Dom nie był wiele większy od jego lepianki, ale przynajmniej z zewnątrz mniej paskudny. Łuk drzwiowy pomalowano na tęczowe kolory, a w środku w oczy biła mnogość rzeczy i barw. Wnętrze było ciasne, upakowane po sufit meblami i dekoracjami pomieszanymi z braku miejsca z domowym sprzętem. Z sufitu zwieszono dwie spore płachty materiału, upstrzone wzorzystymi rysunkami, które dzieliły pomieszczenie na mniejsze i dawały poczucie wizualnego ciepła. W jednej z części podłoga była obita materiałem – gościa usadzono przy stoliczku, przy którym się klęczało – na ścianach wisiały, zapewne nazbierane w podróżach, maski, talizmany, łapacze snów z różnych krajów. Pachniało przyprawami.
Kriazor natychmiast urósł w oczach Diana, kiedy wyjawił że jest studentem, studiuje etnografię, ma pełno mądrych książek o długich tytułach i że jest zapalonym manierystą.
– Po co mówić: "oczy", kiedy można powiedzieć: "okna duszy"?[1] – tłumaczył.
Poza tym, mieszkał z DZIEWCZYNĄ, a to było bardzo poważne! Dlatego mieli tu na raz tyle rzeczy. Nazywała się Izyda i podała im od razu herbatę. Ona z kolei studiowała sztuki piękne, pracowała w muzeum, które Dian dzisiaj widział. Strzelała też z łuku i wyszywała masę niepokojących kompozycji przypominających pajęczyny. Miała krótkie czarne włosy i egipską biżuterię, przez co wyglądała jak Kleopatra z obrazów, chociaż Dian zauważył przede wszystkim długie, opalone nogi w wysokich obcasach. Ciekawe też były bransoletki, które miała na ramionach i nadgarstkach, pomiędzy którymi wisiał jasny materiał z frędzelkami – wyglądało, jakby miała skrzydła. Kiedy we troje czekali, aż herbata się zaparzy, Izyda siedziała naprzeciw i uśmiechała się do Diana jak do uroczego dziecka.
– W królestwie Posejdona jest jednak całkiem sporo kobiet – przyznał Dian. – To znaczy, spodziewałem się, że gdzieś w miastach będą, ale nie tutaj, wokół świątyni. W ogóle, większość z tego, jak opisywano mi królestwo sporo się różni od tego, co widzę. W przewodniku wyglądało to raczej... pusto. Pisano, że poza Świątynią Posejdona, która otacza Główną Kolumnę, wokół są tylko połączone schodami place z kolumnami każdego z Oceanów, a tak to pola skał i koralowców.
– Pewnie, że są kobiety – śmiał się Kriazor. – Titis przecież! Niedotykalska. Nikt pani tej namówić na spotkanie nie zdołał.
– Skąd ta pewność? – odpowiedziała Izyda z przekąsem.
– JA bym wiedział.
– No i jest Eos, siostra Silli. Ja na przykład tu mieszkam – wymieniała Izyda. – Jest też dziewczyna Kasara, Pajęczyca, która powtarza, że nie jest jego dziewczyną i Rina, dziewczyna Morskiego Smoka.
– O tak, Rina! – Kriazor pokazał gestem w powietrzu wielki biust. – Musi ją bardzo kochać.
Dian myślał, że Izyda będzie urażona, ale ona zrobiła taki sam gest i się śmiali.
– A ta taka w futrze, która pracuje w Świątyni? Ta z wioski, w której wychowywał się Izaak.
– Nie, ona się nie liczy, nikt nie wie, kto to jest.
– To bardzo miła pani. Zagląda do muzeum. Ale słabo mówi po grecku.
Dian popijając herbatkę, oglądał wokół siebie bogate dekoracje. Najbardziej podobały mu się powciskane w rożnych miejscach zdjęcia z polaroidu w sepii, przedstawiające Kriazora i Izydę, to w kimono, to zakutych w dyby, to grających na dudach, to stojących na małej skałce wciśniętej pomiędzy dwa przepastne klify... Jego wzrok zawędrował w końcu na wejściowe drzwi. Jedyną rzeczą, jakiej nie otaczała masa innych rzeczy, był zawieszony tam złoty oszczep. W każdym z wypolerowanych zębów odbijał się szlachetny odblask światła, najmniejszy z nich zakręcał się filuternie do środka. Na rączce nie było ani ryski.
W momencie, kiedy zapytał o oszczep, rozmowa się skończyła. Okazało się, że broń była dzieckiem Kriazora.
– ... przekazywany z pokolenia na pokolenie najznamienitszym wojownikom... 15% szansy na trafienie krytyczne... przełamie się przez wszystko... – Dian wytrzeszczał oczy, a potok słów na temat oszczepu nie miał końca.
– Może odprowadzisz lepiej kolegę? – Izyda podniosła w górę rękę, żeby to przerwać.
Na odchodne poczęstowała jeszcze Diana korzennymi ciasteczkami, które smakowały jak Boże Narodzenie. Już ją uwielbiał.
– ...i właśnie dlatego jego szlachetny materiał wymaga codziennej pielęgnacji – podsumował Kriazor, kiedy dotarli przed Kolumnę Północnego Pacyfiku.
Mimo całości wspaniałego dnia, Dianowi zrobiło się przykro na widok piaskowej chatki.
– Zanim nie oswoisz Silli, możesz się kąpać u nas.
Chłopak zdał sobie właśnie sprawę, co to znaczy. Wsunął głowę do wnętrza przez okno – całość była jednym pomieszczeniem.
– Generał Tryton był ultra rekonstruktorem wikingów z VIII–go wieku. Nie uznawał wielu wygód – przyznał Kriazor. – Ale nie trać ducha. Im gorszy start, tym bardziej satysfakcjonujące każde z udoskonaleń.
[1] Chodzi o XVIII–wieczne mówienie kalamburami, z kwiecistymi epitetami. Ten to jedyny, jaki zapamiętałam z zajęć.
