Rozdział IV
Jechali szybko i w milczeniu. Maedhros czuł na sobie wzrok Vorindona, który zdawał się wypalać mu dziurę w plecach, ale nie zamierzał zwolnić. Wciąż znajdowali się zbyt blisko obozowiska orków, pola walki, trucheł, potencjalnego miejsca zasadzki. Amras był już pod ich opieką, wolny, ale nie dość daleko od zagrożenia. Ciągle jeszcze mógł się powtórzyć tamten koszmarny scenariusz negocjacji, które zakończyły się rzezią.
Krótki zmierzch przeszedł w noc. Wiejący z północy wiatr odegnał część chmur i w górze błysnęły pojedyncze, nieśmiałe gwiazdy, a połówka księżyca co jakiś czas wychylała się przez fragment czystego nieba i oświetlała im drogę srebrzystym blaskiem. Wraz z wiatrem pochłodniało; noc przypominała, że wiosna miała dopiero nadejść mimo tego, że niektóre słoneczne dni niosły jej pierwsze zapowiedzi.
– Chyba powinniśmy stanąć – odezwał się w końcu elf wiozący przed sobą Amrasa. – Nie mogę go ani docucić, ani ogrzać. – Podjechał bliżej ku dowódcy; ranny wisiał w jego uścisku bezwładny jak kukiełka. – Niepokoi mnie to.
– Konie też będą potrzebować odpoczynku – zauważył Vorindon. – Nie damy rady dojechać do domu bez jednego postoju.
Maedhros wolałby poczekać z tym do rana, lecz musiał przyznać rację swoim podwładnym. Brat wyglądał źle, a wierzchowcom faktycznie należał się odpoczynek.
Jechali jeszcze przez chwilę, aż trafili na zagłębienie pomiędzy skałami, które dawało względnie osłonięte miejsce na postój. Rychło też Amras znalazł się przy niewielkim ogniu, otulony dodatkowo drugim płaszczem. Maedhros początkowo kręcił się jeszcze pomiędzy swoimi elfami, wyznaczając straże, ale w końcu, gdy był już pewien, że nie można ich będzie zaskoczyć, przysiadł obok brata. Odgarnął mu z twarzy wilgotne włosy i przetarł czoło, starając się trzymać własne emocje na wodzy. Amras jęknął i skulił się pod płaszczem. Zorientował się chyba, że ma wolne ręce, bo spróbował się podnieść. Maedhros otoczył go ramieniem i pomógł usiąść.
– Już dobrze, Ambarussa, już dobrze. – Nachylił się i szepnął bratu do ucha, na co ten słabo spróbował się wyrwać. Zaskoczony, Maedhros rozluźnił uścisk.
– Nnie... Nienienie! – Amras zachłysnął się i przechylił się niebezpiecznie w bok, ale ramię brata utrzymało go w pionie. – Nie ciebie, nie ciebie, nie ciebie!
– Pityo! – Maedhros otrząsnął się ze zdziwienia i chwycił lodowatą dłoń brata. – Już dobrze, jesteś wolny. Nikt cię nie więzi. Mnie też nie – dorzucił sztywno.
Amras otworzył w końcu oczy, powiódł rozkojarzonym spojrzeniem po krzątających się wokoło elfach. Przycisnął ręce do brzucha i przysunął się bliżej.
– Maitimo... – wychrypiał zdławionym głosem i następnym, co zarejestrował Maedhros, był mokry policzek brata na szyi, gdy Amras przylgnął do niego.
Vorindon przyniósł kubek z gorącym naparem i torbę z opatrunkami. Napoił rannego, a kiedy Amras opróżnił naczynie, odchylił płaszcz i sprawnie zajął się pręgami na rękach. Później podciągnął podartą koszulę, by przemyć smagnięcia na plecach.
