Ruda098: Wyjdzie, ale dokładniej opisane cierpienia Harry'ego będą opisane w następnym rozdziale.
Severus musi się najpierw oswoić ze swoimi uczuciami i myślami zanim zbudują z Harry'm jakąkolwiek więź.
Kazu94: Dziękuję bardzo, staram się właśnie choć to mój pierwszy prawdziwy fanficka. A wena to niestety kapryśna przyjaciółka, ale na szczęście dość często wpada
Rozdział IV
Bolesne powroty
Gdy zmierzali wspólnie z Dumbledore'm długimi korytarzami do Pani Pomfrey, Harry czuł się nieswojo. Ten dzień miał zbyt dużo przygód. Najpierw bójka z Dudley'em później tajemnica Magicznego Pędzla, potem odnalezienie uważanego za zmarłego ojca, który go odrzucił, a teraz szli oświetlonymi pochodniami, krętymi korytarzami , z wielkimi obrazami które… się poruszały.
Zagubiony chłopiec nie wiedział co się dzieje. Stare zamczysko wydawało się być przesiąknięte starą tajemnicą, zapachem przygód i magii. Z jednej strony było to intrygujące doświadczenie, a z drugiej opanowało go uczucie nieopanowanego niepokoju i niewytłumaczalnego lęku. Spojrzał na starszego mężczyznę. Za okularami połówkami miał duże, bladobłękitne, roziskrzone oczy, które zdawały się zapewniać, że dzisiejszy dzień jest najwspanialszym dniem jakim zaistniał i że wszystko się ułoży. Był ubrany w srebrno niebieskie szaty, które sięgały samej ziemi, zdawał się przez to płynąć w powietrzu. Na głowie miał w takim samym kolorze śmieszną, spiczastą czapkę, taką podobną do tych, które wkłada się na przyjęcia urodzinowe. Dumbledore zauważył te spojrzenia.
- To jest czarodziejska tiara. - uśmiechnął się ciepło, a jego oczy zamigotały wesoło.
- Czarodziejska? – spytał chłopiec niepewnie.
- Oczywiście – Dumbledore spojrzał na niego badawczo – Kiedy pójdziesz do szkoły dostaniesz taką samą.
- Ale… Proszę pana ja już chodzę do szkoły… - powiedział chłopiec i dodał smutno – I tam nie ma takich czapek.
- Ale gdy skończysz jedenaście lat i zaczniesz chodzić do tej szkoły będziesz mógł nosić codziennie inną. - uśmiechnął się do Harry'ego
- Będę mógł? Naprawdę? – zapytał niepewnie chłopiec – A czego będę się tu uczył? - spytał ciekawie.
- Oczywiście magii i czarodziejstwa, twój ojciec uczy tu eliksirów.
- Ale proszę pana?
- Tak Harry?
- A żeby się tego uczyć nie trzeba być czarownikiem?
- Ty jesteś czarodziejem.
Harry stanął jak wryty.
Przecież to niemożliwe.
- Kim jestem? – zapytał na wpół ciekawy na wpół przerażony.
- Czarodziejem Harry. I to naprawdę dobrym.
To dlatego był dziwadłem?
Dlatego był inny?
Niechciany… Pogardzany… Odrzucony…
Ale, zaraz…
- To znaczy, że jest więcej dzi…. Znaczy jest więcej czarodziei…?
- Jest wiele magicznych dzieci na świecie – odpowiedział staruszek przyglądając mu się badawczym wzrokiem.
Harry szedł dalej pogrążony we własnych myślach. Magiczne dzieci? Jeśli jest ich więcej, może znajdzie jakichś przyjaciół?
Czy znajdzie kogoś kto chciałby się z nim zaprzyjaźnić?
Czy zasłużył sobie na czyjąkolwiek przyjaźń?
Czy zasłużył na jakiekolwiek pozytywne uczucie?
Czy i tutaj będzie musiał radzić sobie sam?
