n/a: Już czwarta część, czyli ponad połowa, a ja wciąż czekam na jakieś opinie... ;)
IV
Przez następne trzy dni nie wychodzi z mieszkania. Lestrade najwyraźniej również uznał, że John potrzebuje czasu, bo od czasu ich ostatniej, wymuszonej rozmowy nawet nie dzwoni i John jest mu za to wdzięczny.
Na początku irytuje go cały świat, wojny, Wielka Brytania, przestępcy, Stamford, Lestrade i wszystko inne, co sprawiło, że poznał Sherlocka. Denerwuje go każda pojedyncza sprawa, która doprowadziła do tego, że przez dwa lata musiał żyć z nieustępującym poczuciem winy. Że prawdopodobnie do końca życie nie będzie już umiał znów być sam i polegać tylko na sobie. Jest zły na siebie, ponieważ nie potrafi ze sobą wygrać. Jest za słaby.
Irytacja szybko mija, zastąpiona świadomością – jak bardzo już za nim tęskni. Przeżył dwa lata i nie chce ani nie zniesie więcej. Teraz tęsknota jest jednak inna niż ta po szesnastym czerwca – jest żywa, rozpala go swoją intensywnością i nie daje mu oddychać. To już nie sentyment ani przywiązanie, lecz ogniste pragnienie, niepozwalające o sobie zapomnieć. Determinujące całą resztę życia.
I nadchodzi szesnasty czerwca. I John znów jest sam, tak jak rok temu, tak jak dwa lata temu. Sceny upadku dręczą go cały dzień, mimo że przecież wie, że nic z tego nie jest prawdą. Nie umie ich jednak od siebie odgonić, czuje, że te obrazy będą go prześladować do końca życia, nawet jeśli Sherlock za parę dni wróci, nawet jeśli cała reszta będzie tak[a] jak dawniej.
Tym razem nie idzie na cmentarz, wychodzi na spacer wokół miasta. W niemal każdym miejscu dostrzega Sherlocka i historie, które wspólnie tworzyli. Tym razem czuje, że są stale żywe i że ciągle będą je pisać. Po ósmej, kiedy słońce powoli zaczyna zachodzić, idzie pod St. Bart's, staje dokładnie w tym samym miejscu co dwa lata temu i choć czuje, jak jego serce znów pęka, wdzięczny wpatruje się w niebo. Wdzięczny za coś, o co nie śmiał nigdy prosić.
Dwudziestego czerwca nie wychodzi z mieszkania, obawiając się, że mógłby się rozminąć z Sherlockiem. Godziny dłużą się, a on jest w stanie jedynie przemieszczać się z kąta w kąt – nie potrafi skupić się na niczym dłużej niż na kilka minut, potem natychmiast wraca do rzeczywistości. O dwudziestej dzwoni jego komórka i John gwałtownie zrywa się z fotela, by zobaczyć na wyświetlaczu „Greg Lestrade". Przymyka oczy i bierze głęboki wdech, odpisując SMSem, że Sherlock jeszcze się nie pojawił. Odpędza od siebie myśli, że nie wróci.
Po pierwszej kładzie się do łóżka. Dalej tylko leży, wpatrując się w sufit i starając uspokoić własne serce. Nie umie jednak nie myśleć, że nie wrócił, bo coś się stało, coś złego. Nie ma innego powodu, dla którego musiałby to opóźniać. Przysypia, błagając o jeszcze jeden cud.
Po piątej budzi go alarm; natychmiast zbiega na dół. Otwiera drzwi i widzi uśmiechniętą twarz Sherlocka przed sobą.
― Masz odpowiednie zabezpieczenia, to dobrze.
― Właź szybko do środka, zaraz przyjedzie ochrona ― wydusza, wciągając go za rękaw. Zamyka drzwi i odwołuje alarm – może nie zdążyli jeszcze ruszyć. Odwraca się do Sherlocka. ― Spóźniłeś się.
― Tylko pięć godzin.
― Myślałem… bałem się, że się coś stało.
― Wszystko w porządku, John.
I przez moment John tylko wpatruje się w niego, długo, aż jego twarz łagodnieje i znów czuje w sercu spokój. A potem pieprzy swoją niepewność i przybliża się, wciskając w jego szybko otwierające się do uścisku ramiona; wie, że Sherlock jest zaskoczony, że nie ma pojęcia, co teraz zrobić, jednak John jest przekonany, że to było potrzebne – im obu. Dłonie Sherlocka zaciskają się mocno na jego koszuli i John wdycha zapach mężczyzny, który szybko zapełnia pustkę.
