Ha, jak to się bardzo AU po trzeciej części robi...
(nadal nie jest dość zabawnie, trudno, nadrabiamy fabułę, jakby)
Roche napisał, że przyjedzie. I tyle. Ani wyrzutów, ani pocieszenia. Ves natychmiast odłożyła butelkę, żeby jej w takim stanie nie zobaczył – a i jednego ciężkiego kaca dość jej było, garnizon ktoś trzymać musiał, bo bez Javena żołnierze się pogubili. Jak dzieci.
Wiewiórki, gdyby teraz zaatakowały, mogłyby odnieść całkiem spore zwycięstwo, może nawet coś rozstrzygnąć, przeważyć. Dziewczyna się tego trochę bała, musztrowała żołnierzy, więcej krzyczała, sama słyszała, jak nerwy wyostrzają jej końcówki zdań, jak to wszystko, razem wzięte, może ją kosztować cały autorytet.
I kiedy Roche przyjechał, wieczorem cztery dni po najściu elfów, ledwie się powstrzymała od rzucenia mu na szyję, przytulenia. Niech ją zabierze od tego wszystkiego.
Powstrzymała się, bo była żołnierzem, oficerem, dowódcą tego garnizonu, nie Veską z wioski, nie dziwką elfów. Złożyła raport, po prostu. Spokojnie. Stan fortecy, ludność Hynne, ostatnie wydarzenia w okolicy. Ten nieszczęsny przypadek z kapitanem Koską też.
Kapitan wysłuchał, rzucił „spocznij", zażądał posiłku dla siebie i chłopaków, odprowadzenia koni, ogólnie „cholernie zmęczony jestem". Ves czuła, jak ludność, która o Roche'u niejedno oczywiście słyszała, wpatruje się w nich, niespokojna. Strwożona. I od razu jakby pełna respektu. Jeśli mieli jakiekolwiek myśli o buncie czy choćby głośniejszym pomruku, to właśnie wywiało im je z głów.
No widzisz, widzisz, westchnęła w duchu, głupia ty, głupia. Nie trzeba było się tak z nimi certolić, miłym być, potrzeb pod uwagę brać, trzeba było, jak Roche, wrzeszczeć, jurysdykcją albo szarżą każdy gest podpierać i wycierać chłopami podłogi. Gmin nie szanuje, jak kto dla niego miękki.
Wzdychała po próżnicy. Nie umiała być dla ludu taka, jak Vernon. Po prostu. Zaraz myślała o swojej wiosce, choćby kątem duszy, zaraz by rozumiała, wybaczała, dawała szanse.
— No i co ty o tym wszystkim sądzisz, Ves? — zapytał kapitan.
Wieczorem, gdy już zjadł, objechał teren, zakończył te wszystkie bardziej urzędowe czynności – gdy dziewczyna wreszcie znalazła w sobie dość odwagi, by zacisnąć zęby i do niego pójść.
Z alkoholem. Roche lubił alkohol, jak wszyscy w wojsku zresztą. Chociaż nie tak, żeby się spić kompletnie, przytomność utracić albo rankiem nie pamiętać, co się właściwie działo.
— Że przepraszam — odparła, patrząc mężczyźnie w oczy. — Że skrewiłam. Moja wina. Biorę pełną odpowiedzialność i...
— Daj spokój — żachnął się Vernon. — A bo ja jestem jakimś urzędasem, żeby rozdzielać odpowiedzialności? I jeszcze może po żołdzie własnym ludziom polecieć... Skrewiłaś, prawda, ale każdemu się zdarza, przeprosiłaś i starczy. Nie powtarzaj mi tu raportu, tylko powiedz, tak po ludzku, na co twoim zdaniem jestem skurwysynowi potrzebny.
Dziewczyna zdecydowanie wolałaby powtarzać raport.
— Nie mam pojęcia. Ale myślę... — że on cię skrzywdzi — ...że nie powinieneś się zgadzać.
Kapitan zmrużył brwi, zacisnął usta. Coś w nim, widziała (nie pierwszy raz przecież), próbowało odegnać albo przynajmniej opanować zmęczenie.
— A jak wtedy zareaguje okolica? — spytał retorycznie. — Zresztą, pal sześć okolicę, ja sam źle bym się z sobą czuł, gdybym chłopa na śmierć o moje widzimisię posłał. Toż skurwysyn nie chce mojej głowy, Ves. Chce się „spotkać i porozmawiać". Słowem za moje bezpieczeństwo ręczy.
— Może złamać.
Roche wzruszył ramionami.
— Nigdy dotąd tak nie robił. I zaszkodziłby wizerunkowi Saskii. Tego zresztą nie ma co roztrząsać, pójdę, choćby dla spokoju w garnizonie. — Przyglądał się jej przez chwilę. — Ty chcesz mi coś powiedzieć? — głos miał łagodny, zachęcający do zwierzeń.
