia. Ale kiedyś się wydarzy, jestem tego pewna. I komandor też to wie. Rozmawiał o tym z czarodziejami.
― Chwileczkę. Jak to rozmawiał? Proponował coś, co jest dla nas złamaniem prawa? A jednocześnie obwinia Harry'ego?
― To paradoks, Draco. On uważa za bardziej humanitarne podanie większej dawki uśmierzającej ból i zatrzymanie akcji serca niż zabicie kogoś nożem, jak to zrobił Harry. Nie mamy tu dementorów. Nawet dla niego to makabryczny czyn.
― To wciąż to samo. To ciągle morderstwo.
― Wiem o tym ― odezwał się nagle Harry. ― Zabiłem swojego ojca tymi rękami. Popełniłem najgorszy z grzechów, odbierając mu życie.
Patrzył na dłonie i widział na nich krew, której żadna ilość wody nie zmyje.
Draco uklęknął przed nim i ujął za drżące dłonie.
― To nie to samo dla ciebie, Harry. Wiem, że zmusił cię do tego. Ubłagał, bo straszliwie cierpiał, prawda? ― Harry potwierdził kiwnięciem głowy. ― A ty, jako dobry syn, chciałeś mu ulżyć w tym cierpieniu? Byłeś wtedy dzieckiem! Co mogłeś zrobić innego? ― Ponownie kiwnął. ― Nie winię cię. Gdyby mama mnie o coś podobnego poprosiła, także pewnie bym usłuchał, nie mając żadnej innej możliwości. Bo nie miałeś. Nawet nasza medycyna nie dała rady.
― Próbowałem wszystkiego, czego mnie nauczył. Wezwano waszego kapłana i też nic nie zrobił. Ojciec krzyczał z bólu, rozdzierającego jego wnętrze.
Czuł ulgę, że może się z kimś podzielić tym wszystkim. Z kimś, kto chociaż trochę rozumiał, co musiał wtedy i przez kolejne osiem lat przechodzić.
― Czemu komandor nic nie zrobił, skoro wiedział, że dla ojca Harry'ego i tak nie ma już żadnego ratunku? ― Mężczyzna zwrócił się do matki. ― Przecież wiedział, że to najłagodniejsze wyjście z sytuacji.
― Wyproszono go zaraz po diagnozie i stwierdzeniu, że nasze eliksiry przeciwbólowe nie działają. Tylko z powodu zamieszania w chwili śmierci kapłana komandor widział Harry'ego. Nie miał już prawa tam przebywać. Od ośmiu lat nie mamy kontaktów z tą grupą czarodziei. Odcięli się od nas całkowicie. Obwiniają nas za utratę dwóch kapłanów, choć Harry'ego sami wygnali. Komandor jest zwyczajnie zły za utratę tych sprzymierzeńców i wyładował swój gniew na Harrym. Przejdzie mu. A jak nie, to dostanie w łeb ode mnie i mu wtedy wróci rozum.
― Powinienem odejść. Sprawiam tylko kłopoty ― rzekł bardzo cicho czarodziej.
― A ty znowu zaczynasz? ― Draco przytrzymał go w miejscu, gdy ten chciał wprowadzić słowa w czyn.
― Ucieczka niczego nie rozwiąże, Harry. Znajdę ci tutaj zajęcie i zapomnisz o wszystkim. U swoich nie masz co szukać, dopóki nie przejrzą na oczy, a raczej nie stanie się to zbyt prędko.
― Nie mogę tu zostać i ściągać na was jeszcze więcej kłopotów ― bronił się chłopak.
― Daj spokój. To żaden kłopot. Mamy tu wystarczająco dużo miejsca i dla ciebie. Prawda, mamo?
― Mamy, mamy. Nawet na piętrze jest gotowy pokój. Teraz zjedźcie, potem się wykąpiecie. Śmierdzicie mantikorami, jakbyście z nimi spali, a nie tylko wędrowali. Ja natomiast zajmę się komandorem. Na pewno znajdzie jakieś zajęcie dla Harry'ego.
Zostawiła ich samych, z dziwnym uśmieszkiem zamykając za sobą drzwi. Malfoy zdecydował się później z nią porozmawiać. Znał już ten uśmiech i chciał wiedzieć, jakie to plany są za nim ukryte.
Kciukiem krążył po zewnętrznej stronie dłoni Harry'ego, czekając cierpliwie aż się uspokoi na tyle, że przestanie drżeć.
― Zjedzmy i wykąpmy się, to pomoże nam obu odświeżyć ciało i umysł. A tego teraz potrzebujemy ― proponował cicho.
Chłopak był bardzo cichy przez resztę posiłku. Ledwie tknął gulasz, a z łazienki wyszedł po prawie godzinie. Draco nie był pewien, czy był czerwony z gorącej wody, czy może płakał, ukrywając się w strumieniach prysznica. Skrycie się w przydzielonym pokoju, tuż naprzeciwko jego sypialni, także było niepokojące.