Maedhros pomagał, ile mógł, ale przede wszystkim starał się przytrzymać brata i uspokoić jego i siebie. Gdyby nie bliskość najmłodszego rudzielca, nie zapanowałby nad furią. Amras. Bezpieczny. Masz go pod opieką. Pilnuj. Maedhrosowi przypominał się tamten zapłakany dzieciak na wybrzeżu, któremu obiecywał, że będą się trzymać razem, a którego zaraz potem zostawił na długie lata. Amras zdawał się teraz tak samo bezbronny, gdy starał się znieść zabiegi bez skargi. Zaprotestował dopiero, gdy Vorindon skończył, okrył go od góry płaszczem i sięgnął do uszkodzonej nogi.
– Nie ruszaj – poprosił cicho bez otwierania oczu. – Złamana, zostaw.
– Tylko zabezpieczę – obiecał adiutant Maedhrosa. – Im mniej będzie się ruszać, tym lepiej.
Starał się być delikatny, ale i tak zanim skończył, Amras znów dygotał, a jego ręka zaciskała się na dłoni Maedhrosa. Zsunął się niżej i oparł głowę na udzie brata, skutecznie unieruchamiając go pod sobą.
– Pomogło trochę? – zagadnął Maedhros już nieco spokojniej, poprawiając mokry okład na czole rannego.
– Mmm... – wymamrotał Amras bez przekonania, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję bez poruszenia nogą.
– Postaraj się przespać, jeszcze trochę tu zostaniemy i będziemy wracać do domu – polecił Maedhros.
– Mhm... – Amras spróbował zogniskować wzrok na twarzy brata, ale skrzywił się tylko i zamknął z powrotem oczy. – Daleko...
– Niestety, będziesz musiał wytrzymać. Odpocznij teraz. Gdybyś czegoś potrzebował, jestem tu.
Noldorowie także korzystali z postoju, by odpocząć chwilę i się przespać. Nieliczni rozmawiali cicho, ale większość po zjedzeniu skromnego posiłku położyła się spać. Maedhros trochę im tego zazdrościł. Siedział przy bracie, sprawdzając co jakiś czas, czy nie jest mu zimno i czy nie zaczyna go dręczyć wyższa gorączka, ale nie umiałby położyć się obok niego i zamknąć oczu, tak jak nie potrafił rozluźnić napiętych mięśni ramion i karku.
Amras, zdawało się, drzemał przez dłuższy czas, bo ucichł zupełnie, a dłoń, zaciśnięta przedtem na rękawie brata, zsunęła się niżej. Dlatego też Maedhros mimowolnie drgnął, gdy Amras wstrząsnął się nagle i jęknął głucho. Przysunął się i oparł coraz cieplejszym policzkiem o dłoń starszego rudzielca.
– Przepraszam, Maitimo – wymamrotał cicho.
– Valarowie, za co? – Maedhros spojrzał na niego w zdumieniu; kolejna fala bezsilnej wściekłości ścięła serce.
– Nie umiałbym... – Amras zadławił się, umilkł zawstydzony.
– Nie masz za co przepraszać. – Pierworodny Feanora pochylił się niżej, ściszył głos; nie potrzebowali świadków. – Nie próbuj przepraszać. Nic z tego, co się stało, nie było twoją winą, słyszysz?
– Nie dałbym rady, nie zniósł... – wyrzucił z siebie Amras. – Ty dałeś. Ty to wszystko przetrwałeś... Ja nie... Nie byłbym tak dzielny... Gdybyś nie zdążył, nie dotarł... Nóż... Gdybym zdołał go dostać... Przepraszam, Maitimo...
Maedhrosa zmroziło. Starał się nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby nie zdążył z pomocą. Co, gdyby Amrasowi udało się spełnić swe zamiary... Mimo to odpowiedział zimnym, spokojnym tonem.
– Gdyby kiedykolwiek któryś ze sług Nieprzyjaciela miał położyć na mnie rękę i zawlec mnie z powrotem do Angbandu, nie wahałbym się ani chwili – wycedził. – Nie wrócę tam żywy, nigdy. Nigdy, Smyku. I nie pozwolę, by trafił tam któryś z was.