Zamrugała. Uciekła spojrzeniem. Wzięła głęboki wdech. Vernon nie jest zły, powtarzała sobie, słyszysz przecież, jak na niego, to w ogóle spokojny niczym tafla jeziora, zimą. Siebie ani chłopaków nie naraziłaś, to reszta mu rybka.
— Że naprawdę przepraszam. Nie jak urzędnika, tylko... tak po prostu. Przeze mnie chłopaków dorwali.
— Nie przez ciebie, tylko ich głupotę. Dali się wprowadzić w zasadzkę, chociaż ten kapitan niby tutejszy, powinien znać ludzi, teren, zauważyć... A ta zasadzka to przecież nie sto elfów było, tylko najwyżej kilkanaście. Dzieciak przerżnął sprawę, nie dał rady wygrać potyczki, to wszystko. — Dowódca sięgnął po fajkę, argumenty zbijał pewnie, bez wahania; trochę się tej pewności zaczęło nawet Ves udzielać, gdy padło: — W tym żadnej twojej wielkiej winy.
Czyli w czymś jednak była.
— Nie trzeba sypiać z oficerami. Ja wiem — przyznała cicho kobieta. — Nie zrobię tak więcej, obiecuję. Tylko myślałam, że skoro on jakby obok, że nam się komendy nie pokrywają, to...
— Z romansami zawsze jest chryja. Umawiasz się na jedno, a kutasom zaczyna zwidywać drugie. — Roche powoli się zaciągnął, przytrzymał dym w płucach. — Nie rób tak więcej. Nie rób tak nigdy więcej, ale też się nie turbuj. Nie ze względu na romantyczną duszę skurwiele go dorwali.
— Ale tamta dlatego poleciała...
— Jak Wiewióry chcą, to zawsze słabe ogniwo znajdą. Nie zakochana idiotka, to zazdrosny wsiowy fiut. Nie przejmuj się tym. Nie sypiaj więcej z oficerami, bo z tym kłopoty, sama widzisz. Ale to jeszcze nie zbrodnia. Nie ty ich wysłałaś na śmierć, tylko sami pojechali, a jeszcze dureń nimi dowodził... Na wojnie się ginie. Bywa. Tymeś się gryzła?
Kiedy pokiwała głową, kapitan wybuchnął dobrym, szczerym, ciepłym śmiechem, nadal z tą fajką między zębami, więc dziewczyna podeszła, pozwoliła się poklepać po ramieniu, powiedzieć raz jeszcze, że to nic, nic, Wiewiór chędożonego gadania się wysłucha, kochasia odzyska, już jego, Roche'a, w tym głowa, żeby wszystko odtąd dobrze szło. I Ves mu uwierzyła, odruchowo prawie, mimo Foltesta, mimo tamtego pod Vergen. Tak samo, jak chyba uwierzył calutki forcik – że skoro kapitan przybył, to jasne, odtąd wszystko będzie w porządku. Już jest.
Dzień umówionego spotkania wypadł, jak na złość, paskudny. Lało jak z cebra, lodowatym, zacinającym deszczem, akurat takim, który prawie jak żwir siecze po twarzy, akurat takim, przed którym nie chroni proste zadaszenie. Drogi natychmiast zmieniły się w błoto, nawet te utwardzane, pod samym Hynne. Kałuże i malutkie bagienka, i przemoczone mundury, oto, jak się pokazali tym chędożonym Wiewiórom... A chociaż to niby takie nic było, to Ves jednak doprowadzało do szału, bo że też musieli wyglądać żałośliwie – dzisiaj, teraz, przed tamtymi!
Roche starał się wyglądać spokojnie, ale widziała, jak zaciska dłonie w pięści, zęby na fajce, jak stawia szybsze, dłuższe kroki. Zły.
Wiewiórcza delegacja za to, cholera jasna, wyglądała całkiem nieźle. Owszem, też przemoczeni i widocznie wymęczeni – deszcz kapał po równo na starszą krew i Dh'oinne – ale elfy, choć z podkrążonymi oczyma, były odziane w dobre futra, drogie, solidne buty, ich konie były najedzone i zadbane, broń ukryta w zdobionych pokrowcach, na dłoniach lśniły skurwysynom pierścienie, a w uszach kolczyki. Wojenna moda, trzymać na sobie, co się zdobyło, na wypadek, gdyby za opiekę wypadło płacić.
Bogactwa było sporo, na tyle sporo, że przez sekundę czy dwie Ves nie dostrzegała najważniejszego: braku. Braku Iorwetha konkretniej – kapitana także nie było widać, ale jego najpewniej przewożono w bogato malowanym, toczącym się za konnymi wozie – na czoło kolumny wysunął się tylko Ciaran. Uniósł dłoń.
