Rozdział 4

Pod koniec października, Ron i Hermiona wciąż się do siebie nie odzywali. Nigdy oficjalnie nie zerwali, ale chyba nie było w szkole osoby, która by nie widziała, że coś jest nie tak. Podczas posiłków Hermiona siedziała koło Ginny, a Ron koło Harry'ego. Na początku Hermiona wciąż patrzyła na Rona błagalnym wzrokiem i przepraszała go na każdym kroku. Kiedy to nie poskutkowało, była równie obrażona jak on. Nie patrzyli na siebie. Unikali przebywania sam na sam. I pomimo, że bardzo starali się tego nie okazywać, oboje za sobą tęsknili. Żadne z nich nie znosiło dobrze kłótni. Hermiona wciąż miała podkrążone oczy i mało jadła. Większość czasu spędzała nad książkami. Unikała imprez na które wciąż zapraszała ją Ginny. Rzadko się odzywała poza lekcjami, a jeszcze rzadziej zdarzało jej się uśmiechnąć. Z Ronem nie było lepiej. Nigdy wcześniej specjalnie nie dbał o swój wygląd, ale teraz całkowicie przestał korzystać z lustra. Nie golił się, a jego ruda broda wyglądała okropnie. Oczy miał podkrążone jeszcze bardziej niż Hermiona. Prawie się nie uczył, przez co zarobił już parę szlabanów. Starał się stłumić smutek, więc pił. Bardzo dużo. Stawiał się na każdej imprezie, nawet gdy przestano go zapraszać, z powodu jego zachowania po pijaku. Przystawiał się do wszystkich dziewczyn, chciał się z bić z każdym facetem i nie było osoby obecnej na przyjęciu, której by nie zwyzywał. Niestety, nie zanosiło się na to, by Ron lub Hermiona wyciągnęli przyjazną rękę. Harry i Ginny wciąż starali się jakoś interweniować, ale nie odnosiło to żadnych skutków. Nikt poza Ronem, Hermioną i Snape'm nie wiedział o co poszło.
- Stary, pogadaj z nią. - powtarzał Harry. - Zobacz jak ona wygląda. Już próbowała cię przeprosić. Wybacz jej.
- Hermiona, pogadaj z nim. - mówiła Ginny. - Zobacz jak on wygląda. Nie może żyć bez ciebie. Musisz mu to tylko uświadomić.
Wszyscy byli tak zajęci sobą, że nikt nie zauważył, że z Luną Lovegood dzieje się coś podejrzanego. Stawiała się na każdym posiłku, ale prawie nigdy nic nie jadła. Nosiła o kilka rozmiarów za duże szaty, żeby ukryć, że drastycznie straciła na wadze. Zawsze się uśmiechała, i patrzyła swoim nieobecnym wzrokiem, więc nikomu nie przyszło do głowy, że coś może być nie tak. Podczas jednego z obiadów Hermiona i Ron tradycyjnie unikali jakiegokolwiek kontaktu, Ginny i Harry wymieniali zaniepokojone spojrzenia, a cała reszta była pogrążona w rozmowie. Wszystko byłoby normalnie, gdyby nie krzyk profesor McGonagall.
- O mój Boże! Szybko, zabierzcie ją do Skrzydła Szpitalnego! - patrzyła na jakąś postać leżącą bezwładnie przy wejściu do Wielkiej Sali.
Harry poderwał się z miejsca i pobiegł w tamtym kierunku. Dopiero z bliska zauważył, że leżącą postacią jest Luna Lovegood.
- Ron! Pomóż mi! - krzyknął do przyjaciela łapiąc Lunę pod pachami.
Ron szybko podbiegł do Harry'ego, złapał dziewczynę za nogi i razem zanieśli ją do Skrzydła Szpitalnego. Była niesamowicie lekka.
Pół godziny później, nad jej łóżkiem stali: Harry, Ron, Hermiona, Ginny, Neville i pani Pomfrey.
- Zemdlała ze zmęczenia. - powiedziała ta ostatnia, wybudzając Lunę zaklęciem. - Jej organizm nie miał siły. Jakby nie jadła, ani nie spała od wielu dni.
