4.
Muzyka huczała, przebijając się nawet przez ściany budynku. Gdyby znajdował się w jakiejś lepszej dzielnicy, na pewno nikt nie pozwoliłby na to i szybko ukrócono by jego żywot. Lokalizacja nie była jednak przypadkowa, tak samo jak przypadkowe nie były osoby, które go odwiedzały. Jego właściciel, nauczony bolesnym doświadczeniem, od dawna stronił od wszelkiego rodzaju przypadkowości i niewiele pozostawiał losowi.
Okrążając budynek i szerokim łukiem omijając główne wejście, dwie zakapturzone osoby skierowały się w stronę tylnego, nieoficjalnego, dostępnego jedynie dla wybranych osobistości, których obecność w miejscu takim jak to mogłaby znacząco zaszkodzić, gdyby dotarła do informacji publicznej. Nieczęsto jednak zdarzało się Diebżejewowi przyjmować w ten sposób gości i nie zapowiadało się wcale na zmiany - nie było więc sensu wykładać dodatkowych, niepotrzebnych funduszy na pilnowanie go. Jakie mogło być prawdopodobieństwo, że ktoś spróbuje je sforsować? Albo że zrobi to ktoś, kto dokładnie wiedział, gdzie się ono znajduje?
Odpowiedź na oba pytania brzmiała: niewielkie. Maleńkie wręcz, mógłby dodać Diebżejew, gdyby podczas chaotycznego, nerwowego pakowania całego swojego dobytku miał czas, by o tym pomyśleć. Na ostatnią chwilę udało mu się wynająć samolot, który by go zabrał z tego wilgotnego, brudnego kraju, do którego przez tyle lat próbował się przyzwyczaić - niestety, na próżno. Opuściłby go już wcześniej, w końcu nic go tu już nie trzymało, gdyby nie fatalna pogoda, która akurat popsuła się jak na złość i nie chciała tak łatwo odpuścić. Niestety, choć oferował już iście astronomiczne kwoty pilotom, to nie był w stanie pieniędzmi przekupić śnieżyc, które rozpętały się na wschodzie. Gdyby tylko mógł, zrobiłby to, obojętnie, jak absurdalnie by to nie brzmiało. Miał mnóstwo pieniędzy. Brudnych, wciąż jeszcze ciepłych, pieniędzy. Nie był jedynie w stanie ich wywieźć. Rozpalająca go od środka furia miotała nim po całym gabinecie. Muzyka docierająca do niego nawet poprzez kilka pięter, doprowadzała tego niskiego, tłustego mężczyznę do szału.
Jeszcze tylko trochę, uspokajał się w myślach. Już niedługo wszystko znowu się unormuje. A nawet jeśli nie... to on już będzie wtedy daleko. Bezpieczny. Czysty. Nikt go nie powiąże z brutalnym morderstwem, które wkrótce oficjalnie wyjdzie na jaw. Tak naprawdę to Diebżejew nigdy go nie chciał ani nie planował nawet brać w nim udziału. Co jednak mógł zrobić pod naciskiem osoby, która mogłaby go w jednej chwili rozedrzeć na strzępy? Nigdzie by już nie znalazł bezpiecznego schronienia.
Od niej też uciekał. On nich wszystkich.
Paradoksalnie jednak, wcale nie czuł się z tą świadomością lepiej, nawet gdy uparcie przekonywał się, że już za kilka godzin rozpocznie się najcudowniejszy etap reszty jego życia.
Diebżejew nie potrafił opanować uczucia, które z każdą mijającą minutą dławiło go coraz bardziej.
Leniwie ćmiący słabego, ruskiego skręta strażnik wzdrygnął się z zimna. Kulił się przy ścianie, chowając się pod wąskim zadaszeniem, które wystawało kilka pięter wyżej i które jako tako chroniło go od głównego uderzenia ściany deszczu. Dym snuł się szarą chmurką, prędko rozwiewany przez lejące się z góry wodospady.