— Hael. — Skłonił głowę i natychmiast przeszedł do rzeczy. — Iorweth bardzo przeprasza, że nie może uczestniczyć w spotkaniu... I że ściągał tu was, kapitanie, na próżno. Został ranny w ostatniej... potyczce. — Dziwny, złośliwy uśmiech przeciął mu twarz. — Rany są zbyt poważne, by mógł podróżować. Żałuje z całego serca.
Roche parsknął śmiechem.
— Ładna wymówka. Ja tu czekam, moknę, a skurwysyn się w pieleszach wygrzewa... — Zwęził oczy. — Kolejna z rzeczy, za które będzie cierpiał, gdy go wreszcie dopadnę. Bardzo cierpiał. Możesz mu to przekazać.
Elf ani drgnął.
— Nie spodziewałem się taktu czy zrozumienia. Iorweth zaprasza wszakże...
— W rzyć może sobie wsadzić zapraszanie. Gdzie jest kapitan?
Ciaran skinął głową. Z wozu wyciągnięto Javena – i Ves sklęła, ludzie z fortu zaszemrali z na wpół przestraszonym oburzeniem, bo chłopak był zmasakrowany, podtrzymywać go trzeba było. Dziewczyna nie umiała powiedzieć, czy dzieciak jeszcze kiedykolwiek weźmie miecz do ręki. Poczucie winy, ostatnio przyciszone, znów ścisnęło jej żołądek.
Vernon uniósł brwi.
— Tak traktujecie jeńców? Przekażę naszym. W tych sprawach panuje zasada wzajemności.
Elfy pozostały obojętne, ale Ciaran sprostował, że to nie w niewoli, tylko w walce. Kapitan się nie poddał, musieli siłą brać, wielu ich żołnierzy przy tym poległo...
— Terroryści nie żołnierze — przypomniał Roche, bardzo uprzejmym tonem. — A ten tutaj nie będzie mógł walczyć przynajmniej kilka tygodni. Z czego się rodzina utrzyma?
Ciaran przez chwilę przerzucał spojrzenie między Vernonem a Javenem. Potem skinął głową.
— Dh'oinne należy się odszkodowanie, prawda.
Przyjrzał się swoim dłoniom, po czym ściągnął jeden z pierścieni i nie zsiadając z konia, rzucił pod nogi zgromadzonych. W to błoto. Bez słowa czy grymasu niby, ale jakoś wyglądał tak, że równie dobrze mógłby im splunąć w twarz.
Ludzie znów zaszemrali, ale ktoś zaczął się schylać. Ves zabroniła warknięciem, jeszcze nim Roche choćby gest wykonał. Znała go w końcu trochę. Wiewiórki zresztą też.
— Mam jeszcze z tuzin waszych u siebie, przy granicy — zauważył Vernon. — Mogę ich udławić takimi pierścionkami. Mogę im takie kolczyki wydrzeć razem z uszami.
Ciaran przechylił lekko głowę.
— Złoto i rubin. To uczciwa cena. Rodzina przeżyje za to dłużej niż kilka tygodni. Kupi sobie nawet ziemię i nową chałupę, jeśli będzie chciała.
— A kto im tę biżuterię na cokolwiek wymieni w trakcie wojny? — sarknął Roche. — Równie dobrze moglibyście im podarować tron redański.
Teraz roześmiały się wszystkie elfy.
— Właściwie po to mieliśmy się spotkać. Iorweth chciał, żebyś się dowiedział pierwszy... Żebyś mógł być pierwszym pieskiem, który przekaże wieść Radowidowi. Dostać pochwałę.
Vernonowi zadrgały szczęki.
— Ja przynajmniej mojemu królowi nie obciągam.
Ciaran nie dał po sobie poznać, że usłyszał. Dokończył z emfazą:
— Wojna zakończona. Margrabia i jego następca podpisali pokój z grafem. Ustaliliśmy podział ziem. Nic już tu po twoich oddziałach.
— Sądzicie, że uwierzę? — prychnął Roche.
— Nie, prawdę mówiąc nie.
W pól minuty wytoczono z wozu kolejną osobę. I tym razem Ves nie dała po sobie poznać zaskoczenia tylko dzięki latom praktyki, które uczyniły mrożenie rysów twarzy odruchową reakcją na wszelkie szoki.
Bo elfy najwyraźniej pojmały margrabiego. Vidram ubrany był nie gorzej niż Wiewiórki, ale żadne futro nie mogło zakryć siniaków na twarzy.
— Podpisaliśmy pokój, prawda? — spytał Ciaran.
Loks z rezygnacją skinął głową.
— Właściwie kapitulację — przyznał cicho. — Oddziały zajęły twierdzę.
— A jaki błąd popełniłeś, tępy fiucie, że ci banda podkarmionych żebraków zajęła niezdobytą górską twierdzę? — zainteresował się Roche.
— Taki, że bronił się przed oddziałami starszej krwi w niezdobytej górskiej twierdzy postawionej na krasnoludzkich fundamentach — podpowiedział konwersacyjnym tonem Ciaran.