Wszystkim przyjaciołom zrobiło się głupio, a szczególnie Ronowi. Przecież obiecał sobie, że z nią porozmawia! Przez to całe zamieszanie z Hermioną zapomniał o tym. Jak mógł nie zauważyć, że coś jest nie tak? Przecież Luna miała podkrążone oczy i była obrzydliwie chuda. Jak do tego doszło? Luna obudziła się.
- Co się stało? - spytała słabym głosem, zupełnie innym od tego rozmarzonego, którego używała na co dzień. - Gdzie ja jestem?
- Zemdlałaś kochanie. - powiedziała czule pani Pomfrey.
- I przenieśliśmy cię do Skrzydła Szpitalnego. - dodał Harry.
Przez chwilę Luna wyglądała, jakby dokładnie rozważała to co usłyszała, a po chwili przybrała swój codzienny uśmiech.
- Och, dziękuje. Jak miło z waszej strony. - powiedziała rozmarzonym głosem.
- Dziewczyno! - powiedziała pani Pomfrey nieco mocniej niż wcześniej. - Możesz mi wyjaśnić dlaczego nic nie jesz?
- No... To stres związany z ostatnim rokiem nauki. Boję się owutemów.
Ron musiał przyznać, że nigdy wcześniej nie widział, żeby ktoś kłamał tak dobrze. Po minach jego przyjaciół wywnioskował, że i oni dali się nabrać.
- Jezu, Lovegood! Mogłaś przyjść do mnie. Dałabym ci lek na nerwy. Masz - powiedziała podając jej fiolkę wypełnioną płynem. - To na wzmocnienie. Pójdę przygotować ci coś na nerwy. A wy nie męczcie jej zbyt długo. Musi odpocząć.
I zniknęła w swoim gabinecie. Wszyscy popatrzyli po sobie, aż w końcu odezwała się Hermiona.
- Luna, nie ma się czym przejmować. Nauka jest niezwykle ważna, ale nie najważniejsza. O wiele ważniejsze jest twoje zdrowie. Poza tym jestem pewna, że świetnie zdasz.
Wszyscy przytaknęli i zajęli się rozmową o tym, co będą robić kiedy już skończą szkołę. Jakoś nikt nie zauważył, że Ron nie włączył się do rozmowy.
- Luna, chyba musimy już iść. - powiedziała w końcu Ginny. - Pani Pomfrey łypie na nas ze swojego gabinetu.
- Nie ma sprawy. - odparła Luna. - To do zobaczenia.
Hermiona, Ginny, Neville i Harry poszli w kierunku wyjścia, ale Ron nie ruszył się z miejsca. Kiedy już cała reszta znalazła się poza Skrzydłem Szpitalnym zapytał:
- Luna... Możesz mi powiedzieć co do jasnej cholery się z tobą dzieje?!
- Ale o co ci chodzi? Przecież już powiedziałam. To ten stres...
- Słuchaj, może nie jestem geniuszem, ale na ludziach akurat się znam. Nie oszukasz mnie tak jak całej reszty. Mów.
Zapadła cisza. Ron nie chciał patrzeć w jej wielkie oczy, więc zaczął wpatrywać się w swoje kolana.
- Proszę. - kontynuował. - Mogę ci pomóc.
I znowu cisza. Nie zwyczajna, niezręczna cisza. Cisza z przekazem. Jakby tym milczeniem Luna chciała mu powiedzieć wszystko, czego nie wypowiadała na głos. Czego się... Bała? Wstydziła? W końcu Ron odważył się i podniósł głowę. Patrzył teraz na zupełnie nieznaną mu osobę. Nie była to rozmarzona, radosna, nieobecna Luna Lovegood. Była to cierpiąca, zmęczona życiem, młoda, piękna dziewczyna. Nie płakała, ale w jej oczach było coś... Nie potrafił tego opisać. Po prostu... To nie była już ta sama osoba.
- Ron. - powiedziała spokojnie, ale jej głos drżał. - Jesteś niezwykły, ale nie możesz mi pomóc. Nikt nie może. Proszę cię... Zostaw to. Proszę.
Nie miał pojęcia co zrobić. Zostać tu i ją pocieszyć? Posłuchać jej? Patrzył w te wielkie, teraz zupełnie obce oczy i poczuł jak mała, chłodna dłoń łapie zaciska się na jego dłoni.
- Ale dziękuje. - mówiąc to uśmiechnęła się do niego ciepło. - Za troskę.