― Chyba nie mam nic na śniadanie ― mówi, kiedy idą do kuchni.
― Trudno. Jakoś przeżyjemy.
― Oczywiście ― odpowiada John z lekkim uśmiechem.
Sherlock siada na kanapie z kubkiem kawy, John przynosi sobie herbatę i rozumiejąc zamiar mężczyzny, siada obok niego.
― Skończyłeś już to, co miałeś skończyć? ― pyta ostrożnie.
― Prawie ― odpowiada, nie patrząc na niego.
― Czyli dalej nic mi nie powiesz?
Sherlock podnosi na moment wzrok.
― Nie.
― Dobrze ― mówi John szybko i bierze łyk herbaty. Sherlock patrzy na niego badawczo.
― Na pewno?
― Tak. Prosiłeś o zaufanie – okej. Skończmy tę sprawę. ― I wróćmy do życia, dopowiada w myślach.
Czuje, jak kolana Sherlocka przybliżają się nieco do jego i lekko stykają. John uśmiecha się do siebie i dopija herbatę.
John je śniadanie na mieście, Sherlock tylko wpatruje się w niego, skubiąc podkradniętą z jego talerza bułkę.
― Znalazłeś dobrą osobę.
― Hm? ― pyta John znad filiżanki kolejnej herbaty.
― W tym archiwum. To był ten człowiek.
Odstawia naczynie na spodek.
― Zaraz, poczekaj. Skąd możesz to wiedzieć?
― Już sprawdziłem ― mówi, wstukując szybko jakąś wiadomość w telefonie. ― Tylko że to nie zamachowiec.
John jest zdezorientowany.
― Więc kto?
― Ktoś, kto podkładał ładunki, oczywiście.
― Sądzisz, że… jest nad tym jakaś „góra"?
― Nie sądzę, wiem. Chodź, wytłumaczymy wszystko Lestrade'owi.
John płaci kelnerce i wychodzi za Sherlockiem.
― Trudno jest się teraz do niego dostać, pewnie szuka tego faceta i szykuje kolejną akcję.
Sherlock łapie taksówkę i wsiadają do środka.
― Scotland Yard ― mówi dokierowcy, potem odwraca się do Johna. ― Akcję? Równie kretyńską co ostatnio?
― Och, daj spokój, to nie jego wina…
― To tylko jego wina.
― Starał się ― upiera się John.
― Starał się ratować swoją już i tak mierną opinię, w dodatku narażając ciebie na oczywiste niebezpieczeństwo! ― Sherlock podnosi głos, co zaskakuje Johna tak, że nie broni dalej Gregory'ego, mimo że za nic go nie wini. ― Lepiej niech wróci do wypełniania rubryk, to mu lepiej wychodzi.
Kierowca zatrzymuje się kilkaset metrów przed placem, Sherlock natychmiast wysiada i przechodzi pod policyjną żółtą taśmą, John dziękuje kierowcy, płaci i biegnie za nim. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymuje ich jakiś funkcjonariusz.
― Przepraszam, panowie, dalej nie ma przejścia, to teren zabezpieczony.
John wyjmuje legitymację policyjną.
― Kapitan John Watson, pracuję tu.
Mężczyzna kiwa głową.
― A pan? ― pyta, patrząc na Sherlocka. Sherlock już na pewno wymyśla tak ostrą ripostę, że policjant pewnie nawet nie zrozumie, że został obrażony, a John ma ochotę wybuchnąć śmiechem, ale powstrzymuje się, zamiast tego odparowując:
― On jest ze mną.
― Ale kim…
― Powiedziałem, jest ze mną ― przerywa, patrząc, jak na twarzy Sherlocka pojawia się półuśmiech.
Mężczyzna przytakuje i przepuszcza ich.
― Jak widać, sława nie jest wieczna ― mówi John teatralnie i obaj śmieją się, pierwszy raz od dwóch lat prawdziwie.
W wybuchu ucierpiała tylko wschodnia część budynku, tym razem ładunek nie był duży. Konstrukcja nie została naruszona i już rozpoczyna się remont części, która została zniszczona. John sądził, że całość będzie prezentowała się znacznie gorzej, ale okazuje się, że i tym razem było to raczej ostrzeżenie niż faktyczny zamach. Zastanawia się, do czego to wszystko zmierza.