Arystokrata przezornie milczał. Wiewiórki najwyraźniej już go przeszkoliły.
— Kievr jest na krasnoludzkich fundamentach? — Vernon uniósł brwi.
Ciaran tylko westchnął. Zabrzmiało nawet szczerze.
— Tyle się nakradliście, że już nawet nie pamiętacie, co konkretnie. Dh'oinne, Dh'oinne, jętki, jętki... W każdym razie, Kievr padł. Wygraliśmy. Poinformuj Radowida. Czarodziej... Zaawansowaną technologią. Teraz. Niech wycofa oddziały. Niech oddadzą Saskii... i grafowi, oczywiście... Griesno. Tak stanowi układ pokojowy. Kievr zatrzymuje margrabia...
— Radowid nie zgodzi się na tę kapitulację.
— Fortunnie się więc składa, że to nie jest wojna Radowida tylko spór dwóch arystokratów, wolnych poddanych cesarza Emhyra. Ale twój król pewnie będzie zadowolony z tego, kto pierwszy przyniesie mu informację. Iorweth stara się dbać o twoją karierę, Dh'oine. Okazałbyś trochę wdzięczności.
Roche zastygł.
— A dlaczegóż to — cedził słowa, bardzo, bardzo powoli — skurwysyn miałby się troszczyć o moją karierę?
Cień przepłynął Ciaranowi przez twarz. Ves przez chwilę sądziła, że elf nie odpowie.
— Flotsam — rzucił jednak tamten. — Gwynbleidd przybył z tobą. I gdyby nie wasze przybycie, to najpewniej ja zmarłbym na tej barce, a Iorwetha zabiłby Letho... Aen Seidhe płacą swoje długi.
Roche wyglądał, jakby miał zaraz dostać apopleksji. Cały jego spokój gdzieś zniknął.
— Jeśli skurwysyn sądzi, że ja mu kiedykolwiek celowo pomogłem — warknął, zaciskając pięści — to jest jeszcze bardziej pochędożony, niż...
— Nie, nie. Oczywiście, że nie. Prawdę mówiąc, sądzimy raczej, że tę wiadomość znajdujesz niemiłą. — Co z kolei było najwyraźniej myślą miłą elfowi, bo Ciaran nie wstrzymał półuśmiechu. — Ale zapytałeś, a Iorweth zbyt cię szanuje, bym miał ci kłamać. Uratowałeś nam życie, choćby niechcący i wbrew woli. Spłacamy swoje długi — powtórzył z naciskiem.
— Poprzez torturowanie moich sojuszników? — Roche wskazał na Javena.
— Poprzez zapewnienie ci dostępu do najświeższych informacji taktycznych. Łaski twojego króla.
— Sam potrafię zadbać o najświeższe informacje taktyczne. A łaskę mojego króla najszybciej zdobędę zabijając ciebie, Iorwetha i wszystkich skurwysynów, którzy wam towarzyszą.
— On też pragnie pojedynku — przytaknął gładko Ciaran — Ale ranny nie mógłby ci dać satysfakcji.
— Jeszcze raz usłyszę, jak to niby moja satysfakcja obchodzi Iorwetha...
— Obchodzi — przerwał mężczyźnie elf, dziwnie lodowato. — A teraz poinformuj swojego króla. Nie ruszymy się stąd, póki się nie upewnię, że Radowid respektuje postanowienia traktatu pokojowego. Albo chociaż o nich wie.
— To długo rzyć sobie tutaj odmrażać będziesz.
— Nie twoja rzyć, nie twoja sprawa. Nawiąż łączność. Proszę — dodał, zreflektowawszy się jakby.
Ves wolałaby, żeby się nie reflektował. Bo w całej tej pokazowej grzeczności nie było, widziała, wszyscy widzieć musieli, nic z szacunku. Nie dla Roche'a przynajmniej. I to parzyło. Jak splunięcie w twarz.
Vernon połączenie nawiązywał ostentacyjnie powoli. Magiczne lusterko przetarł kilka razy, dmuchał na nie, podsumował sobie pod sam nos. Cudował. Może liczył, że się nieludziom znudzi, może je zirytować chciał – tak czy siak, bezskutecznie. Komando czekało z kamiennymi twarzami, to margrabia na przemian bladł i się pocił, wyraźnie przestraszony. Jego syn patrzył w ziemię. Załamany albo zrezygnowany tylko.
Do kontaktu w końcu doszło. Co prawda nie przy bandzie, kapitan odszedł sporo poza zasięg słuchu elfów. Ale Jego Wysokość i tak, choć wysłuchawszy raportu, był, delikatnie rzecz ujmując, nieziemsko wkurwiony, powstrzymał się od wulgaryzmów. Coby nie dawać tamtym swołoczom nawet cienia szansy na przyjemność słuchania ludzkich królów wytrąconych z przyrodzonych im dostojeństwa tudzież równowagi.