Ron bąknął coś co brzmiało jak: "Neazao" i wstał. Postanowił wybiec zanim nogi odmówią mu posłuszeństwa.
Dopiero, kiedy leżał w łózku wieczorem zdał sobie sprawę jak dziwna była ta rozmowa. Postanowił sobie, że wydobędzie z Luny prawdę za wszelką cenę. Czekała go kolejna z rzędu nieprzespana noc.


- Spotkamy się w Hogsmeade. W sobotę. O dwunastej. W gospodzie Pod Świńskim Łbem. - powiedziała w końcu Luna.
Cały tydzień Ron łaził za nią, prosząc o spotkanie. Był tym tak zajęty, że przestał myśleć o Hermionie. Na sobotnie spotkanie nawet się ogolił. Siedział przy barze i rozmawiał z Aberforthem, gdy do pomieszczenia weszła niska blondynka i podeszła do niego.
- Nie tu głuptasie. Wszyscy usłyszą o czym rozmawiamy. Przepraszam! - zwróciła się do barmana. - Czy moglibyśmy dostać jeden pokój na godzinę.
- Niestety. Możesz tylko wynająć pokój na dwadzieścia cztery godziny. To będą dwa galeony. - uśmiechnął się kiedy Luna rzuciła złote monety na ladę i podał jej klucz.
- Nic się nie bój Ron, nie powiem Hermionie. - powiedział, uśmiechając się znacząco Dumbledore.
- Och, nie, nie! To nie tak, my tylko... - nie zdążył się wytłumaczyć, bo dziewczyna złapała go za ramię i pociągnęła za sobą po schodach na górę.
Pokój numer jedenaście był obskurny, ale nie bardziej niż reszta tego miejsca, więc wszystko było w normie. Było tam tylko niewielkie, rozpadające się, dwuosobowe łóżko i stara, drewniana szafa. Łazienka zapewne była na korytarzu.
- Siadaj. - rzuciła Luna i spoczęła na łóżku. Całe pod nią zaskrzypiało. Ron usadowił się koło niej.
- Więc... - zaczął.
- Więc... - powtórzyła za nim Luna.
- Powiesz mi w końcu co się stało?
- Więc dalej o to ci chodzi? Myślałam, że po prostu chcesz się ze mną umówić. - zachichotała.
- Luna...
- Daj spokój! Żartowałam. Przecież kochasz Hermione, no nie?
- Luna, mieliśmy rozmawiać o tobie.
- Cóż, moje życie nie jest jakieś szczególnie ciekawe. Dużo bardziej interesuje mnie...
- Luna! - krzyknął Ron tak stanowczo, że jego samego to zdziwiło.
Mina dziewczyny od razu się zmieniła. Znowu była tą smutną Luną, którą widział w Skrzydle Szpitalnym.
- Przepraszam, ja nie chciałem. - bąknął.
- Nic się nie stało. - powiedziała bez przekonania. - Więc chcesz coś o mnie wiedzieć, tak?
Ron pokiwał głową.
- Więc słuchaj uważnie, bo nie mam zamiaru tego powtarzać. A, i to co usłyszysz ma nie wyjść poza naszą dwójkę, jasne?
Ron znowu przytaknął. Luna wzięła głęboki oddech i zaczęła swoją opowieść.
- W te wakacje pokłóciłam się z ojcem. Tak bardzo poważnie. Jeszcze nigdy się z nikim tak nie pokłóciłam, wiesz? Zdałam sobie sprawę, że wszystko co mi mówił i wszystko co pisał w Żonglerze było kłamstwem.
- W samą porę! - uśmiechnął się Ron.
- No i spakowałam swoje rzeczy i uciekłam z domu. - kontynuowała Luna, nie zwracając uwagi na Rona. - Deportowałam się na Pokątną, ale nie wiedziałam co zrobić dalej. Miałam przy sobie tylko parę sykli. Nie wystarczyłoby nawet na jedną noc w Dziurawym Kotle. Więc tak sobie wędrowałam z moim kufrem, aż doszłam do sklepu twoich braci. Postanowiłam wejść, spotkać się ze znajomymi. Jak mnie zobaczyli to od razu się ucieszyli. Kiedy powiedziałam im co się stało, zaproponowali, żebym zamieszkała u nich. Mają całkiem duże mieszkanie i akurat mieli wolny pokój. Mieszkając tam bardzo się zaprzyjaźniłam z twoimi braćmi i ich dziewczynami.