― Sherlock! ― mówi Lestrade, podnosząc się ze swojego fotela. Podaje Johnowi rękę, Sherlocka klepie krótko po plecach. ― Chyba wiem, z jakiego powodu tu jesteście.
Siadają na krzesłach przed biurkiem Lestrade'a.
― Musimy zacząć od razu, póki nie mamy jeszcze na głowie prasy ― Sherlock przechodzi od razu do sedna.
― Za mną biegają już od dawna.
― Na mojej głowie.
No tak, wzdycha John. Jeśli samobójstwo słynnego detektywa opisywało tyle brukowców, to wolinie myśleć, jaka afera się rozpęta, kiedy wyjdzie na jaw, że Sherlock Holmes żyje.
― John, masz te analizy chemiczne ładunków? ― pyta Sherlock niespodziewanie.
John sięga do teczki i chociaż jest pewien, że ich nie pakował, znajduje plik, cały zakreślony na czerwono i zapisany ostrym, pochyłym pismem. Kiedy on zdążył to zrobić?, pyta sam siebie, podając Sherlockowi dokumenty.
― Kiedy ty bawiłeś się w pana policjanta ― zaczyna Sherlock i John słyszy westchnięcie Lestrade'a, i nie potrafi powstrzymać lekkiego uśmiechu pojawiającego się na jego twarzy ― ja zająłem się szukaniem powodu.
― My też ― protestuje Lestrade. ― Znaleźliśmy zamachowca. No, prawie znaleźliśmy.
John odzywa się, zanim Sherlock zdąży jeszcze bardziej obrazić Lestrade'a:
― Sherlock uważa, że znaleźliśmy tylko kogoś, kto odwalał czarną robotę.
― Nawet jeśli, on doprowadziłby nas do pozostałych.
― Jak chcesz, to dalej szukaj podrzędnych przestępców i pozwól, żeby prawdziwy zamachowiec urządził sobie z Londynu pokaz sztucznych ogni.
― Sherlock… ― mówi cicho John.
― Rozwiązanie leży w Queensbury ― wyjaśnia Sherlock, a John ma absurdalne wrażenie, że mężczyzna zaczął go słuchać. Nie w tym życiu, John, mówi sam sobie. Przynajmniej nie w twoim. ― Tylko tam sam podłożył ładunek. Spójrz na zdjęcia ― kontynuuje, uprzedzając pytanie. ― Tam nic nie zostało uszkodzone, nie zastanawiało cię to?
― Tak, bo to było morderstwo ― odpowiada John, chociaż nie jest pewien, czy to do niego było skierowane pytanie. ― Ale Scotland Yardu też prawie nie ruszyło.
― Przez zabezpieczenia. Poza tym nie cały ładunek zdążył eksplodować.
John patrzy na Lestrade'a.
― Znaleźli pozostałości ― potwierdza.
― Przy Bond Street rozsadziło pół tunelu. Wybuch obok twojej ulicy zniszczył dwa budynki. Scotland Yard nie wyszedł tylko dlatego, że nie starczyło im czasu ― mówi Sherlock chyba bardziej do siebie. ― Muszę przeanalizować ten ładunek.
― Mamy te, które zostały w Scotland Yardzie.
― Nie, one będą bezużyteczne, na pewno użyli innych materiałów wybuchowych. Musimy wrócić do Queensbury, John.
John tylko wzdycha.
― Nie mam za dobrych wspomnień po Evadzie. ― Czuje na sobie intensywne spojrzenie Sherlocka i natychmiast zaprzecza. ― Nie, nie… on nie jest… nie w tym… ― Lestrade prycha pod nosem. ― Nieważne. To skretyniały sierżant, zaraz rozniesie wieść, że żyjesz.
Sherlock wzrusza ramionami i wychodzi. John rzuca Lestrade'owi pełne wyrzutu spojrzenie, na co ten tylko się uśmiecha, wzrokiem wskazując na drzwi. Wzdycha i biegnie za mężczyzną.
Idą szybkim tempem ze stacji metra na miejsce zbrodni, Sherlock trochę przed nim.
― Po co tu w ogóle wróciliśmy? ― pyta, kiedy prawie docierają do tunelu. ― Byłem tu już wystarczająco wiele razy…
― Tak, ale ciągle przeoczałeś jeden ważny element.
John przewraca oczami. Zatrzymują się kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym nastąpiła eksplozja. Sherlock zaczyna biegać wokół, zerkając w stronę Johna z różnych miejsc i pod różnym kątem. John widzi to szczególne napięcie na jego twarzy, gdy jest skupiony; nie mógłby gozapomnieć. Stoi tylko i patrzy pytająco na mężczyznę.