Harry nie znał odpowiedzi na te pytania, a im więcej nad nimi rozmyślał tym więcej ich przybywało. Szli dalej w milczeniu, a ściany odbijały echo ich kroków. Zatrzymali się dopiero, przed drewnianymi, rzeźbionymi drzwiami. Dumbledore chwycił za metalową klamkę w kształcie róży i puścił Harry'ego przodem. Chłopiec otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Nigdy nie widział tak wielkiego i jasnego pomieszczenia. Przez ogromne, gotyckie okna wpadały strumienie słonecznego światła, po czym zdawały się pełznąć po białych, grubych murach spływając niczym świetlista rzeka na kamienną podłogę. Pod wysokim, kremowym sufitem rzeźbionym w delikatne kwiaty, unosiły się dziesiątki zapalonych świec o różnokolorowych płomieniach. W pomieszczeniu stało kilkadziesiąt łóżek ustrojonych bladobłękitną pościelą, a obok nich zostały umieszczone pojedyncze szafki w jasnoorzechowym odcieniu. Na samym końcu Sali znajdowało się dwoje drzwi, przez które wyjrzała starsza pani odziana w białe szaty i czepek o tej samej barwie.
- Witaj Poppy… - zaczął Dumbledore, ale ona nie zwróciła na niego uwagi, już podchodząc do chłopca szybkim krokiem, z różdżką w prawej dłoni.
- A co to się stało? Pewnie musi bardzo boleć, zaraz wszystko naprawimy słoneczko. – uśmiechnęła się ciepło do Harry'ego, po czym machnęła krótko różdżką i jego nos został naprawiony.
Harry był zaskoczony. Nie tylko szybkim naprawieniem nosa, ale najbardziej tym, że ta pani był dla niego miła. Nikt nigdy nie przejmował się jego bólem, a skąd dopiero tym by go wyleczyć. Nikt nigdy nie mówił do niego słoneczko. Dlaczego ta pani była dla niego tak miła?
- Nie wiem co te dzieci teraz robią, chodzą ciągle poobijane. Jak nie siniaki, to złamania. Zaraz tylko gdzie ja mam tę maść. – mamrotała do siebie, po czym podeszła do szafki i wyciągała z niej coraz to inne, różnokolorowe fiolki. Po chwili wyjęła jedną o ciemnopurpurowej barwie i podała ją chłopcu. – Smaruj nos trzy razy dziennie przez dwa dni, możesz zacząć od teraz – uśmiechnęła się promiennie i dodała – Może trochę piec, ja w tym czasie sprawdzę inne twoje obrażenia.
Wyjęła swoją różdżkę po czym dotknęła najpierw czoła chłopca, potem pergaminu i wypowiedziała jakąś niezrozumiałą dla Harry'ego formułę. Harry patrzył z fascynacją wymalowaną na twarzy gdy za sprawą magii na pergaminie pojawiały się coraz to nowe świetliste litery, podczas gdy pielęgniarka z każdym nowym zdaniem robiła się coraz bledsza, a jej oczy rozszerzały się w szoku. Drobny druk zajął prawie cały zwój. Nagle twarz pani Pomfrey wykrzywiła się w nieokiełznanej wściekłości.
- Albusie coś ty zrobił? – wysyczała przez zaciśnięte zęby.
- Co się stało moja droga? - dyrektor był wyraźnie zakłopotany.
- Spójrz na to! – wykrzyczała wściekle i podała pergamin zdezorientowanemu Dumbledore'owi
Gdy skończył czytać był w takim samym szoku jak pielęgniarka.
- Co to? - zaciekawił się chłopiec.
- Harry mój ty biedny chłopcze… wybacz mi – wyszeptał dyrektor.
Chłopiec był zdezorientowany. Nie wiedział za co takiego przeprasza go dyrektor. Przecież nic mu nie zrobił, a wręcz przeciwnie był dla niego miły w przeciwieństwie do wielu innych ludzi. I co takiego mogli zobaczyć na tym pergaminie?
- Ale dyrektorze ja nie wiem o co chodzi… - wybąkał nieśmiało.
- Wybacz mi, że będziesz tam musiał wrócić przykro mi…
- Słucham? – krzyknęła pani Pomfrey – Nie możesz go tam puścić!-
- Poppy ja muszę… - zaczął Dumbledore, ale zdenerwowana kobieta nie pozwoliła mu dokończyć
- Przecież ktoś inny może! Nawet ja!