- Dziewczynami?! Jakimi dziewczynami?!
- No... Twoich braci. George chodzi z Angeliną Johnson, a Fred chodzi, właściwie to chodził, z Alicją Spinnet.
- Co?!
- Nic nie wiedziałeś? - Luna zmarszczyła brwi. - W każdym razie, Fred i Alicja się pokłócili. Nawet nie wiem o co, ale to doprowadziło do ich zerwania. Strasznie chciałam jakoś pocieszyć Freda. Och, zapomniałam!
- O czym?
- Zapomniałam ci powiedzieć, że podczas pobytu u twoich braci, ja tak jakby... Zakochałam się w twoim bracie.
Ron chciał ją wyśmiać, ale gdy tylko zobaczył jej minę, powstrzymał się. Była bliska płaczu.
- No i tak jakoś wyszło, - kontunuowała - że trochę się zagalopowałam w pocieszaniu twojego brata i przespałam się z nim. Byłoby to naprawdę wspaniałe, gdyby nie to, że on wciąż kochał Alicję. Czułam to, że wyobraża sobie, że to nie ja. Czułam, że chciał, żeby to był ktoś inny.
Luna nie wytrzymała i z jej oczu popłynęły łzy. Ron pierwszy raz widział ją płaczącą i musiał przyznać, że wygląda naprawdę uroczo. Ten widok sprawiał, że chciało mu się śmiać, a jednocześnie sam miał ochotę się rozpłakać. Luna Lovegood, która zawsze była pocieszeniem dla wszystkich płacze. To trochę tak jakby świat się zawalił. Nie wiedział co zrobić i z braku lepszego pomysłu, objął ją ramieniem i pozwolił jej się wypłakać w jego koszulę. Czuł jak przemaka, ale nie dbał o to. W końcu dziewczyna się uspokoiła, oderwała się od niego i zaczęła mówić łamiącym się głosem.
- Ja tak bardzo chciałam... Dalej chcę, żeby on kochał mnie. Postanowiłam się upodobnić, do Alicji. Ona jest taka wysoka i chudziutka. Mogłaby być modelką, gdyby chciała. Ja nie jestem wysoka, ale postanowiłam przynajmniej być chuda... No i może trochę przesadziłam.
Tym razem Luna sama się do niego przytuliła i położyła głowę przy jego sercu.
- To najgłupsza rzecz jaką mogłaś zrobić. - powiedział Ron starając się ją rozweselić. - Jeśli on nie dostrzega, że jesteś lepsza od Alicji w każdym calu to jego strata.
Luna podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. Tym razem czaiło się tam coś czego nie potrafił rozpoznać. Po chwili, ku jemu zdziwieniu, dziewczyna usiadła mu na kolanach. Poczuł, że coś zjada go od środka i sam nie wiedział czemu w tym momencie pocałował Lunę Lovegood. Całował ją z największą pasją na jaką było go stać. Chciał tym oszczędzić jej bólu, chciał, żeby i jego ból zniknął. Myślał, że może pocałunek będzie jak klej na złamane serca. Jakaś jego część wiedziała, że to idiotyczne, ale ta część była w tej chwili bardzo malutka i głęboko ukryta. Ona go nie odepchnęła. Złapała go za głowę i przyciągnęła do siebie. Jej palce błądziły po jego włosach. Położył ją na łóżku mając zamknięte oczy. Nie chciał na to patrzeć. Zrzucił swoją koszulę i po omacku szukał zamka błyskawicznego, odsuwającego bluzę Luny. Gdy usłyszał charakterystyczny, metaliczny dźwięk, wyobraził sobie minę Aberfortha, gdy usłyszy mocno skrzypiące łóżko.


- Znowu to poczułam, wiesz? - zapytała cicho Luna.
Leżeli na plecach, patrząc w zgrzybiały sufit. W pełni ubrani. Obrócił lekko głowę, w kierunku dziewczyny. Jej długie, blond wyglądały jakby były unoszone przez wodę. Były wszędzie dookoła jej głowy. Z powrotem spojrzał do góry.
- Niby co? - spytał.