― Tutaj, John ― krzyczy z drugiego końca tunelu. John rusza w jego kierunku. ― Dokładnie tu. ― Zatrzymuje się obok Sherlocka, ale – co nie jest dla niego dużym zaskoczeniem – żadne olśnienie nie nadchodzi.
― Tutaj ― mówi z pobrzmiewającą w głosie wątpliwością.
― Tak, tutaj ― potwierdza Sherlock, palcem przesuwając po murze. John wzdycha.
― Może wytłumaczysz?
― Przeoczyłeś jedną rzecz, John – powód śmierci.
― To dość oczywiste przy takiej eksplozji.
― Nie można zakładać oczywistości przy powtórkach. Widzisz to? ― Wskazuje na draśnięcie na murze. John przygląda mu się bliżej.
― Otarcie.
― Tak. Po pocisku ― odpowiada Sherlock, patrząc na niego wreszcie. ― Pocisk otarł się o mur, co zmieniło trajektorię jego lotu, nie zabił go – dlatego odpalił dodatkowe ładunki.
John przez te dwa lata prawie zapomniał, jak to jest być pod wrażeniem. Stoi, niezdolny odezwać się ani słowem; wreszcie przeciera oczy i pyta:
― Ale skąd możesz wiedzieć, że to otarcie jest po pocisku?
― Analizy ― odpowiada, nie odrywając od niego wzroku. ― Jest kilka rodzajów prochu nitroglicerynowego, łatwo je ze sobą pomylić. Wiesz o tym. I pewnie zdajesz sobie sprawę, co tak naprawdę powinni odkryć w tych badaniach.
John przymyka oczy.
― Kordyt.
― Dokładnie tak. Obecnie prawie nieużywany, dlatego nietrudno będzie namierzyć, gdzie sprzedano ostatnich kilka partii. Właściwie już to zrobiłem. ― Pokazuje mu obraz na telefonie.
― Niesamowite ― wydusza John, nie umiejąc inaczej wyrazić tego, jak bardzo za tym tęsknił.
Sherlock uśmiecha się do niego tylko i John wie, że to znaczy: ja za tobą też.
Wracają do Scotland Yardu, krótko tłumacząc wszystko Lestrade'owi. Nie wydaje się do końca przekonany, ale John wie, że ufa Sherlockowi tak bardzo, że i tak pójdzie za jego radami. Zastanawia się, czy Sherlock to zauważa. Przez całą drogę taksówką do mieszkania Johna mężczyzna pisze coś w zawrotnym tempie na telefonie, więc John mu nie przeszkadza, zakładając, że pewnie zajmuje się przypadkiem lub sprawami, z jakimi walczył przez dwa ostatnie lata.
― Proszę się tu zatrzymać ― mówi Sherlock niespodziewanie. John patrzy na niego pytająco. ― Wysiadamy ― odpowiada tylko.
― Ale dlaczego się tu zatrzymujemy? ― pyta John, kiedy są już na zewnątrz. Sherlock wskazuje mu jakąś małą restaurację.
― Nie masz nic w domu, a wypadałoby coś zjeść.
John zatrzymuje się na moment.
― Chyba nie mówisz poważnie.
Sherlock patrzy na niego przez chwilę.
― Mówię. Poza tym, mam obok hotel. Wrócisz sam.
Jasne, wzdycha John w duchu. Przecież nie mieszkają już razem. Nie wie, dlaczego ta myśl sprawia, że serce zaczyna ciążyć w jego klatce piersiowej. Zaciska usta, kiwa krótko głową i rusza za Sherlockiem.
Niewielka włoska restauracja okazuje się być całkiem przyjemna; stojące lampy oświetlają wnętrze ciepłym, mlecznym światłem, które przypomina Johnowi klimat w knajpie Angelo – i rozumie, dlaczego akurat to miejsce wybrał Sherlock. Kelner podchodzi z dwoma kartami, jednak Sherlock od razu zamawia jakiś makaron; John nie wie, czy bardziej zaskakuje go fakt, że zna menu, czy że naprawdę zamierza coś jeść.
― Byłeś już tu? ― pyta, bo czuje, że musi jakoś przerwać ciszę, żeby znów ich od siebie nie oddzieliła. Przełyka ślinę.
― Tak, jedzenie w hotelu jest paskudne. I paskudnie drogie. ― John uśmiecha się; jakby musiał dbać o pieniądze. W końcu według testamentu po sfingowanym samobójstwie to on dostał cały jego majątek i wie, na jakie wysokości opiewały jego konta.