— Masz dla mnie jeszcze jakąś dobrą wiadomość, Roche? — spytał lodowato Radowid.
Ten lód był właściwie całkiem niesprawiedliwy, bo żadnej winy Vernona w upadku twierdzy się znaleźć nie dało. Takie drobiazgi niespecjalnie jednak obchodziły pana Redanii. Czy jakiegokolwiek innego pana, tak bogami a prawdą, choćby panował na wszystkiego czterech morgach.
Kapitan tak oczywiście nie myślał. Kapitan wobec swoich władców był lojalny, karny, ślepo wielbiący. Każdy grymas niezadowolenia przeżywał niemal niczym dworny zalotnik fochy umiłowanej panienki z bluszczem oplecionego okienka – co dziwnie kontrastowało z jego zwykłą nonszalancką, bezczelną manierą. Teraz też giął się w ukłonach, przepraszał, brał odpowiedzialność; jak na siebie, to bardzo grzecznie i całkiem pokurniutko. Dobrze, westchnęła w duchu Ves, że Wiewióry tego nie słyszą, dopiero miałyby frajdę.
— Dajże mi spokój z przemowami — prychnął wyniośle Jego Królewska Mość. — Od tego mam propagandzistów i poetów. Zbierz ludzi, wycofaj się z powrotem do Griesna. Nie zamierzam puścić tej obrazy płazem... Tylko tutaj i teraz na nic się mi tutaj nie przydacie. Chyba, że umiesz swoim oddziałem zająć Kievr? — w głosie Radowida zabrzmiała niemal nadzieja.
Roche musiał ją rozwiać. Z niewątpliwym żalem, ale jednak. W przeciwieństwie do Iorwetha nie mieli krasnoludzkich planów twierdzy. Może należałoby, podrzucił kapitan, przycisnąć jednak nieludność, niemożliwe przecież, żeby wszyscy, którzy akurat wiedzę o tajnych przejściach i fundamentach mają, należeli do Wiewiórek...
— Co robię z moimi poddanymi, moja rzecz. Nie twoja, Roche. Ja wiem — sarknął cierpko władca — że ty to najchętniej wybiłbyś mi pół kraju. Tylko z kogo ja bym wtedy — tu się mu ton trochę ocieplił — ściągał podatki? Wycofajcie się, ale z wiarą. Nie będzie mi tu półdzika banda z babą na czele i jeden trzęsiportek, choćby margrabia, dyktowali z kim mam wojnę prowadzić.
Otton zacisnął pięści. Za plecami, żeby Jego Wysokość nie dostrzegł. Na niewiele zresztą się te starania zdały, bo kilka sekund później, gdy pomyślał o rozmowie o tych przeklętych różyczkach, negocjacjach, pokoju, całej tej świątecznej słodyczy, to wyrwało się mu:
— Podła suka.
Radowid nawet nie zdawał się krzyw temu rażącemu brakowi manier. Skinął głową.
— Dziwka — oznajmił tonem absolutnego autorytetu. — Na wylot niemal przechędożona. Nie pora wszakże tracić czasu na twierdzenia oczywiste.
Teraz z kolei potaknął Otton. Cokolwiek machinalnie, bo żal wciąż mu umysł zasnuwał. Całe dziedzictwo na nic! Dla ojca i brata, pewnie, tak okrojonych ziem starczy, a o nim to przecież rodzina nigdy nie zwykła myśleć.
— Pora na rozmowę o działaniach. Podejmiemy starania, żeby zapewnić waszemu bratu i ojcu przynajmniej bezpieczeństwo. Oni co prawda dzisiaj po południu jeszcze nietknięci byli, ale w rękach Iorwetha. Nie liczyłbym na to, że ten stan potrwa wiecznie. Ani nawet długo. Radziłbym też się pogodzić z ruiną twierdzy, Wiewiórki niszczą to, czego nie mogą ukraść. Traktat pokojowy zostawia Kievr w waszych rękach, Iorweth z pewnością przed wyjściem go zdewastuje.
Tutaj potaknięcie było już nie tyle machinalne, ile po prostu załgane. Ottona w tej chwili nic a nic nie obchodził los krewnych. Los zamku owszem, remont pochłonąłby morze pieniędzy, a nie remontować szkoda by było, szlachcic spędził tam kilka mile wspominanych wiosennych miesięcy. Prestiż rodu też sporo by na tym ucierpiał.
— Cała ta sprawa — dodał Radowid, łagodząc ton; szlachcic ścierpł — jest bardzo nie na rękę Redanii. Rozumiecie, prawda? Jeśli przyjmiecie ten pokój, będziemy zmuszeni...
— Jeśli? — powtórzył zdławionym głosem Otton. — A co innego mogę zrobić? Mój ojciec podpisał. Jego najstarszy syn podpisał. To ich ziemia. Ja nie mogę...