Na wąskiej, cuchnącej szczurami uliczce jak zwykle nic się nie działo. Mężczyzna parsknął w myślach, próbując wymyślić, co takiego mogłoby się w niej wydarzyć. Była krótka, brudna i znajdowała się w paskudnej okolicy. Sam by nigdy nie zwrócił na nią uwagi, gdyby to od niego zależało.
Nie przejął się dwoma osobami, które w pewnym momencie pojawiły się u jej wylotu. Była dosyć popularnym skrótem dla podrzędnych ćpunów handlujących dragami, którzy musieli akurat szybko zmyć się z głównych ulic.
Emanon, nie zwalniając kroku, przyjrzała się mężczyźnie na ile pozwalała pogoda, skutecznie ograniczająca widoczność. Teoretycznie nie miał nic wspólnego z jej sprawą, jednak w praktyce...
- Pozbądź się go - rozkazała mechanicznym głosem.
-Tak jest.
O ile była w stanie to ocenić, to Sebastian nie zastanawiał się nad tym, co ona. Mogłaby wręcz zaryzykować stwierdzenie, że odczuwał radość, szybko i sprawnie skręcając mężczyźnie kark, zanim ten w ogóle zorientował się, co się dzieje. Niedopałek wypadł z jego bezwładnych palców, po chwili rozmiękając w kałuży i gasnąc.
Emanon podeszła do martwego ciała, które wciąż trzymał Sebastian. W kieszeni śmierdzącej potem i dymem kurtki mężczyzny znalazła identyfikator z kartą magnetyczną. Ominęła wzrokiem imię i nazwisko mężczyzny.
- Wrzuć go do kontenera - skinęła głową w stronę dużych, plastikowych kubłów, od których cuchnęło szczynami.
Otworzyła drzwi, które z zewnątrz nie wyróżniały się niczym szczególnym. Były równie stare i pokryte taką samą, odłażącą płatami farbą, jak co najmniej troje innych w pobliżu. Weszła na niewielką klatkę schodową. Po lewej znajdowały się schody prowadzące na górę. Po prawej - kolejne, tym razem dużo solidniejsze, drzwi. Z zamkiem na kartę magnetyczną. Wybór nie był trudny.
Bardziej wyczuła, niż usłyszała Sebastiana. Zerknęła przez ramię, potwierdzając jego obecność. Chwilę potem ciche kliknięcie odblokowało wejście. Schowała kartę do kieszeni.
Biała farba, która kiedyś pokrywała zarówno ściany, jak i sufit korytarza, wraz z upływem lat zszarzała, przyjmując bliżej nieokreślony odcień. Anemiczne, żółtawe światło rozmieszczonych w sporych odstępach świetlówek nadawało korytarzowi jeszcze bardziej ponurego i odpychającego wyglądu. Z otwartych pomieszczeń po lewej dobiegały ich ludzkie głosy oraz z rzadka przebijające się przez nie relacje komentatorów sportowych.
- Byłby pan łaskaw...? - Emanon obróciła się na pięcie, z zawadiackim uśmiechem wskazując na korytarz. - Strasznie boli mnie głowa. Przez ten hałas nie mogę się skupić - wygięła usta w podkówkę.
- Z największą przyjemnością wyeliminuję zatem ten problem - Sebastian ukłonił się z gracją.
Diebżejew kichnął, odwracając głowę od palonego właśnie pliku dokumentów, jednego z ostatnich, jakie czekał ten los. Zerknął na zegarek, po którym już na pierwszy rzut oka dawało się stwierdzić, że kosztował więcej, niż niejeden człowiek w tej okolicy kiedykolwiek widział na oczy. Za jakieś piętnaście minut powinien przyjechać samochód, który zabierze go prosto na lotnisko, a stamtąd - do ojczyzny...
Kilk~
Klamka opadła i podniosła się. Klucz wciąż tkwił w zamku, który Diebżejew niedawno sam zamykał. Zmarszczył brwi, zaszokowany niepojętym nieposłuszeństwem swoich ludzi. Wyraźnie im mówił, żeby absolutnie, pod żadnym pozorem mu nie przeszk...