- Że to nie ja jestem tą właściwą. Nie kochasz mnie, ale to było oczywiste. Chciałeś, żeby to była Hermiona.
- Ja...
- To nic takiego. Jestem pewna, że ty też czułeś, że ja chciałam, żeby to był twój brat. Nieważne. I tak to wszystko nic nie znaczyło.
- Ale...
- No, coś tam może znaczyło. Pocieszenie? Uśmierzenie bólu? Trochę nam nie wyszło. No nic. Lepiej już do niej idź.
- O czym ty mówisz?
Nachyliła się do niego i pocałowała go w czoło.
- A już myślałam, że tobie nie trzeba wszystkiego tłumaczyć. Do Hermiony, oczywiście. Pogodzić się z nią. I tak nie możecie bez siebie żyć. Musiałam ci to uświadomić? - zachichotała.
- Luna... Ja...
Ta dziewczyna była chyba najbardziej niezwykłą istotą jaką spotkał.
- Dziękuję. - powiedział w końcu. - Za wszystko.
Wstał i będąc już przy drzwiach spojrzał na nią.
- Nie idziesz do szkoły? - zdziwił się.
- Mam czas. - uśmiechnęła się szeroko. - W końcu... Wynajęłam ten pokój na dwadzieścia cztery godziny, nie?


Ron kończył jeść śniadanie z nadzieją, że któraś z sów zostawi przed nim list. Czekał na odpowiedź Freda. Napisał do niego dzień wcześniej. Niestety, Wielka Sala była już prawie opustoszała i pogodził się z myślą, że brat jeszcze nie odpowiedział. Poczuł jak ktoś łapie go za rękę.
- Chodź. - powiedziała Hermiona i pociągnęła go za sobą.
Jak cudownie było być z nią znowu w zgodzie. To prawda - nie potrafią żyć bez siebie. Puścił jej rękę i objął ją mocno w tali. Tak bardzo za nią tęsknił. Za jej bliskością, za jej zapachem. Stanęli naprzeciw portretu Grubej Damy.
- Krwotoczki Truskawkowe. - powiedział Ron.
Otworzyło się przejście do Pokoju Wspólnego. Kiedy już weszli zobaczyli leżącego na kanapie... Freda Weasley'a.
- No hej, braciszku. - powiedział wstając.
- Co ty tu robisz? - spytała Hermiona.
- O... No to taka odpowiedź na list Rona. Wiecie, ja wolę działać.
- I co zrobisz? - spytał Ron.
- Chciałem wejść do Pokoju Wspólnego Krukonów. Problem w tym, że tak są jakieś zagadki zamiast haseł. Hermiono, czy mogłabyś pójść ze mną i pomóc mi się dostać do środka?
- A po co chcesz tam wejść? - zdziwiła się Hermiona.
- Po prostu z nim idź. - powiedział Ron. - Proszę.
- No widzisz. - powiedział Fred. - Nawet twój chłopak prosi. - złapał ją za nadgarstek. - Chodź. - pociągnął ją za sobą.
Rzuciła Ronowi krótkie spojrzenie i ruszyła za Fredem.
Godzinę później, Harry, Ron, Hermiona i Ginny, idąc na zaklęcia, zobaczyli burzę blond włosów złączoną z wysokim rudzielcem.
- Luna? - pisnęła Ginny.
Luna i Fred oderwali się od siebie.
- O! - ucieszyła się Luna. - Cześć!
Harry, Ginny i Hermiona stali jak wryci.
- Co... co wy... och. - wybąknął Harry.
- No, tak. - ucieszył się Fred. - No to żegnam kochanie. - ucałował Lunę w czoło. - Muszę już lecieć.
Luna zachichotała i cała piątka patrzyła na odchodzącego Freda. Ginny, Hermiona i Harry ze zdziwienia mieli otwarte usta. Ron uśmiechnął się tryumfalnie i spojrzał na Lunę.
- Dziękuję. - szepnęła tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć.


Dziękuję za komentarze, jesteście świetni. Nie przestawajcie. Z góry przepraszam, że od teraz będę wrzucała rozdziały trochę wolniej. Koniec wakacji oznacza niewiele czasu na pisanie. Postaram się dodawać w miarę regularnie. Jeszcze raz dziękuję za komentarze, zachęcają mnie do dalszego pisania :)