— Jakby ktokolwiek miał uwierzyć, że po dobroci to podpisali. — Radowid machnął ręką.
— Traktaty pokojowe zwykle się z ostrzem na gardle...
— To nie wojsko, żeby z nim podpisywać traktaty, tylko pospolici zbrodniarze, co nasze i nawet nilfgaardzkie sądy już po pierwszej wojnie stwierdziły. Traktaty podpisuje się po negocjacjach czy więzieniach, ale nie torturach. A kto niby Iorwethowi zaufa, że tam nie było tortur? To jeszcze nieoficjalne, ale z wiem z dobrych źródeł, że Kovir i Poviss wnoszą podobne zastrzeżenia. Rozmawiałem też z Novigradem, jeszcze nie są zdecydowani, zgadzają się wszakże, że sprawa się wydaje podejrzana. I warto byłoby się namyślić, zamiast ślepo akceptować szemrane traktaty. Część kaedweńskiej szlachty również popiera ten... ostrożniejszy, bardziej sceptyczny... punkt widzenia.
Szlachcicowi zaczynało coś świtać. Konkretniej: droga ocalenia spadku, uniknięcia gniewu Radowida, okrycia się chwałą i zemszczenia na tej suce. Władca tymczasem konkludował:
— Mamy podstawy sądzić, iż waszego ojca zmuszono pod najhaniebniejszym z przymusów, zwłaszcza, że w ręku wroga znajdował się także wasz brat, dziedzic. To: albo margrabia zdradził rację własnej rodziny. Najważniejsze jest jednak, że główne zamki nadal się bronią, a wy jesteście na wolności. Nie ma powodu, by ród — podkreślił to słowo — popadał w ruinę.
— Opowiedz mi — żądał Iorweth tonem niemal marudnym. — Opowiedz mi wszystko, każdy szczegół.
Ciaran pokręcił głową, nawet nie próbując ukryć irytacji.
— Radowid wysłuchał, przyjął do wiadomości, ale nie powiedział, że uznaje. Nic nie powiedział. Z czego wnioskuję...
— Dręczysz mnie, kiedym niezdrów — westchnął męczeńsko watażka. — Co powie Radowid, to od razu było wiadomo, nie o niego mi chodzi.
— Roche się powściekał, poklął, pogroził retorsjami na jeńcach, ale nie dał mi powodu, żebym zatrzymał zakładnika albo rzucił rękawicę. To też od razu było wiadomo, przewidywalny fiut z niego — Ciaran nie próbował też ukrywać przygany.
— Proszę cię o prosty raport...
— Już złożyłem. Zakładnik oddany, wiadomość Redanii przekazana, Jego Wysokość Radowid nie ustosunkował się. Całość odbyła się w sposób przewidziany kodeksami, pokojowo. Strat wśród naszych nie ma. Margrabia z dziedzicem też wrócili pod klucz cali i zdrowi.
Iorweth jęknął teatralnie, zarzucił głowę na poduszki. Rana zmuszała go do pozostawania w łóżku, felczerzy upierali się, że jeszcze prawie tydzień minie, nim będzie mógł wsiąść na konia. Watażkę bezczynność doprowadzała do szału, pacjentem był więc trudnym. Nadworni medycy – jeszcze niedawno Loksa – po kątach nie wahali się wręcz twierdzić, że dziecinnym.
— Wyleczyłbyś się z tej twojej obsesji. Dh'oine jak Dh'oine. Nic ciekawego nie zrobił, naprawdę.
— Nadal możesz opowiedzieć. Choćby nieciekawe. Nudno mi. Chciałem go zobaczyć — rzucił ze szczerym żalem Iorweth. — Sprawdzić, czy go ambicja zakłuje, zaboli. Pojedynkować się nawet, ostrze mu przyłożyć do gardła...
— Albo dać własne — przypomniał spokojnie Ciaran. — Walczyć to on umie. Bloede carme, czemu ciebie tak opętało? Nie on jeden mordował nam oddziały.
Watażka wzruszył ramionami. I zaraz drgnął mu kącik wargi, widomy znak, że ruch był jedna zbyt nagły, za szeroki, szarpnął szwami.
— Chcę, żeby cierpiał — oznajmił dowódca. — I żeby wiedział, że to przeze mnie cierpi.
— Na cierpiącego to nie wyglądał. Na zirytowanego raczej.
— Jak bardzo zirytowanego? — podchwycił Iorweth, teraz już, Ciaran był pewien, z celowo odgrywanym zapałem. — I skąd wiesz? Opowiedz mi, wszystko, słowo w słowo...
Jego rozmówca opadł na krzesło, zakrywając twarz dłonią.
Graf Fryderyk oblizał wargi. Nie tknął wina, chociaż Saskia go częstowała, a wino w swoim obozie mieli wyborne.