Podwójny wystrzał roztrzaskał zamek, a kopnięcie otworzyło je do środka, aż łupnęły o futrynę. Diebżejew szarpnął się w bok, próbując doskoczyć o biurka, w którego szufladzie zawsze leżała broń...
Strzał rzucił go na ziemię, trafiając z siłą taranu. Dojmujący ból w jednej chwili unieruchomił jego ramię, rozpełzając się po tkankach niczym kwas. Z ust Diebżejewa wyrwał się skowyt. Zacisnął zęby, podnosząc się na kolana. Może zdąży...
Ktoś stanął pomiędzy nim a biurkiem, opierając się o nie. Jego buty zostawiły za sobą czerwone ślady krwi. Diebżejew poczuł, jak niekontrolowany dreszcz przebiegł całe jego tłuste, roztrzęsione ciało.
Lodowate nici strachu zaczęły go oplatać coraz ciaśniej. Z trudem łapał oddech. Powietrze nie chciało wtłoczyć się do płuc.
- Proszę... Ja nic nie wiem... - załkał, kuląc się w sobie i próbując wydać się mniejszy. - Ja nie miałem nic wspólnego...
- Z czym?
Ten głos... Nie, to niemożliwe, przecież nie było szans, żeby...
- To ty... - szepnął głosem niewiele głośniejszym od oddechu, podnosząc wzrok. Niedowierzanie i strach biły się o prymat w jego szeroko rozwartych, rybich oczach.
Poznałby ją. Poznałby ją zawsze i wszędzie. Nie było mowy o pomyłce, zwłaszcza biorąc pod uwagę doniesienia z raportów.
- Jakim cudem przeżyłaś...? Oni...
- To nie był cud - przerwała mu matowym głosem. - I nie ty zadajesz pytania.
Chrupnęły zęby, wybite szybkim, niespodziewanym kopnięciem, które odrzuciło dilera na bok.
Emanon spokojnie poczekała, aż się pozbiera. Nie spieszyło jej się. Nie istniała żadna osoba na świecie, która mogłaby jej przeszkodzić.
Parsknęła z politowaniem, gdy Diebżejew zaczął wydzierać się wniebogłosy, wołając swoją ochronę. Robił z siebie żałosne pośmiewisko. Jak zawsze.
- Obawiam się, że nikt nie przyjdzie - stwierdziła niemal ze współczuciem.
Obrzucił ją palącym spojrzeniem. Dyszał nienawiścią, która skraplała się na jego brodzie i wypływała z jego rozbitych ust lepką czerwienią. Jego wzrok omiótł kropelki krwi, które osadziły się na twarzy dziewczyny i na jej ubraniach.
- Nie mogłaś zabić ich sama... Nikt nie dałby rady...
- Ja nie jestem sama. Prawda?
Cień ciemniejszy od mroku oderwał się od czerni spowijającej wejście, przechodząc przez próg.
- Oczywiście. Będę u twojego boku aż do samej śmierci - odparł miękkim, melodyjnym głosem, przystając za nią. Poczuła jego ciepły oddech na swoim karku.
- To dobrze. I widzisz, mój ty mały kundelku... - Emanon ponownie odwróciła twarz do Rosjanina - to właśnie stawia mnie w sytuacji o niebo lepszej od twojej. To ty jesteś sam. I znikąd pomocy...
- Czego ode mnie chcesz?! - trząsł się. Nie potrafił tego opanować ani powstrzymać, choć tak bardzo starał się nie okazywać strachu, który dławił go i zaciskał lodowate szpony na jego gardle. Na próżno. Zarówno widok tej pustej, zobojętniałej osoby, jak i mężczyzny, który sam emanował mrokiem, budziły w tłustym, starym dilerze najprymitywniejsze odruchy.
- Czego chcesz?! - powtórzył trzęsącym się i wpadającym w piskliwe tony głosem.