- Poppy on będzie bezpieczny tylko ze swoją rodziną. – odparł zmartwiony dyrektor.
- Bezpieczny o ile go nie wykończą. – prychnęła ze złością.
- Wolisz by dopadł go ktoś inny?
Pomfrey o ile to zbladła jeszcze bardziej i ponuro pokiwała głową.
- Niestety to prawda, ale w takim razie wyślij tam kogoś do obserwacji!
- Oczywiście i już nawet wiem kogo – odpowiedział starzec a na jego usta wypłynął chytry, nie pasujący do niego uśmieszek.
Ktoś kto dobrze go znał już wiedział, że kogoś czeka niemiła niespodzianka.
W tym samym czasie w najgłębszych czeluściach lochów Mistrz Eliksirów wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w przygasające płomienie w antycznym kominku, trzymając w długich, smukłych palcach czwartą z kolei literatkę napełnioną bursztynowym płynem. Nawet podtrzymywany procentami zawartymi w Ognistej Whisky nie mógł oderwać się od ponurych, przygnębiających myśli.
Dlaczego mu nie powiedziała?
Czyżby naprawdę mu nie ufała?
Przecież go kochała…
Kochała prawda?
Nigdy nie planował mieć dzieci, a tu nagle zjawia się Potter i wywraca jego życie do góry nogami. Zaraz, poprawił się nie Potter tylko Harry Snape? Śmieszne! Jego syn. Jego dziecko. Dziecko przez, które odeszła stąd i nigdy nie wróci.
Zanurzył usta w literatce i wychynął zawartość jednym duszkiem, po czym odstawił ją i rozejrzał się po swoich kwaterach w poszukiwaniu butelki.
Ktoś mógłby pomyśleć, że ponury profesor ciągle przyodziany w czerń, będzie mieszkał w starej, brudnej i mrocznej jaskini. Ci, którzy tak pomyśleli nie wiedzą w jakim byli błędzie. Przestronne pomieszczenie było co prawda urządzone skromnie, ale było utrzymane w wręcz przesadnym porządku. W jednym z rogów stało duże, dębowe biurko a przy nim krzesło o tej samej barwie z bladozielonym obiciem. Przez zaczarowane okno osnute w srebrne zasłony , widać było Zakazany Las i kawałek jeziora a pod nim znajdowała się wygodna oliwkowa kanapa. Ściany o teksturze aksamitu pomalowano na groszkowy kolor, z srebrnymi wykończeniami. Podłoga została wyłożona puchowym, miękkim dywanem. Na jednej ze ścian było dwoje drzwi, jedne prowadziły do jego sypialni, a drugie do małej prywatnej biblioteczki z cennym księgozbiorem. Na półce nad kominkiem, znajdowała się jedyna zamieszczona tu fotografia.
Zdjęcie młodej kobiety z włosami o rudej barwie, które kaskadami łagodnych fal spływały jej do ramion. Z zielono-szmaragdowymi oczami bardziej czarującymi, niż cała magia wszechświata.
Lily…
Dlaczego odeszłaś?
Dlaczego nie uciekłaś…
Dlaczego oddałaś za niego życie…
Wiedział, że to pragnienie jest egoistyczne, ale wolał by to ona żyła niż…
Kochał ją. Oddałby całe życie gdyby zwrócili mu ją choć na chwilę. By jeszcze raz ją przytulić. By zobaczyć, usłyszeć, poczuć jej obecność. Jej bliskość, jej ciepło i miłość.
Wraz z nią umarło jego serce i wszystkie uczucia. Wątpił w to, że jeszcze kiedyś ktoś będzie dla niego ważny.
Bo i po co? By mieć i stracić? Czy ból, którym się płaci za poczucie chwili szczęścia przez całe życie jest tego wart? Czy warto później cierpieć tak jak po stracie Lily? Jak po stracie matki?
Wiedział, że te chwile szczęścia i ciepła były warte, ale mimo to… wolał przez to już nie przechodzić nigdy więcej.
Wszystko co miał zostało mu odebrane. Wszystko. Nawet swoją niewinność.