— Nie jestem pewien...
— Zostaniecie obwołani zbawcą, panie. Wyzwolicielem braci szlacheckiej. Wszyscy mają już powyżej uszu panoszenia się Radowida. Co daje mu prawo do wtrącania się w sprawy Kaedwen? Siła? Pycha? Cesarz nie ustanowił go waszym opiekunem.
— Tak, ale... Tak wielka wojna...
— Zaraz tam wielka. W zasadzie nic się nie zmienia. Walki nadal będą się toczyć o Griesno, tylko teraz formalnie jest to już wasze Griesno, a dotychczasowa załoga to uzurpatorzy, przeciwko świętej władzy ojcowskiej i ustaleniom traktatów występujący.
— Redania...
— Redania od początku wspierała margrabiego. Nihil novi sub sole. Zaostrzą trochę propagandę, to wszystko.
— Kovir i Poviss, i Novigrad, i...
— Novigrad ceni swoją neutralność. Wesprze roszczenia Ottona tylko słownie, może parę not dyplomatycznych wyśle. Tyle, to nam oferuje Touissant. Kovir i Poviss mogą faktycznie wystawić trochę wojska, mają do mnie nadal pretensje... Niedużo wszakże, oni także obawiają się wzmocnić za bardzo Radowida. Rakverelin z kolei wesprze nas, jeśli trzeba będzie, to oddziałem czy dwoma, choćby po to, by tamtych właśnie osłabić. Nie zaatakują nas bezpośrednio, przez Rakverelin będą musieli przejść najpierw, a to trudna przeprawa. Co do Redanii zaś – Aedirn nie zamierza opuszczać słusznej sprawy. Naszej sprawy. Wielu z kaedweńskiej szlachty stoi na tym samym stanowisku. Otton poważył się złamać nie tylko traktaty, lecz i świętą zasadę synowskiego posłuszeństwa. Wyrazy poparcia płyną do nas z całej Północy. Wszystko się wyrównuje.
Trelletor nie wydał się przekonany. Nie wydał się również mieć dość silnej woli, by skutecznie zaprotestować.
— To będzie trwało — bąknął tylko.
— Wcale nie tak długo — zapewniła szybko Saskia. — Zobaczycie. Niejednego asa mam jeszcze w rękawie. Skończycie bogaci i okryci chwałą. A jeśli nawet spadłoby na nas przekleństwo klęski, to ukarzą tylko mnie i nieludzi. Nic wam nie zrobią, nawet miedziaka nie uszczkną z majątku... A ten sobie przecież ostatnio powiększyliście.
Tutaj graf musiał potaknąć. Zajęcie ziem margrabiego przyniosło spore zyski, armia najemnicza jeszcze ich całych nie zjadła.
— Nie chcę brzmieć jak niewdzięcznik... — Trelletor ugryzł się w język; jak on właściwie zwraca się do ludzi, których sam wynajął?
— To się tak nie zachowujcie. — Kobieta najwyraźniej problemu z hierarchią nie widziała.
Fryderyka to powinno oburzać, ale jakoś częściej zapierało mu dech i odbierało ochotę na spory. Jesteś stary, warknął w jego głowie głos rozsądku, jesteś po prostu starym capem, który daje się omotać dziewczynie, bo ma spory biust, ładną buźkę i zgrabne nogi. O tyłku się nie wypowiem, bo lata w tych kaftanach, nic nie widać.
— To będzie szybka wojna. Nawet roku nie potrwa — ciągnęła Saskia, dolewając im wina. — Szybka wojna, mała inwestycja, bo teraz to nam pół Północy się do sprawy dołoży, duży zysk. Finansowy i wizerunkowy. — Wcisnęła mu kielich.
Na wizerunku to raczej ona zyska. Ona i ten elfi Rzeźnik. To wszakże grafowi nie przeszkadzało. Znacznie bardziej obchodziły go pieniądze – a te póki co spływały. Tak jak najemnicza obiecała. Tak jak się umawiali. Nie było więc chyba powodu, by nie zaufać jej ponownie, w końcu zmusiła margrabiego do podpisania wyjątkowo korzystnego dla Trelletorów pokoju. Że Redania dostała histerii, nie dziewczyny wina. Tego nikt nie mógł przewidzieć, takie pogwałcenie najświętszych, najstarszych tradycji...
Kolejny sprzeciw był już całkiem pozbawiony ognia. Ot, takie gadanie dla gadania, w ramach uspokojenia głosu rozsądku:
— Cesarz nie będzie zadowolony.