- Ja? - dziewczyna uniosła brwi. - Czyżbyś nie wiedział? Pragnienie zemsty jest chyba naturalnym następstwem zdarzeń, które miały miejsce w całkiem niedalekiej przeszłości, a których skutki są ci jednocześnie doskonale znane - w jej słowach zadźwięczała stal. Sebastian milczał, nieporuszony i odległy niczym posąg wykuty z granitu.
- Ja nie wiem, ja nic nie wiem... - Diebżejew mamrotał, próbując skupić słabnący wzrok. Ta mała dziwka... Nikt nigdy by nie przypuszczał, że w przyszłości przyniesie tyle szkód...
- Sebastianie.
Zanim Diebżejew zdążył podnieść głowę, poczuł silne, pewne ręce, które błyskawicznie pochwyciły jego ramię. I wykręciły. Mocno.
Chrzęst kości i stawów został zagłuszony nieludzkim wrzaskiem, który wydarł się z gardła mężczyzny. Szorstki, brudny dywan wpijał się w jego przyciśniętą do niego twarz, przygwożdżoną ciężarem sługi Emanon.
- Gdzie jest Noczkin? - spytała, gdy Diebżejew uciszył się nieco. Jej głos brzmiał matowo, nieomal mechanicznie, zupełnie, jakby pytała o drogę lub pogodę. Sebastian rzucił jej przelotne spojrzenie. Nie potrafił niczego wyczytać z jej twarzy. Dostrzegał jedynie obojętność, ale przecież musiało się tam kryć coś więcej.
- Birmingham - Diebżejew wykrztusił, dławiąc się własną, słodkawą śliną. Pocił się jak szczur. - Nic więcej nie wiem, przysięgam, ja tylko robiłem, co m...
- Odnajdziesz go tam, Sebastianie? - Emanon nie słuchała dalszej części bełkotliwych tłumaczeń dilera. W jej czarnych, mętnych oczach nie odbijało się nic.
- Sądzę, że nie powinno być z tym problemu.
- W porządku.
Na jej znak pozbawił Diebżejewa przytomności. Jego jeszcze bardziej obita twarz z ledwością przypominała go sprzed ich spotkania. Nie, żeby demonowi było go szkoda. W gruncie rzeczy był wręcz zdziwiony, że dziewczyna nie kazała mu go zabić. Może miała co do niego inne plany? Albo może nie była w stanie zabić osoby, którą najwyraźniej znała? Jakikolwiek był powód oszczędzenia Diebżejewa, Sebastian nie potrafił go odnaleźć. Emanon, oparta o biurko, zastanawiała się nad czymś, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu.
- I co teraz? - Sebastian spytał po chwili, przerywając milczenie. Z góry dobiegały ich odgłosy wciąż huczącej, nie zakłóconej niczym zabawy.
- Udamy się do Birmingham i odszukamy Noczkina.
- Zabijesz go?
Wzruszyła ramionami.
- Pewnie tak. Ojciec zawsze mnie uczył, że kara powinna być współmierna do winy oraz na tyle bolesna, by pozostawiła po sobie trwały ślad. A skoro o tym mowa - wstała i schowała broń do plecaka. - Spal to miejsce.
- Jesteś pewna? - podszedł do niej, cicho niczym cień. - Na górze jest pewnie setka ludzi.
- Trudno. Kara musi zostać zapamiętana.
Otarł zasychające kropelki krwi z jej twarzy, bladej jak u lalki. Zwróciła na niego wzrok pustych, nieprzeniknionych oczu. Blada, jaskrawa gwiazda pentagramu zdawała się do nich nie należeć. Zupełnie, jakby przez przypadek znalazła się po złej stronie nieba.
- Zostawiłeś kilku.
- Byłem pewien, że te kilka osób nie będzie stanowić dla ciebie problemu.
- Lubisz ryzyko, co? - nie był pewien, ale zdawało mu się, że przez jej usta przemknął cień uśmiechu, który zgasł jednak równie szybko, jak się pojawił.
- Być może upodabniam się do ciebie.
- Więc nie zwlekaj i spal to miejsce. Chcę zobaczyć, jak płonie.