Nie wierzył w słowa Dumbledore'a, że pracuje „dla wyższych celów". Śmieszne! Jest takim samym mordercą jak Avery. Tak samo jak Voldemort. Zabijał i torturował tak samo jak oni z zimną krwią i nie mógł ot tak wyszukiwać sobie żadnych wymówek. Należały mu się te cierpienia. Ale wolałby być torturowany z największym okrucieństwem przez całą wieczność, niż by płacić za to stratą życia najbliższych.
Jego ponure rozmyślania przerwał palący ból w przedramieniu. Wciągnął ze świstem powietrze. Fale cierpienia przepływało przez jego ciało, promieniując z przedramienia na inne partie ciała. Szklaneczka wypadła z jego smukłej dłoni teraz zaciśniętej w niemym cierpieniu, roztrzaskując się na setki lśniących elementów i rozlewając dookoła bursztynowy płyn, tak samo jak w tej chwili roztrzaskał się jego świat, a wszelkie nadzieje wypłynęły z niego pozostawiając po sobie jedynie pustkę.
Ten ból mógł oznaczać tylko jedno. To czego Dumbledore był pewien, a czego inni się bali. Świat był znów zagrożony. Lord Voldemort powrócił.
Severus nie mógł, lub nie chciał w to uwierzyć. Na moment jego umysł przyćmiła ludzka nieopanowana panika, lecz po chwili zepchnął ją na dno podświadomości. Jakkolwiek by się nie bał i czegokolwiek by nie zrobił musiał tam iść. Znów musiał oddać się roli szpiega. Dobrze o tym wiedział. W tej chwili nie mógł nawet poinformować Albusa o powrocie Czarnego Pana. Musiał się spieszyć…
Wstał powoli ciągle trzymając się za obolałą rękę po czym podszedł do biblioteczki.
- Forrige Forventning* - wyszeptał drżącym głosem.
Przed nim otwarło się nieużywane przez siedem lat małe pomieszczenie. Wszedł powoli do środka oświetlając niedbałym ruchem różdżki jedyną znajdującą się tam pochodnię. Podszedł do stojącej w jednym rogu starej, zbutwiałej skrzyni. Otworzył ją z niejakim strachem. Wiedział co go czeka jeśli znów dołączy do śmierciożerców. Nie, nie bał się bólu, nie swojego. Bał się tego, że znów będzie musiał zadawać cierpienia innym. Gdy wyjmował ze środka starą, czarną pelerynę i zakurzoną maskę jego twarz wykrzywiło obrzydzenie. Odświeżył przebranie prostym zaklęciem, po czym zaczął je zakładać. Pamiętał co się stało gdy zakładał ją pierwszy raz. Właśnie wtedy odebrano mu duszę, w momencie gdy na jego przedramieniu wypalano znamię i rozkazano torturować małe dziecko. Dziecko na litość boską! Do tej pory nie mógł o tym zapomnieć mimo iż bardzo by chciał. Pamiętał te niebieskie oczy wypełnione bólem i strachem, które zdawały się błagać o litość i śmierć. Pamiętał jego nieludzkie krzyki pełne cierpienia, odbijające się echem od kamiennych ścian. Pamiętał sączącą się krew po posadzce z ran zadanych przez niego. Pamiętał, że o mało się wtedy nie poddał i nie próbował go ratować. Śmieszne. Severus Snape cyniczny złośliwy drań, próbujący ratować cierpiące dzieci! Jednak tego nie zrobił. Nie mógł. Musiał szpiegować „dla wyższego dobra". Tylko czemu za wyższe dobro muszą płacić niewinne dzieci?
Przerwał swoje rozmyślania po czym zabezpieczył swoje kwatery i opuścił szkolne mury śpiesząc ku polu aportacyjnemu. Pomimo iż był środek lata noce były wyjątkowo chłodne. Wiał lekki wiatr w zachodnim kierunku, tworząc na jeziorze delikatne fale, odbijające księżycowe światło i tysiące jaśniejących gwiazd. Severus nie mógł uwierzyć, że może być tak pięknie gdy świat znów miał zostać zalany strachem, mrokiem i cierpieniem. Dotarł do kwiecistej polany, której nie obejmowało pole antyaportacyjne i zniknął z cichym trzaskiem, by po chwili znaleźć się u stóp ogromnej mrocznej wieży zbudowanej z wulkanicznego bazaltu. Było tu przenikliwie zimno, a widok przesłaniała gęsta mgła zdradzająca obecność dementorów.