― Mam te pieniądze na lokacie, nie ruszyłem ich. Dam ci PIN i…
― Nie trzeba ― przerywa mu. John marszczy brwi.
― Nie mogę trzymać twoich pieniędzy, kiedy ty musisz tułać się po jakichś miernych hotelach ― protestuje.
Wraca kelner i John zamawia to, co Sherlock, nie przeglądając nawet menu.
― Potraktuj to jako rekompensatę ― mówi Sherlock, kiedy kelner odchodzi.
― Nie potrzebuję rekompensaty ― odpowiada, patrząc mu w oczy. ― Nie pieniężnej ― dodaje ciszej.
Sherlock wyciąga dłoń i chociaż John chciałby przekonywać się, że ten gest ma znaczyć coś więcej, wie, jaki jest jego prawdziwy sens; sięga do kieszeni po portfel i wyjmuje dwie karty. Podaje je Sherlockowi, ale ten chwyta jego dłoń, mocno oplatając wokół niej swoje palce. Serce Johna przyśpiesza gwałtownie, oddech przestaje być regularny i tylko patrzy prosto w jego głębokie, szaroniebieskie oczy.
― Rozwiążmy tę sprawę. Potem wszystko wróci do normy ― mówi Sherlock niezwyczajnie dla siebie cicho.
― Nie możesz tego wiedzieć ― szepcze John niepewnie.
― Więcej nie zamierzam cię okłamywać.
Uścisk na jego dłoni jest lżejszy, jednak John nie zabiera ręki jeszcze przez kilkadziesiąt sekund, wpatrując się w szczupłe, blade palce obok swoich własnych. Ten widok jest dla niego w jakiś sposób kojący i dopiero po chwili otrząsa się i orientuje, co powinien zrobić. Odsuwa rękę w momencie, kiedy kelner przynosi dwa talerze. Sherlock je powoli, nie odrywając wzroku od Johna – czuje na sobie intensywność jego spojrzenia, zawsze czuł.
― Niezłe. Naprawdę smaczne ― odzywa się, zerkając wreszcie na niego. Sherlock uśmiecha się lekko.
― Ten zamachowiec to człowiek Moriarty'ego.
― Co? ― John z powrotem podnosi na niego wzrok.
― Jeden z jego ludzi, to pewne. Z całą pewnością ktoś bardzo lojalny, służy mu nawet po jego śmierci.
― Śmierci…? ― wydusza John. O czym jeszcze nie wiem? ― pyta sam siebie.
― Moriarty popełnił samobójstwo.
John nie może się poruszyć; siedzi oniemiały.
― To się zgadaliście… ― odpowiada po chwili.
Sherlock ignoruje tę uwagę, wracając do posiłku.
― Tak wierny, znający go na pewno długo i zdecydowanie bliski, skoro nie musiał uczyć się strzelać. Jednocześnie miał dostęp do kordytu. Z odległości około pięćdziesięciu stóp rozpoznał, że ofiara stale żyje. Wykształcony medycznie? Musiał mieć jakiś kontakt, w miarę stały, przynajmniej z rannymi – jeśli nie na wojnie, tylko to pozostaje.
― Może Moriarty znalazł sobie swojego doktora Watsona, tak jak mi mówił… ― wtrąca John.
― Tobie?
― Tak, ucięliśmy sobie pogawędkę, a zaraz potem wcisnął na mnie bombową kamizelkę i chciał nas wysadzić.
― Nigdy o tym nie wspominałeś ― odpowiada Sherlock, badając go wzrokiem.
― Nie pytałeś. ― Odchrząka. ― Nie było okazji ― dodaje.
Sherlock mruży oczy.
― To raczej samotnik, nikt popularny, można stawiać na typ naukowca, może nawet lekarza. Nikt z ustabilizowanym życiem osobistym nie byłby tak beznadziejnie, bezmyślnie oddany, nie robiłby tych wszystkich rzeczy, szczególnie dwa lata po samobójstwie swojego partnera. ― John podnosi na niego wzrok i nie musi nic mówić, żeby na twarzy Sherlocka pojawiło się zrozumienie. ― Nie chodziło mi o… ― zaczyna po chwili, ale szybko urywa. ― To nie było o tobie.
― Nie, dlaczego nie? Moim zdaniem analogia jest wyraźna. Może powinienem wyjść, ustabilizować swoje życie…
― John ― mówi łagodnie i wie, że to wystarczy, i John nienawidzi się za to, że faktycznie wystarcza.