— Owszem. Dlatego wiem na pewno, że wojna będzie krótka. — Kobieta błysnęła w uśmiechu zębami, nachyliła się trochę ku grafowi, jakby mu zdradzała pomniejszy sekret. — Emhyr nam dłużej walczyć nie da. Ale wściekły będzie przede wszystkim na Radowida, bo w nim upatruje zagrożenia. Uzna to manewr w kierunku podporządkowania sobie Północy i wywołania rewolty. Każdy ruch, który będzie wyglądał na próbę zjednoczenia, może bardzo drogo kosztować Redanię... Ten teraz też. Szpiedzy cesarscy uważnie obserwują sytuację. A Radowid jeszcze młody, krew w nim gorąca, doświadczenia i umiaru niewiele. Jeszcze niejeden błąd przed nim. A my wykorzystamy wszystkie — zakończyła z wielkim naciskiem, wpatrując się w twarz Fryderyka.
Który to nie był aż tak durny, by nie skomentować w duchu, że Saskia znowuż specjalnie od Radowida starsza nie jest, a doświadczenie tych jej elfów zawierało się głównie w mniej bądź bardziej godnym przegrywaniu. Tylko ten komentarz nie miał znaczenia – ostatnia salwa argumentów dziewczyny była akurat dobra. Cesarz nie mógł pozwolić Radowidowi wygrać, więc nieważne, jak potężną wichurę Trelletor zasieje, nie zbierze z niej burzy. Zysk mógł być olbrzymi, straty żyrowane przez Nilfgaard. Ryzyko niewielkie, akurat takie, by krew szybciej w żyłach krążyć zaczęła, wzrok się roziskrzył, młodość przypomniała.
— Racja. — Teraz gdy decyzja zapadła, graf wyprostował się, uniósł podbródek, duma i dostojeństwo z niego biły. — Powiemy Radowidowi, że traktat nie podlega dalszym negocjacjom, chyba że mieczem, insynuacje o torturach więcej mówią o podłości, do jakiej najwyraźniej gotowa, choćby tylko w wyobraźni, posunąć się Redania, a swoje oburzenie może sobie wsadzić... powiesić w gablotce i nad łożem małżeńskim trzymać, bo to nie jego sprawa, tylko zatarg między wolną szlachtą kaedweńską. Tak dobrze?
Saskia posłała mu uśmiech. Tylko jej dołeczków w policzkach brakowało, by wyglądała na ucieleśnienie niewinnej radości.
— Tak doskonale.
— Nie tak się umawialiśmy — w głosie Idy nie było ani wyrzutu, ani oskarżenia, ani urazy, ani zdziwienia nawet, było tylko bezbrzeżny spokój, nieledwie obojętność. — Mieliście osłabić margrabiego Loksa. Przejąć kawałek jego ziem, jeśli się uda. A wy wywołujecie kolejną wojnę północną.
Obraz w gnomim lustrze był trochę zamazany, jakby ktoś na nie chuchnął. Albo zarzucił zasłonę. Saskia podejrzewała, że Franceska oraz jakieś elfy z Gór Sinych podsłuchują czy nagrywają i stąd te zakłócenia.
— Et, zaraz „wojnę". Ruchawkę przygraniczną. Rozrywkę. Trochę ćwiczeń się przyda żołnierzom. Technika do przodu pójdzie. — Machnęła lekceważąco dłonią. — Nic wielkiego się nie stanie. A Loksa osłabimy. Z całą pewnością.
— Wzbudzając przy okazji nienawiść do nieludzi. W całym Kaedwen. Co wy właściwie knujecie? Chcecie doprowadzić starsze rasy pod ścianę? Zostawić im wybór: powstać albo zginąć w pogromach? Chcecie płonącej Północy, z której się narodzi kolejny piękny, pyszny, głupi bunt Aelirenn?
— Nigdy. Jesteśmy najemnikami. Walczymy za pieniądze, nie idee. I nie zauważyłam, by nienawiść jakoś specjalnie wzrosła.
— Z tego nie będzie pieniędzy. Z tego będzie jedynie wielka wojna. Można niej wiele ugrać, prawda. Zwłaszcza politycznie. A wam się jeszcze niedawno śniła republika...
— Ciągle ponawiacie te same insynuacje. Nie zamierzamy i nigdy nie zamierzaliśmy zdradzać Stennisa — zaintonowała Saskia — naszego dobroczyńcy i opiekuna, obsypującego nas łaskami...
Elfka uniosła dłoń, przeprosiła jakąś uprzejmą formułką.
— Powiedz tylko, czy macie jakiś pomysł... Nie, czy jesteście pewni, że wygracie tę wojnę? Że Aen Seidhe ją wygrają? Czy choćby... — Gorzki uśmiech. — ...przeżyją?
— Przeżyjecie. — Dziewczyna machnęła ręką. — Nawet zyskacie. Zapłaciliście nam przecież. Nigdy nie oszukujemy zleceniodawców.
Co macie nie przeżyć, prychnęła w duchu, twarda z was rasa, tylko na mojego w łóżku spojrzeć, przeżyć możecie dużo i długo, jak – o ile – już ktoś was spłodzi.