Twarz Snape'a wykrzywił bolesny grymas. Bliższa obecność tych mrocznych stworzeń już zaczęła na niego oddziaływać pozostawiając tylko dziurę wypełnioną bólem. Jeśli podszedłby bliżej znów spowiłby go mrok przeszłości. Znów ujrzałby twarze tych, których skrzywdził i jej martwe ciało. Severus otrząsnął się. Nie mógł sobie teraz na to pozwolić. Jeśli chciał przeżyć, musiał być spokojny i skupiony. Postawił nowe bariery wokół umysłu spychając emocje na samo dno.
Rozejrzał się dookoła. Przybył już prawie cały Wewnętrzny Krąg. Wśród zamaskowanych rozpoznał Lucjusza Malfoya, Avery'ego, Notta i kilku innych. Wiedział, że kilkoro z nich nadal jest w Azkabanie, a kilkoro… no cóż jeśli się nie stawią, wolał na razie nie myśleć co ich czeka…
- Moi wierni poddani – usłyszeli cichy, syczący głos dobiegający znikąd.
Po chwili kamienie rozsunęły się tworząc w kamiennej wieży przejście, w którym stał sam Czarny Pan z rozpostartymi ramionami w geście powitania. Nagle jego ręce opadły.
- Ale czy na pewno wierni? – jego twarz wykrzywiła się w grymasie nieludzkiej wściekłości – Tyle lat mieliście by pomóc swemu Panu wydostać się z otchłani bezsilności… a jednak zjawiliście się.
- Panie jesteśmy ci bezgranicznie wierni – Lucjusz Malfoy padł na kolana z uwielbieniem i szacunkiem – Ty wiesz Panie, że dla ciebie jesteśmy w stanie poświęcić swe życie.
- Czyżby? Więc gdzie byłeś Lucjuszu gdy ja musiałem istnieć w bezsilnej, bezcielesnej formie, bez szansy powrotu? Crucio! – ostanie zdanie wykrzyczał wściekle.
Wszyscy patrzyli jak Malfoy wije się w cierpieniu, a jego krzyki rozchodziły się po całej przestrzeni.
Po kilku minutach Czarny Pan łaskawie przerwał klątwę.
- Skoro potrafił mnie znaleźć Glizdogon po kilku latach to jestem pewien, iż wam zajęłoby to o wiele mniej. Woleliście prowadzić spokojne życie i zapomnieć o swoim Panu. Wiec pytam was czy jesteście mi wierni?
Całe zgromadzenie zaczęło energicznie przytakiwać.
- Powinienem was zabić tchórze! – wysyczał wściekle –Ale wasz Pan jest litościwy. Choć kara was nie ominie. – Jego szkarłatne ślepia zwróciły się ku Mistrzowi Eliksirów – A czy ty jesteś mi wierny Severusie? Czy kompletnie zeszlamiałeś przy Dumbledorze?
- Jestem ci oddany Mój Panie – Severus skłonił się z pełnym szacunkiem, siląc się na spokój.
- Mam taką nadzieję! Crucio! – wykrzyknął.
Severus upadł na ziemię trzęsąc się w niemym cierpieniu. Nie da mu tej satysfakcji, nie będzie krzyczał, choć jego mięśnie paliły żywym ogniem. Miał wrażenie, że boli go więcej części ciała niż posiada. Po kilku minutach wydających się wiecznością zaklęcie ustało, choć ból nie przeminął.
- A to byś nie zapomniał kto jest twoim Panem. Culter!
Snape poczuł jak jego ciało zostaje rozrywane, a z coraz nowszych ran, wylewa się więcej krwi. Nie pamiętał już dalszej części spotkania oprócz trzech słów „Trzeba złapać Pottera".
Był bardziej skupiony na utrzymywaniu osłon wokół umysłu, co było prawie nie możliwe przy tak wielkim bólu. Pamiętał tylko jak resztkami sił dotarł do punktu aportacyjnego i deportował się z powrotem na polanie, po czym z powodu wielkiej utraty krwi zwyczajnie stracił przytomność
Koniec rozdziału.