― Więc… ― przerywa ciszę po chwili. ― Praktycznie rzecz biorąc, może być każdym.
Źrenice Sherlocka zwężają się i John wie, co to oznacza.
― Genialne, John ― mruczy, dalej wpatrując się w jakąś nieistniejącą przed nim przestrzeń. Otrząsa się po chwili i kontynuuje: ― On musi być każdym, jest jak każdy.
― Sądzisz, że teraz go złapiesz?
― Nie mam innego wyjścia. ― John kiwa głową. ― Ale na razie nie informujmy o niczym Lestrade'a.
Przez moment rozważa jego słowa.
― Bo?
― Bo wszystko spieprzy. Dopóki nie mam pewności, niech on trzyma się od tego z daleka.
― Jesteś na niego wyjątkowo cięty, od kiedy wróciłeś ― mówi John ostrożnie. ― Jest ku temu jakiś powód?
― Zawsze mam powód, John.
Przymyka powieki.
― Nie możesz go winić za to, że dał się na moment nabrać.
― Ale już za to, że cię nie chronił, owszem.
John wstrzymuje oddech. Wypuszcza go po chwili, drżąc.
― Starał się. Przynajmniej tu był. ― Patrzy na niego. ― Dlaczego w ogóle miałoby cię to obchodzić? ― Nie jest pewien, na jaką odpowiedź liczy; czy w ogóle na cokolwiek liczy. Pytanie ucieka z jego ust, zanim zdąży się nad nim zastanowić. W piersi czuje ucisk i wie, że to niepewność; niepewność, jak zareaguje Sherlock. Jego myśli obijają się o najczarniejsze zakątki umysłu, przynosząc coraz więcej scenariuszy, a on może jedynie powtarzać sobie, że żaden z nich się nigdy nie spełni. Nie potrafi wmówić samemu sobie, że wcale nie chce żadnego oczekiwać.
Sherlock milczy. Wpatruje się w niego, jego oczy błądzą po twarzy Johna, jakby starały się na nowo odtworzyć jej obraz w umyśle, ale nie odzywa się ani słowem. John nie ma pojęcia, co się dzieje, jak ma zareagować. Po chwili Sherlock kiwa głową, jakby uświadomił sobie, że powinien jakoś odpowiedzieć. Podnosi dłoń, prosząc kelnera, i od razu daje mu banknot.
― Do zobaczenia jutro ― mówi Sherlock, kiedy wychodzą z restauracji.
John patrzy tylko na niego przez moment, niezdolny odpowiedzieć, niezdolny poruszyć się, by odejść. Wpatruje się w jego czarne loki, oczy, w których odbijają się jaśniejące lekko gwiazdy, zaciśnięte usta. Nie może odwrócić od Sherlocka wzroku i nie wie, co ma z tym zrobić.
― Twoja taksówka ― mówi tak cicho, że tylko oni dwaj mogą to usłyszeć.
John wreszcie odwraca się i wsiada, nie oglądając za siebie – wie, że on się nie ogląda. Całą drogę do mieszkania zastanawia się, co przed chwilą miało miejsce – jest jedynie pewien, że było to intensywniejsze od więzi, jaką poczuł wtedy, pierwszego dnia, w laboratorium St. Bart's. Intensywność tego uczucia odbiera mu oddech, wylewa się do płuc, zaczyna krążyć w żyłach i John nie może zrobić nic, by pozbyć się go ze swojego organizmu; rozprzestrzenia się jak trucizna. Lub jak antybiotyk na chorobę, na którą cierpiał dwa lata.
Nie chce myśleć, że być może Sherlock jest jedynym sposobem na życie, choć już dawno uświadomił sobie, że to prawda. Nie chce też zgadywać, dlaczego nie odpowiedział mu na pytanie; jednak nie potrafi się powstrzymać. Pragnienie poznania odpowiedzi jest silniejsze niż wszystko inne, nawet niż świadomość, jaki jest Sherlock. Nie ma pojęcia, dlaczego przez chwilę rozczarowywał go fakt, że te dwa lata nic nie zmieniły. Przecież nie mogły nic zmienić.
Jego serce uspokaja się dopiero, gdy wysiada z pojazdu kilkaset metrów od swojego mieszkania. Płaci kierowcy i rusza. Skręca za sąsiednim budynkiem, widzi uśmiech, słyszy jakiś trzask i nie wie, kiedy opada na ziemię.
